Gdzie winowajca/Tom I/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Gdzie winowajca |
| Wydawca | Wydawnictwa "Biblioteki najciekawszych Powieści i Romansów" |
| Data wyd. | 1870 |
| Druk | Kornel Piller |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | L'affaire Lerouge |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
We czwartek, dnia 6-go marca roku 1862, pięć kobiet z wioski Jonchère, przyszło do biura policji w Bougival.
Opowiadały, że od dwóch dni nikt nie widział ich sąsiadki, wdowej Lerouge, która sama jedna zamieszkiwała odosobniony domek. Nadaremnie pukano kilka razy, a że okna i drzwi były szczelnie zamknięte, więc nie można było zajrzeć do wnętrza. To milczenie, to zniknięcie zaniepokoiło wszystkich. Obawiając się zbrodni, a co najmniej wypadku, prosiły, aby „Sprawiedliwość,“ dla zaspokojenia sąsiadów, kazała otworzyć drzwi i weszła do środka.
Bougival należy do miłych miasteczek; odkrywają tam niemało przestępstw, ale zbrodnie zdarzają się bardzo rzadko. Komisarz nie chciał też z początku uczynić zadość prośbom owych kobiet. Ale one tak błagały, tak nalegały, że wreszcie zmęczony urzędnik musiał ustąpić. Posławszy po brygadjera żandarmerji i dwóch jego podwładnych, wezwał ślusarza, i na czele tej siły, otoczony sąsiadami Klaudji Lerouge, wyruszył ku wskazanemu miejscu.
Mały orszak, z żandarmami na przedzie, szedł najpierw szeroką drogą, biegnącą wzdłuż Sekwany, a następnie zwróciwszy się na prawo, dążył ścieżką poprzeczną, która z jednej strony miała mur, z drugiej głęboki rów. Uszedłszy kilkaset kroków, wszyscy zatrzymali się przed skromnym, lecz bardzo przyzwoitym domkiem. Ten dom, a właściwie ta chata, musiała zawdzięczać swoje istnienie jakiemu przekupniowi paryzkiemu, kochającemu się w pięknej naturze, bo dokoła były starannie wyniszczone wszystkie drzewa. Szerszy niż dłuższy domek, o którym mowa, składał się z parteru o dwóch pokojach i małego poddasza. Z tyłu rozprzestrzeniał się źle utrzymany ogród, a mur z nasypanych kamieni, wysoki na jeden metr, nie mógł go ochronić od napaści niegrzecznych darmojadów. Do ogrodu wiodła mała brama, opatrzona drewnianą kratą.
— To tu, rzekły kobiety.
Komisarz policji stanął. W czasie pochodu, zastęp jego znacznie się powiększył, bo każdy próżniak, jakiego zdybano w drodze, poczytywał sobie za obowiązek, przyłączyć się do przestrzegaczy publicznego porządku. Śmiało można powiedzieć, że co najmniej było czterdziestu ciekawych.
— Niech nikt nie wchodzi do ogrodu, rzekł komisarz.
A dla tem większej pewności, że rozkaz jego będzie spełniony, postawił dwóch żandarmów przy bramie; sam zaś zwrócił się ku domowi, w towarzystwie brygadjera i ślusarza.
Ołowianą gałką od laski, uderzył kilkakrotnie najpierw we drzwi, a potem kolejno we wszystkie okiennice. Po każdym uderzeniu przykładał ucho do drzewa i słuchał. Nie słysząc nic, zwrócił się do ślusarza:
— Otwórz, rzekł.
Rzemieślnik odpiął pęk żelaziwa i zaczął dobierać narzędzi. Właśnie włożył do dziurki od klucza jeden z większych wytrychów, gdy wtem głośna wrzawa wszczęła się między stojącymi próżniakami.
— Klucz, wołano, oto klucz!
W rzeczy samej, jakieś dwunastoletnie dziecię, bawiące się ze swemi rówieśnikami, znalazło w głębokim rowie, koło drogi, ogromny klucz; podniósłszy go, niosło do komisarza znaleziony skarb z miną tryumfującą.
— Daj tu chłopcze! zawołał brygadjer... zobaczymy.
Włożono klucz; rzeczywiście był od tych samych drzwi.
Komisarz i ślusarz zamienili spojrzenie smutnego przeczucia. „Źle!“ mruknął brygadjer i wszyscy weszli do domu, podczas gdy tłum, chcąc się dowiedzieć co się dzieje wewnątrz, pomimo surowych przestróg żandarmów, drżał z niecierpliwości, wrzeszczał, wdrapywał się na mur i wyciągał szyję.
Ci, którzy przeczuwali zbrodnię, bynajmniej się nie omylili; komisarz przekonał się o tem już na progu. W pierwszym pokoju wszystko mówiło żałobnym tonem o bytności zbrodniarzów. Meble, a między niemi wszystkie szafy i komody, były pootwierane. W drugiej izbie, służącej za sypialnię, bezład był jeszcze większy. Zdawało się, jak gdyby jakaś złośliwa ręka znajdowała upodobanie w wywracaniu ubogich gratów.
Nakoniec obok kominka, z twarzą w popiele, leżał trup wdowej Lerouge. Cała jedna połowa twarzy i włosy były spalone; cud prawdziwy, że ogień nie ogarnął odzieży zabitej.
— łotry! patrzcie... zawołał brygadjer żandarmerji, czyliż nie mogli ją okraść nie zabijając?
— Ale gdzie ją uderzono? zapytał komisarz, nie widzę krwi...
— Tu, tu, między ramiona, panie komisarzu, odrzekł żandarm. Dalipan, śmiałe dwa uderzenia! Założyłbym się o mój stopień, że nawet nie miała czasu krzyknąć „Ach!“
Pochylił się i ręką dotknął trupa.
— Zimna, zimna jak lód... Ale bądź co bądź, ciało nie całkiem skostniało... Nie więcej jak półtorej doby, jak ją zabito.
Tymczasem komisarz spisywał protokół na chwiejącym się stole.
— Na co przyda się gadanina, rzekł do brygadjera, tu trzeba znaleźć winnych. Niech o wszystkiem doniosą sędziemn pokoju i merowi. Prócz tego, ten list trzeba natychmiast odwieźć do Paryża, do sądu. W dwie godziny może nadjechać sędzia śledczy. Co do mnie, poprzestanę na śledztwie wstępnem.
— Czy ja sam mam odnieść list? zapytał brygadjer.
— Nie. Poszlij jednego z twoich ludzi; ty, panie brygadjerze, możesz mi być bardzo pożytecznym, bo trzeba wstrzymywać ciekawych i wyszukać świadków. Tu zostawmy wszystko jak jest, a ja urządzę się w drugim pokoju.
Jeden z żandarmów pobiegł do stacji Reuil, a komisarz rozpoczął śledztwo wstępne, przepisane prawem.
Co za jedna była ta wdowa Lerouge? zkąd pochodziła? co robiła? z czego i jak żyła? Jakie były jej zwyczaje, obyczaje, znajomości? Czy miała nieprzyjaciół, czy należała do skąpych, czy mówiono o niej, że ma pieniądze? Oto szczegóły, na które komisarz szukał odpowiedzi.
Ale mimo, że świadków było nie mało, żaden z nich nie był dobrze poinformowany. Zeznania sąsiadów, których kolejno wypytywano, były czcze, nieloiczne, niedostateczne. Nikt nie umiał coś stanowczego powiedzieć o ofierze, nie należącej do wioski Jonchère. Zresztą, przychodziło dość i takich osób, które od sędziego chciały się coś dowiedzieć. Tylko ogrodniczka, przyjaciółka wdowej Lerouge i mleczarka, u której zabita brała mleko, mogły podać kilka szczegółów, wprawdzie drobniejszych, ale za to dokładnych.
Nakoniec po trzechgodzinnem nieznośnem wypytywaniu, na które odpowiadano zwykłem: „Tak mówią,“ — po zebraniu najsprzeczniejszych świadectw i najśmieszniejszych plotek, komisarzowi policji zdawały się pewnemi tylko następujące szczegóły:
Przed dwoma laty, na początku roku 1860, wdowa Lerouge przyjechała do Bougival, na wielkim wozie, przepełnionym meblami, bielizną i sukniami. Zamieszkawszy w hotelu, oświadczyła właścicielowi, że chce się osiedlić w okolicy, i niezwłocznie zaczęła szukać odpowiedniego domku. Znalazłszy tę chatę, najęła ją bez targu za 320 franków, płatnych w ratach kwartalnych z góry, ale nie chciała podpisać całorocznego układu dzierżawy.
Wynająwszy mieszkanie, sprowadziła się tego samego dnia, i wydała około stu franków na reperacje. Była to kobieta od 54 do 55 lat, dobrze zachowana, silna i zdrowa. Nikt nie umiał powiedzieć, dla czego wybrała wioskę, w której nikogo nie znała. Myślano, że pochodzi z Normandji, bo zrana widziano ją nieraz w czepcu z bawełnianej włóczki. Mimo tego nocnego czepca, w dzień ubierała się z pewną zalotnością. Zazwyczaj nosiła bardzo piękne suknie, do koronkowego czepca przypinała śliczne wstążki, a na szyi, w uszach i na rękach miała zawsze pełno klejnotów. Zapewne musiała gdzieś mieszkać nad brzegiem morskim, bo w rozmowie wspominała ciągle o okrętach.
Nie lubiła mówić o mężu, który według jej zeznania, miał zginąć przy rozbiciu okrętu. Ale o tym smutnym wypadku, nie przytoczyła nigdy ani jednego szczegółu. Tylko raz, w przytomności trzech osób, rzekła do mleczarki: „Nie ma kobiety, któraby była tak nieszczęśliwą, jak ja w pożyciu małżeńskiem,“ innym razem mówiła: „Każda nowość bawi; nieboszczyk mój mąż kochał mię tylko rok.“ — Wdowa Lerouge uchodziła za bogatą, a przynajmiej za mającą się dobrze. Nie była skąpą. Pewnej kobiecie z Malmaison pożyczyła 60 franków nie żądając zwrotu, a jakiemuś rybakowi z Port-Marly dała 200 franków. Lubiła dobrze żyć, wydawała wiele na jadło, a wino sprowadzała w półbeczkach. Z przyjemnością podejmowała u siebie znajome kobiety, a jej obiad był zawsze wyborny. Jeśli jej mówiono, że jest bogatą, nie wypierała się. Nie raz słyszano jak mówiła: „Nie mam wielkich dochodów, ale dzięki Bogu na niczem mi nie zbywa. Gdybym chciała więcej, zarazbym miała.“
Zresztą, nie wspominała nigdy o swej przeszłości, rodzinie, lub miejscu dawnego pobytu. Należała do osób bardzo gadatliwych, a jeśli się rozterkotała, to mówiła tylko źle o swych bliźnich. Ale musiała widzieć nie mało świata, bo umiała mówić o wszystkiem. Podejrzliwa, barykadowała się u siebie jak w twierdzy. Pod wieczór nigdy nie wychodziła; wiedziano powszechnie, że przy obiedzie zawsze się upijała, poczem niezwłocznie udawała się na spoczynek. Obce osoby rzadko u niej widywano; cztery czy pięć razy odwiedziła ją jakaś dama z młodym człowiekiem, a innym razem przyjechali dwaj panowie, z których jeden był bardzo stary i dekorowany, a drugi młody. Ci dwaj przybyli w wytwornym powozie.
Wogóle, nie bardzo ją lubiano. Jej uwagi były nieraz rażące i dziwne w ustach kobiety w tym wieku. Słyszano, jak dawała pewnej dziewczynie najhaniebniejsze rady. Mimo to, jeden z rzeźników, zamieszkałych w Bougiyal, znudzony swojem rzemiosłem, nadskakiwał jej dość uporczywie. Nie chciała go, mówiąc, że dość raz pójść zamąż. Kilkakrotnie widziano u niej nieznanych mężczyzn. Najpierw młodego człowieka, który zdawał się być urzędnikiem przy kolei żelaznej, a następnie dość podeszłego w bluzie, który, wnosząc z powierzchowności, musiał być bardzo zły. Przypuszczano, że obaj byli jej kochankami.
Wypytując się, komisarz streszczał pisemnie wszystkie odpowiedzi, gdy nagle wszedł sędzia śledczy, który przyprowadził z sobą naczelnika policji i jednego z jego ajentów.
Pan Daburon, sędzia, który później ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich swoich przyjaciół i znajomych, rzucił się do gospodarstwa w chwili, gdy najpiękniejsza karjera zaczęła się doń uśmiechać, mógł wtedy liczyć lat trzydzieści ośm; był silnie zbudowany, sympatyczny, mimo powierzchownego chłodu, a na twarzy jego malowała się słodycz obok smutku.
Będąc sędzią śledczym od roku 1859, zjednał sobie w krótkim przeciągu czasu świetną reputację. Pracowity, cierpliwy i obdarzony rzadkim sprytem, z łatwością rozpatrywał się w najzawilszej sprawie, a wśród tysiąca najrozmaitszych nitek, umiał uchwycić nić przewodną. Uzbrojony w niezachwianą loikę, rozwiązywał prawie zawsze szczęśliwie owe straszne pytanie: „Gdzie jest winowajca?“ Zręczny w odkrywaniu rzeczy nieznanych, wyzyskiwał z nadzwyczajną przezornością każdy fakt, każdą okoliczność, choćby na pozór wydawały się nic nie znaczące.
Mimo tylu i tak cennych przymiotów, pan Daburon nie urodził się sędzią. Drżąc wypełniał powierzone mu obowiązki, jak gdyby sam lękał się nadzwyczajnej swojej potęgi. Nie raz, gdy tylko śmiały rzut mógł był odkryć prawdę, zabrakło mu odwagi... W sądzie mawiano o nim: „To tchórz.“ Lękliwość ta była u niego całkiem zrozumiałą, bo na samo wspomnienie błędów popełnionych przez sądy, włosy jeżyły mu się na głowie. Nie zadowalając się przekonaniem lub prawdopodobnem przypuszczeniem, pan Daburon chciał zawsze absolutnej prawdy. Dopóty nie mógł spocząć, dopóki obżałowany nie pochylił czoła przed niewątpliwym dowodem. Jeden z jego podwładnych mawiał: że Daburon nie szukał winnych, ale niewinnych.
Naczelnikiem policji, był słynny Gevrol, który z czasem będzie odgrywał wielką rolę w dramatach naszych wnuków. Niewątpliwie należy on do ludzi bardzo zręcznych, lecz brak mu wytrwałości a przytem oślepia go nieraz dziwny upór. Jeśli zgubi trop, nigdy się nie wróci i nigdy nie rozpocznie poszukiwań od początku. Zresztą, szczyci się niepospolitą odwagą i taką krwią zimną, że go nikt i nic nie zmiesza. Obdarzony siłą Herkulesa, ukrytą pod wątłą powierzchownością, nigdy nie wahał się rzucić nawet na całą zgraję złoczyńców.
Ale jego właściwością, sławą, tryumfem, była pamięć fizjognomii tak nadzwyczajna, że przechodziła granice prawdopodobieństwa. Jeśli patrzał na jaką twarz przez pięć minut, przywłaszczył ją sobie na wieki. Poznał ją wszędzie i zawsze. Miejscowość, okoliczności i najdziwaczniejsze przebrania, nie mogły go oszukać. Pochodziło to ztąd, że nie patrzał na człowieka, tylko na jego oczy. Wzrok też poznawał, nie troszcząc się o rysy.
W Poissy zrobiono niedawno następujące doświadczenie: Trzech obżałowanych ubrano w długie suknie, aby ukryć ich figurę, na twarz włożono im jednakowe maski i tak przebranych przedstawiono Gevrolowi.
Bez najmniejszego wahania poznał każdego ze swoich znajomych i kolejno wymienił ich nazwiska.
Czy tylko przypadek był mu pomocnym?
Adjutantem Gevrola był dawny złoczyńca, który pojednał się z prawem; chłop wysoki jak dąb, zręczny w swojem rzemiośle, i nie wierzący w zbytnią siłę swego naczelnika. Nazywał się Lecoą.
Komisarz policji, któremu własna odpowiedzialność zaczynała co raz więcej dokuczać, przyjął sędziego śledczego i obu ajentów, jak swoich zbawców. W krótkości przytoczył wszystkie fakta i odczytał protokół.
— Bardzoś pan dobrze zrobił, rzekł sędzia, — zasługujesz na pochwałę... szkoda tylko, żeś pan zapomniał o jednej rzeczy...
— O czem? zapytał komisarz.
— Jakiego dnia widziano po raz ostatni wdowę Lerouge i o której godzinie?
— Pamiętałem i o tem, panie sędzio. Widziano ją wieczór w tłusty wtorek, o godzinie piątej minut dwadzieścia. Wracała z Bougiyal z wielkim koszem w ręku.
— Pan komisarz jest pewnym godziny? zagadnął Gevrol.
— Najpewniejszy, i oto dla czego: świadki, których zeznania są zgodne, pani Tellier i bednarz, mieszkający w pobliżu, właśnie wysiadali z omnibusa amerykańskiego, który z Marły wyjeżdża każdej godziny, gdy ujrzeli wdowę Lerouge na drodze poprzecznej. Przyspieszywszy kroku, aby z nią pomówić, pożegnali ją dopiero przy drzwiach domu.
— A co miała w koszu? zapytał sędzia.
— Świadkowie nie wiedzą. Utrzymują tylko, że zabita miała dwie opieczętowane butelki wina i litr wódki. Uskarżając się na ból głowy, oznajmiła, że jakkolwiek było jej zwyczajem przepędzać wesoło wieczór tłustego wtorku, wszelako tym razem zamierza położyć się zaraz po objedzie.
— Doskonale! zawołał naczelnik policji, — wiem gdzie trzeba szukać.
— I cóż? wtrącił sędzia Daburon.
— Do kata! to bardzo jasne. Potrzeba wyszukać słusznego bruneta w bluzie. Wino i wódka były dla niego przeznaczone. Wdowa spodziewała się go na objad. Przyszedł, luby kochanek.
— Ależ! zawołał brygadjer widocznie rozdąsany, — Lerouge była brzydka jak noc i strasznie stara.
Gevrol spojrzał z politowaniem na zacnego żandarma.
— Wiedz, panie brygadjerze, rzekł, że kobieta mająca pieniądze, jest zawsze młoda i piękna.
— Być może, że w tem jest nieco prawdy, podchwycił sędzia śledczy, ale to mię nie uderza... Raczej należy zwrócić uwagę na własne słowa wdowej Lerouge: „Gdybym chciała więcej, miałabym.“
— Właśnie to samo zajęło i moją uwagę, — potwierdził komisarz.
Lecz Gevrol nie chciał nawet słuchać. Myśląc, że już jest na tropie, rozglądał się uważnie we wszystkich kątach pokoju. Nagle zbliżył się do komisarza.
— Zdaje mi się, zawołał, że właśnie w tłusty wtorek zmieniło się powietrze. Po czternastodniowym przymrozku, zaczął deszcz padać. O której godzinie padły pierwsze krople?
— O pół do dziesiątej, odpowiedział brygadjer. Wyszedłszy z domu, byłem już na rogu ulicy Rybackiej, gdy silny wiatr nadniósł chmury deszczowe. W dziesięć minut było na drodze wody na pół cala...
— Wybornie! krzyknął Gevrol. Jeśli więc złoczyńca przyszedł po pół do dziesiątej, musiał mieć na butach pełno błota... jeśli go nie miał, więc przyszedł wcześniej. O tem można się było bardzo łatwo przekonać, bo posadzka jest woskowana. Czy były ślady, panie komisarzu?
— Muszę przyznać, że o tem nikt z nas nie pomyślał...
— Ależ, wtrącił ajent publicznego bezpieczeństwa tonem gniewnym, to bardzo źle.
— Pozwólcie, rzekł komisarz, można się jeszcze przekonać, jeśli nie w tym, to w drugim pokoju. Tam nie robiliśmy nic... Moje ślady i ślady brygadjera dadzą się łatwo rozróżnić. Zobaczymy...
Gdy komisarz otworzył drzwi od drugiego pokoju, Gevrol wstrzymał go.
— Proszę pana sędziego, aby mi pozwolił wejść samemu, to ważne dla mnie.
— Bardzo chętnie, potwierdził pan Daburon.
Gevrol wszedł pierwszy, a wszyscy zatrzymali się na progu. Tak więc mógł jednym rzutem oka objąć całą scenę krwawej zbrodni.
Na środku stał stół o jednej nodze, pokryty obrusem cienkim i białym jak śnieg. Na nim stała piękna szklanka z ciętego kryształu, bardzo ładny nóż i talerz porcelanowy. Widziano tam także zaledwie odkorkowaną butelkę wina, oraz flaszkę wódki, z której nadpito pięć lub sześć kieliszków.
Na prawo, po obu bokach okna, stały dwie piękne komody orzechowe, z misternie wyrabianemi zamkami. Obie były próżne, bo to, co zawierały, leżało porozrzucane na posadzce. Były to wstążki, czepki, bielizna, a wszystko pomięte i porozwijane.
W głębi, tuż obok kominka, duża szafa w murze, zawierająca naczynia stołowe, stała otworem. Z drugiej strony kominka stary sekretarzyk o marmurowym wierzchu, był rozbity, połamany i przetrząśnięty w najtajniejszych schowkach. Powyciągane szufladki leżały na posadzce.
Nareszcie na lewo, łóżko było najzupełniej rozrzucone. Złoczyńca wyciągnął nawet słomę z siennika.
— Najmniejszego śladu, mruknął Gevrol zbity z tropu; musiał przyjść przed godziną dziewiątą... Teraz możemy wejść wszyscy.
Zbliżył się do trupa wdowej Lerouge, obok którego ukląkł.
— Nie ma co mówić, ciągnął, zrobiono jak należy... Morderca nie jest nowicjuszem.
Następnie rzucając na prawo i lewo badawcze spojrzenie:
— O! o! biedne stworzenie zabierało się właśnie do pracy kuchennej... Oto na ziemi ryneczka z szynką i jajami. Brutal nie był nawet na tyle cierpliwym, żeby poczekać na wieczerzę. Jegomość spieszył się, więc uderzył w próżny żołądek. Ale tem gorzej dla niego... Przy obronie nie będzie mógł powiedzieć, że wino deserowe wprowadziło go w dobry humor...
— Zdaje się nie podlegać najmniejszej wątpliwości, rzekł komisarz policji do sędziego śledczego, że kradzież była głównym powodem zbrodni.
— Bardzo być może, odpowiedział Gevrol tonem przebiegłym: pan komisarz zapewne dla tego wyprowadził ten wniosek, że na stole nie ma znaku ze sreber.
— Patrzcie! zawołał Lecoą, który przetrząsał szuflady, — oto złoto, jest 320 franków.
— Czy rzeczywiście? zapytał Gevrol nieco zdekoncertowany.
Ale wnet przyszedł do siebie i rzekł:
— Musiał je zapomnieć. Nie takie zdarzają się wypadki! Ja sam widziałem skrytobójcę, który po dokonaniu morderstwa stracił głowę i uciekł nie wziąwszy nic. Nasz panicz musiał się wzruszyć. Zresztą, kto wie, czy mu nie przeszkodzono. Może kto zapukał do drzwi. Na tę myśl sprowadza mię głównie okoliczność, że łotr zgasił świecę. Zapewne bał się, by go nie zobaczono przez szparę w okiennicy.
— Dość! — zauważył Lecoą, — to nic nie udowadnia. Może to był człowiek dbały i oszczędny.
Obaj ajenci zarządzili w całym domu nowe poszukiwania, ale najdokładniejsze śledzenie nie wprowadziło ich na żaden świeży trop, bo nawet papiery wdowej Lerouge, — jeśli miała jakie, znikły bez śladu. Nie znaleziono ani listu, ani świstka papieru — nic.
— I cóż panowie? zawołał nareszcie sędzia śledczy.
— Wszystko przetrząśnięte, panie sędzio, — odpowiedział Gevrol. — Łotr był bardzo ostrożny! Ale ja go dostanę. Jeszcze przed wieczorem wpadnie mi w ręce ze dwanaście osób. Zresztą, bądź co bądź, nie umknie... Zabrał z sobą srebra i klejnoty — zgubiony!
— Z tem wszystkiem, — wtrącił sędzia Daburon, — nie postąpiliśmy ani na krok.
— Co począć? Zrobiło się, co się mogło zrobić, mruknął Gevrol.
— Do kroćset! — krzyknął Lecoq dość głośno, — dla czego nie ma tu pana Jasnowidza?
— Ciekawym, na coby się przydał? odparł Gevrol, rzucając na podwładnego piorunujące spojrzenie.
Lecoq zwiesił głowę i nie odrzekł słowa, lecz w duszy był zadowolony, że mu się udało dokuczyć przełożonemu.
— Co to za pan Jasnowidz? — zapytał sędzia śledczy, — zdaje mi się, żem już o nim słyszał; ale nie pamiętam gdzie i kiedy.
— To twarda sztuka! zawołał Lecoq.
— To dawny urzędnik z biura zastawniczego, — dodał Gavrol, to stary bogacz, a jego właściwe nazwisko jest Tabaret. On z satysfakcji jest policjantem.
— Aby zwiększyć swoje dochody — zauważył komisarz.
— Furda! odparł Lecoq, on pewnie o tem nie myśli. Pracuje tylko dla sławy, przyczem cierpi nie raz jego własna kieszeń. Nie prawdaż piękna rozrywka! To rzadki człowiek... Pan komisarz przypomina sobie sprawę owego bankiera, która swego czasu tyle narobiła hałasu... Otóż nie kto inny, tylko Tabaret zgadł wtedy, że dama okradła się sama, co potem udowodnił... Dla jego sprytu nazwaliśmy go Jasnowidzem.
Prawda, odpowiedział Gevrol. Jemu także zawdzięcza życie ten biedny Deréme, którego posądzano o otrucie żony, kobiety nicpotem, a który był niewinny jak dziecko. Szczęście, że mu nie ucięto głowy...
— Panowie, daremnie czas tracimy, przerwał sędzia śledczy, a następnie zwracając się do ajenta Lecoq:
— Idź, rzekł i poproś pana Tabaret. Bardzo wiele o nim słyszałem; będę szczęśliwym, widząc go czynnym w tej tajemniczej sprawie.
Lecoq wybiegł; Gevrol stał ze zwieszoną głową, bardzo poniżony w swojej policyjnej ambicji.
— Pan sędzia, mówił drżącym głosem, może żądać usług od kogo mu się podoba, lecz mimo to zdaje mi się...
— Nie martw się, panie Gevrol, przerwał mu pan Daburon. Przecież znamy się od dawna, wiem ileś wart; ale niestety, dziś nie możemy się zgodzić... Nasze zapatrywania są wręcz przeciwne. Pan ciągle trzymasz się owego bruneta w bluzie, a ja jestem przekonany, żeś zboczył z prawdziwej drogi.
— Sądzę, że się nie mylę, odpowiedział naczelnik policji, i ufam, że mi się uda udowodnić... Znajdę złoczyńcę nawet na końcu świata.
— Nie żądam więcej.
— Tylko pan sędzia będzie łaskaw pozwolić, bym mu mógł dać... jakżeż to powiedzieć, żeby nie obrazić?... jedną radę...
— Mów.
— A więc proszę pana sędziego, żeby zbytecznie nie ufał panu Tabaret...
— Doprawdy? A to dla czego?
— Dla tego, że ten poczciwiec jest zanadto namiętny. On jak autor, poluje zawsze na wrażenie... A że jest pyszny jak paw, więc nieraz unosi się i odchodzi od siebie... Skoro tylko ujrzy zbrodnię, naprzykład taką jak dziś, chce w tej chwili wszystko wytłumaczyć. W rzeczy samej wymyśla natychmiast bajeczkę, stosującą się najzupełniej do położenia. Jest tak dalece próżnym, że na jednym drobiazgowym szczególe ośmiela się budować całą scenę morderstwa, jak ów mędrzec, który na jednej kosteczce buduje całe zwierzę przedpotopowe. Nie raz zgadnie, ale często grubo się omyli. To też w sprawie krawca, tego nieszczęśliwego Deréme, bez mojej pomocy...
— Dziękuję panu za ostrzeżenie, przerwał pan Daburon; nie omieszkam zeń korzystać... Ale tymczasem, panie komisarzu, musimy dowiedzieć się koniecznie, zkąd pochodziła wdowa Lerouge.
Procesja świadków, przyprowadzona przez brygadjera żandarmerji, zaczęła defilować przed sędzią śledczym.
Ale nie odkryto żadnego nowego faktu. Wdowa Lerouge musiała należeć do osób bardzo dyskretnych, kiedy mimo swej nadzwyczajnej gadatliwości, nie zwierzyła się z niczem przed swemi sąsiadkami.
Kto tylko przyszedł, miasto dokładnych szczegółów, podawał sędziemu pod rozwagę tylko swoje przekonania i osobiste poglądy. Opinia publiczna oświadczyła się za Gevrolem. Jednogłośnie uważano bruneta w bluzie za sprawcę haniebnego skrytobójstwa. Przypominano sobie jego dzikie wejrzenie, które przestraszyło całą wioskę. Nie jeden, uderzony jego podejrzaną fizjonomją, unikał go z daleka. Pewnego wieczoru groził jakiejś kobiecie, a innym razem bił dziecię na drodze. Wprawdzie nie umiano wskazać ani kobiety ani dziecka, ale to drobnostka; dość że jego brutalstwo było powszechnie znane.
Pan Daburon był już zrozpaczony, bo chaotyczne te wieści i zeznania nie mogły przyczynić się do wyjaśnienia tajemniczej sprawy, gdy w tem nadeszła pewna kupcowa z Bougival, u której zabita zwykła była zaopatrywać się w rozmaite potrzeby, i jakiś trzynastoletni chłopiec, który twierdził, że wie coś ważnego.
Kupcowa przyszła pierwsza. Słyszała ona nie raz, że wdowa Lerouge wspominała o swoim żyjącym synie.
— Czy pani dobrze pamiętasz? napierał sędzia.
— Doskonale, odparła kupcowa; wspominała nawet tego samego wieczoru, chociaż była wtedy, z przeproszeniem pańskiego honoru, trochę pijana. W moim sklepie siedziała długo, może godzinę...
— I mówiła?
— Zdaje mi się, jakbym ją jeszcze widziała, ciągnęła kupcowa; siedziała koło kontuaru i żartowała z rybakiem Husson, który to może potwierdzić, a którego ona nazywała marynarzem na słodkich wodach. Mój mąż, mówiła do mnie, był także marynarzem; nie raz całe lato spędzał w podróży, a potem przywoził mi zawsze orzechy kokosowe. Mam syna, dodała, który jest także, jak nieboszczyk jego ojciec, marynarzem na statku państwowym...
— Czy wymówiła imię swego syna?
— Tym razem nie, lecz tydzień przedtem przytoczyła jego imię... ale wtedy — z przeproszeniem pańskiego honoru, była pijana jak świnia. Mówiła, że jej syn nazywa się Jakób i że go już oddawna nie widziała.
— Czy mówiła źle o swoim mężu?
— Nigdy. Mówiła tylko, że nieboszczyk był zazdrośny i niegrzeczny, choć w gruncie dobry człowiek, i że ją strasznie męczył. Miał płytko w głowie a cobądź go gniewało. Nakoniec że był głupi, bo był zanadto poczciwy.
— Czy syn odwiedził ją od czasu jak mieszkała w Jonchère?
— Nie mówiła mi o tem.
— Czy dużo u pani wydawała?
— Jak czasem. Na miesiąc brała zwykle za sześćdziesiąt franków, czasem więcej, bo lubiła stary koniak. Płaciła zawsze gotówką...
Kupcowa, nie umiejąc więcej powiedzieć, odeszła.
Chłopczyk, który po niej wszedł do pokoju, był synem jednej z rodzin bogatszych we wiosce. Był słusznego wzrostu i jak na swój wiek, zanadto silnie zbudowany. Oko miał inteligentne, a twarz rozwiniętą i chytrą. Sędzia nie robił na nim najmniejszego wrażenia...
— I cóż nam powiesz, chłopcze? zagadał pan Daburon.
— Panie, dwa dni przedtem, w samą tłustą niedzielę, widziałem jakiegoś człowieka w bramie od ogrodu pani Lerouge.
— Mniej więcej o której godzinie?
— Bardzo wcześnie, szedłem właśnie do kościoła, aby służyć do drugiej mszy.
— Wybornie, wtrącił sędzia; a ten człowiek czy był słuszny, czarny, i czy miał na sobie bluzę?
— Nie, panie; przeciwnie, ten był niski, podsadkowaty, gruby i nie bardzo stary.
— Nie mylisz się?
— Uchowaj Boże! odrzekł chłopak. — Widziałem go z bliska, bom z nim rozmawiał.
— Opowiedz mi wszystko.
— Tak więc, panie, właśnie gdym przechodził, ujrzałem go w bramie. Miał oczy bardzo zagniewane, ach tak zagniewane, że trudno opisać. Jego twarz była czerwona, prawie fioletowa, aż do połowy czaszki, o czem nie tak trudno można się było przekonać, bo na głowie nie miał włosów...
— I on pierwszy do ciebie zagadał?
— Tak, panie. Ujrzawszy mię, krzyknął: — „Hej! malcze!“ zbliżyłem się natychmiast. — „Czy masz dobre nogi? Jam odpowiedział: Doskonałe. Wtedy wziął mię za ucho, ale tak, że mię nie bolało i rzekł: — Kiedy tak, to zrobisz mi jedną przysługę, a ja dam ci za to dziesięć su. Pobiegniesz aż do Sekwany. Nim jeszcze zdążysz do brzegu, ujrzysz wielki okręt przymocowany liną; pójdziesz na pokład i zapytasz się o właściciela Gervais. Bądź pewny, że go zastaniesz; powiedz mu, że może gotować się do odpłynięcia, bom już wszystko ukończył.“ Rzekłszy to, dał mi dziesięć su, a jam pobiegł.
— Gdyby wszyscy świadkowie byli tak mowni jak ten chłopiec, — mruknął komisarz, — toby była przyjemność...
— A teraz, — przerwał komisarz, — powiedz nam, jak się wywiązałeś z tego posłannictwa.
— Przyszedłem na pokład, panie sędzio, znalazłem człowieka, powiedziałem mu i oto wszystko.
Gevrol, który przysłuchiwał się z natężoną uwagą, szepnął do ucha sędziemu Daburon:
— Panie sędzio, czy nie mógłbym zadać kilka pytań temu urwisowi?
— I owszem.
— Powiedz mi, mój przyjacielu, — pytał ajent, — czy znałbyś tego człowieka, jeślibyś go gdzie zdybał?
— Z pewnością.
— Czy miał na sobie co uderzającego?
— Nie inaczej, twarz jak cegła..
— I to wszystko?
— Wszystko.
— Lecz musisz przecie pamiętać, jak był ubrany, czy bluzę
— Nie. Miał raczej długi surdut. Na boku były dwie duże kieszenie, a z jednej z nich wyglądała do połowy chustka w kraty.
— Jakie miał pantalony?
— Dalipan, nie pamiętam.
— A kamizelkę?
— Zaraz, zaraz, — odparł chłopiec. — Czy miał kamizelkę? Zdaje mi się że nie. Kto wie czy nie miał... Lecz nie, nie miał... Tylko na szyi miał długą chustkę, spiętą dużym pierścieniem.
— Jak widać, — zauważył Gevrol tonem zadowolenia, — ty, mój chłopcze, nie należysz do głupich, a założę się, że jeśli dobrze poszukasz, znajdziesz jeszcze nie jeden ciekawy szczegół.
Chłopiec zwiesił głowę i zamilkł. Po fałdach na młodem czole nie trudno było poznać, że wytężał całą pamięć.
— Prawda, — krzyknął, — przypomniałem sobie jeszcze jedna rzecz.
— Co?
— W uszach miał bardzo wielkie kulce.
— Brawo! — zawołał Gevrol, — oto szczegół doskonały 1 Znajdę go; pan sędzia może być spokojny.
— W rzeczy samej, zeznania tego dziecka uważam za nader ważne, — odpowiedział pan Daburon.
A zwracając się do chłopca:
— Nie mógłbyś nam powiedzieć, mój przyjacielu, — zapytał, — czem był naładowany statek?
— Nie wiem, panie.
— Czy płynął z wodą, czy w górę?
— Stał na jednem miejscu.
— Wiemy o tem, — wtrącił Gevrol, — ale pan sędzia pyta, w którą stronę był zwrócony przód okrętu. W stronę Paryża, czy Merly?
— Oba końce statku były do siebie całkiem podobne.
Naczelnik straży bezpieczeństwa zrobił znak niezadowolenia.
— Ach! — rzekł, zwracając się do chłopca, — powinieneś był zapamiętać nazwisko okrętu, przecież umiesz czytać. Powinniśmy zawsze wiedzieć, na jaki statek wchodzimy.
— Nie widziałem żadnego napisu, — odpowiedział chłopiec.
— Jeśli statek stał dłuższy czas na jednem miejscu, — zauważył pan Daburon, — musieli go widzieć mieszkańcy z Bougival.
— Pan sędzia ma słuszność, — potwierdził komisarz.
— Trafna uwaga, — dodał Gevrol. — Zresztą, marynarze wysiadają na ląd i idą do szynku. Dowiem się... A jak wyglądał ów właściciel Gervais, mój mały przyjacielu?
— Jak wszyscy marynarze w tych stronach.
Mały świadek chciał już wyjść, lecz sędzia wstrzymał go u progu.
— Nim wyjdziesz, powiedz mi, moje dziecko, czyś mówił dawniej o tem spotkaniu?
— W niedzielę, panie sędzio, wróciwszy z kościoła, opowiedziałem wszystko mojej matce, a nawet oddałem jej dziesięć su...
— I opowiedziałeś całą prawdę? — ciągnął sędzia. — Powinieneś wiedzieć, że wobec sądu nie wolno nic zataić. Sąd wszystko odkryje, a tych, którzy kłamią, surowo karze.
Mały świadek poczerwieniał na twarzy jak wiśnia i spuścił oczy...
— Widzisz, napierał pan Daburon, żeś ukrył jakiś szczegół... Alboż nie wiesz, że policja wszystko widzi?
— Przepraszam pana sędziego, — zawołał chłopiec, zachodząc się od płaczu, — przepraszam, niech mię pan sędzia nie karze, ja już tego nigdy nie zrobię.
— A więc przyznaj się, w czem nas oszukałeś?
— Dobrze, panie sędzio; nie dziesięć, ale dwadzieścia su dał mi ów człowiek. Tylko połowę oddałem mamie, a drugą połowę zostawiłem sobie na piłkę...
— Mój mały przyjacielu, — przerwał sędzia, — tym razem przebaczam. Ale niech ci to posłuży za naukę na całe życie. Odejdź, lecz pamiętaj, że prawdy nie można zataić, bo sprawiedliwość zawsze ją odkryje.