Gdzie winowajca/Tom I/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Odkrycie, które nastąpiło, nierównie więcej zgniewało, niż zdziwiło hrabiego de Commarin.
Czy potrzeba dodać, że od dwudziestu lat obawiał się odsłonięcia prawdy!
Wiedział, że nie ma tajemnicy, chociażby najlepiej ukrytej, któraby się nie mogła przedrzeć na światło dzienne, a jego tajemnicę posiadały do tej chwili trzy żyjące osoby!
Nie zapomniał także, że popełnił wielką niedorzeczność, powierzając swoją tajemnicę gadatliwemu papierowi. Przecież są rzeczy, o których nie wolno pisać...
Jakim sposobem, on, rozumny dyplomata, polityk wytrawny i ostrożny, mógł zrobić coś podobnego! Dla czegóż napisawszy, dopuścił, aby ta korespondencja została na świecie? Dla czegóż nie zniszczył dowodów, które każdej chwili mogły się przeciw niemu obrócić? Można to wytłumaczyć tylko szaloną namiętnością, to jest ślepą, głuchą i graniczącą z pomieszaniem zdrowych zmysłów.
Prawdziwa namiętność tak ufa w trwałość, że zaledwie uczuje się zadowoloną, a już wierzy w wieczność swojego istnienia. Zajęta teraźniejszością, ani pomyśli o przyszłości.
Zresztą, gdzież człowiek, któryby mógł ustrzedz się ukochanej przez siebie kobiety? Zawsze zakochany Samson powierzy swoje włosy nożycom Delili.
Jak długo kochał Walerję, nie żądał od ubóstwionej zwrotu swoich listów.
Gdyby mu nawet myśl podobna strzeliła kiedy do głowy, byłby ją odrzucił, aby nie obrazić anioła.
A czy miał powód wątpić o dyskrecji kochanki? Żadnego... Wiedział, że jej własny interes nakazywał zniszczyć ślady ubiegłych wypadków. Alboż to nie ona korzystała z haniebnego czynu? Alboż to nie jej syn odebrał drugiemu majątek i imię?
Gdy w ośm lat później, hrabia, sądząc się zdradzonym, zerwał węzły, które go tak długo uszczęśliwiały, zaczął myśleć o odzyskaniu smutnej korespondencji. Ale nie wiedział, jak do tego przystąpić. Tysiączne powody wstrzymywały go od stanowczego kroku.
Głównie pod żadnym warunkiem nie chciał widzieć się z tą, którą niegdyś tak kochał. Nie czuł się dość silnym, by mógł powstrzymać się od wybuchów gniewu, lub okazać się obojętnym na łzy, które z pewnością byłaby przed nim wylała. Czy mógł oprzeć się błagającemu spojrzeniu tych pięknych oczu, które przez tyle lat były panami jego duszy?
Zobaczyć kochankę swojej młodości, znaczyło przebaczyć, a zanadto były obrażone honor i miłość, aby mógł pomyśleć o cofnięciu się z obecnej drogi.
Z drugiej znów strony, zwierzenie się przed trzecią osobą, było wręcz niemożliwe. Wstrzymał się zatem od wszystkich kroków, zwlekając postanowienie z dnia na dzień.
— Zobaczę ją, — mawiał do siebie, — ale dopiero wtedy, gdy z mojego serca tak ją już wyrwę, że powrót stanie się niepodobny. Nie chcę, aby ją cieszyła moja boleść.
Tak schodziły miesiące i lata — dopóki sam nie przyznał, że teraz już za późno.
Rzeczywiście, są wspomnienia, których nie powinno się obudzać. Są okoliczności, kiedy niesłuszne podejrzenie staje się najniezręczniejszą prowokacją.
Zmusić uzbrojonego, aby oddał broń, nie znaczy to zmuszać go do odporu? Po tak długim czasie, przyjść i domagać się zwrotu listów, równało się wydaniu wojny. Zresztą, czy jeszcze są te listy? Kto mógł zaręczyć, że ich nie zniszczyła sama pani Gerdy, pojmując, że ich istnienie było ciągiem niebezpieczeństwem, podczas gdy ich usunięcie, zapewniało imię i majątek jedynemu jej synowi?
Hrabia de Commarin nie należał do ludzi, lubiących się łudzić, wszelako widząc się w rozpaczliwem położeniu, postanowił zdać się na łaskę wypadku, a na starość zostawił tylko jedne drzwi otwarte, przez które wchodzi gość nieproszony: Nieszczęście!
Od dwudziestu lat nie minął ani jeden dzień, żeby nie złorzeczył swej ślepej namiętności. Mimo usilnych starań nie mógł zapomnieć o niebezpieczeństwie, wiszącem nad jego głową na słabej nici jak miecz Damoklesa. Dziś urwała się nitka.
Tysiące razy przypuszczając możliwość katastrofy, pytał sam siebie, jak odbić ten pocisk? Często myślał: „Co wypadnie uczynić, gdy już wszystko będzie odkryte?“
Nie mało miał planów, ale wszystkie odrzucił. Pocieszał się tysiącznemi pomysłami, a tymczasem gdy strzał padł z zasadzki, ujrzał się bez obrony...
Hrabia usiadł w wygodnym fotelu, właśnie pod obrazem przedstawiającym drzewo genealogiczne starożytnej rodziny Rhéteau de Commarin, a syn stanął przed nim, w postawie pełnej szacunku.
Stary szlachcic nie zdradzał niepokoju, który go pożerał. Nie wydawał się ani rozdrażnionym, ani złamanym. Tylko oczy wyrażały większą butę, niż zwyczajnie, pewność, która drwi z trudności i niewzruszoną siłę woli.
— Teraz, wice-hrabio, — zaczął stanowczym głosem, — wytłumacz się... Nie będę ci mówił o położeniu ojca, który musi rumienić się wobec syna... Powinieneś go zrozumieć i żałować... Oszczędzajmy się nawzajem i staraj się zachować spokojność. Powiedz mi, od kogo dowiedziałeś się o mojej korespondencji?
Albert, który od trzech dni oczekiwał tej pogadanki z zabijającą niecierpliwością, miał czas zebrać się i przygotować do walki. Zmieszanie, które go owładnęło po pierwszych słowach, ustąpiło miejsca dumnej stanowczości. Opowiedział wszystko jasno i dokładnie, nie gubiąc się w szczegółach, które w ważnych sprawach niecierpliwią i męczą słuchacza.
— Hrabio, — zaczął, — w niedzielę przed południem przyszedł do mnie jakiś młody człowiek, a mówiąc, że mi ma wyjawić rzecz wielkiej doniosłości, prosił o sekret. Przyjąłem go. On to wyjawił mi, że niestety jestem tylko dzieckiem miłości, które zostało podsunięte na miejsce legalnego syna hrabiny de Commarin.
— I nie kazałeś wyrzucić tego bezwstydnika! — zawołał hrabia.
— Nie, hrabio. W pierwszej chwili uniosłem się gniewem, ale on wręczył mi paczkę listów, prosząc, bym wpierw zechciał odczytać, zanim będę mówił...
— Ach! — krzyknął hrabia de Commarin, — trzeba je było wrzucić w ogień, przecież na kominku musiał być ogień... Jakto! miałeś je w swoich rękach i one jeszcze istnieją? Co za szkoda, że mnie wtedy nie było!...
— Hrabio! — przerwał Albert tonem wyrzutu.
A przypomniawszy sobie, że Noel stanął plecyma do kominka, dodał spokojniej.
— Myśl ta przyszła mi w pierwszej chwili, ale nie była możliwą do urzeczywistnienia. Zresztą, na pierwszy rzut oka poznałem twoje pismo, hrabio. Wziąłem przeto listy i wszystkie odczytałem.
— A potem?
— Potem zwróciłem nieznajomemu całą korespondencję, prosząc o ośmiodniową zwłokę. Nie, aby się namyśleć, bo tego nie potrzebowałem, ale żeby się rozmówić z tobą, panie hrabio... Dziś pytam cię, ojcze, czy zamiana ta przyszła w rzeczy samej do skutku?
— Bez wątpienia, — odpowiedział hrabia z gwałtownością. — Zresztą, powinieneś o tem być przekonany, bo czytałeś listy, pisane do pani Gerdy, twojej matki...
Chociaż Albert był przygotowany na tę odpowiedź, uczuł przecież, że nogi pod nim zadrżały. Są nieszczęścia tak wielkie, że aby w nie uwierzyć, trzeba je kilka razy usłyszeć. Ale ta słabość trwała u Alberta tylko jedno mgnienie oka.
— Przebacz mi, hrabio, dotychczas miałem przekonanie, ale nie pewność. Wszystkie twoje listy świadczą o twoich zamiarach, opisują twój plan, ale żaden z nich nie wspomina, czy projekt udał się w całości...
Hrabia spojrzał na Alberta ze zdumieniem.
Jeszcze miał w pamięci wszystkie swoje listy i wiedział, że niejednokrotnie pisał do Walerji o powodzeniu, dziękując jej za poddanie się jego woli.
— Czy nie odczytałeś wszystkich listów? — zagadał po chwili.
— Owszem, przytem z największą uwagą. Mogę cię zapewnić, hrabio, że w ostatnim liście donosisz pani Gerdy o przyjeździe mamki, Klaudji Lerouge, która miała dokonać zamiany. Więcej nie wiem...
— A więc nie ma dowodów materjalnych! — szepnął hrabia. — Można powziąć jakiś zamiar, długo się z nim nosić, a porzucić go w ostatniej chwili. Często to się zdarza...
Wyrzucał sobie, że zanadto prędko dał odpowiedź. Albert miał z początku podejrzenie, teraz miał już pewność. Jaka niezręczność!
— Nie podlega wątpliwości, — myślał hrabia, — że Walerja zniszczyła listy ostatnie, najniebezpieczniejsze, ale dla czegoż zostawiła poprzednie, mogące nas dostatecznie skompromitować, a zostawiwszy, czemu je wydała?
Albert stał ciągle nieruchomo i milcząco, oczekując słów hrabiego. Jak będą brzmiały? Jego los rozstrzygał się w umyśle starca.
— Może umarła! — rzekł głośno hrabia de Commarin.
A na samą myśl, że może Walerja w rzeczy samej umarła, uczuł drżenie w całem ciele. Jego serce, mimo dwudziestoletniego rozdzielenia, ścisnęło się kurczowo, tak głębokie korzenie zapuściła w niem pierwsza miłość. Złorzeczył jej — ale teraz przebaczył. Prawda, że go zdradziła, ale przecież tylko jej jednej, zawdzięczał najpiękniejsze dni szczęścia. Czyż nie była całą poezją jego młodości? Czy miał potem chociażby jedną godzinę radości, rozkoszy, albo zapomnienia? Jego serce było jak waza, która raz napełniona wonnemi kroplami, zachowuje zapach na wieki.
— Biedna kobieta! — szepnął półgłosem.
Westchnął głęboko. Trzy lub cztery razy jego powieki drgnęły, jak gdyby na nich gorąca łza osiadła. Albert patrzał na ojca z niespokojną ciekawością. Po raz pierwszy widział na jego twarzy inne wzruszenie, niż uczucie ambicji zwyciężającej, albo zwyciężonej. Ale hrabia de Commarin nie należał do ludzi, którzy mogą się długo rozczulać.
— Nie powiedziałeś mi, wice-hrabio, kto przysłał tego złowrogiego posłańca.
— Przyszedł w swojem własnem imieniu, nie chcąc, jak twierdził, mięszać nikogo w tę smutną sprawę. Młody ten człowiek był właśnie twój syn legalny, którego miejsce bezprawnie zająłem; pan Noel Gerdy...
— Prawda! — przerwał hrabia półgłosem, — Noel, to jego imię, przypominam sobie... — i z widocznem wahaniem się dodał: — Czy mówił ci o swojej matce? o twojej matce?
— Bardzo mało, hrabio. Nadmienił tylko, że przyszedł bez jej wiedzy, i że nadzwyczajny wypadek powierzył mu tajemnicę, którą mi wyjawił.
Hrabia de Commarin nic nie odpowiedział. Zresztą, co miał odpowiedzieć? Rozmyślał. Stanowcza chwila nadeszła, a on tymczasem chciałby ją zwlec o całą wieczność.
— Ależ, wice-hrabio, — rzekł nareszcie tonem pieszczotliwym, który zdziwił Alberta, — czemu stoisz? Usiądź przy mnie — pogawędźmy... Połączmy nasze usiłowania, dla uniknięcia, jeżeli tylko można, tego wielkiego nieszczęścia. Mów do mnie szczerze, jak syn do ojca. Czy pomyślałeś, co czynić wypada? Czyś co postanowił?
— Zdaje mi się, hrabio, że nie można się wahać.
— Jak to rozumiesz?
— Mój obowiązek, ojcze, jest według mego przekonania, bardzo jasny. Wobec syna legalnego powinienem cofnąć się bez skargi, jeśli już nie bez żalu. Niech przyjdzie... Jestem gotów zwrócić wszystko, co mu pomimo woli zabrałem, miłość ojca, imię i majątek...
Stary szlachcic, usłyszawszy tę pełną godności odpowiedź, nie mógł dłużej zachować spokoju, który z początku zalecał synowi. Twarz jego oblała się purpurą i gwałtownem uderzeniem pięści wywrócił stolik mahoniowy. On, ten wyrachowany w swoich słowach dyplomata, zaczął wyrzucać przekleństwa, do których nie przyznałby się najstarszy kapral od huzarów.
— A ja, mój panie, oświadczam ci, że to, o czem myślisz, nigdy się nie stanie. Nie, nie stanie się, przysięgam! Co się stało, dobrze się stało. Chociażby Bóg wie co nastąpiło, rozumiesz mię wice-hrabio, rzeczy zostaną jak są, bo ja tak chcę! Jesteś wice-hrabią de Commarin, zostaniesz wice-hrabią de Commarin, a choćby nawet wbrew twojej woli, jeśli ci się to podoba. Będziesz nim aż do swojej śmierci, a przynajmniej mojej. Bo jak długo Opatrzność życia mi dozwoli, szalony twój zamiar pewnie się nie spełni!
— Ależ z tem wszystkiem, — wtrącił bojaźliwie Albert.
— Nie przerywaj! — zawołał hrabia. — To za wiele... Alboż nie wiem, jakie mogą być twoje uwagi? Chciałeś mi powiedzieć, nieprawdaż, że to rażąca niesprawiedliwość, haniebne wywłaszczenie. Być może, i przyznaję się, że mię to boli. Czy sądzisz, że dopiero dziś wyrzucam sobie fatalne obłędy młodości? Już od dwudziestu lat żałuję mojego syna prawego, już od dwudziestu lat złorzeczę podstępowi, którego stał się ofiarą. A mimo to umiałem ukrywać smutek i gorzkie wyrzuty, które jak szpilki kłuły mię we śnie na łożu. W jednej chwili twoja głupia rezygnacja zadałaby kłam moim cierpieniom. Nie! nie zezwolę na to...
Hrabia wyczytał odpowiedź na ustach syna; piorunującem spojrzeniem zmusił go do milczenia.
— Czy sądzisz, — ciągnął, — że nie opłakiwałem prawego syna, który musi walczyć z niedostatkiem? Czy sądzisz, że wyrządzone złe, nie chciałem nigdy naprawić? Były chwile, mój panie, że z największą chęcią byłbym oddał połowę majątku, za jeden uścisk tego dziecka, którego matkę za późno nauczyłem się cenić. Ale obawa, żeby to nieszkodziło tobie, wice-hrabio, zawsze mię powstrzymywała. Poświęciłem się temu wielkiemu nazwisku, które noszę. Otrzymałem je bez plamy od moich ojców, a więc bez plamy muszę je przekazać mojemu synowi. Twoje pierwsze postanowienie było dobre, szlachetne, rycerskie, ale trzeba o niem zapomnieć. Rozważ tylko, jak wielki byłby skandal, gdyby świat dowiedział się o tej tajemnicy? Nie przeczuwasz, z jaką radością powitaliby tę wiadomość nasi nieprzyjaciele, ten tłum dorobkiewiczów, który nas otacza... Drżę na samo przypuszczenie, jaką hańbą i śmiesznością okryłoby się nasze nazwisko. Już nie jeden herb jest obryzgany błotem, nie chcę tych plam na mojej tarczy!...
Hrabia de Commarin zamilkł na kilka chwil, lecz Albert nie ośmielił się zabrać głosu; tak od dzieciństwa przywykł szanować wolę strasznego arystokraty.
— Nadaremnie szukam, — zaczął znowu hrabia, — nie widzę żadnego wyjścia... Czy mogę wyprzeć się ciebie i natomiast uznać Noela za mojego syna? Nie... Bez trybunałów nie można dokonać takiej zamiany. Jeśli kto nazywa się bodaj jeden dzień hrabią de Commarin, nie może się zbłaźnić! Moralność nie jest równa dla wszystkich, bo nie wszyscy mają te same obowiązki. W naszem położeniu, błędy są niemożebne do poprawienia. A więc uzbrój się w odwagę i okaż się godnym nazwiska, które nosisz. Burza zbliża się, a więc z podniesioną głową czekajmy na jej spotkanie!...
Bierne zachowanie się Alberta, drażniło co raz bardziej hrabiego. Powziąwszy raz niezachwiane postanowienie, wice-hrabia słuchał kazania o obowiązkach, ale snać inne miał o nich przekonanie, bo na jego twarzy nie odbiło się żadne wrażenie. Hrabia zrozumiał, że go nie może złamać.
— Co chcesz odpowiedzieć? — zapytał.
— Zdaje mi się, że hrabia nie pomyślał o niebezpieczeństwach, które ja przewiduję. Są rzeczy, które oburzają sumienie...
— Doprawdy! — przerwał hrabia szyderczo, — twoje sumienie oburza się! Złą sobie obrało chwilę... Za późno się ozwało. Jak długo spodziewałeś się po mnie odziedziczyć świetne imię i tuzin miljonów, sumienie twoje milczało; dziś oburza się, bo żądam od ciebie, abyś wziął na swoje biodra część brzemienia, które mię przygniata. To za wiele mój synu! Dzieci, wice-hrabio, odpowiadają za czyny ojców. Chcąc nie chcąc, będziesz moim spólnikiem chcąc nie chcąc musisz w części przyjąć odpowiedzialność za błąd, który popełniłem. Tak być musi, ja tak chcę!
— Ależ, hrabio, — zawołał Albert, — przecież jam nie zawinił! Nie mnie powinieneś przekonywać, ale Noela Gerdy.
— Noela? — zapytał hrabia.
— Twojego syna prawego... Tak do mnie mówisz, jak gdyby wynik tej smutnej sprawy zawisł wyłącznie od mojej woli. Czy sądzisz, hrabio, że pan Gerdy zechce milczeć? A jeśli zabierze głos, to z pewnością nie usłucha uwag, które przedemną wyłuszczasz.
— Nie lękam się tego chłopca.
— To bardzo źle, hrabio; wybacz mojej śmiałości. Chociażby ten człowiek miał tak wyniosłą duszę, iżby nie pragnął ani twojego nazwiska ani majątku, to jednak w sercu swojem nazbierał dosyć żółci, która go zachęci do zemsty, czyli mówiąc jaśniej, do odzyskania praw utraconych.
— Nie ma dowodów.
— Ma twoje listy, hrabio.
— Nie są rozstrzygające; sam to mówiłeś.
— Prawda, hrabio, a mimo to one mię przekonały, mnie, któremu takie przekonanie mogło tylko szkodzić. Zresztą, jeśli będzie potrzebował świadków, pewnie ich znajdzie...
— Gdzież ci świadkowie, wice-hrabio? Zapewne tylko ty jeden.
— I ty, mości hrabio. W dniu, w którym on zachce, ty sam nas zdradzisz. Bo jeśli cię wezwie przed trybunał i tam każe zaprzysiądz prawdę — cóż wtedy powiesz?
Czoło hrabiego de Commarin pokryło się na to naturalne przypuszczenie czarnemi chmurami. Widocznie układał się z honorem, najwyższym swoim panem.
— Ocalę nazwisko moich przodków, — rzekł nareszcie.
— Kosztem fałszywej przysięgi, — odpowiedział Albert, — ojcze, ja w to nigdy nie uwierzę. Ale przypuśćmy i ten czyn. Wówczas Noel zaapeluje do pani Gerdy.
— Ach! ja ręcze za nią, — zawołał hrabia. — Jej własny interes robi ją naszą sprzymierzeńczynią. W razie potrzeby pomówię z nią... Tak,— dodał z pewnem wysileniem, — pójdę do niej, rozmówię się — i bądź spokojny, że nas nie zdradzi...
— A Klaudja, — ciągnął młody człowiek, — czy i ta będzie milczała?
— Za pieniądze... a dam jej ile zechce.
— I ty ufasz, mój ojcze, zapłaconemu milczeniu, jak gdyby można przypuścić, że kupione sumienie jest szlachetne! Kto się tobie zaprzeda, może jutro sprzedać się innemu. Pewna suma zamknie jej usta, większa napowrót je otworzy.
— Będę umiał wzbudzić w niej obawę.
— Zapomniałeś, mój ojcze, że Klaudja Lorouge była mamką Gerdy’ego, że go kocha, że zatem jego szczęście bardzo ją obchodzi. Kto wie, czy sobie nie zapewnił jej pomocy. Ona mieszka koło Bougival; przypominam sobie, żem z tobą do niej jeździł. Noel musiał się zapewne często z nią widywać, i bardzo być może, że ona pierwsza wprowadziła go na trop twojej korespondencji. Mówił mi o niej, jak o osobie, na którą może liczyć. Prawie mi proponował, abym pojechał do niej i przekonał się o prawdziwości jego twierdzeń.
— Boże! — zawołał hrabia, — czemu Klaudja nie umarła, zamiast mojego wiernego Germaina!
— Widzisz hrabio, — kończył Albert, — jedna Klaudja Lerouge może unicestwić wszystkie twoje zamysły.
— Nie! — krzyknął hrabia de Commarin, — znajdę środki!
Uparty szlachcic nie chciał poddać się przeciwnościom, których blask zupełnie go oślepił. Od godziny plótł brednie, a plótł w dobrej wierze. Pycha krwi paraliżowała w nim władzę zdrowego zmysłu. Samo przypuszczenie, że mógłby się przyznać do porażki, wydawało mu się obraźliwem i niegodnem jego charakteru. Nie przypominał sobie, ażali w całem biegu życia zdarzyło mu się natrafić na nieprzełamaną trudność lub nieprzebytą zaporę. Był podobnym do owych herkulesów, którzy nie znając granic swojej siły, myślą, że gdyby tylko przyszła im fantazja, mogliby wywracać góry i wyrywać skały.
Miał także wszystkie błędy ludzi wyobraźni, którzy sądzą w dobrej wierze, że dość jest chcieć, aby coś wymarzonego zamienić na rzeczywistość.
Albert przerwał tym razem milczenie, które mogło trwać w nieskończoność.
— O ile mi się zdaje, hrabio, przedewszystkiem obawiasz się wywleczenia na widok publiczny tej smutnej historji. Możliwy skandal przestrasza cię i w rozpacz wtrąca. A czy nie wiesz, że krzyk dopiero wtedy będzie wielki, gdy zaślepieni uporem staniemy do walki? Niech jutro rozpocznie się nasz proces, a w czterech dniach będzie o nim mówiła i pisała cała Europa. Dzienniki nie będą także szczędziły komentarzów. Gdybyśmy chociaż byli pewni, że zwyciężymy! Ale my przegramy, musimy przegrać, mój ojcze. Co wtedy będzie? Jakiem szyderstwem otoczy nas opinja publiczna?...
— Zdaje mi się, — przerwał hrabia, — że aby tak mówić trzeba nie mieć dla mnie ani szacunku, ani uczucia.
— Najświętszy obowiązek nakazuje mi zwrócić twoją uwagę, ojcze, na wszystkie niebezpieczeństwa, których się boję, a których jeszcze możemy uniknąć. Noel Gerdy jest twoim prawym synem, uznaj go więc za takiego, przyjm jego sprawiedliwe żądania. Niech przyjdzie. Bez wrzawy możemy załatwić całe sprawę. Łatwo możemy zrzucić odpowiedzialność na mamkę, na Klaudję Lerouge. A wtedy kto zabroni nowemu wice-hrabiemu de Commarin wyjechać z Paryża i zgubić się na jakiś czas? Może podróżować po Europie przez pięć lub sześć lat, a gdy wróci, wszystko pójdzie w niepamięć i nikt już o mnie nie wspomni...
Pan de Commaria nie słuchał; on rozważał.
— Ale zamiast tego wszystkiego wice-hrabio, — rzekł stanowczym głosem, — można się ułożyć. Te listy można wykupić. Czego pragnie ten młody człowiek? Stanowiska i majątku. Zapewnię mu jedno i drugie. Będzie tak bogatym, jak tylko zechce. Dam miljon, jeśli potrzeba, dwa — trzy — nawet połowę mojego majątku. Pieniędzmi, wice-hrabio, wielkiemi pieniędzmi...
— Nie obrażaj go, hrabio, przecież on jest twoim synem.
— Prawda a jednak radbym, żeby go teraz djabli porwali! Lecz bądź co bądź muszę z nim zawiązać układy. Dam mu do zrozumienia, że lemiesz nie może mierzyć się z orężem; on to zrozumie!
Hrabia mówiąc, pocierał czoło ręką. Myśl o układach zachwyciła go. Tysiączne uwagi utwierdzały go coraz mocniej w przekonaniu, że musi wyjść zwycięzko. Tak więc odzyszcze utracony spokój.
Ale syn nie podzielał tych pięknych nadziei.
— Może będziesz się gniewał, hrabio, — rzekł smutnym tonem, — jeśli cię pozbawię tej ostatniej iluzji, ale muszę... Nie marz o polubownem załatwieniu, bo przebudzenie może być bardzo gorzkie. Widziałem pana Gerdy i bądź pewny, mój ojcze, że nie należy on do ludzi, których można przestraszyć. To natura energiczna, odważna. Syn godny takiego, jak ty ojca, a jego wzrok, podobnie jak twój, mówi o woli żelaznej, która da się złamać, ale nigdy nagiąć. Jeszcze słyszę jego głos stanowczy i widzę tajemniczy blask jego oczu. Nie, on nie przystanie na układ. Chce odzyskać wszystko, albo nic, a nikt nie powie, że żąda za wiele. Jeśli się oprzesz, mości hrabio, uderzy na nas z całą zaciętością i nic go nie wstrzyma. A dopóki albo nie odniesie zupełnego zwycięztwa, albo nie dozna stanowczej porażki, pewnie się nie cofnie!
Przyzwyczajony do ślepego posłuszeństwa swojego syna, stary szlachcic zdziwił się, usłyszawszy tę mowę.
— Jak daleko chcesz zajść? — zapytał.
— Przebacz mi, ojcze, ale gardziłbym sobą całe życie, jeślibym nie uchronił twojej starości od największych nieszczęść. Twoje nazwisko nie należy już do mnie — ja odzyszczę moje. Jestem synem twojej miłości, a więc ustąpię miejsca synowi prawemu. Pozwól mi cofnąć się w przekonaniu, że dobrowolnie i w sposób honorowy spełniłem mój obowiązek i nie dopuszczaj, aby mię ztąd haniebnie wypędzono na podstawie sądowego wyroku.
— Jakto! — zawołał hrabia z oburzeniem, — opuszczasz mię, nie chcesz mię wspierać, zwracasz się przeciw swojemu ojcu i uznajesz prawa drugiego wbrew mojej woli?
Albert zrobił znak potwierdzający. Ślicznie teraz wyglądał, z tą twarzą rozjaśnioną szlachetnem uczuciem i silnem postanowieniem.
— Moje postanowienie jest niezłomne, — odpowiedział, — nigdy nie zezwolę, aby twój syn, hrabio, był odarty...
— Nieszczęsny! — zawołał pan de Commarin; — synu niewdzięczny!...
Jego gniew był tak wielki, że nie mogąc go wyrazić w obelgach, chwycił się innej broni — szyderstwa.
— Ależ nie, — mówił dalej, — ty jesteś wielki, szlachetny, wspaniałomyślny! Bardzo po rycersku postępujesz wice-hrabio... chciałem powiedzieć: kochany panie Gerdy... Wyglądasz jak jeden z mężów, opisanych przez Plutarcha. A więc wyrzekasz się mojego nazwiska, majątku — i odchodzisz z Bogiem... Zapewne na progu mego pałacu otrzepiesz proch z obuwia, a potem rzucisz się w świat. Szkoda tylko, że na samym wstępie nowej karjery, znajdziesz do przezwyciężenia jedną trudność: jak będziesz żył mój stoiczny filozofie? Panie Gerdy, bo inaczej nie mogę cię już nazywać, czy zaoszczędziłeś dużo z tych czterech tysięcy franków, które miesięcznie dawałem ci na pomadę do wąsów? Możeś wygrał na giełdzie! To co innego... A więc moje imię tak cię już zmęczyło swojem brzemieniem, że jak najprędzej chciałbyś się go pozbyć! Błoto wygląda w twoich oczach bardzo ponętnie, kiedy pragniesz wyskoczyć z powozu. Zresztą, może cię nuży towarzystwo z moimi przodkami, których widzisz na każdej ścianie, może chciałbyś znaleźć sobie równych...
— Już i tak jestem dosyć nieszczęśliwy, — odpowiedział Albert, wysłuchawszy całego szeregu obelg, — a ty, hrabio, obarczasz mię...
— Ty, nieszczęśliwy? A kto tu zawinił? Lecz wracam do mojego pytania: Jak i z czego będziesz żył?
— Nie jestem marzycielem, lubo takim chcesz mię przedstawić, mości hrabio. Muszę się przyznać, że co do przyszłości, liczyłem ojcze na twoją dobroć. Jesteś tak bogatym, że pięćset tysięcy franków nie uszczupliłoby twojego majątku, a z odsetek od tej sumy, żyłbym spokojnie, jeśli już nie bardzo szczęśliwie.
— A gdybym ci odmówił tych pieniędzy?
— Zanadto dobrze znam cię, panie hrabio, abym nie miał wiedzieć, że tego pewniebyś nie uczynił. Będąc sprawiedliwym, nie dopuściłbyś nigdy, abym pokutował za błąd, który nie popełniłem... Oddany sam sobie, miałbym już do tej chwili przyzwoite stanowisko. Dziś za późno myśleć o niem. A jednakże w razie naglącej potrzeby, starałbym się usilnie...
— Wyśmienicie! — przerwał hrabia, — co raz lepiej! Jeszcze żaden bohater z romansu nie przemawiał tym tonem. Co za charakter! Wszak to Rzymianin czystej krwi... Nie, to Spartanin! Zdaje mi się, że żyję w starożytności. Ale z tem wszystkiem powiedz, czego się spodziewasz po tej zadziwiającej bezinteresowności?
— Niczego, hrabio.
Hrabia wzruszył ramionami i spojrzał ironicznie na syna.
— To chuda nagroda, — zauważył. — Czy sądzisz, że dam temu wiarę? Nie, wice-hrabio, tak pięknych rzeczy nie robi się daremnie. Musisz zatem mieć jakieś powody, których nie mogę dociec...
— Powody już wyłuszczyłem.
— A więc dobrowolnie wyrzekasz się wszystkiego. Porzucasz nawet zamiar zaślubienia pannę Klarę d’Arlauge. Zapominasz o małżeństwie, o którem mimo moich próśb usilnych nie mogłeś zapomnieć przez dwa lata.
— Nie, hrabio. Widziałem się z panną Klarą i opisałem jej moje okrutne położenie. Cokolwiek się stanie, ona będzie moją żoną. To mi poprzysięgła!
— I myślisz, że markiza d’ Arlange wyda swoją wnuczkę za pana Gerdy?
— Spodziewam się tego, hrabio. Margrabina jest tak przywiązaną do szlachectwa, że przeniesie dziecię miłości szlachcica, nad syna jakiego zacnego fabrykanta. Lecz w razie odmowy, postanowiliśmy czekać jej śmierci.
Spokojny ton mowy Alberta, unosił co raz bardziej pana de Commarin.
— I to miałby być mój syn! — krzyknął, — nigdy! Jaką krew masz w żyłach? Tylko twoja zacna matka mogłaby to powiedzieć, jeśli zresztą sama wie...
— Panie! — przerwał Albert groźnym tonem, — obliczaj swoje słowa! Jest moją matką — i to wystarcza. Ja jestem jej synem, a nie sędzią. Nikt wobec mnie nie śmie jej ubliżyć, bo, mości hrabio, ja nie pozwalam! Nie zniosę tego od nikogo, a więc i od ciebie, mój panie!
Hrabia napróżno robił bohaterskie wysilenia, aby w gniewie nie przekroczyć pewnych granic; ale zachowanie się Alberta pozbawiło go zmysłów. Jakto! On śmiał mu grozić!
Starzec zerwał się z fotelu i szedł prosto do syna, jak gdyby go chciał uderzyć.
— Precz mi z oczu! — krzyknął piorunującym głosem, — precz! Idź do swego pokoju i nie wychodź, dopóki nie zawołam. Jutro powiem ci, jaka jest moja wola.
Albert ukłonił się z szacunkiem, ale nie spuścił wzroku i powoli zdążył do drzwi. Już otworzył, ale pan de Commarin opamiętał się, jak wszystkie natury gwałtowne.
— Albercie, — rzekł, — posłuchaj mię...
Młody człowiek odwrócił się, dziwnie zmieszany tą nagłą zmianą.
— Nie wyjdziesz, — mówił hrabia, — dopóki ci nie powiem co myślę. Jesteś człowiekiem, mogącym godnie nosić wielkie nazwisko. Mogę się gniewać na ciebie — ale muszę cię szanować. Jesteś dzielnym chłopcem. Albercie, podaj mi rękę.
Słodka to była chwila dla tych dwóch arystokratów, którym życie spływało dotychczas według przepisów surowej etykiety. Hrabia był dumny ze swojego syna, bo w nim widział samego siebie. Długo spoczywały ich ręce w serdecznym uścisku i ani jeden ani drugi nie miał odwagi przerwać milczenia.
Nareszcie pan de Commarin usiadł znów w fotelu, pod drzewem genealogicznem.
— Bądź tak dobry, Albercie i zostaw mię samego. Muszę rozważyć wszystko i przygotować się na straszny cios...
A skoro młodzieniec zamknął już drzwi, dodał, jak gdyby chciał odpowiedzieć na zapytanie, wyrywające się z głębi serca:
— Jeśli on mię opuści, do którego przywiązałem wszystkie moje nadzieje, Boże! co się ze mną stanie... A jaki będzie drugi?
Na twarzy Alberta, gdy wychodził z salonu, pozostały ślady gwałtownych wzruszeń. Słudzy, obok których przeszedł, patrzyli nań z tem większą ciekawością, ile że pode drzwiami słyszeli przedtem wybuchy sprzeczki.
— Hrabia, — rzekł stary lokaj, który od lat trzydziestu służył w domu, — wyprawił znów młodemu panu przykrą scenę. — Że ten staruch nie może się raz opamiętać.
— Przewidywałem to jeszcze przy objedzie, — dodał jeden z pokojowców, — pan hrabia nie chciał mówić przy służbie, tylko strasznie zawracał oczyma.
— Co do kata! mogło zajść między nimi.
— Bóg to raczy wiedzieć. Pewnie jakieś glupstwo, nic ważnego. Pan Dyonizy, przed którym się nie ukrywają, mówił mi, że nie raz gryzą się jak psy, o rzeczy, których on nawet nie rozumie.
— — Ach! zawołał jakiś chłopiec, którego przyzwyczajano do usługi pokojowej. — gdybym był na miejscu naszego panicza, natychmiast podziękowałbym panu hrabiemu za służbę.
— Józefie, przyjacielu, wtrącił inny, jakiś ty głupi. Ty mógłbyś to uczynić, bo umiesz na chleb zarobić; ale gdyby wice-hrabia ujrzał się sam w pośrodku Paryża, ciekawym, do czegoby się wziął temi białemi rączkami.
— Bagatela, — odparł Józef, — przecież na niego przypada majątek po matce, która była z Normandji.
— Ale cokolwiekbądż, — wtrącił inny sługus, — nie wiem, za co pan hrabia może się gniewać na syna, który pod każdym względem jest wzorem młodzieży. Innych to ma chłopców margrabia de Courtivois, u którego dwa lata służyłem. Starszy, który tu czasem przychodzi, bo żyje w przyjaźni z panem wice-hrabią, jest na pieniądze prawdziwą studnią bez dna. Prędzej puści z dymem tysiąc franków, niż Józef fajkę tytoniu.
— Chociaż margrabia nie jest bogaty, — dodał inny lokaj, — bo cóż może mieć? Najwięcej lichych sześćdziesiąt tysięcy franków rocznego dochodu. Z tego też powodu ma co dzień nowe nieprzyjemności ze swoim synem. Chłopiec wynajmuje mieszkanie w mieście, noce przepędza przy kieliszku lub zielonym stoliku, włóczy się z aktorkami i wiedzie takie życie, że często nawet policja musi się mieszać. Ileż to razy musiałem go wnieść na rękach do pokoju, bo sam byłby pewnie drzwi nie znalazł...
— Do kroćset! — zawołał Józef z zapałem, — w tym domu musiało ci być bardzo dobrze.
— Jak czasem. Jeśli wygrał, chętnie rzucił luidora, ale to rzadko się zdarzało, bo najczęściej przegrywał. Trzeba mu oddać tę sprawiedliwość, że miewał wyśmienite cygara. Ale w każdym razie to wisus, podczas gdy pan wice-hrabia jest zacnym młodzieńcem. Prawda, że się rozgniewa, jeśli usługa nie jest dość szybką, lecz za to z ludźmi nie obchodzi się po grubiańsku. Przytem należy do osób zawsze wspaniałomyślnych, a to pewniejsze. Jeszcze raz powtarzam, że pan hrabia źle robi, bo jego syn jest lepszym, niż wielu innych w jego wieku.
Taki był sąd służby. Sąd towarzystwa był może mniej przychylny.
Wice-hrabia de Commarin nie należał do ludzi próżnych, starających się o powszechne względy. Mądrze ten postępuje, kto z pewnem niedowierzaniem spogląda na ulubieńców towarzystwa. Przypatrzywszy się im z bliska, można się nie raz przekonać, że reputację zawdzięczają swojej głupocie i że cała ich zasługa polega na smutnej bezbarwności. Tylko przyzwoita głupota, nie zaćmiewająca nikogo i mierność, nie stająca na przeszkodzie niczyjej próżności, mają przywilej podobać się ogólnie i robić wrażenie.
Znajdują się osoby o rysach codziennych, o których mówimy na pierwszy rzut oka: „Znam gdzieś tę twarz.“ O wielu ludziach można to samo powiedzieć pod względem moralnym. Gdy mówią, zdaje nam się, żeśmy ich już słyszeli i że ich myśli umiemy na pamięć. Ci ludzie są wszędzie chętnie widziani, bo nie mają w sobie nic szczególnego, a szczególność, zwłaszcza w klasach wyższych, gniewa i obraża. Świat nienawidzi wszystkich, którzy się wyróżniają.
Albert wyszczególniał się, więc nie mało o nim mówiono i rozmaicie go osądzano. Zarzucano mu rzeczy najsprzeczniejsze i najrozmaitsze błędy. Mówiono naprzykład, że w stosunku do swojego urodzenia i stanowiska, ma zanadto liberalne zasady i równocześnie uskarżano się na jego arystokratyczną złośliwość. — Zarzucano mu, że z dziwną, a czasem nawet obrażającą lekkością traktuje najpoważniejsze kwestje, podczas gdy z drugiej strony ganiono jego przesadną powagę. Wszyscy jednakże zgadzali się w nienawiści, jaką ku niemu czuli, oraz zazdrościli mu i bali się go jak ognia.
W salonie pojawiał się z głową podniesioną i pewnem siebie spojrzeniem. Zmuszony przez stosunki ojca do robienia częstych wizyt, nie znajdował na wielkim świecie żadnych przyjemności, i był na tyle nieostrożnym, że nawet się z tem nie taił. Może mu się sprzykrzyła ta uprzedzająca grzeczność, którą otaczano potomka jednej z najświetniejszych i najbogatszych rodzin francuzkich. Posiadając wszystko, czem człowiek może świecić, gardził tą bronią, uważając ją za niegodną swojego charakteru. Straszny człowiek! Nie wiedziano nawet, czy miał jakie awantury miłośne!
Matki, chlubiące się córkami na wydaniu, broniły go dawniej z rzadką zaciętością, ale od czasu, jak stosunek z panną d’Arlange przeszedł do ogólnej wiadomości, zwróciły się i one przeciw niemu.
W klubie żartowano z jego mądrości. Ale z tem wszystkiem miał i on swoje napady szaleństwa, chociaż nienawidził tego, co świat zwykł nazywać swoją rozkoszą. Szlachetny zawód libertyna, wydawał mu się nużącym i nieznośnym. Nie znajdował najmniejszej przyjemności trawić noce przy zielonym stoliku, ani szukał towarzystwa tych kobiet, które w Paryżu robią reputację swoim kochankom. Mawiał, że mężczyzna, nadskakujący podobnym kobietom, staje się śmiesznym. Nakoniec liczni jego przyjaciele napróżno starali się obudzić w nim namiętność do koni wyścigowych.
Że zaś bezczynność ciężyła mu na sercu, więc w pracy zaczął szukać treści do życia. Później zamierzał wziąć udział w sprawach publicznych, a że nie jednokrotnie miał sposobność przypatrzyć się własnemi oczyma, jak śmiesznie wyglądają ci ludzie, którzy bez należytych zasobów docierają do władzy, więc nie chciał być do nich podobnym. Nie mało zajmował się polityką, co wkrótce stało się powodem bezustannych sprzeczek z panem ojcem. Samo słowo „liberał,“ odbierało hrabiemu przytomność, a od czasu, jak syn ogłosił kilka artykułów w Revue des Deux Mondes, rozpacz jego była jeszcze większą, bo już nie bez podstawy posądzał Alberta o ten haniebny liberalizm.
Mimo zasad postępowych, wice-hrabia nosił godnie swoje nazwisko. Najszlachetniej wydawał pieniądze, które mu ojciec wyznaczał, a nie raz wydał nawet więcej. Jego apartamenta były urządzone wspaniale, jak przystało na młodego magnata. Biblioteka nie pozostawiała nic do życzenia, a konie i ekwipaże należały do pierwszych w Paryżu. Ubiegano się o zaproszenia na łowy, które z końcem października, urządzał każdego roku w Commarin, majątku ślicznym, otoczonym odwiecznemi lasami.
Miłość Alberta dla panny d’Arlange, miłość głęboka i rozważna, oddaliła go jeszcze więcej od tych lubych przyjaciół, którzy w próżniaczem życiu widzą całe szczęście. Szlachetne przywiązanie jest zawsze zbawiennem. Walcząc z oporem ojca, znalazł w tej namiętności źródło najżywszych i najgwałtowniejszych wzruszeń. Od tego czasu nie wiedział co nuda.
Wszystkie jego myśli zestrzeliły się w jeden kierunek, wszystkie jego czynności skupiły się około jednego celu. Alboż to człowiek staje i rozgląda się w koło, jeśli wie, że na końcu drogi czeka go gorąco upragniona nagroda? Przysiągł sobie, że nie poślubi inną, tylko Klarę; z początku ojciec ani słyszeć nie chciał o tem małżeństwie, ale po trzech latach wytrwałej walki, Albert odniósł zwycięztwo, bo hrabia musiał się zgodzić. I właśnie, kiedy szczęście zaczęło najponętniej uśmiechać się ku niemu, właśnie wtedy zjawił się Noel, straszny jak fatalizm, z nielitościwemi listami w ręku!
Ku Klarze zwróciły się jego myśli, gdy rozstawszy się z hrabią de Commarin, szedł z wolna po schodach, wiodących do jego apartamentów. Co ona teraz robi? Zapewne myśli o nim... Ona wie, że albo dziś wieczór, albo najpóźniej jutro nastąpi rozstrzygnięcie. Zapewne musi się modlić...
W tej chwili Albert był złamany. Okrutnie cierpiał. Czuł zawrót, głowa omal że się nie rozpękła. Zadzwonił i zażądał herbaty.
ł — Pan wice-hrabia źle robi, że nie posyła po doktora, — rzekł do niego pokojowiec, — powinienem być nieposłusznym i pójść sam...
— Na nic się nie zdało, — odpowiedział Albert, smutno wstrząsając głową; — na moją chorobę doktor nie znajdzie lekarstwa.
Skoro służący był już przy drzwiach, dodał:
— Lubinie! nie mów nikomu że jestem cierpiący... Jeśli będę się czuł gorzej, zadzwonię.
Albert potrzebował grobowego milczenia. Teraz nie mógłby nikogo widzieć, słuchać i odpowiadać na zapytania. Po strasznej scenie z ojcem, nie mógł marzyć o spoczynku. Otworzywszy jedno z okien, wsparł się o balustradę.
Czas był śliczny, księżyc świecił wspaniale. O tej godzinie w słodkim i drżącym blasku nocy, ogrody pałacu wydawały się nieskończone. Niewzruszone korony olbrzymich drzew, rzucały majestatyczny cień na okoliczne domy, a w starannie wysypanych piaskiem alejach, błyszczały szczątki muszel i drobne kawałeczki szkła i porcelany. Na prawo, w oświetlonym jeszcze lamusie, słychać było głosy licznej służby, a w stajniach rżały konie i dzwoniły łańcuchami, na których były przypięte do kamiennych żłobów.
Albert miał teraz przed oczyma zupełny obraz swojej wspaniałej egzystencji. Westchnął głęboko.
— Czy wszystko trzeba stracić? — szepnął. — Gdybym tylko sam jeden miał wyrzec się tej świetności, mniej czułbym się nieszczęśliwym... Ale Klara! Czy nie marzyłem dla niej zawsze o tem życiu wyjątkowem, które jest nie możebne bez olbrzymiego majątku?...
Na wieży kościoła św. Klotyldy zegar wydzwonił północ... Wstrząsł się, było mu zimno. Zamknąwszy okno, usiadł przy kominku, na którym rozniecił silniejszy płomień. W nadziei, że ulży swoim myślom, wziął jeden z dzienników wieczornych, w którym znajdował się właśnie opis zbrodni w Jonchère, ale nie mógł czytać, bo wiersze i litery skakały przed jego oczyma. Potem chciał pisać do Klary. Usiadłszy przy stole, zaczął: „Moja droga Klaro...“ Nie podobna mu było postąpić bodaj o jedno słowo; rozpalony mózg nie mógł podać ani jednego zdania.
Nad ranem zmęczenie odniosło zwycięztwo. Sen schwycił go na dywanie, na który się rzucił. Ciężki to był sen, brzemienny w najdziwaczniejsze widziadła...
O godzinie pół do dziewiątej zrana, zerwał go na nogi łoskot otwierających się drzwi. Jeden ze służących wpadł tak zadyszany, że zaledwie mógł z siebie wydać jaki głos.
— Panie! — krzyknął, — panie wice-hrabio! prędko, uciekaj, skryj się, ratuj się! oto...
Komisarz policji przystrojony w urzędową szarfę, stanął we drzwiach, wiodących do biblioteki. Otaczało go kilku ludzi, między którymi znajdował się skulony we dwoje nasz znajomy — Tabaret.
Komisarz zbliżył się do Alberta.
— Czy pan, — zapytał, —jesteś Guy-Louis-Maria-Albert Rhéteau de Commarin?
— Ja.
Komisarz wyciągnął rękę i rzekł uroczystym głosem:
— Panie Commarin, w imię prawa aresztuję cię.
— Mnie panie, mnie?...
Albert wyrwany nagle z ciężkiego snu, zdawał się nie rozumieć całej sceny. Widocznie pytał sam siebie:
— Czym się obudził? Ażali nie okropna gorączka trzyma mię w swoich objęciach?
Mimo woli spojrzał na komisarza policji, a potem na wszystkich obecnych i na Tabareta, który stał przed nim jak wyrok śmierci.
— Oto mandat, — dodał komisarz, rozwijając papier.
Albert rzucił machinalnie wzrok na ten dokument.
— Klaudja zamordowana! — zawołał.
I cicho, jednakże tak, że go mogli usłyszeć komisarz, jeden ajent i Tabaret, wyszepnął:
— Jestem zgubiony!
Podczas gdy komisarz wypełniał formalności zbiorowego przesłuchania, które następuje niezwłocznie po każdem uwięzieniu, ajenci rozbiegli się po pokojach i starannie zaczęli wszystko przetrząsać. Otrzymali rozkaz słuchania poleceń Tabareta, który im przewodniczył. Powyciągano szuflady i schowki, a nawet popsuto meble. Zabrano wielką ilość przedmiotów, należących do użytku wice-hrabiego, listy, rękopismy i inne drobiazgi. Ale z prawdziwą przyjemnością pan Tabaret znalazł kilka rzeczy, które w protokole zostały dokładnie opisane:
I. W przedpokoju, ozdobionym rozmaitą bronią, za dywanem, złamaną szpadę. Broń ta ma szczególną rączkę. Znajduje się na niej korona hrabiego, z początkowemi literami A. C. Szpada jest złamana na pół, a końca nie odszukano. Pan Commarin zapytany, nie umiał odpowiedzieć, co się stało z tym końcem.
II. W gabinecie, służącym za garderobę: pantalony z czarnego sukna, jeszcze mokre, na których są ślady błota, lub właściwie ziemi. Z jednej strony znajduje się na nich ślad zielony, jak od wilgoci. Pantalony są w kilku miejscach rozdarte, mianowicie na prawem kolanie. Rzeczone pantalony nie wisiały w szafie, tylko leżały ukryte między dwiema skrzyniami, napełnionemi różnemi sukniami.
III. W kieszeni opisanych pantalonów, znaleziono parę rękawiczek, perłowego koloru. Jedna rękawiczka ma plamę zieloną, od rośliny, lub wilgoci. Końce palców są popsute jak przez tarcie. Na wierzchu rękawiczek można dostrzedz zadraśnięcia, jak gdyby od paznogciów.
IV. Dwie pary bucików, z których jedna, jakkolwiek wyczyszczona, jeszcze wilgotna, oraz świeżo zmoczony parasol, którego koniec jest zawalany białem błotem.
V. W bibliotece paczka cygarów, zwanych trabucos, a na kominku rozmaite cygarniczki z bursztynu, lub morskiej piany.
Po zanotowaniu tego ostatniego szczegółu, Tabaret zbliżył się do komisarza policji.
— Mam wszystko, czego tylko mogłem pragnąć, rzekł mu do ucha.
— Co do mnie, już skończyłem, — odpowiedział komisarz. Biedny chłopiec, nie umie się trzymać. Słyszałeś pan? zdradził się od razu... Po tem co zaszło, można powiedzieć, że nie przyzwyczajony do tego rodzaju wizyt...
— W dzień, — podchwycił ajent, lecz bardzo cicho, — nie byłby tak niemy. Ale zrana, nagle zbudzony!... Porządnych ludzi trzeba witać na czczo...
— Przesłuchałem trzech czy czterech służących. Ich zeznania są szczególne...
— Bardzo dobrze! zobaczymy. Ja tymczasem pobiegnę do pana sędziego, który czeka jak na szpilkach.
Albert zaczął powoli wychodzić z osłupienia, w jakie wtrąciło go zjawienie się komisarza policji.
— Panie, — zapytał, — czy w twojej przytomności będę mógł pomówić z hrabią de Commarin? Jestem ofiarą błędu, który nie zadługo zostanie wyjaśniony...
— Same błędy! — mruknął Tabaret.
— Żadną miarą nie mogę uczynić zadość pańskiemu żądaniu, — odrzekł komisarz. — Rozkazy moje są w tym względzie stanowcze i surowe. Odtąd nie możesz pan z nikiem mówić. Na dole czeka dorożka; zechciej pan zejść...
W przedpokoju Albert dostrzegł zamieszanie między sługami. Wyglądali, jak gdyby wszyscy potracili głowy. Pan Dyonizy wydawał rozkazy głosem urywanym i donośnym. Nakoniec zdawało się Albertowi, iż usłyszał, że hrabia padł rażony apopleksją.
Prawie wywleczono go do dorożki, która odjechała kłusem. Na przodzie druga unosiła pana Tabareta.