Gdzie winowajca/Tom I/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Ostatnie dwa zeznania, zebrane przez sędziego, mogły nareszcie dać niejaką nadzieję. Pośród gęstych cieni, poczęło błyskać małe światełko, jak lampa morska.
— Jeśli pan sędzia uzna za stosowne, pójdę do Bougival, rzekł Gevrol.
— Może będzie lepiej zaczekać chwilę, — odpowiedział pan Daburon. — Tego człowieka widziano w niedzielę rano. Dowiemy się, co przez cały ten dzień robiła wdowa Lerouge.
Wezwano trzy sąsiadki. Zgodnie oświadczyły, że wdowa Lerouge przeleżała w łóżku całą tłustą niedzielę. Jednej z kobiet, która pytała się co jej jest, odrzekła: „Ach! tej nocy miałam straszny wypadek.“ Do słów tych nie przywiązywano jednak wielkiego znaczenia.
— Człowiek z kulcami staje się co raz potrzebniejszy, — szepnął sędzia, gdy już kobiety odeszły. — Koniecznie musimy go odszukać. O to pan się postaraj, panie Gevrol.
— Dostanę go do ośmiu dni, — zapewnił naczelnik policji, — choćbym miał sam jeden przetrząść wszystkie statki na Sekwanie, od źródła, aż do morza. Wiem, jak się nazywa właściciel: Gervais. Urząd nawigacyjny przyjdzie mi w pomoc... — Przerwał mu Lecoq, który w tym momencie wszedł zadyszany.
— Oto pan Tabaret! — zawołał, — zdybałem go właśnie, jak wychodził. Co za człowiek! Nawet nie chciał czekać na pociąg. Dał, sam już nie wiem ile, najlepszemu dorożkarzowi, a w pięćdziesiąt minut przybyliśmy tu... Furda kolej żelazna!
W tej samej chwili pojawił się na progu człowiek, którego powierzchowność, mówiąc prawdę, bynajmniej nie zdradzała ajenta policyjnego dla sławy.
Musiał mieć lat sześćdziesiąt, ale nie uginał się pod ich brzemieniem. Mały, chudy i nieco zgarbiony, wspierał się na lasce, ozdobnej jabłkiem z kości słoniowej.
Na jego okrągłej twarzy malował się wyraz bezustannego zdziwienia, zmieszany z wyrazem niepokoju. Miał brodę bardzo krótką, ale starannie ogoloną; szerokie usta, a nos był zakrzywiony jak dziób krugulca. Jego oczy siwe, małe, oprawne w szkarłatowe powieki, nie mówiły nic, ale za to męczyły bezustanną ruchliwością. Rzadkie i gładko przeczesane włosy, okalając czoło, nie mogły dobrze ukryć wielkich uszu, odstających daleko od głowy.
Ubrany był wytwornie; bielizna zachwycała śnieżną białością, na rękach zaś miał rękawiczki jedwabne, a na nogach kamasze. Długi, ciężki złoty łańcuch, zdradzający fatalny gust, okręcał mu szyję trzy razy i spadał kaskadą do kieszonki od kamizelki.
Pan Tabaret, inaczej przezwany Jasnowidzem, skłoniwszy się na progu do samej ziemi, zapytał pokornym głosem:
— Pan sędzia śledczy raczył mię wezwać?
— Byłem na tyle śmiały, — odrzekł pan Daburon. A w głębi duszy pomyślał: Bądź co bądź, mina tego człowieka nie zapowiada nic nadzwyczajnego. Trudno, żeby mógł być zręcznym.
— Jestem na usługi sprawiedliwości, — ciągnął poczciwiec.
— Chcielibyśmy się przekonać, — mówił sędzia,. — czy będziesz pan szczęśliwszy od nas, i czy wpadniesz na trop mordercy. Zaraz panu opowiedzą sprawę.
— Już dość wiem, — przerwał pan Tabaret. — Lecoq opowiedział mi w drodze całą rzecz w głównych zarysach, a więcej nie potrzebuję.
— Mimo to, — zauważył komisarz.
— Niech mi pan sędzia ufa. Wolę zabrać się bez objaśnień, aby tem łatwiej być panem własnych wrażeń. Zapoznawszy się z zapatrywaniem drugiej osoby, pomimo woli zostajemy pod jej wpływem, tak dalece, że... Lecz dość; w moich poszukiwaniach pomoże mi tylko Lecoq.
W miarę, jak Tabaret mówił, jego małe siwe oczka zapalały się i świeciły złowrogo. Na twarzy malowała się wewnętrzna radość, a usta kurczyły się w szatańskim uśmiechu. Ciało wyprostowało się do nie poznania i lekkim krokiem wbiegł do drugiego pokoju.
Zabawił w nim prawie pół godziny, nareszcie wybiegł jak opętany. Wrócił, znów wyszedł, a potem wyskoczył do sieni. Sędzia nie mógł się powstrzymać, aby przynajmniej w duchu nie porównać go do gorliwego wyżła, wietrzącego zwierzynę. Nawet nos Tabareta rozszerzył się i naciągnął. Wybiegając i wracając, mówił głośno i robił przeróżne znaki, obarczał samego siebie najdziwniejszemi wyrzutami, wydawał głośne okrzyki; tryumfu i zachęcał do wytrwałości. Biedny Lecoq nie mógł ani na chwilę spocząć. Tabaret zażądał ćwiartki papieru i ołówka, a potem rydla. Wołał, by mu natychmiast podano gipsu, wody i butelkę oliwy.
W godzinę, sędzia śledczy utraciwszy cierpliwość, zapytał o rezultat poszukiwań.
— Już on na dobrej drodze, — odpowiedział brygadjer; — leżąc brzuchem w błocie, miesza gips na talerzu i mówi, że zaraz wróci, bo prawie wszystko ukończył.
W rzeczy samej ukazał się w kilka minut, rozpromieniony, tryumfujący, młodszy o lat dwadzieścia. Za nim szedł Lecoq, niosąc ostrożnie olbrzymi kosz.
— Już go mam, — rzekł do sędziego. Cała sprawa prosta i jasna jak dzień. Lecoq, postaw kosz na stole.
Gevrol wrócił także z wycieczki nie mniej uszczęśliwiony.
— Już jestem na tropie człowieka z wielkiemi kulcami, — zapewnił podniesionym głosem. — Mam także dokładne szczegóły o właścicielu Gervais.
— Mów pan, — rzekł sędzia do Tabareta.
Wezwany zaczął wyrzucać na stół wszystko, co kosz zawierał: dużą bryłę gliny garncarskiej, kilka świstków papieru i cztery kawałeczki mokrego gipsu. Stojąc przed stołem, wyglądał bardzo pociesznie, bo przypominał owych szarlatanów, którzy na publicznych miejscach wyłudzają rozmaitemi sztuczkami pieniądze od łatwowiernych widzów. Jego toaleta strasznie ucierpiała. Był powalany błotem po wierzch uszu.
— Zaczynam, — rzekł nakoniec tonem próżnym. — Motorem zbrodni, która nas zajmuje, nie była kradzież.
— Nie? przeciwnie! — mruknął Gevrol.
— Udowodnię to bardzo dokładnie, — ciągnął pan Tabaret. — Wyłuszczę także moje skromne mniemanie o powodzie zbrodni, ale później. A więc morderca przyszedł tu przed godziną dziewiątą, minut trzydzieści, czyli mówiąc inaczej, przed deszczem. Tak samo, jak pan Gevrol, nie znalazłem i ja śladów z zabłoconych butów, ale pod stołem, w miejscu, gdzie spoczywały nogi skrytobójcy, dostrzegłem za to ślad prochu. W ten sposób jesteśmy już spokojni co do godziny. Wdowa Lerouge wcale się nie spodziewała odwiedzin tej osoby. Właśnie chciała rozebrać się i zamierzała nakręcić zegar, gdy łotr przeszkodził jej, pukając do drzwi.
— Oto mi szczegóły! — wtrącił komisarz.
— Z łatwością można je stwierdzić, — ciągnął ochotnik; — spojrzyj pan na ten zegar z kukułką, stojący na sekretarzu. Jest on z tych, które idą od czternastu do piętnastu godzin; przekonałem się o tem naocznie. Nie podlega też wątpliwości, że wdowa musiała go zawsze nakręcać przed pójściem spać. Pytam teraz, dla czego zegar stanął na godzinie piątej? Oto dla tego, że właśnie zaczęła go nakręcać, gdy morderca zapukał do drzwi. Na potwierdzenie pokazuję wam krzesło, stojące obok sekretarzyka, na którem macie dokładny ślad nogi. A teraz spójrzcie na ubiór ofiary: górna część sukni już była zdjęta. Chcąc prędko otworzyć, nie wdziała stanika, tylko z największym pospiechem zarzuciła stary szal na plecy.
— Do kroćset! — zawołał brygadjer widocznie zniechęcony.
— Wdowa, — ciągnął Tabaret, — znała dobrze tego, kto pukał. Pospiech, z jakim biegła otworzyć, pozwala się tego domyślać, a następstwa jawnie to udowadniają. Mordercę wpuszczono zatem bez trudności. Człowiek ten jest jeszcze młody, wzrostu więcej jak średniego, wytwornie ubrany. Tego wieczora miał wysoki kapelusz, parasol i palił trabukosy w cygarniczce.
— Doprawdy? — zawołał Gevrol, — to za wiele!
— Za wiele, być może, — odpowiedział pan Tabaret, — ale w każdym razie mówię nagą prawdę. Może pan nie jesteś dokładnym i szczegółowym, ale ja nim jestem... Pan mówisz, że za wiele? A więc dobrze. Racz spojrzeć na te kawałki mokrego gipsu. Widzisz na nim odciski napiętków mordercy, które odbiły się koło rowu, w tem samem miejscu, gdzie znaleziono klucz? Na tym papierze obliczyłem możebny skład nogi i nie omyliłem się, bo ślad ten znalazłem potem na piasku. Przypatrz się pan: obcas wysoki, wcięcie zgrabne, cała noga mała i wązka, a but elegancki. Poszukajcie dobrze, a ślad ten znajdziecie w dwóch miejscach koło bramy i pięć razy w ogrodzie, dokąd nikt się nie trudził. Wybiegając z ogrodu, sprawca przeskoczył mur, o czem świadczy głębiej wyciśnięty ślad, a że skok cały wynosi dwa metry, więc łatwo pojąć, że morderca jest młody i zwinny.
Tabaret mówił głosem cichym ale stanowczym: jego oko spoczęło kolejno na wszystkich słuchaczach, chcąc się przekonać o wrażeniu.
— Panie Gevrol, czy może kapelusz cię dziwi? — ciągnął Tabaret, — przypatrz się doskonałemu kręgowi na marmurze sekretarzyka, który był nieco przyprószony. Czy może dziwią cię szczegóły o wzroście mordercy? Zadaj sobie nieco pracy i spojrzyj na wierzch szafy, a przekonasz się, że łotr szukał tam rękami. Musi być zatem słuszniejszy odemnie. A nie mów pan, że przystawił stołek i na nim stanął, bo w takim razie objąwszy wzrokiem cały wierzch szafy, nie byłby potrzebował dotykać się go palcami. Może pana niepokoi parasol? Ta bryłka gliny garncarskiej zachowała wybornie ślad nie tylko końca, ale i prętów parasola, a w popiele, znalazłem kawałeczek trabukosa. Czy koniuszek był zmoczony śliną? Nie. A więc ten, kto palił trabukosy, miał cygarniczkę.
Lecoq ukrywał z trudnością zapał dla opowiadającego; nie mówiąc nic, zacierał ręce z radości. Komisarz był zdumiony, a sędzia zachwycony. Natomiast twarz Gevrola znacznie się przedłużyła. Brygadjer słuchał obojętnie.
— Teraz, — ciągnął Tabaret, — zwróćcie na moje słowa całą waszą uwagę. Wiemy, że do mieszkania wszedł młody człowiek. W jaki sposób mógł usprawiedliwić swoją obecność o tej godzinie nie wiem... Zdaje się tylko być pewnem, że oświadczył wdowej Lerouge, iż nie jadł obiadu. Poczciwa kobieta była tem, uszczęśliwiona i natychmiast zajęła się przyrządzeniem wieczerzy. Wieczerza nie była dla niej. W szafce znalazłem szczątki z jej obiadu: kawałek ryby i baraniny. Lekarska obdukcja namacalnie to udowodni. Zresztą, widzicie, że na stole jest tylko jedna szklanka i jeden nóż. Ale co to za młody człowiek? Nie podlega wątpliwości, że wdowa uważała go za osobę dystyngowaną. W komodzie widziałem jeszcze dość czysty obrus. Czy go wzięła? Nie. Dla niespodziewanego gościa wyjęła najcieńszy i najbielszy ze swoich obrusów. Dla niego przeznaczyła także tę pyszną szklankę, zapewne pamiątkę, i ten nóż oprawny w kość słoniową, którym z pewnością nie posługiwała się przy każdym objedzie.
— Wszystko to dokładne, — szepnął sędzia, — bardzo dokładne.
— Mamy więc młodego człowieka, siedzącego przy stole. Rozpoczął wieczerzę od wypicia szklanki wina, gdy tymczasem wdowa zabierała się do smażenia jajecznicy. Następnie czując w sobie brak odwagi, zażądał wódki, której wychylił blisko pięć kieliszków. Po stoczeniu wewnętrznej walki, trwającej dziesięć minut — tyle czasu było potrzeba do częściowego usmażenia jaj i szynki — młody człowiek wstał, zbliżył się do wdowej, pochylonej nad ryneczką i uderzył ją po dwakroć w plecy. Ofiara nie zginęła tej samej chwili. Odwróciła się do połowy, rękoma chwytając mordercę. Wtedy on, cofnąwszy się o krok, podniósł ją i gwałtownie rzucił tam, gdzie ją teraz widzicie.
Tę krótką walkę można wyczytać z pozycji trupa. Uderzona w plecy, powinna była upaść na plecy. Morderca użył broni ostrej i cienkiej, która, o ile mi się zdaje, musiała być zrobiona ze zwykłej szpady. Ślad tej broni pozostał na sukni ofiary, o którą morderca ostrze z krwi obtarł. Sprawca nie został podrapany w palce, bo miał perłowe rękawiczki, które...
— Ależ to cały romans! — zawołał Gevrol.
— Panie naczelniku, czyś się przypatrzył paznogciom zabitej? Przypatrz się, a wtedy powiesz, czy się mylę... Za paznogciami znajdziesz kawałeczki perłowej skórki. Tak więc kobieta została zabitą. Po co przyszedł morderca? Po pieniądze, klejnoty? Nie, nie, sto razy nie! Chciał, szukał, potrzebował, tylko papierów, które wdowa przechowywała u siebie. Aby je znaleźć, poprzerzucał wszystko, porozbijał szafy i komodę, porozwijał bieliznę, połamał sekretarzyk i przetrząsł siennik. Nakoniec znalazł. A czy wiecie co zrobił z temi papierami? Spalił; lecz nie na kominku, ale w małym piecyku w pierwszym pokoju. Cel został osiągnięty. Co dalej począł? Postanowił zabrać z sobą wszystkie kosztowności, aby zmylić ślad i rzucić podejrzenie na prostych złodziejów. Pozbierawszy wszystko, zawinął w serwetę, którą musiał się posługiwać przy stole, a następnie zdmuchnąwszy świecę, wybiegł, zamknął drzwi, a klucz rzucił do rowu... Oto cały przebieg sprawy.
— Panie Tabaret, — rzekł sędzia, — pańskie śledztwo jest zadziwiające, i jestem pewny, że pan jeden ugodziłeś w prawdę.
— Hej! hej! — zawołał Lecoq, — papa Jasnowidz jest wielki jak świat!
— Piramidalny, — dorzucił ironicznie Gevrol, — sądzę tylko, że temu młodemu człowiekowi musiało być bardzo niewygodnie z pakietem w ręku, który zawinięty w białą serwetę, mógł być widzianym z bardzo daleka.
— To też nie zaniósł go o sto mil, — odparł spokojnie baret; — przyznasz pan, że aby dostać się na dworzec kolei, nie potrzebował jechać w omnibusie amerykańskim. Poszedł piechotą, drogą najkrótszą, wzdłuż rzeki. Stanąwszy nad brzegiem Sekwany, musiał najpierw rzucić pakiet w wodę... przynajmniej tak się domyślam.
— Tak pan sądzisz? — pytał Gevrol.
— Zaraz się o tem przekonamy. Wysłałem już trzech ludzi, którzy pod dozorem żandarma, przeszukają dno Sekwany, w punktach położonych najbliżej od tego miejsca. Jeśli znajdą, dam im sowite wynagrodzenie.
— Z własnej kieszeni?
— Nie inaczej, panie Gevrol, z własnej.
— Gdyby znaleziono ten pakiet! — szepnął sędzia.
Zaledwie wyrzekł te słowa, wszedł żandarm.
— Oto pieniądze i klejnoty, znalezione przez tych ludzi; — rzekł do Tabareta, podając spory pakiet, owinięty w mokrą serwetę. — Ludzie żądają sto franków, które pan im przyrzekł.
Tabaret wyjął z pugilaresa stofrankowy bilet bankowy, który wręczył żandarmowi.
— Teraz, — zapytał, — co pan sędzia myśli? — I równocześnie rzucił na Gevrola tak dumne spojrzenie, że aż złamany ajent uczuł dreszcz w nogach.
— Sądzę, że dzięki pańskiej zręczności dotrzemy, ale...
Nie dokończył. Lekarz, któremu powierzono obdukcję zabitej, wszedł do pokoju. Zeznał niezwłocznie, że wszystkie przypuszczenia Tabareta sprawdziły się najdokładniej. Według jego przekonania, zabójstwo nie odbyło się bez walki. Nawet na szyi ofiary ukazał się niebieskawy znak, spowodowany prawdopodobnie duszeniem ręki. Nareszcie zeznał, że wdowa Lerouge jadła na trzy godziny przed śmiercią.
Nie pozostawało, jak zabrać kilka rzeczy, któreby później mogły zmieszać obżałowanego. Wzięto nóż, szklankę i inne drobiazgi.
Tabaret przypatrywał się bardzo ciekawie paznogciom ofiary i z niesłychaną zręcznością udało mu się wydobyć maluczkie kawałeczki skórki, z których największy miał zaledwie dwa milimetry długości; mimo to można było rozróżnić barwę. Odciął także część sukni, w którą zabójca obtarł swoje narzędzie. Prócz pakietu znalezionego w Sekwanie, było to wszystko, co morderca po sobie zostawił.
Wprawdzie było to nic, ale i to nie miało w oczach sędziego Daburon ogromne znaczenie. Najtrudniejszą rzeczą przy tajemniczych morderstwach, jest docieczenie powodu zbrodni. Jeżeli poszukiwania wezmą błędny obrót, w dalszym toku spawy, sąd oddala się co raz więcej od prawdy.
Dzięki zręczności pana Tabareta, sędzia był już niemal przekonany o powodzie zabójstwa i dla tego spodziewał się świetnego rezultatu.
Gdy noc zapadła, władza nie miała już do czynienia we wiosce Jonchère. Gevrol, który myślał tylko o człowieku z wielkiemi kolcami, oświadczył, że zostanie w Bougival. Przyrzekł dobrze zużytkować wieczór, przetrząsając wszystkie szynki i wyszukując nowych świadków.
Gdy komisarz i wszyscy inni pożegnali sędziego, ten poprosił Tabareta, by mu zechciał towarzyszyć do Paryża.
— Z największą przyjemnością, odpowiedział poczciwiec.
Wyszli razem, a zbrodnia, którą odkryli, stała się tematem ich rozmowy.
— Czy się dowiemy o przeszłości tej kobiety? — powtarzał ojciec Tabaret. — Wszystko od tego zawisło.
— Dowiemy się, — odparł sędzia, — jeśli tylko kupcowa mówiła prawdę. Jeśli mąż wdowej Lerouge był marynarzem i jeśli syn jej, Jakób, jest na statku rządowym, to minister marynarki poinformuje nas nie zadługo. Jeszcze dziś napiszę do ministra.
Przybywszy na stację Reuil, wsiedli do wagonu. Przypadek dobrze im posłużył. Znaleźli się sami w coupé pierwszej klasy.
Ale pan Tabaret nic nie mówił. Rozmyślał, szukał, kombinował, a na jego czole można było dostrzedz całą wewnętrzną pracę. Sędzia patrzył nań ciekawie, zaintrygowany charakterem tego szczególnego człowieka, który kierowany oryginalną namiętnością, oddawał się na usługi ulicy Jerozolimskiej.
— Panie Tabaret, — zagadnął nagle, — czy oddawna poświęcasz się zawodowi policyjnemu.
— Od dziewięciu lat, panie sędzio; dziewięć lat minęło, a bardzo mię dziwi, (przepraszam za śmiałość), że pan sędzia o mnie nie słyszał...
— Z rozgłosu znam pana oddawna, — odpowiedział pan Daburon, — i tylko dlatego kazałem pana prosić do Jonchère żem słyszał wiele o jego rzadkim talencie. Ciekawym, co pana mogło rzucić na tę drogę?
— Zmartwienia, panie sędzio, opuszczenie, nudy. Ach! nie byłem ja zawsze szczęśliwy...
— Mówiono mi, żeś pan bogaty.
Tabaret westchnął boleśnie.
— Prawda, mam się nie źle, — odpowiedział po chwili, — ale nie zawsze tak było. Aż do czterdziestego piątego roku, żyłem wśród poświęceń śmiesznych i bezpotrzebnych. Miałem ojca, który zwichnął moją młodość, zatruł moje życie i zrobił ze mnie najnieszczęśliwszego z ludzi.
Pan Daburon, który pomimo woli był wszędzie sędzią śledczym, zapytał ciekawie:
— Jakto, panie Tabaret, własny ojciec był powodem pańskiego nieszczęścia?
— Niestety! panie sędzio. Jużem mu przebaczył, ale dawniej strasznie go przeklinałem. Niegdyś złorzeczyłem jego pamięci: skorom się dowiedział, że... Ależ ja mogę panu wszystko powierzyć. Miałem lat dwadzieścia pięć, a w banku zastawniczym pensję, wynoszącą dwa tysiące franków, gdy pewnego poranku mój ojciec wszedł do mnie oświadczając, że stracił cały majątek i że nie ma z czego żyć. Zdawał się rozpaczać i mówił, że sobie życie odbiorze. Jam go kochał. Rzecz naturalna, że go zacząłem pocieszać, że pięknemi barwami malowałem moje położenie i żem go błagał, aby się nie martwił, bo jak długo sił mi stanie, na niczem mu zbywać nie będzie. Natychmiast prosiłem go, aby się do mnie sprowadził. Jak się powiedziało, tak się zrobiło; a przez dwadzieścia lat dźwigałem na sobie starego...
— Jakto! Pan sobie wyrzucasz szlachetne postępowanie?
— Jeśli sobie wyrzucam, to tylko dla tego, że starzec ten zasługiwał, abym go struł chlebem, który mu podawałem...
Pan Daburon zrobił znak zdziwienia, który nie uszedł uwadze Tabareta.
— Racz pan wpierw wysłuchać, zanim mię potępisz, — ciągnął dalej tonem bolesnym. — Tak więc przez długich lat dwadzieścia, wyrzekałem się dla ojca wszelkich przyjemności. Nie było już przyjaciół ani miłostek. Nic... Wieczór, aby zwiększyć moją szczupłą pensję, chodziłem do pewnego notarjusza i kopiowałem rozmaite szpargały. Odmawiałem sobie nawet tytoniu. Trapiłem się jak nikt, bo stary skarżył się bezustannie, żałując szczęśliwej przeszłości, i miewał co raz większe wymagania, których żadną ofiarą nie mogłem zaspokoić. Bóg wie ilem wycierpiał! Nie urodziłem się, aby na świecie żyć sam jeden jak pies. Pragnąłem życia rodzinnego. Mojem snem wymarzonem było małżeństwo, w którembym znalazł miłość ukochanej kobiety i szczebiotanie drobnych istot. Lecz cóż?... Jeśli myśli te rozdzierały serce, dławiły mię i wyciskały łzy z oczu, wyrzucałem sobie brak wytrwałości w synowskiem przywiązaniu. Mawiałem do siebie: „Gdy się ma na rok tylko trzy tysiące franków i drogiego ojca, należy przytłumić tego rodzaju uczucia i zostać starym kawalerem.“ A jednak i jam znalazł anielską dziewicę! Już trzydzieści lat temu... postarzałem się jak grzyb... Nazywała się Hortenzja. Bóg wie co się z nią stało! Była piękna i biedna. Koniec końców, byłem już starcem, gdy mój ojciec umarł — ten nędznik!... ten...
— Panie Tabaret, przerwał sędzia, — panie Tabaret!
— Ależ mówiłem panu, żem mu już przebaczył. Lecz zechciej pan zrozumieć mój gniew... W dniu, w którem umarł, znalazłem w jego sekretarzyku zapis na dwadzieścia tysięcy franków renty...
— Jakto! więc był bogaty?
— Nie inaczej, bardzo bogaty, bo to jeszcze nie wszystko. W pobliżu Orleanu posiadał majątek, który wydzierżawiał za sześć tysięcy franków rocznie. Prócz tego dom, w którym mieszkałem, był także jego własnością. Mieszkaliśmy razem, a ja głupiec, osieł, bydle, płaciłem co trzy miesiące moją ratę staremu odźwiernemu.
— To za wiele! — rzekł pomimo woli pan Daburon.
— Nie prawdaż, panie? Tak samo, jakgdyby mi wykradał pieniądze z kieszeni. Na domiar szyderstwa, zostawił testament, w którym oświadczył w imię Ojca i Syna, że działając w ten sposób, miał na myśli tylko mój własny interes, bo chciał mnie przyzwyczaić do porządku, oszczędności i odwieźć od wszystkich możebnych głupstw. A ja miałem już lat czterdzieści pięć i odmawiałem sobie przez lat dwadzieścia najmniejszego wydatku! Znaczy to, że spekulował na moje dobre serce, że... Takiem postępowaniem można zabić uczucie synowskie... słowo honoru!
Jakkolwiek bardzo naturalny, gniew Tabareta był jednakże w tej chwili tak komiczny, że sędzia z trudnością mógł się powstrzymać od śmiechu, pomimo przykrego wrażenia, jakie na nim zrobiło to opowiadanie.
— Przynajmniej, — rzekł sędzia, — majątek powinien był pana pocieszyć.
— Bynajmniej, panie sędzio, majątek przyszedł za późno. Mieć chleb, gdy się już nie ma zębów, cudowna rzecz! Wiek, w którym mogłem się był ożenić, minął bezpowrotnie... Natychmiast po śmierci ojca podałem się do dymisji, aby moją posadę oddać uboższemu. W miesiąc nudziłem się na śmierć, i wtedy dla zaspokojenia uczuć, do których już nie miałem żadnego prawa, postanowiłem oddać się namiętności, nałogowi, manji... Zacząłem zbierać książki. Pan zapewne mniemasz, że do tego potrzeba wiadomości, nauki?
— Wiem, panie Tabaret, że do tego potrzeba przedewszystkiem pieniędzy. Znam znakomitego bibliofila, który z pewnością umie czytać, ale który bez najmniejszej wątpliwości nie umie podpisać swojego nazwiska.
— Bardzo być może. Co do mnie, umiem czytać, i czytałem wszystkie książki, które kupiłem. Wypada mi tu nadmienić, że zbierałem jedynie takie dzieła, które traktowały o sprawach policyjnych. Pamiętniki, sprawozdania, pamflety, mowy, listy, romanse, wszystko było dla mnie dobre, i wszystko pożerałem z gorączkową skwapliwością. Po niejakim czasie doprowadziłem do tego, że uczułem jakiś pociąg do tej tajemniczej potęgi, która w głębi ulicy Jerozolimskiej nadzoruje całe społeczeństwo, widzi wszystko, przedziera wzrokiem najgrubsze zasłony, uchyla wszelkie niebezpieczeństwa, zgaduje to, o czem jej nikt nie mówił; która zna ludzi, wartość ich sumienia, i która na swych kartonach ma spisane najstraszniejsze i najnikczemniejsze tajemnice. Czytając pamiętniki sławnych ajentów policyjnych, entuzjazmowałem się dla tych ludzi o delikatnym węchu, którzy z niezrównaną zręcznością wykrywają zbrodnie i łapią sprawców, którzy, jak dzicy Coopera, ścigają nieprzyjaciela przez dziewicze lasy Ameryki. Wkrótce zdjęła mnie chęć stać się przynajmniej jednem kółkiem w tej cudownej maszynie, aby karać zbrodnie a bronić niewinności. Zacząłem doświadczać sił swoich, a przyszłość okazała, że mam pewne zdolności do nowego rzemiosła.
— I podoba się panu ten nowy zawód?
— Zawdzięczam mu, panie sędzio, największe przyjemności. Odtąd bądź zdrowa nudo! Polowanie na rozumne stworzenia, to boska rzecz! Wzruszam ramionami, widząc, jak amator myślistwa płaci 25 franków za strzał do zająca. Śliczna zdobycz! Cóż to w porównaniu z polowaniem na człowieka! Tu potrzeba użyć wszystkich władz umysłowych, a zwycięztwo nie jest bez sławy. Zwierzyna jest tak samo zręczna jak myśliwy, a broń jest prawie jednakową. Ach, gdyby znano wszystkie wrażenia tej gry w ślepą babkę, którą widzimy między zbrodniarzem a ajentem policyjnym, każdy chciałby pójść na usługi ulicy Jerozolimskiej. Szkoda tylko, że cudowna ta sztuka zaczyna się starzeć. Piękne zbrodnie stają się co raz rzadsze. Rasę wielkich zbrodniarzy, zastapiła zgraja głupich łotrów, którzy taki ślad po sobie zostawiają, że brakuje tylko ich karty wizytowej. Nie wielka zasługa złapać jednego z tych jegomościów. Sam włazi w samotrzask. Po stwierdzeniu faktu, trzeba tylko pójść i uwięzić.
— Mimo to, zdaje mi się, przerwał pan Daburon z uśmiechem, — że nasz skrytobójca nie był zbyt niezręcznym...
— Prawda, panie sędzio, ten należy do wyjątków. To też byłbym szczęśliwy, gdybym go mógł złowić. Uczynię wszystko, a jeśli będzie potrzeba, nawet się narażę. Bo muszę się przyznać panu sędziemu, — dodał z miną nieco zakłopotaną, — że przed mymi przyjaciółmi nie chlubię się mojem rzemiosłem. Ukrywam je o ile możności najtroskliwiej. Możeby mi nie ściskali ręki tak czule, wiedząc, że Tabaret a Jasnowidz to jedno i to samo.
— Dokonana zbrodnia stała się nieznacznie tematem rozmowy. Postanowiono, aby od jutra Tabaret zamieszkał w Bougival. Potrzeba było najmniej ośm dni do przesłuchania całej okolicy. Sędzia przyrzekł ze swej strony donieść mu o toku sprawy, podawać wszystkie szczegóły i wezwać go bezzwłocznie, jak tylko władza dowie się o przeszłości wdowej Lerouge.
— Dla pana, panie Tabaret, — kończył sędzia, — jestem zawsze w domu. Jeżeli zechcesz ze mną pomówić, możesz przyjść tak dobrze w nocy jak w dzień. Wychodzę rzadko. Bez najmniejszej wątpliwości zastaniesz mię o każdej godzinie w gabinecie lub sypialni, w pałacu, przy ulicy św. Jakóba. Rozkażę służącemu, aby pana wprowadzał bez żadnych formalności.
W tej chwili pociąg stanął przed dworcem. Pan Daburon prosił Tabareta do swego powozu. Poczciwiec odmówił.
— Dziękuję za grzeczność, — odpowiedział z ukłonem. — Mieszkam ztąd o dwa kroki, na ulicy św. Łazarza.
— A więc jutro! rzekł pan Daburon.
— Jutro! — potwierdził Tabaret i dodał półgłosem: — Znajdziemy!