Przejdź do zawartości

Gdzie winowajca/Tom I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Gaboriau
Tytuł Gdzie winowajca
Wydawca Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów"
Data wyd. 1870
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. L'affaire Lerouge
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V.

Do mieszkania pani Gerdy, należał na dole lokal, który dawniej służył za wozownię. Miejsce to możnaby nazwać muzeum starożytności, tyle tam było starych gratów. Meble, zużyte naczynia i wiele innych rzeczy leżało w największym nieładzie. W zimie składano tu także drzewo i węgiel.
Ta stara wozownia miała drzwi, wychodzące na ulicę, o których od dawna zapomniano. Od kilku lat Noel kazał drzwi naprawić i opatrzyć dobrym zamkiem. Tędy mógł zatem wchodzić i wychodzić o każdej godzinie, unikając kontroli odźwiernego, a tem samem całego domu.
Właśnie przez te drzwi wyszedł teraz na ulicę. Ostrożność z jaką otwierał i zamykał, była zadziwiającą.
Ujrzawszy się za domem, stanął nieruchomo na trotuarze, jak gdyby wahałsię co do wyboru drogi. Następnie pobiegł w kierunku dworca kolei żelaznej, gdy wtem nadjechała dorożka. Dał znak woźnicy, który w mgnieniu oka podjechał pod kamienicę.
— Ulica Faubourg-Montmartre, na rogu ulicy Provence! — zawołał wsiadając, — tylko prędko! We wskazanem miejscu adwokat wysiadł i wręczył dorożkarzowi należytość. Gdy dorożka odjechała już o kilkaset kroków, Noel pobiegł w głąb ulicy Provence i we dwie minuty zadzwonił u bramy jednego z najpiękniejszych domów. Bramę niezwłocznie otworzono.
Gdy Noel przechodził koło okna odźwiernego, ten pozdrowił go tym na pół uniżonym a na pół przyjacielskim uśmiechem, który odźwierni paryzcy mają zawsze na rozkazy dla hojnych lokatorów.
Na drugiem piętrze, adwokat wstrzymał się, wyjął klucz z kieszeni i do środkowego apartamentu wszedł jak do siebie. Ale na zgrzyt klucza w zamku, młoda, wcale ładna i o zuchwałem oku pokojówka stanęła przed wchodzącym.
— Ach! to pan! — zawołała.
Okrzyk wyrwał się w czas i był na szczęście dość głośny, aby mógł być słyszanym nawet w ostatnim pokoju i służyć w razie potrzeby za sygnał. Zdawało się, jakgdyby te słowa znaczyły: „Baczność!“ Ale Noel nic nie zauważył.
— Pani u siebie? — zapytał.
— Jest, i bardzo gniewa się na pana. Dziś rano chciała posłać do pana. Mówiła nawet, że sama pójdzie. Z trudnością udało mi się ją przekonać, że nie powinna sprzeciwiać się pańskim rozkazom...
— Bardzo dobrze, — odpowiedział adwokat.
— Pani jest w fajczarni, — ciągnęła pokojówka, — właśnie przygotowuje herbatę; czy i pan pozwoli filiżankę?
— Dobrze, — odrzekł. — Poświeć mi, Karolciu.
Minął najpierw wspaniały pokój jadalny, następnie okazale złocony salon w stylu Ludwika XIV. i wszedł do fajczarni.
Był to pokój obszerny i uderzająco wysoki. Widząc się w nim, możnaby sądzić, że jest się o trzy tysiące mil od Paryża, u jednego z najbogatszych poddanych Syna Nieba. Meble, kobierce, porcelany, obrazy, wszystko pochodziło widocznie z prostej linji od Hong-Kong albo Sang-Hai.
Drogocenna, jedwabna materja, w dziwnie oryginalne wzory, zdobiąc mury, opadała w fałdach nade drzwiami. Kobierzec, utkany z taką zręcznością, o jakiej Europejczycy nawet wyobrażenia nie mają, był zasiany kwiatami i owocami, które świeżością barw, mogłyby zwieźć nawet pszczołę. Na jedwabiu, osłaniającym sufit, jakiś artysta z Pekingu, wymalował kilkadziesiąt fantastycznych ptaków, rozprzestrzeniających na błękitnem tle purpurowe i złote skrzydła.
Skrzynie z potwornemi wiekami, meble o kapryśnych i niekształtnych formach, stoły, a na nich wazy porcelanowe i komody z kosztownego drzewa, wypełniały każdy kąt salonu. Wogóle, wszystko, co się tu znajdowało, było ciekawe i drogie; zacząwszy od pręcika z kości słoniowej, który w Chinach służy zamaiast naszego grabka przy obiedzie, a skończywszy na filiżankach, na których porcelana była cienka jak powłoka bańki mydlanej. Prawdziwe cuda z państwa Kien-Lung!...
Gdy Noel wszedł, w fajczarni leżała na dywanie jakaś kobieta i paliła cygaretkę. Pomimo niesłychanego gorąca, harmoniującego zresztą z całem umeblowaniem, osoba ta była otulona szalem kaszmirowym. Wprawdzie była mała — ale tylko kobiety niskie mogą w sobie połączyć wszystkie doskonałości. Kobiety, więcej niż średniego wzrostu, są próbką, lub błędem natury. Choćby były najpiękniejsze, zawsze mają jakiś błąd, jak dzieło rzeźbiarza, który bez należytych studjów, przystępuje od razu do wielkiej skulptury.
Była niska, ale jej szyja, ramiona i ręce, były jak utoczone. Ręce o kształtnych paluszkach i różowych paznogciach, równały się najpiękniejszym klejnotom. Nogi, ubrane w trzewiczki z cienkiego jak pajęczyna jedwabiu, to prawdziwy cud! Była to jedna z tych nóżek, za któremi przepadają artyści, chcąc ich użyć za wzór do swoich dzieł nieśmiertelnych.
Nie była ładna, a tem mniej piękna, ale jej twarz należała do tych, które uderzają nas zawsze i wszędzie — o których nie można zapomnieć. Czoło miała za wysokie, a usta może za szerokie; brwi były jakby oznaczone atramentem z Chiny, tylko pędzel musiał za długo spoczywać nad okiem, bo jeśli na chwilkę o brwiach zapomniała, twarz jej przybierała wyraz surowy. W zamian jednostajna cera była błado-złota, czarne, namiętne oczy miały olbrzymią potęgę magnetyczną, zęby błyszczały jak perły, a bujne, czarne włosy, okalały drobną główkę, rzucając ciemno-niebieski odblask.
Ujrzawszy Noela, który właśnie otworzył drzwi jedwabiem obite, podniosła się na pół, wspierając się na łokciu.
— Przecież widzę pana, — zaczęła tonem kwaśnym, — to bardzo szczęśliwie...
Adwokat nie mógł odetchnąć w tej temperaturze podzwrotnikowej.
— Co za gorąco! — zawołał, — można się udusić.
— Tak pan sądzisz? — podchwyciła młoda kobieta, — a ja drżę z zimna. Prawda, że czuję się bardzo cierpiącą. Mam ataki nerwowe... Oczekuję pana od wczoraj...
— W żaden sposób nie mogłem przyjść, — odrzekł Noel, — nie mogłem!
— A przecież pan wiedziałeś, — ciągnęła dama, — że dziś miałam wiele do płacenia. Kupcy przychodzili jeden po drugim, a tu ani szeląga w kieszeni. Przyniesiono mi rachunek za powozy — nie ma pieniędzy. Ten stary wisus Clergeot, u którego nabyłam bagatelkę za 3.000 franków, wrzeszczał, że aż dom chodził. Jakże to miło!
Noel zwiesił głowę, jak student, którego pan nauczyciel karci w poniedziałek, że w niedzielę nie zrobił co do niego należało.
— Przecież to tylko jeden dzień zwłoki, — wyjąknął.
— To nic w pańskich oczach, nieprawda?? — odparła młoda kobieta. — Człowiek, dbający o swoją reputację, mój drogi kawalerze, nie zważa, czy go skarżą dłużnicy, ale natomiast poczytuje sobie za obowiązek przestrzegać, aby to samo nie spotkało jego metresę. Za cóż więc chcesz pan, żebym uchodziła? Czy nie wiesz, że tylko wtedy mię szanują, gdy płacę? W dniu, w którym przestanę płacić, dobranoc...
— Kochana Julciu, — wtrącił słodko adwokat.
Przerwała mu nagle:
— Jak to, to kochana Julcia, droga Julcia, a za drzwiami... Czy widząc się za tym domem, pomyślałeś kiedy bodaj chwilę o twojej Julci?
— Jakżeś niesprawiedliwa! — odpowiedział Noel. — Albo nie jesteś pewna, że myślę tylko o tobie czyż ci tego nie udowodniłem tysiące razy? Natychmiast się przekonam.
Z kieszeni wyjął pakiet, a rozwinąwszy go, ukazał śliczne aksamitne pudełeczko.
— Oto, — rzekł, — bransoletka, którą przed ośmiu dniami uwielbiałaś u Beaugrana.
Pani Julja, nie wstając z dywanu, wyciągnęła rękę, aby wziąć pudełko, otworzyła je z największą w świecie obojętnością, a rzuciwszy do wnętrza tylko jedno spojrzenie, zawołała:
— Ach!
— Nie prawdaż, że ta sama? — zapytał Noel.
— Prawda, ale u złotnika wydawała mi się nierównie piękniejszą.
Zamknąwszy pudełko, rzuciła je na stolik o kręconych nóżkach, stojący tuż przy niej.
— Źle dziś idzie, — rzekł adwokat smutnym tonem.
— Dlaczego?
— Bo jak widzę, bransoletka nie zrobiła żadnego wrażenia.
— Ale przeciwnie... bardzo ładna... zresztą, uzupełnia mi drugi tuzin.
Teraz na Noela przyszła kolej zawołać:
— Ach!
A widząc, że Julja milczy, dodał:
— Nie sądzę, by ci się podobała.
— Znowu ten sam, — zawołała dama, — znów powie, że jestem niewdzięczną. Jeśli mi przyniesiesz podarunek, choćby najmniejszy, powinnam go natychmiast zapłacić gotówką: krzyczeć z radości i rzucić się do nóg twoich, nazywając cię wielkim i wspaniałomyślnym panem. Nieprawdaż, że tego się żąda?
Noel nie mógł ukryć ruchu zniecierpliwienia, który Julja dostrzegła a który ją zachwycił.
— Czy to wystarczy? — ciągnęła. — Czy chcesz, ażebym zawołała Karolcię i kazała jej podziwiać tę bransoletkę, pomnik twojej wspaniałomyślności! Czy chcesz, bym przywołała odźwiernego wraz z moją kucharką i oświadczyła im, o ile jestem szczęśliwą, posiadając tak szlachetnego kochanka?
Adwokat wzruszył ramionami jak filozof, którego nie mogą obrazić żarty dziecka.
— Na co się przydadzą te ucinki? — rzekł po chwili. — Jeśli masz co do mnie, powiedz raczej poważnie i bezzwłocznie.
— A więc dobrze, mówmy poważnie, — odpowiedziała Julja. — Powiem ci zatem, że lepiej było zapomnieć, o tej bransoletce, a przynieść wczoraj wieczór lub dziś rano owych ośm tysięcy franków, których tak potrzebuję.
— Nie mogłem przyjść.
— A więc trzeba było przysłać. Alboż to na rogu ulic nie ma komisjonerów?
— Jeślim ani nie przyniósł, ani nie przysłał, to znakiem, że ich nie miałem. Długo szukałem, zanim znalazłem, a jeśli mam powiedzieć prawdę, przyrzeczono mi pieniądze dopiero na jutro. Że je dziś posiadam, zawdzięczam li ślepemu przypadkowi, o którym przed godziną ani pomyślałem... Wierzaj mi Julciu, przypadek ten gotów mię nawet skompromitować.
— Biedny chłopiec! — zawołała Julja tonem ironicznego współczucia. — I pan ośmielasz się mówić mi w oczy, że z trudnością przychodzi ci dostać dziesięć tysięcy franków, pan!
— Tak, ja.
Młoda kobieta spojrzała na kochanka i parsknęła śmiechem.
— Pysznie wyglądasz w tej roli człowieka biednego.
— To nie jest rola...
— Co mówisz? mój drogi... To miłe zeznanie jest dopiero wstępem. Jutro powiesz, że ci bardzo przykro, a pojutrze... Skąpstwo wzięło górę nad tobą. Dawniej nie posiadałeś tej cnoty. Czy nie żal ci przypadkiem pieniędzy, któreś na mnie wydał?
— Niebaczna! — szepnął Noel rozdrażniony.
— Rzeczywiście, — ciągnęła dama, — żałuję cię, ach, jak!... Nieszczęśliwy kochanek! Gdybym też ogłosiła składkę na ciebie? Na twojem miejscu wpisałabym się do biura dobroczynności.
Noelowi brakło cierpliwości, pomimo że przyrzekł sobie przetrwać spokojnie całą burzę.
— Ty się śmiejesz?! — zawołał, — a więc dowiedz się Juljo, że wyczerpałem wszystkie moje zasoby, że jestem zrujnowany!... Dziś pozostaje mi tylko przemysł...
— Oko młodej kobiety błysnęło; — spojrzała czule na kochanka.
— Ach! gdyby to było prawda, mój stary lisie, ach! gdybym ci mogła uwierzyć!
Adwokat uczuł to spojrzenie w najgłębszych tajnikach serca.
— Uwierzyła, — pomyślał, — i jest zachwycona. Ona mię nienawidzi.
Mylił się. Myśl, że mógł się znaleźć młodzieniec, który z zimną krwią zrujnował się dla jej miłości, nie zdradziwszy tego ani jedną skargą — unosiła ją w czarującą krainę zachwytu. W tej chwili zdawało jej się, że może uwielbiać tego biedaka, którego przedtem nienawidziła mimo jego pieniędzy i dumy. Ale wyraz jej oczu wnet się zmienił.
— Jakaż ja głupia, — krzyknęła, — żem uwierzyła i rozczuliła się... Powiedz to innej! Dziś wszyscy mężczyźni liczą się jak lichwiarze, dający na zastawy. Dziś rujnują się tylko głupcy i namiętni starcy. Tymczasem ty jesteś zanadto zimny, zanadto poważny, zanadto surowy, a przede wszystkiem zanadto silny.
— Ale z tobą nie zawsze... — wtrącił Noel.
— Dość, dość, ty wiesz dobrze, co czynisz. Zamiast serca, masz podwójne zero, jak na rulecie w Homburgu. Biorąc mię, powiedziałeś sobie opłacę własną namiętność. I dotrzymałeś słowa. Pieniędzy źle nie umieściłeś, bo w odsetkach otrzymywałeś przyjemność. Wiem, że jesteś zdolny popełniać wszelkie niedorzeczności na świecie, byle nie kosztowały więcej jak cztery tysiące franków na miesiąc. Gdyby potrzeba dać pięć franków więcej, zabrałbyś serce i kapelusz i poniósłbyś je gdzieindziej. Rozumiem.
— Prawda, — odpowiedział zimno adwokat, — umiem liczyć i to mię przekonało, gdzie i jak poszedł mój majątek.
— Wiesz, doprawdy? — szydziła Julja.
— I mogę ci to udowodnić, moja duszko. Z początku byłaś mało wymagającą. Ale apetyt wzmaga się przy jedzeniu. Zachciało ci się zbytków, miałaś je; okazałe meble, masz; mieszkanie w jednym z najpiękniejszych domów, toaletę kosztowną wszystko dałem. A nie mówię tu o tysiącach kaprysów. Nie liczę ani gabinetu chińskiego, ani dwóch tuzinów branzoletek. Wszystko razem wynosi cztery kraćstotysięcy franków.
— Czyś tylko pewny?
— Jak każdy kto je miał, a teraz nie ma.
— Okrągłych czterystatysięcy franków, czy przypadkiem nie ma centymów?
— Nie.
— A więc mój drogi...
W tej chwili weszła pokojowa z herbatą i przerwała ten miłośny duet, w którym Noel odśpiewał arię bardzo smutną. Adwokat zamilkł przez wzgląd na obecność służącej. Julja milczała przez wzgląd na swojego kochanka, bo wobec Karolci nie miała tajemnic. Subretka ta służyła u niej od trzech lat. W dobroci serca była gotowa poświęcić dla niej wszystko, nawet kochanka, który bądź co bądź bardzo drogo kosztował.
Pani Julja Chaffour była Paryżanką. Urodziła się około roku 1839, w okolicy przedmieścia Montmartre, z zupełnie nieznajomego ojca. Wiek dziecięcy przebiegł w rozmaitych niedostatkach. Jadała źle, najczęściej owoce z suchym chlebem, to też jej żołądek był bardzo strawny. W dwunastym roku życia była sucha jak szczypa, zielona jak jabłko w czerwcu, a obdarta jak święty Łazarz.
O moralności nie miała żadnego wyobrażenia. W jej oczach cały świat był zaludniony przez ludzi zacnych, żyjących jak jej pani matka i jak przyjaciele i przyjaciółki pani matki. Nie lękała się ani Boga, ani djabła, ale strasznie bała się miejskich sierżantów. Przejmował ją także strach na wspomnienie o tych tajemniczych i okrutnych osobach, które mieszkają w pobliżu pałacu Sprawiedliwości i lubią dokuczać młodym dziewczętom.
Że jej piękność nie rokowała żadnych nadziei, więc ją umieszczono w jednym z mniejszych magazynów, gdzie ją wziął w swoją protekcję pewien podeszły i szacunku godny jegomość, dawny znajomy pani matki. Starzec przezorny i roztropny jak wszyscy starcy, wiedział, że aby zebrać, trzeba wpierw zasiać. Najpierw chciał swej protegowanej nadać trochę ogłady. W tym celu przyjął metrów, nauczyciela muzyki i nauczyciela tańców, którzy w niespełna trzech miesiącach nauczyli ją pisać, nieco grać na fortepianie i jako tako tańczyć.
Starzec dał jej wszystko, z wyjątkiem kochanka. Znalazła go więc sama, artystę, który wykradł ją od starca, mającego jej przekazać połowę swego majątku, to jest nic. W trzy miesiące, czując się już nasyconą, opuściła gniazdo pierwszej miłości z całą swoją garderobą, zawiniętą w bawełnianą chustkę od nosa.
Przez cztery lata, które nastąpiły, żyła mało życiem realnem, lecz za to nierównie więcej ową nadzieją, która nigdy nie opuszcza młodą kobietę, wiedzącą o piękności swych oczu. Od czasu do czasu albo nikła bez śladu, albo pływała po wierzchu. Po dwakroć szczęście w rękawiczkach pukało do drzwi jej mieszkania, ale Julja nie była jeszcze na tyle doświadczoną, by je mogła uchwycić za połę paletota i na długo zatrzymać.
Właśnie występowała i wcale nie źle odgrywała swoje role w jednym z pomniejszych teatrzyków, gdy Noel dziwnym przypadkiem zdybał ją, poznał, pokochał i nakoniec zrobił swoją metresą.
Adwokat, jak mawiała, z początku wcale jej się podobał. Ale po kilku miesiącach znudził ją niesłychanie. Nie mogła znieść jego manier słodkich i grzecznych, właściwych ludziom światowym, tej głębokiej pogardy, którą czuł dla wszystkiego, co było nikczemne lub obłudne, a przedewszystkiem tej żelaznej cierpliwości, którą nic wzruszyć nie mogło. Nie mogła mu także darować, że nigdy nie chciał ją wprowadzić w owe sfery, gdzie panuje uciecha bez przesądów. Aby się rozerwać, zaczęła trwonić pieniądze. A w miarę, jak wzrastały jej kaprysy a poświęcenia kochanka, wzmagała się jej niechęć ku niemu.
Robiła go najnieszczęśliwszym z ludzi i pomiatała nim jak psem. Nie wypływało to jednakowoż ze złej natury, tylko z zasady. Była głęboko przekonaną, że mężczyzna dopiero wtedy kocha kobietę, gdy ta dobrze mu dokucza.
Julja nie była złą — i uważała się za godną litości. Marzyła zawsze o jakiejś miłości, którą czuła w głębi serca, ale której nie umiała określić. Wiedziała dobrze, że wszyscy kochankowie uważali ją za przedmiot zbytkowy, za zabawkę, a że nie mogła znieść pogardy, więc ze złości omal nie oszalała. Wymarzyła sobie mężczyznę, któryby do niej przywiązał się całem jestestwem, któryby dla niej wiele poświęcał, któryby do niej się zniżył, a nie takiego, do któregoby ona podnosić się musiała. Rozpaczała, że nie mogła znaleźć takiego kochanka.
Szaleństwa Noela przyjmowała z zimną obojętnością; zawsze uważała go za bardzo bogatego, i — rzecz godna zastanowienia — mimo wrodzonej chciwości, nie dbała o pieniądze. Może Noel byłby ją sobie zjednał, odsłaniając jej nagą prawdę, ale że adwokat będąc delikatnym, nie chciał jej dać uczuć całego ogromu swojego poświęcenia, więc tracił ją i tym razem.
On wielbił Julję. Aż do dnia, w którym ją poznał, żył jak mędrzec. Pierwsza ta namiętność zajęła całe jego jestestwo, a z pożaru ocalił tylko pozory. Mury stały, ale wnętrze domu było spalone do szczętu. I bohaterowie mają słabe strony: Achilles zginął przez piętę, najzręczniejsi rycerze padają pod ciosami nieprzyjaciół, jeśli piersi nie okryją stalowym pancerzem, — słabą stroną Noela była Julja. Ten wzór młodzieńca, ten adwokat o niesplamionej reputacji, ten surowy moralista, poświęcał dla niej nie tylko swoją fortunę, ale i majątek pani Gerdy.
Julję kochał szalenie, bez rozwagi, bez granic, z zamkniętemi oczyma. Po za nią nie widział nic. W jej buduarze zrzucał zwykłą maskę i stawał się innym człowiekiem. Tak mu dobrze było bez odwagi i siły wobec niej jednej, że mu nigdy przez myśl nie przeszło walczyć z tą słabostką. Jeśli czasem chciał się sprzeciwić jej nierozważnym kaprysom, naginała go jak latorośl. Pod czarownem spojrzeniem tej kobiety, postanowienia jego topniały prędzej, niż śnieg pod promieniem słońca. Męczyła go, ale miała dość siły, aby jednym uśmiechem zatrzeć wspomnienia doznanych nieprzyjemności, a jednym całusem osuszyć łzy.
W chwilach jaśniejszych wracał rozum; wtedy mawiał da siebie: „Ona mię nie kocha, ona ze mnie szydzi!“ Ale wiara tak głębokie w jego serce zapuściła korzenie, że nie mógł jej wyrwać. Nie raz miał powody wątpić o wierności swej metresy, lecz nigdy nie miał odwagi powiedzieć jej to bez ogródek. „Jeśli się nie mylę, trzeba ją opuścić...“ Myślał i na tem kończył. Okropną wątpliwość przenosił nad straszniejszą pewność.
Obecność pokojowej, która do ustawienia filiżanek i nalania herbaty potrzebowała nie mało czasu, pozwoliła Noelowi przyjść do siebie. Spojrzał na Julję, a jego gniew uleciał bez śladu. Nawet chciał już zapytać, czy nie był zanadto niegrzecznym.
Po wyjściu Karolci, usiadł na dywanie, tuż przy kochance, a rozwarłszy ramiona, chciał ją objąć za szyję.
— No, no, — zaczął tonem pieszczotliwym, przestań być złą. Jeślim zawinił, jużeś mię surowo ukarała. Zawrzyjmy pokój, i ucałuj mię...
Odtrąciła go, mówiąc sucho:
— Daj mi pokój. Ileż razy mam ci powtarzać, że dzisiaj jestem bardzo cierpiącą.
— Ty cierpisz, droga przyjaciółko? — pytał adwokat — może chcesz bym wezwał lekarza?
— Za wiele zachodu. Znam moją słabość... nazywa się znudzeniem. Ty zaś nie jesteś takim lekarzem, jakiego mi potrzeba.
Noel powstał z miną człowieka, któremu brakło odwagi i usiadł po drugiej stronie stołu, naprzeciw swej kochanki. Rezygnacja jego świadczyła, że oddawna przyzwyczaił się do scen podobnych. Julja dręczyła go, ale on wracał zawsze, jak ten mały pies, który po całych dniach ruszając na próżno ogonem, wzdycha do chwili, kiedy jego pieszczoty będą przyjemne. I Noel uchodził za człowieka surowego, popędliwego, kapryśnego!...
— Już od kilku miesięcy — rzekł, — powtarzasz mi jedną i tę samą piosenkę, że cię nudzę. Cóżem ci uczynił?
— Nic.
— A więc w takim razie?
— Moje życie jest tylko przeciagłem ziewaniem, — odpowiedziała młoda kobieta, — ale nie moja w tem wina. Czy sądzisz, że to bardzo przyjemnie być twoją metresą? Przypatrz się z bliska sam sobie. Czy jest na świecie człowiek tak smutny, niespokojny, podejrzliwy i zazdrośny jak ty?
— Każde twoje przyjęcie, — wtrącił nieśmiało Noel, — może zabić wesołość i oziębić wylanie serca... Kto kocha, musi się lękać...
— Ślicznie! ale w takim razie powinno się szukać kobiety wyłącznie dla siebie, a znalazłszy, powinno się ją zamknąć w piwnicy i wyprowadzać tylko raz na dzień, po objedzie, przy deserze, razem z szampanem... Śliczna zabawka!
— Lepiej byłbym zrobił, gdybym był wcale nie przyszedł, szepnął adwokat.
— Piękne widoki! Byłabym siedziała sama z memi cygaretami i jakim nudnym romansem. Sądzisz więc, że siedzieć cały dzień w domu, nazywa się istnieć, żyć?...
— Tak żyją wszystkie zacne kobiety, odparł sucho adwokat.
— Dziękuję! Bynajmniej im nie zazdroszczę. Na szczęście nie należę do kobiet zacnych, i przyznam ci się, że nie mogę dłużej siedzieć zamknięta jak Turczynka i mieć za jedyną rozrywkę twoją twarz zasępioną.
— A więc tyś zamknięta, ty!
— Jużciż że ja, — ciągnęła Julja z wzrastającą cierpkością. — Albo chociaż raz przyprowadziłeś do mnie którego z swych przyjaciół? Nie, mój pan ukrywa mnie... Kiedyż to wziąłeś mię pod ramię i poprowadził na przechadzkę? Nigdy! Godność szanownego pana wielceby ucierpiała, jeśliby go ujrzano w mojem towarzystwie. Mam karetę, ileż to razy w niej jeździłeś? Jeśli czasem się zdarzyło, natychmiast opuszczałeś firanki. Wyjeżdżam sama; przechadzam się sama...
— Zawsze jedne wyrzuty, — przerwał Noel, którego złośliwość kobiety zaczynała co raz więcej drażnić. — Albo to potrzebuję ci powtarzać dla czego tak jest?...
— Wiem, wiem, — mówiła dalej młoda kobieta, — że wstydzisz się mojej osoby. A jednak znam większych ludzi, którzy pokazują wszystkim swoje metresy. Pan drży o to znakomite nazwisko Gerdy, podczas gdy synowie najznakomitszych rodzin afiszują się z daleko gorszemi kobietami...
Noel ku wielkiej radości pani Chaffour, nie był już panem siebie...
— Dość wyrzutów! — zawołał wstając. — Ukrywam nasze stosunki, bo muszę. Dla czego żalisz się? Dałem ci wolność, a tak wybornie umiesz z niej korzystać, że każdy twój czyn uchodzi mej uwadze. Przeklinasz próżnię, którą zrobiłem do koła ciebie... Czyjaż w tem wina? Mogęż tu sprowadzić moich przyjaciół, ja, który żyję tak skromnie? Ujrzawszy twój zbytek, ten jawny dowód mego szaleństwa, zapytaliby się natychmiast, zkąd wziąłem tyle pieniędzy? Mogę mieć metresę, ale nie wolno mi wyrzucać za okno pieniądze, które do mnie nie należą. Gdyby jutro dowiedziano się, że ja ciebie utrzymuję, moja przyszłość byłaby zgubiona! Jakiż to klient chciałby powierzyć swoje sprawy człowiekowi, który rujnuje się dla kobiety, głośnej w całym Paryżu? Nie jestem wielkim panem, nie mam do stracenia ani wielkiego imienia historycznego, ani miljonowej fortuny. Jestem Noel Gerdy, adwokat, a moja reputacja jest wszystkiem, co posiadam. Muszę ją utrzymać, bo inaczej zginę!...
Julja, która doskonale znała swego Noela, spostrzegła w tej chwili, że kochanek zaszedł za daleko. Postanowiła więc zaraz go ugłaskać.
— No, no, mój przyjacielu, rzekła czule, nie chciałam zrobić ci przykrości. Wybacz mi... dziś jestem bardzo nerwową.
Ta prosta zmiana zachwyciła adwokata i prawie całkiem uspokoiła...
— Tak jesteś niesprawiedliwą, że czasem omal nie oszaleję. Zarzucasz mi zbytek powagi, a przed czterdziestuośmiu godzinami pogrzebaliśmy karnawał jak dwoje szaleńców. W tłusty wtorek częstowałem jak student. Poszliśmy do teatru, potem aby cię zaprowadzić na bal do wielkiej opery, przywdziałem domino, a przy końcu zaprosiłem dwóch przyjaciół na wieczerzę...
— Rzeczywiście, bardzo było wesoło! — odpowiedziała młoda kobieta z naiwnym uśmiechem.
— I mnie się zdaje.
— Szkoda tylko, że w teatrze nie byliśmy razem... Ja na górze, a ty na dole... Na balu byleś zły jak sto djabłów. Przy objedzie twoi przyjaciele byli znużeni, a więc mało mowni. W skutek twego nakazu musiałam udawać, że cię prawie nie znam... Piłeś, piłeś i końca temu nie było.
— Mówmy o czem innem, — przerwał Noel.
Przeszedł się raz przez pokój, a potem patrząc na zegarek:
— Niezadługo pierwsza, — rzekł, — muszę cię pożegnać.
— Jakto, nie zostaniesz?
— Nie, z największą przykrością... moja matka jest niebezpiecznie chora.
Wyjął i zaczął przeliczać na stole bilety bankowe, które otrzymał od Tabareta.
— Julciu, mówił pieszczotliwie, — oto nie ośm, lecz nawet dziesięć tysięcy. Nie zobaczysz mię przez kilka dni.
— Opuszczasz Paryż?
— Nie, ale będę zajęty sprawą, która dla mnie ma niezmierne znaczenie. O! tak, niezmierne! Jeśli się uda, filutko, nasze szczęście jest zapewnione... wtedy przekonasz się, że cię kocham.
— Ach, mój drogi Noelu, powiedz mi co to za sprawa?
— Nie mogę.
— Błagam cię, — prosiła młoda kobieta, wieszając się na szyi kochanka i podnosząc się na paluszkach, jakby chciała zbliżyć się do ust jego.
Adwokat pocałował ja... zdawało się, że się waha.
— Nie, rzekł nareszcie, nie mogę... Pocóż cię draźnić niepewną radością? A teraz, moja kochana, słuchaj mię uważnie. Cokolwiek się stanie, rozumiesz? pod żadnym pozorem nie przychodź, jak to dziś chciałaś niebaczna uczynić, ani nie pisuj do mnie. Sprzeciwiając się mej woli, możebyś mię przyprawiła o niepowetowaną stratę. Jeśliby ci się co zdarzyło, przyszlij mi natychmiast tego starego Clergeota. Muszę go pojutrze zobaczyć, bo ma moje weksle.
Julja cofnęła się, grożąc Noelowi niemym znakiem.
— Nic mi nie powiesz? — napierała.
— Nic dziś, ale niezadługo; — odpowiedział adwokat, którego mięszało spojrzenie metresy.
— Same tajemnice! — zawołała Julja, rozgniewana bezskutecznością swoich zabiegów.
— To już ostatnia tajemnica, przysięgam!
— Chłopcze, — mówiła młoda kobieta, — ty coś przedemną taisz... Wiesz, że cię znam... od kilku dni masz coś, jesteś całkiem zmieniony...
— Zapewniam cię...
— Nie, nie zapewniaj, bo ci nie uwierzę. Tylko — ostrzegam cię — bez złośliwych żartów, bo należę do kobiet, które umieją mścić się...
Adwokat był widocznie zakłopotany.
— Sprawa, o której mówiłem, — wyjąknął po chwili, — może tak dobrze udać się jak i zawieść...
— Dość! — przerwała Julja. — Uczynię zadość twej woli, przyrzekam. Pocałuj mię, muszę się położyć.
Zaledwie drzwi zamknęły się za Noelem, a już służąca siedziała na dywanie obok swej pani. Gdyby adwokat stał przy drzwiach, mógłby był dosłyszeć słowa Julji:
— Dalipan, nie cierpię go... Moje dziecko, co za dziwny człowiek! Ach! gdybym go się nie bała, zobaczyłby, co jestem w stanie uczynić... Ale on gotów by mię zabić!...
Służąca starała się wziąć Noela w obronę, lecz daremnie; młoda kobieta nie słuchając, mruczała:
— Dla czego przychodzi tak rzadko, co knuje? Ośmiodniowe zaćmienie, to zadługo... Czy przypadkiem nie myśli żenić się? Ach! gdybym wiedziała!... Nudzisz mię, mój luby, i pewnego poranku pewnie cię opuszczę, ale nie chcę, żebyś ty pierwszy to uczynił... Gdyby się ożenił?... Jabym tego nie zniosła!... Zaczętoby się wypytywać...
Lecz Noel nie słuchał pode drzwiami. Jak strzała biegł ulicą Provence, dotarł do ulicy Saint-Lazar i wszedł do swego domu przez tę samą furtkę w ścianie wozowni.
Dopiero od pięciu minut był w swoim gabinecie, gdy ktoś do drzwi zapukał.
— Panie! — mówiła służąca, — na litość Boską! odezwij się pan.
Otworzył drzwi, pytając niecierpliwie:
— Co znów nowego?
— Panie, — wyjąkała służąca zalewając się łzami, — już trzy razy pukałam, a pan się nie odezwał. Błagam pana... chodź... pani umiera... boję się...
Adwokat przeszedł za służącą aż do pokoju pani Gerdy. Musiał ją znaleźć bardzo zmienioną, bo mimo woli zrobił ruch przerażenia.
Chora rzucała się na łóżku. Widok był okropny! Twarz jej powlokła się trupią bladością, jakby w niej nie było ani jednej kropli krwi, a złowrogo błyszczące oczy zdawały się być zasypane drobnym proszkiem. Rozpuszczone warkocze spływały po jagodach i ramionach, nadając całemu obliczu wyraz przerażający. Od czasu do czasu wydawała jęk, a potem mówiła coś niezrozumiałego. Niekiedy silniejszy atak boleści wyrywał z jej piersi okrzyk: „Ach! jak ja cierpię!...“ Nie poznała Noela...
— Widzisz pan, rzekła sługa.
— Prawda... ktoby był przypuścił, że jej cierpienia będą tak szybko wzrastały? Prędko pobiegnij do doktora Hervé’go; niech wstanie i natychmiast tu przyjdzie.. Powiedz, żeś przyszła w mojem imieniu.
I usiadł w fotelu naprzeciw chorej.
Doktor Hervé należał do przyjaciół Noela, był jego kolegą szkolnym i towarzyszem z Quartier Latin. Historja doktora Hervé jest kopią historji wszystkich tych młodych ludzi, którzy bez majątku, stosunków, protekcji, ośmielają się poświęcić najtrudniejszemu zawodowi, który w Paryżu prawie żadnych nie ma widoków. Człowiek zasługujący ze wszech miar na uznanie i znający swoją wartość, Hervé powiedział sobie po skończeniu nauk: Nie, nie pójdę wegetować na wsi lub w małem miasteczku, zostanę w Paryżu, będę znakomitością, dobije się stopnia dyrektora szpitalu i dostanę krzyż legji honorowej.
Aby należycie przedstawić się światu, nasz przyszły Akademik zadłużył się na jakie dwadzieścia tysięcy franków. Wypadało nająć przyzwoite mieszkanie i stosownie je umeblować, co w Paryżu drogo kosztuje.
Od tego czasu uzbrojony w niezachwianą cierpliwość i silną wolę, walczy i czeka. Ale czy łatwo czekać w pewnych warunkach?... Aby to pojąć, trzeba samemu przejść bolesną szkołę życia. Umrzeć z głodu w czarnem ubraniu z uśmiechem na ustach!... Wydoskonalone cywilizacje wynalazły te męczarnie, które z pewnością są nierównie boleśniejsze, niż wszelkie katusze zadawane przez dzikich... Lekarz, rozpoczynający swoją karjerę, musi zacząć od biednych, którzy nie mogą płacić. Przytem chory jest niewdzięczny. Przychodząc do zdrowia, przyciska lekarza do piersi i nazywa go swoim zbawcą. Wyzdrowiawszy zupełnie, zapomina o wszystkiem — wdzięczności i honorarjum.
Po siedmiu bohatersko przebytych latach, Hervé ujrzał nareszcie, że klientela zaczyna się skupiać. W tym czasie napisał kilka broszur, bez intryg otrzymał medal i to zwróciło na niego uwagę.
Ale to już nie ów dziarski chłopiec, pełen nadziei i wiary! Wprawdzie jeszcze gorliwiej niż dawniej chce dobić się stanowiska, ale przyszłe powodzenie już go nie bawi. Wszystkie weselsze myśli o szczęśliwej przyszłości zabił w dniach, w których nie miał co jeść. Choćby z czasem majątek jego był największy, już on będzie tylko odwetem za przeszłość. W trzydziestym piątym roku życia czuje się zniechęconym, a pod maską ogólnej uprzejmości, ukrywa ogólną pogardę. Swoją przenikliwość, która nie mało mu szkodziła, bo świat nie lubi ludzi o bystrym umyśle, osłania teraz szatą jowialnej lekkości i słodyczy. A mimo to jest dobrym i wiernym przyjacielem.
Zaledwie wszedł na pół ubrany, bo widać bardzo się spieszył, pierwsze jego słowo, zwrócone do Noela, brzmiało:
— Co nowego?
Noel uścisnął mu rękę w milczeniu, a w odpowiedź wskazał na łóżko.
Doktor uchwycił lampę, zbliżył się do chorej, wziął ją za puls i niemal w tej samej chwili wrócił do przyjaciela.
— Co się stało? — zapytał bez namysłu, — muszę wiedzieć.
Adwokat wzdrygnął się na to zapytanie.
— Wiedzieć... co? wyjąknął.
— Wszystko! — powtórzył Hervé. — Mam do czynienia z chorobą mózgową... Nie mylę się. Nie jest to zwykła choroba, zwana zapaleniem mózgu. Co ją mogło spowodować? Zapewne gwałtowne wrażenie duszy, nadzwyczajna boleść, nieprzewidziany wypadek...
Noel przerwał swemu przyjacielowi ruchem ręki i powiódł go w głąb pokoju.
— Nie mylisz się, mój przyjacielu, — rzekł cichym głosem, — pani Gerdy miała śmiertelne zmartwienie... Pożerają ją przerażające myśli. Posłuchaj, Hervé... chcę powierzyć twojemu honorowi i przyjaźni, która nas obu łączy, naszą domową tajemnicę. Pani Gerdy nie jest moją matką.. odarła mię dla swojego syna z nazwiska i imienia. Przed trzema tygodniami odkryłem tę haniebną zdradę... Wie o tem, następstwa ją przestraszają i od tego czasu niknie w oczach...
Adwokat spodziewał się okrzyków i zapytań ze strony swego przyjaciela. Ale lekarz wysłuchał całej opowieści z niewzruszonym spokojem, uważając ją za niezbędną dla zrozumienia stanu chorej.
— Trzy tygodnie, — szepnął, — teraz wszystko jasne. Czy cierpiała przez ten czas?
— Skarżyła się ustawicznie na straszny ból głowy i w uszach, ale przypisywała to migrenie. Lecz powiedz mi otwarcie, Herve, czy to choroba niebezpieczna?
— Tak niebezpieczna, mój przyjacielu, że cała medycyna wylicza bardzo mało wypadków wyzdrowienia.
— Ach! mój Boże!
— Żądałeś prawdy, więc powiedziałem... Uczyniłem to zaś dla tego, że nie jest twoją matką... Nie łudźmy się; tylko cud może ją zbawić. Ale cudu możemy spodziewać się, możemy go nawet przygotować. A teraz do dzieła!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Gaboriau i tłumacza: anonimowy.