Gdzie winowajca/Tom I/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Dom pana Tabareta stoi w rzeczy samej o kilkaset kroków od dworca św. Łazarza. Jest to piękny i starannie utrzymywany pałac, który musi nieść bardzo piękny dochód, lubo mieszkania nie są zbyt drogie.
Nasz znajomy czuje się w nim bardzo wygodnie. Na pierwszem piętrze zajmuje obszerny apartament, z oknami na ulicę główną, w którym pokoje są dobrze rozdzielone, wygodnie umeblowane i ozdobione wielkim zbiorem książek. Tabaret wiedzie życie skromne, do zbytków bowiem nie miał się kiedy przyzwyczaić, a podeszła służąca myśli o zaspokojeniu wszystkich potrzeb domowych.
W całym domu nikt nie przypuszczał, aby właściciel miał skłonność do policyjnego zawodu. Na jego twarzy nie było ani śladu sprytu, którym musi się wyszczególniać każdy ajent bezpieczeństwa publicznego. A jeśli czasami był nadto roztargniony, brano to na karb idjotyzmu.
Lecz nie uszły uwadze jego dziwne zwyczaje. Bezustanne wycieczki z domu, otaczały go tajemniczością. Nie było młodzieńca, któryby wiódł tak nieporządne życie, jak ten starzec. Najczęściej nie przychodził na obiad, a jeśli się zjawił, to jadł co bądź. Wychodził o każdej godzinie, czy w dzień czy w nocy, nie raz wcale nie wracał, a nawet czasem nie pojawił się przez przeciąg długich tygodni. Potem odbierał dziwne wizyty: słyszano jak u bramy dzwoniono w niezwyczajny sposób i jak wchodzili ludzie z podejrzanemi twarzami.
To rozwięzłe życie zdeskredytowało go w opinji powszechnej. Każdy widział w nim strasznego lekkomyślnika, trwoniącego dochody na najohydniejsze rozrywki. Mawiano: „Czyż to nie wstyd dla człowieka w tym wieku!“ On wiedział jakie wieści krążyły i śmiał się w duchu. Mimo to, niektórzy z jego lokatorów starali się zawiązać z nim znajomość, zapraszając go na obiady. Tabaret odmawiał prawie zawsze.
Tylko u jednej osoby, mieszkającej w jego domu, czuł się jak u siebie, tak dalece, że w jej pokoju spędzał zwyczajnie więcej czasu, niż we własnym gabinecie. Była to pani Gerdy, wdowa, która od piętnastu lat zajmowała nie wielki apartament na trzeciem piętrze. Mieszkała ona ze swym synem, którego wielbiła. Imię jego Noel.
Noel liczył lat trzydzieści trzy, ale wyglądał nierównie starzej. Słuszny, dobrze zbudowany, miał rysy inteligentne i szlachetne, duże czarne oczy i czarne włosy, które spadały po obu bokach w naturalnych kędziorach. Poświęciwszy się adwokaturze, uchodził za prawnika wielkich zdolności i jednał sobie co raz szersze uznanie. Należał do ludzi pracowitych, zimnych, głęboko myślących, którzy z pewną chełpliwością lubią wskazywać na swoje poważne zasady i surowe obyczaje.
U pani Gerdy, pan Tabarat był jak u siebie. Uważał się za członka rodziny, a Noela kochał jak własnego syna. Niejednokrotnie przychodziło mu na myśl starać się o rękę tej poważnej wdowy, która mimo pięćdziesięciu lat, była jeszcze bardzo miłą, wszelako wstrzymywała go zawsze nie bojaźń przed odmową, ale przed jej następstwami. W razie odrzucenia prośby, serdeczne stosunki przyjaźni byłyby na zawsze zerwane. Ale za to, w pięknym i dobrym testamencie, złożonym u notarjusza, mianował młodego adwokata uniwersalnym spadkobiercą całego majątku, ale pod warunkiem, żeby roczna nagroda, wynosząca dwa tysiące franków, była co rok ustanowiona dla takiego ajenta policyjnego, któremu uda się wyjaśnić najzawilszą sprawę.
Chociaż do domu miał nie daleko, Tabaret szedł przecież blisko dwadzieścia minut.
Pożegnawszy się z sędzią i uchwyciwszy na nowo nić swoich rozmyślań, szedł tak nieuważnie, że przechodnie trącali go to na prawo, to na lewo; jeśli więc zrobił jeden krok naprzód, musiał potem o dwa w tył się cofnąć.
Już po raz setny powtórzył słowa wdowej Lerouge, przytoczone przez mleczarkę: „Gdybym chciała więcej, miałabym.“
— Tu się wszystko mieści, — szeptał. — Wdowa Lerouge musiała wiedzieć o jakiejś ważnej tajemnicy, którą ludzie bogaci i możni chcieli koniecznie ukryć. W tej tajemnicy mieścił się jej majątek. Skakali, jak ona im zagrała... Ale jakiej treści mogła być tajemnica, i w jaki sposób przyszła do niej? Zapewne w swej młodości służyła w jednym z najbogatszych domów. Tam musiała coś zobaczyć, podsłuchać, odkryć. Ale co? Bez najmniejszej wątpliwości kobieta musi tu odgrywać ważną rolę... Czy Lerouge ułatwiała miłostki swej pani? Dla czegóż nie? W takim razie sprawa gmatwa się... Nie tylko samą kobietę trzeba wyszukać, ale i kochanka, bo z pewnością on dopuścił się zbrodni. Jeśli się nie mylę, musi to być wielki pan. Mieszczanin byłby zapłacił morderców... Ten nie cofnął się, uderzył sam, unikając w ten sposób hańby i zdrady ze strony spólników. To jakiś rzadki chłopiec, pełen odwagi i zimnej krwi, bo znakomicie dokonał zamachu. Łotr pokierował świetnie... Bezemnie, Gevrol, wierząc w kradzież, byłby wszystko popsuł. Ale kto wie — ciągnął Tabaret — może to jeszcze nie to... musi być coś gorszego niż miłostka... Taką awanturę byłby już czas zatarł do szczętu... Po co więc zbrodni?
Pan Tabaret zbliżył się do bramy swego domu. Odźwierny, siedząc przy oknie, ujrzał twarz gospodarza oblaną światłem gazowem.
— Patrz, pan przyszedł, — rzekła odźwierna.
— Zdaje się, — zauważył mąż, — że jego księżniczka nie chciała mu dziś dać przytułku, bo wygląda bardzo zafrasowany...
— Czy to przyzwoicie, — ciągnęła odźwierna, — żeby tak nisko upaść! W pięknym stanie zostawiają go jego huryski! Pewnego poranku będziemy go musieli odprowadzić do domu obłąkanych, gdzie mu darują koszulę przymusową.
— Przypatrz mu się tylko dobrze, — przerwał odźwierny, — przypatrz mu się, jak ładnie wygląda...
Tabaret wstrzymał się na końcu wysokiej i przestronnej sieni, a zdjąwszy kapelusz, mówił głośno do siebie i rozmachiwał rękami:
— Nie, — powtarzał dość głośno, — nie, jeszczem nie dotarł do głębi... Pali mię... djabli wiedzą, kiedy to się wyjaśni.
Wszedł na schody i zadzwonił u swoich drzwi, zapomniawszy, że w kieszeni miał klucz. Klucznica otworzyła.
— To pan... o tej godzinie?...
— Co? co? — zapytał gospodarz.
— Chciałam powiedzieć, — ciągnęła służąca, — że minęło pół do dziewiątej. Sądziłam, że pan już dziś nie przyjdzie. Czy pan jadł obiad?
— Nie, jeszcze nie...
— Dzięki Bogu, że postawiłam obiad na kominku; zaraz panu podam...
Tabaret usiadł, nalał zupy na talerz, lecz zapomniawszy o klucznicy i jedzeniu, zatrzymał się olśniony jakąś myślą, z łyżką podniesioną do góry.
— Oszalał, — pomyślała Maneta; — jaki spodlony wyraz! Czy człowiek o zdrowych zmysłach może wieść takie życie?
Uderzyła go lekko po ramieniu, krzycząc do ucha, jak gdyby był głuchy.
— Pan nie je?... może pan nie głodny?...
— I owszem, i owszem, — wyjąknął Tabaret, — starając się machinalnie uwolnić od tego głosu, który nielitościwie raził słuch jego; — mam wyborny apetyt, bo od rana musiałem...
Urwał, wpatrując się w próżnię.
— Pan musiałeś? — powtórzyła Maneta.
— Do kroćset! — zawołał wznosząc do sufitu zaciśnięte pięści; — do kroćset, mam cię!...
Ruch ten był tak nagły i gwałtowny, że strwożona klucznica uznała za stosowne cofnąć się w głąb sali i zatrzymać się dopiero przy drzwiach.
— Nie inaczej, — ciągnał, — nie podlega wątpliwości... tu musi być dziecko...
Maneta szybko się zbliżyła.
— Dziecko? zapytała.
Lecz gospodarz spostrzegłszy, że służąca bawi się w szpiega, spojrzał na nią surowo, mówiąc:
— Ślicznie! co ty tu robisz? Kto cię ośmielił podchwytywać słowa, które mi się czasem wyrywają? Bądź tak dobrą i odejdź do kuchni, a nie pokazuj mi się na oczy, dopóki cię nie zawołam.
— Już zaczynam tracić cierpliwość, — myślała Maneta wychodząc szybko.
Tabaret uspokoił się zupełnie. Zimną jak lód zupę połykał pełnemi łyżkami.
— Jak to być może, — mówił do siebie, — żem na to zaraz nie wpadł? Biedna ludzkość! Mój umysł zaczyna starzeć się i nużyć. A przecież to jasne jak dzień. Okoliczności przemawiają najzupełniej.
Zadzwonił, służąca weszła.
— Pieczeń! — zawołał, — i precz mi z oczu! Nie inaczej, — ciągnął, krając prędko polędwicę; — nie inaczej, musi być dziecko... Oto cała historja: Wdowa Lerouge służyła u bardzo bogatej damy. Mąż, zapewne marynarz, odjeżdża w daleką drogę. Żona, która ma kochanka, widzi się nagle w stanie błogosławionym. Nie wiedząc co począć, zwierza się przed wdową Lerouge, i przy jej pomocy ukrywa nowonarodzone...
Zadzwonił po raz drugi.
— Maneto! desert i precz mi z oczu!
Tabaret jadł, ale co jadł, o tem z pewnością nie wiedział; był to kompot z gruszek.
— Lecz dziecko, — szeptał, — co się z dzieckiem stało? Może je zabito? Nie, bo wdowa Lerouge jako współwinna, nie byłaby więcej straszną. Kochanek chciał, aby dziecko żyło, powierzono je więc naszej wdowej, która je wychowała. Później można jej było odebrać dziecię, ale dowody jego urodzenia i istnienia zostały przy niej. Oto jak na dłoni: Ojciec, to ten pan, którego widziano w pięknym powozie; matka, to owa dama, która przyjeżdżała z pięknym młodzieńcem. Miano dużo kłopotów, więc powiedziano sobie: „Skończmy!“ Ale kto wypełnił trudne posłannictwo? Ojciec? Nie, on za stary. Do kroćset! to syn. Piękny chłopczyk chciał ocalić swą matkę. Uśmiercił wdowę i spalił dowody.
Tymczasem Maneta, z uchem przy dziurce od klucza, słuchała całą duszą. Od czasu do czasu schwyciła jakieś słowo, przekleństwo, lub łoskot uderzenia ręką o stół, ale na tem koniec.
— Zapewne jego kobiety tłuką mu się po głowie, — pomyślała złośliwie. — Chciały weń wmówić, że jest ojcem...
Była tak śmiałą, że uchyliła drzwi.
— Pan życzysz sobie kawy? — zapytała bojaźliwie.
— Nie, ale daj, — odrzekł Tabaret.
Chciał ją połknąć, lecz popiekł się tak nieznośnie, że ból pojednał go z realną rzeczywistością.
— Do kroćset! — burczał, — gorąca! Djabla sprawa! Dobrze mówią, że jestem zanadto namiętny... Ale kto z nich wszystkich, jedynie przy pomocy zwykłej loiki, byłby ułożył taką historję? Pewnie nie Gevrol, ten półgłówek! A to będzie zły, poniżony, zdruzgotany! Gdybym poszedł odwiedzić sędziego? Nie, jeszcze za prędko. Noc potrzebna do rozwiązania niektórych szczegółów, do ułożenia myśli... Lecz jeśli zostanę w domu, cała ta sprawa wzburzy mi krew w żyłach, a że jadłem za wiele, łatwo się rozchorować. Dalipan! pójdę dowiedzieć się, jak się ma pani Gerdy, bo temi dniami była cierpiącą; pogawędzę także z Noelem, to mię rozerwie.
Wstał, na ramiona zarzucił odziankę i wziął kapelusz w jedną, a laskę w drugą rękę.
— Pan wychodzi? — zapytała Maneta.
— Jak widzisz.
— Pan wróci późno?
— Bardzo być może.
— Ale pan wróci?
— Nie wiem.
W minutę pan Tabaret zadzwonił u drzwi swoich przyjaciół.
Wnętrze apartamentu pani Gerdy nie pozostawiało nic do życzenia. Miała się dobrze, a zatrudnienie Noela, który liczył rozległą klientelę, było prawdziwym majątkiem.
Pani Gerdy wiodła życie samotne; z wyjątkiem przyjaciół, których Noel zapraszał czasem na obiad, zresztą nie przyjmowała nikogo. Przez piętnaście lat, pan Tabaret widywał u niej tylko proboszcza miejscowej parafji, starego profesora Noela, i brata pani Gerdy, pensjonowanego pułkownika.
Jeśli te trzy osoby zeszły się razem, co zresztą zdarzało się rzadko, grywano w bostona. Innym razem urządzano partję pikiety. Wtedy Noel wychodził z salonu i zamykał się zaraz po obiedzie w swoim gabinecie, odosobnionym od apartamentu matki, gdzie zatapiał się w stosach najróżnorodniejszych papierów. Wiedziano, że pracował bardzo długo. Często w zimie lampa jego gasła dopiero o świcie.
Matka i syn żyli tylko jedno dla drugiego. Ktokolwiek ich znał, musiał to przyznać. Kochano, szanowano Noela za miłość, jaką czuł ku matce i za ofiary, które według ogólnego przekonania dla niej ponosił, żyjąc nie jako młodzieniec, ale jako starzec. W domu lubiano porównywać surowe postępowanie tego młodzieńca z życiem Tabareta, który mimo peruki, grał rolę niepoprawnego libertyna.
Pani Gerdy nie widziała na tym świecie nic, prócz syna. Miłość dla niego stała się u niej religją. W Noelu widziała wszystkie doskonałości, wszystkie piękności fizyczne i moralne. Zdawało jej się, że Noel jest doskonalszym od wszystkich stworzeń Boga. Gdy mówił, słuchała go w milczeniu. Każde jego słowo było dla niej rozkazem. Rady syna uważała za wyroki Opatrzności.
Starać się o dobro Noela, odgadywać jego życzenia, utrzymywać go ciągle w lubej atmosferze czułości — taki był cel jej życia. Nie dziw — była matką.
— Czy można się widzieć z panią Gerdy? — zapytał Tabaret, skoro służąca drzwi otworzyła.
I nie czekając na odpowiedź, wszedł jak człowiek, który wie, że obecność jego nie może tu być niemiłą.
Jedna tylko lampa oświecała salon, w którym nie było zwykłego porządku. Mały stolik marmurowy, stojący zawsze na środku, stoczył się w kąt. Wielki fotel pani Gerdy znajdował się przy oknie, a na dywanie leżał rozwinięty dziennik.
Ochotnik policyjny objął to wszystko jednym rzutem oka.
— Czy tu się co wydarzyło? — zapytał przerażony, zwracając się do służącej.
— Niech mię pan nie pyta... Potrwożyliśmy się okropnie, ach! jak...
— I cóż takiego? mów prędzej.
— Wiadomo panu, że blisko od miesiąca pani jest bardzo cierpiącą. Prawie nic nie je. Nawet zrana mówiła mi...
— Dobrze, dobrze, ale co wieczór?
— Po obiedzie pani przyszła do salonu jak zwyczajnie. Usiadłszy przy stoliku wzięła jeden z dzienników pana Noela. Zaledwie zaczęła czytać, krzyknęła straszliwie, przerażająco! Przybiegliśmy, zastaliśmy ją na pół umarłą na dywanie. Pan Noel wziął ją na ręce i odniósł do sypialni. Chciałam pójść po doktora, ale pan Noel powiedział, że nie potrzeba, bo wie, co jej jest...
— A jak się ma teraz?
— Przyszła do siebie. To jest zdaje mi się, że musi jej być lepiej, bo pan Noel kazał mi wyjść z pokoju. Nie dawno mówiła tak głośno, żem aż tu słyszała. Ach! panie, to dziwne...
— Co? To, co pani mówiła do pana...
— Pięknie, pięknie, rzekł Tabaret szyderczo, więc ty lubisz podsłuchiwać pode drzwiami?
— Nie, przysięgam panu, ale pani krzyczała jak opętana; mówiła...
— Córko! — rzekł poważnie Tabaret; — pode drzwiami zawsze się źle słyszy.
Służąca zmieszana i zarumieniona chciała się tłumaczyć.
— Dość, dość, — przerwał Tabaret. — Idź do swego zatrudnienia. Nie chcę przeszkadzać panu Noelowi; poczekam tu.
I zadowolony z małej nauczki, którą dał słudze, podniósł dziennik, usiadł koło kominka, postawił obok siebie lampę, i zaczął czytać. W minutę rzucił się na fotelu i z trudnością powstrzymał okrzyk zdziwienia, z którem połączyła się jakaś nieokreślona trwoga. Oto co między rozmaitościami wpadło mu w oczy:
„Okropna zbrodnia przejęła grozą małą wioszczynę Jonchère. Biedna wdowa, nazwiskiem Lerouge, którą powszechnie szanowano i którą cała wioska kochała, została zamordowana we własnym domu. Sąd, ostrzeżony w czas, udał się natychmiast na miejsce czynu, a wszystko pozwala przypuszczać, że policja jest już na tropie sprawcy tego nikczemnego skrytobójstwa.“
— Do kroćset! — mruknął Tabaret, — czy może pani Gerdy...
Myśl ta przeleciała jak błyskawica i zgasła. Usiadł znów na dawnem miejscu zawstydzony, wzruszając ramionami i mrucząc:
— Do pioruna! ta sprawa robi mię co raz głupszym. Myślę tylko o wdowej Lerouge i wszędzie ją widzę.
Mimo to niewytłumaczona ciekawość kazała mu przejrzeć cały dziennik. Lecz prócz tych kilku wierszy nie znalazł nic, coby mogło usprawiedliwić zemdlenie, krzyk, a nawet najmniejsze wzruszenie.
— Dziwna to jednak okoliczność, — pomyślał niepoprawny policjant.
Dopiero teraz spostrzegł, że dziennik był nieco naddarty u dołu ręką konwulsyjną. Mimowolnie powtórzył:
— To dziwne!...
W tej chwili, drzwi wiodące z salonu do sypialni pani Gerdy rozwarły się i Noel ukazał się na progu.
Bez wątpienia wypadek, który się przydarzył matce, nie mało go wzruszył; był bardzo blady, a wyraz jego twarzy zazwyczaj tak spokojny, zdradzał wielką irytację. Zdawał się niezadowolonym ujrzawszy Tabareta.
— Ach! drogi Noelu, — zawołał gość, — uspokój moją trwogę, jak się ma matka?
— Pani Gerdy ma się bardzo dobrze.
— Pani Gerdy! — powtórzył Tabaret tonem zdziwionym. — Widać, — ciągnął patrząc na Noela, — żeś się pan szalenie przestraszył.
— W rzeczy samej, — odpowiedział adwokat siadając, — doznałem przykrego wstrząśnienia.
Widocznie Noel wytężał wszystkie siły, aby spokojnie słuchać Tabareta i odpowiadać na jego pytania. Tabaret, zajęty własnym niepokojem, nic nie widział.
— Przynajmniej powiedz mi, moje dziecko, jak to się stało.
Młody człowiek zawahał się, jakby się radził sam siebie. Zapewne nie będąc przygotowanym na to natarczywe pytanie, nie wiedział jaką dać odpowiedź.
— Pani Gerdy przestraszyła się okropnie, wyczytawszy w dzienniku, że pewna kobieta, którą kochała, została zamordowaną.
— Tak?! — zawołał Tabaret.
Nasz poczciwiec do tego stopnia był zdziwiony, że omal nie zdradził swego policyjnego zawodu. Jeszcze trochę, a byłby zawołał: „Jakto pańska matka znała wdowę Lerouge?“ Na szczęście wstrzymał się. Ale z nierównie większą trudnością ukrył radość, iż bez kłopotów udało mu się wpaść na trop tej zawiłej sprawy.
— Była to, — ciągnął Noel, — niewolnica pani Gerdy. Była jej oddana duszą i ciałem, byłaby się w ogień rzuciła na jedno skinienie jej ręki...
— A więc ty, mój drogi przyjacielu, znałeś tę zacną kobietę?
— Nie widziałem ją już od dawna, — odpowiedział Noel głosem, w którym przebijała się głęboka boleść, — ale znałem ją bardzo dobrze. Muszę się nawet przyznać, żem ją kochał; ona była moją mamką...
— Ona!... ta kobieta! — wyjąknął Tabaret.
Tym razem myślał, że oszaleje. Wdowa Lerouge mamką Noela! Widocznie sama Opatrzność wybrała go za narzędzie i wiodła za rękę. A więc miał się dowiedzieć o wszystkich szczegółach, o odkryciu których wątpił jeszcze przed pół godziną. Na przeciw Noela siedział niemy, zmieszany. Ale zrozumiał, że jeśli nie ma się skompromitować, powinien przemówić.
— To wielkie nieszczęście. — rzekł po chwili.
— Nie wiem jak dla pani Gerdy, — odpowiedział Noel głosem wzruszonym, — ale dla mnie bardzo wielkie. Broń, którą zabito tę kobietę, przeszyła na wskróś moje serce... Ta śmierć, panie Tabaret, niszczy wszystkie moje marzenia przeszłości i obala uprawnione nadzieje. Miałem się pomścić za srogie katusze, a ta śmierć łamie broń w moich rękach i rzuca mię na pastwę niemożliwości!... Ach! jak jestem nieszczęśliwy!
— Pan nieszczęśliwy?! — zawołał Tabaret, dziwnie wzruszony boleścią ukochanego Noela, — na litość boską! co się panu stało?
— Cierpię, — ciągnął adwokat, — najsroższe katusze, bo nietylko niesprawiedliwość nie zostanie usuniętą, lecz jeszcze nie mogąc bronić się, jestem narażony na ohydne oszczerstwo. Powiedzą o mn!e, że byłem artystą w szalbierstwie, dumnym intrygantem bez czci i wiary!
Tabaret nie wiedział co myśleć. Między honorem Noela a zbrodnią w Jonchère nie mógł się dopatrzyć najmniejszego łącznika. Tysiące sprzecznych myśli krzyżowało się w jego mózgu.
— Dziecko moje, — rzekł czule, — nie rozpaczaj. Czyż oszczerstwo mogłoby ciebie dosięgnąć?! Odwagi, do kroćset! alboż nie masz przyjaciół? Czyż nie jestem przy tobie? Zaufaj mi przedmiot twego zmartwienia, a zobaczymy, ażali nam obu sam djabeł podoła!
Adwokat zerwał się, trącony nagłem postanowieniem.
— A więc dobrze, dowiesz się pan o wszystkiem. W rzeczy samej już mi za ciężko dźwigać bez współudziału tak wielkie brzemię. Rola, którą sobie narzuciłem, gniewa mię, bo jest mnie niegodną. Potrzebuję przyjaciela, który by mię pocieszył. Potrzebuję doradcy, którego głos mógłby mi dodać odwagi, zwłaszcza, że we własnych sprawach jest się najgorszym sędzią — a ta zbrodnia wtrąca mię w odchłań niestanowczości...
— Przecież pan wiesz, — odpowiedział spokojnie Tabaret, — że kocham cię, jak własne dziecko. Rozporządzaj mną bez wahania.
— A więc, — zaczął adwokat. — Lecz nie! nie tu... Nie chcę, aby nas kto podsłuchiwał; przejdźmy do mojego pokoju.