Gasnące słońce/Część pierwsza/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XI.

Zapowiedź igrzysk, któremi Publiusz płacił ludowi rzymskiemu za godność pretora, uśmierzyła lepiej wzburzone umysły motłochu, aniżeli widok wojska, rozrzuconego gęsto po mieście.
Już na kilka dni przed uroczystością wystawały tłumy przed gmachami rządowemi i pomnikami, odczytując wymalowane na nich ogłoszenia.
Jakie rodzaje gladyatorów i zwierząt staną do śmiertelnych zapasów, kogo rzuci władza gwoli zabawie ludu pod kły lwów i tygrysów, czy na arenie urządzą las albo-li morze?... — obchodziło plebs rzymski więcej, aniżeli głód, skradający się wszystkiemi ulicami do stolicy świata.
Zapomnieli nędzarze o pustych śpiżarniach cesarskich, o swoich łachmanach i czczych żołądkach, o trupach nawet, któremi dumny patrycyusz zasłał był główny rynek.
„Zbój“ obiecywał świetne igrzyska: pięciuset gladyatorów, mordujących się równocześnie, dziesięć słoni, tratujących chrześcian, lwa, tresowanego do polowania na ludzi, i wiele, wiele innych przyjemnych wrażeń i wzruszeń.
Jakże mu wobec takiej hojności nie przebaczyć gwałtownego czynu, zrozumiałego zresztą u walecznego żołnierza? Namordował już tylu ludzi na różnych polach bitew... To jego rzemiosło...
Motłoch odczytywał ogłoszenia, zakładał się, kłócił, bił, rozprawiał o walce gladyatorów i zwierząt, znów kłócił się i bił, a pretoryanie uśmiechali się pobłażliwie, nie mieszając się do jego sporów.
Na rynkach i placach, w garkuchniach, szynkach i łaźniach wrzało od rana do wieczora. Rzemieślnicy rzucali warsztaty, kupcy sklepy, uliczni handlarze stragany, przekupki kosze z owocami i rybami. Gromadnie ciągnął tłum próżniaczy na narady, karmiąc się bez żalu byle czem: cebulą, czosnkiem, zielskiem, okruchami chleba. Nie czuł głodu, czekając na igrzyska, które stawiały go na równi z najmożniejszymi.
Dla niego to, dla pana, Rzymianina, urządzał hardy patrycyusz widowisko, jemu musiał się pokłonić, starać się o jego względy, bawić go, myśleć za niego. Chociaż przez jego dziurawą tunikę świeci nagie ciało, a na nogach wiszą strzępy obuwia, przymocowanego do stopy sznurkami, on, wolny obywatel, dziedzic zasług swoich przodków, patrzy w amfiteatrze i w cyrku na te same uciechy, które rozweselają oczy Cezarów i senatorów, i może klaskać, krzyczeć, wołać, udzielać lub odmawiać pokonanym gladyatorom łaski, tak samo, jak oni.
Wolno mu czasami więcej od nich. Sam imperator musi wysłuchać jego głośnej krytyki, uszczypliwych uwag, obraźliwych wykrzykników. Nawet tacy tyrani, jak Kaligula, Neron i Domicyan, gniewali się rzadko na dowcip ludu, wygłoszony w teatrach.
Radował się motłoch, że będzie przez dwa dni panem. Bo i o żołądku jego pamiętał Publiusz Kwintyliusz. Ogłoszenie donosiło, że pomiędzy walką gladyatorów a zwierząt podadzą niewolnicy gościom nowego pretora obfite śniadanie.
Zaraz poznać pana z panów po hojności...
Ci nowi senatorowie, potomkowie najniższego plebsu rzymskiego, a dość często wyzwoleńców, uważali igrzyska za przykry obowiązek, bolesny dla ich świeżej szkatuły. Bawili i oni lud, ale tylko dlatego, że tak nakazywało prawo i obyczaj. Skąpi, chciwi trzymali się ściśle w granicach przepisów cesarskich, nie dodając od siebie nic do zwykłego programu. Wynajmowali konie, zwierzęta i gladyatorów, których pan — motłoch już kilka razy oglądał, i nie myśleli nigdy o poczęstunku. Szło im nie o świetność widowiska, lecz o jego taniość...
Inaczej Kwintyliusz... Ten sprowadził z Afryki słonie i lwa tresowanego — osobliwość — i nietylko pomyślał o śniadaniu, ale otworzy prawdopodobnie w dniu uroczystym swoje skrzynie i sypnie na obywateli rzymskich deszczem złotym.
Tak samo uczynił rok temu jego krewny, Marek, gdy dziękował ludowi z rydwanu za godność pretorską. Pół miliona sesterców rozrzucili jego podskarbiowie.
Spodziewając się nietylko rozrywki, ale i zarobku, zanosili mężowie do żydowskich i egipskich handlarzy w zastaw wszystko, co miało w domu jakąś wartość: sprzęty, statki kuchenne, drobiazgi srebrne i złote. Bo żony i córki niższych urzędników i klientów chciały w dniu uroczystym błyszczeć tak samo, jak senatorowie i rycerki, w białych sukniach, i siedzieć tak samo, jak one na miękkich poduszkach. Wszakże były i one wolnemi obywatelkami, chociaż nie miały prawa do szlaku purpurowego.
Na polu Marsowem, pod portykiem Agryppy, w sklepach przy ulicy Szerokiej i na głównym rynku brzęczał bezustannie gwar niewieści. Zdawało się, że wszystkie gęsi miasta uciekły z kojców.
Rzymianki wybierały, targowały, kupowały, a handlarze zacierali ręce, zgarniając z uśmiechem zadowolenia sesterce.
I pod filarami amfiteatru wrzało niezwykłe życie już na kilka dni przed widowiskiem. Siedzieli tam podrzędni astrologowie i wróżbici, którzy przepowiadali za dobre wynagrodzenie wynik zakładów. Zabobonny i przesądny lud rzymski tłoczył się do nich: płacił i zakładał się na podstawie orzeczeń.
Kipiało miasto, jak gdyby w każdym domu miało się odbyć wesele. Bo zapowiedziane igrzyska wytrąciły nie sam motłoch tylko z utartej kolei zajęć powszednich. I na górze, w warstwach zamożniejszych, sposobiono się na widowisko, jak na wyprawę uroczystą.
Ludność stolicy, strawiona wrażeniami, o jakich prowincye nie miały wyobrażenia, nerwowa, chciwa zmiany, silniejszych wzruszeń, witała każdą nowość z chorobliwą radością przesytu. Dużo widział już Rzym, ale lwa tresowanego do polowania na ludzi będzie dopiero po raz pierwszy oglądał...
Ztąd zaciekawienie, rozprawy, gwar, zarówno w kamienicach, zbudowanych przez spekulantów dla ubogich, jak w dworcach i pałacach możnych.
Nadszedł nareszcie dzień upragniony...
Jeszcze późne słońce dnia grudniowego kryło się w gęstych mgłach nocy, kiedy się Rzym przebudził. Wszystkiemi ulicami ciągnęły lektyki i śpieszyli piesi wędrowcy do wielkiego amfiteatru Flawiuszów.
Z głuchym szumem toczył się różnorodny tłum z trzech stron: z Eskwilinu, Kapitolu i Palatynu, zalewając te same place i rynki, które przed tygodniem wzburzony motłoch był zaniepokoił.
Ale dziś już nie podnosili „panowie świata“ w dziurawych, brudnych togach grożących pięści ku Palatynowi, domagając się igrzysk i chleba. Igrzyska rozpoczną się za godzinę, a o chlebie pomyśli cesarz pospołu z senatem. To jego rzecz...
I czyściej, odświętniej wyglądał dziś ten motłoch w wypranych i połatanych togach. Ten i ów włożył na głowę wieniec z liści laurowych, krocząc dumnie, jak tryumfator.
Ponad zmieszanym gwarem kilkudziesięciu tysięcy głosów, który unosił się nad tłumem brzękiem stłumionym, górowały nawoływania niewolników, towarzyszących lektykom.
Na wspaniałych łożach spoczywały nie same tylko damy wielkiego świata. I ubożsi obywatele pozastawiali wszystko, co żydzi i egipcyanie chcieli przyjąć, aby żony i córki ich mogły się udać do amfiteatru w lektykach wynajętych. Za splendor jednego dnia będą pościli przez kilka tygodni, ale milszy im spokój domowy od dobrego obiadu.
Z weselem w duszy płynął tłum na plac teatralny, nie troszcząc się o spokój Cezarów. Wiedział, że z Palatynu nie spadnie na niego zgraja siepaczów Kaliguli, Nerona lub Domicyana, by go ukarać za przerwany sen ziemskiego boga. Dobry Marek Aureliusz znosi cierpliwie wrzawę ludu, a wesoły Lucyusz Werus, namiętny zwolennik igrzysk, czuwa prawdopodobnie sam od świtu, aby się nie spóźnić do amfiteatru.
Można bez obawy pod oknami ich hałasować...
I zaczęła się wrzawa, ale dopiero przed amfiteatrem. Legion przekupniów wrzeszczał: poduszki... poduszki... podu-u-u-szki..., inni zalecali tablice woskowe z programem widowiska; jeszcze inni podsuwali pod nos tłoczącego się tłumu pieczywo, owoce, napoje.
— Wolno... ostrożnie!... — rozlegało się nawoływanie pretoryanów, trzymających straż pod bramami.
Daremnie jednak napominali stróżowie porządku publicznego. Plebs, który musiał sobie w amfiteatrze zdobywać wygodny punkt obserwacyjny, bo tylko członkom stanu senatorskiego i rycerskiego służyło prawo stałych miejsc, brał wejścia szturmem. Kto miał niewolnika, ten pchał się naprzód za jego piecami; kogo zaś nie było stać na mocne pięści sługi, ten torował sobie drogę własnemi łokciami. Każdy chciał być pierwszym na górze, na piętrach najwyższych, aby się najbliżej areny usadowić.
Klątwy odpychanych, krzyki gniecionych, groźby silniejszych krzyżowały się bezustannie, wytwarzając wrzawę zbuntowanego motłochu.
Pretoryanie widząc, że nie oprą się rosnącej z każdą chwilą fali ludu, usunęli się na stronę i przypatrywali się tłokowi z pogardliwym uśmiechem żołnierzy, przywykłych do porządku.
— Niech się to bydło podusi — mówiły ich twarze obojętne.
Bydło nie oszczędzało wistocie kości słabszych. Zanim plebs dotarł do piętr najwyższych, pękło nie jedno żebro i wyskoczył nie jeden guz ku radości „panów świata“, którzy witali wykrzykniki boleści śmiechem brutalnym.
Uciszyło się nareszcie w amfiteatrze. Senatorowie zajęli z żonami i córkami loże najniższe, nad nimi usadowiło się rycerstwo, a piętra górne wypełnił plebs ruchliwy.
Publiczność była gotowa; brakowało jeszcze tylko dworu cesarskiego i igrzyskodawcy.
Ale oto już ciągnął.
Z Kapitolu, ze świątyni Jowisza, po uroczystem nabożeństwie, zstępował ulicą Świętą wolno, poważnie, wspaniały orszak, lśniący złotem, drogiemi kamieniami i purpurą.
Przodem szły popiersia bogów domowych Rzymu, cesarzów z przesławnego rodu Juliów i Klaudyów, genialny Cezar, mądry Augustus, bohaterski Germanikus, wielkoduszna Agrypina i przedwcześnie zamordowany Brytanikus. Dumne ich czoła zdobiły wieńce złote, a wozy i trony, na których się posuwali, otaczały kolegia kapłanów, przyodzianych w białe, powłóczyste suknie.
Za bogami narodowymi Rzymu postępowali mieszkańcy Olimpu z gromowładnym Jowiszem na czele. Każdy z królów niebieskich miał przy sobie świtę sług, żyjących z jego ołtarza. Muły i słonie, przybrane w barwne pióropusze i w chomąta, nabijane drogiemi kamieniami, ciągnęły ich wozy.
Długi szpaler dziewic poprzedzał igrzyskodawcę. Rzucały one pod jego stopy kwiaty, powiewając białemi zasłonami, które spływały aż na ziemię.
Na samym końcu jechał Publiusz. Otoczony klientami swojego domu i tłumem niewolników, stał na wysokim, złoconym rydwanie, trzymając w ręce berło patrycyusza z kości słoniowej. Z ramion jego spadał purpurowy, złotem dzierzgany płaszcz tryumfatora, a nad głową trzymał niewolnik cesarski wieniec z liści dębowych, znak zasługi obywatelskiej.
Cały ten świetny orszak spuścił się przy wtórze fletów i tub z Kapitolu na główny rynek i zbliżał się wolno do amfiteatru.
Tak namiętnie kochał lud rzymski igrzyska, iż przyznawał jego dawcy zaszczyty tryumfatora, pogromcy nieprzyjaciół.
Kiedy czoło korowodu, wkroczywszy przez bramę środkową, ukazało się w amfiteatrze, zerwała się burza oklasków. Wśród radosnych okrzyków widzów przeciągnął orszak wzdłuż muru, oddzielającego arenę od lóż senatorów, witany wrzawą nieustającą.
— Witaj, witaj! — huknęły górne piętra, gdy Publiusz stanął przed obliczem ludu rzymskiego.
Zgromiony motłoch wyciągał ręce do „zbója“, dziękując mu za widowisko tak gorąco, jak gdyby mu nigdy nie złorzeczył.
On, obojętny, z uśmiechem pogardliwym na ustach, pochylał głowę na wszystkie strony, przyjmując hołd z chłodną uprzejmością arystokraty, który lekceważy uznanie plebejuszów.
Objechawszy arenę wokoło, zeskoczył z rydwanu i udał się z klientami swoimi do loży, położonej nad bramą środkową. Tu zastał najbliższych krewnych: Marka z Liwią Fabią, Tullię Kornelię i Mucyę.
Zaledwie spoczął na purpurowej poduszce między Markiem a Mucyą, odezwał się w podziemiach areny głuchy łoskot, podobny do odgłosu dalekiego grzmotu.
Publiczność rzymska, przyzwyczajona do mistrzowskich sztuk maszynistów teatralnych, uciszyła się, czekając z powstrzymanym oddechem na niespodziankę.
Łoskot powtórzył się, arena rozstąpiła się i z głębi wychylił się ogromny pień, który rósł szybko w górę, a gdy dosięgnął najwyższych piętr, rozwinął się w drzewo rozłożyste. Stu chłopców w białych tunikach, ze złotemi skrzydełkami u ramion, kołysało się na gałęziach, a każdy z nich trzymał w ręku kosz, z którego sypał na lud deszcz fig, daktylów, pomarańcz i cukrów.
Powstała wrzawa nie do opisania. Śmiechy, wesołe okrzyki, groźby, klątwy zaszumiały w amfiteatrze. Tysiące rąk chwytało dary nowego pretora, tysiące głów przechylało się przez żelazne baryery. Z trwogą spoglądały dolne piętra na górę. Tak się tam kłębiło i wrzało, iż kipiątek mógł się przelać i lunąć na senatorów i rycerzów ciężarem niewygodnym.
Ale już zwijało się hojne drzewo, zapadając pod ziemię. Po chwili wchłonęła je czeluść, która się z łoskotem zawarła.
Z klatek, znajdujących się w murze areny, wybiegła gromada murzynków i zrównała grabiami naruszony piasek.
W amfiteatrze zapanowała cisza, bo oto otworzyły się srebrne drzwi loży cesarskiej, i na progu ukazał się marszałek dworu. Na jego widok podniosła się publiczność z miejsc i zwróciła się twarzą w stronę głównego wejścia.
Nagle wypadł ze stutysięcznej piersi jeden potężny okrzyk, który runął po za mury i rozlał się szeroko wokoło.
— Witaj, Cezarze! — wołał lud rzymski. — Witaj! — powtarzało echo, wracające przez Forum Romanum z Palatynu.
Marek Aureliusz, w todze purpurowej na ramionach i w złotej koronie na skroni, kłaniał się uprzejmie głową i ręką. Za nim wszedł Lucyusz Werus, a za imperatorami ich małżonki: Faustyna, Lucylla i najbliższe otoczenie rodziny cesarskiej.
— Witajcie wy! — odpowiedział za brata i teścia Lucyusz Werus głosem donośnym.
Gdy imperatorowie spoczęli na lożach, zagrała orkiestra marsza wojennego i rozpoczął się pochód gladyatorów.
Szli parami...
Naprzód samnitowie, niosący przed sobą tarcze tak duże, iż wyglądały im z po za nich tylko głowy; dalej trakowie z tarczami mniejszemi, ale dłuższemi, zakrzywionemi szablami; następnie sekutorowie w zamkniętych przyłbicach; mirmillonowie w zbroi gallów; półnadzy retyarowie z siatkami i widłami, w końcu jeńcy wojenni z Brytanii na wozach.
Szli wśród dźwięków marsza w szyku bojowym, owiani szumem ciekawych szeptów. Płomienne oczy Rzymianek pożerały ich kształty posągowe, wypukłe piersi, potężne muskuły i grube karki. Na ich szyszakach i przyłbicach powiewały pawie i strusie pióra, na zbrojach i broniach lśniły złote ozdoby i błyszczały drogie kamienie; ich jedwabne, różnobarwne tuniki zdobiły wstęgi i łańcuchy.
Wszystkie narodowości złożyły się na orszak tak strojny, jak gdyby go nie rychła śmierć, lecz uczta weselna czekała.
Jasnowłosy Germanin postępował obok rudego Galla, czarny Nubijczyk obok białego Słowianina. Północ i Wschód, Zachód i Południe przysłały Rzymowi jeńców wojennych, aby się panowie świata mogli bawić obrazem bitwy. Więzienia otworzyły wilgotne nory, dostarczając zbrodniarzów, skazanych na śmierć; domy gry i rozpusty wypluły marnotrawców, zuchwałych bankrutów, którzy szukali na arenie amfiteatru rozgłosu, miłości kobiet i złota. Niejeden zrujnowany potomek wielkiego rodu płacił w szrankach gladyatorskich krwią swoją za winy popełnione.
Ci ludzie różnych narodowości i stanów, wolni i niewolni, pochodzenia gminnego i szlachetnego, napiętnowani przez prawo i nietknięci przez sądy, nikczemni lub tylko nieszczęśliwi, a wszyscy silni ciałem, odważni, zręczni szermierze, postępowali w skupieniu środkiem areny, zbliżając się do loży cesarskiej. Wiedzieli oni bardzo dobrze, iż nad ich świetnym, barwnym i błyszczącym orszakiem unosi się anioł śmierci, że się lud rzymski nie ulituje nad ich ranami, łaskawy tylko dla mordercy. Wiedzieli, że muszą zabijać bez miłosierdzia, aby pozyskać oklaski i prawo życia do igrzysk następnych.
Szli w milczeniu, patrząc przed siebie, słysząc nad sobą łopot skrzydeł okrutnego towarzysza, a kiedy stanęli przed panami panów świata, przed Cezarami Rzymu, zawołali:
— Ci, co mają umrzeć, pozdrawiają was, Cezarowie!
A Cezarowie skinęli, i trąby dały znak do boju wstępnego. Szermierka tępą bronią, jak gdyby dla podraźnienia nerwów publiczności, rozpoczęła widowisko.
Uderzyły tarcze o tarcze, miecze o miecze, zachrzęściły zbroje, świsnęły siatki... Gladyatorowie, rozsypani na całej arenie, zabawiali publiczność zręcznością swoją.
Lud rzymski, znający tak dokładnie tajemnice sztuki szermierskiej, że kierował dość często walką, nie szczędząc rad głównie swym ulubieńcom, przypatrywał się uważnie bojowi próbnemu. Jego bystre doświadczone oko wyróżniło bez trudu z gromady mistrzów.
Nad areną unosił się ciągły, stłumiony gwar. Robiono nowe zakłady...
Wtem odezwał się ponury głos tuby. Orkiestra umilkła... gladyatorowie cofnęli się pod sklepienia... publiczność powstrzymała oddech...
Grobowa cisza zaległa amfiteatr.
Tuba zahuczała po raz wtóry... Publiusz, zstąpiwszy z piętra, badał ostrą broń pięciu sekutorów i pięciu retyarów, których los cisnął na pierwsze zapasy śmiertelne.
Po raz trzeci zajęczała tuba. Gladyatorowie wybiegli na środek areny... orkiestra zagrała marsza... publiczność przechyliła się przez baryery...
I znów uderzyła broń o broń, ale tym razem inaczej, głośniej, dźwięczniej. Nie o igraszkę już szło, lecz o życie.
Dziesięciu ludzi skoczyło na siebie, a wszyscy dorodni, silni, obyci z mieczem i nożem. Pół nadzy, w tylko w lekką tunikę ubrani retyarowie rzucili się na sekutorów, których ochraniały szyszaki, napierśniki i tarcze. Ale ci obnażeni szermierze mieli broń straszliwą. Niech im się tylko uda zarzucić siatkę na głowę sekutora i uwikłać w niej jego ręce, wówczas drwią z jego zbroi. Szamocącego się w pułapce przeciwnika nadzieją na widły, jak rybę na oszczep, i dobijają go sztyletem.
Zanim się walka rozgrzała, słychać było tylko głuchy brzęk wideł, uderzających o tarcze, i świst siatek. Szereg ocierał się o szereg.
Ale po kilku wstępnych zwrotach rozprzągł się łańcuch i zaczęła się gonitwa. Mąż nastawał na męża, najbliższy na najbliższego. Sekutor uciekał, czyhając na sposobność dosięgnięcia z po za tarczy mieczem przeciwnika; retyar ścigał go, podchodził, czaił się, przypadał na kolana, aby sieć dobrze zarzucić.
Równocześnie z postępującą walką rosło zajęcie publiczności. Zrazu spadały jedynie z górnych piętr odosobnione wykrzykniki zachęty, uwagi. Ktoś zawołał: zachodź z prawej! drugi dodał: pchnij śmiało! trzeci krzyknął: wal z góry!
Z każdą chwilą przybywało coraz więcej głosów, aż cały motłoch zawył:
— Huź go, bij, zabij!
Panowie świata niecierpliwili się, nie mogąc się doczekać widoku krwi.
Draźnieni, podbudzani dzikim okrzykiem publiczności, nacierali na siebie gladyatorowie z wściekłością straceńców. Pot spływał z ich czoła, oczy błyszczały, jak ślepie drapieżnych zwierząt, z gardzieli ich wydobywały się ochrypłe dźwięki gniewu.
— Huź go, bij, zabij! — zachęcał już cały Rzym, biorący żywy udział w walce.
I dolne piętra rozgrzały się. Senatorowie i rycerze przyłączyli się do motłochu. Imperator Lucyusz Werus, wychylony połową ciała z loży, machał rękami, krzyczał, jak ostatni plebejusz.
Trzech tylko ludzi zachowywało się spokojnie wśród ogólnego szału. Marek Aureliusz, odwrócony twarzą od areny, wydawał doradcom swoim rozporządzenia; Publiusz, oparłszy głowę na dłoni, spoglądał ponuro przed siebie; Mucya, zasunąwszy powieki na oczy, odbiegła myślą daleko od tej brutalnej wrzawy. Imperator-filozof miał wstręt do zabaw tłumu; waleczny żołnierz uznawał morderstwo tylko na polu bitwy lub dla dobra państwa, a patrycyuszka, w której duszy zapadła głęboko miłosierna nauka chrześcian, smuciła się okrucieństwem swojego narodu. Nie byłaby przyszła na igrzyska, gdyby nie obawa o Mimut. Chciała się własnemi oczami przekonać, czy Publiusz dotrzymał danego słowa.
W amfiteatrze rozległ się pierwszy okrzyk radości.
— Dostał... dostał!... — wołano z zadowoleniem.
Ten, który był powodem wesela publiczności, młody retyar germański, drgał na białym piasku areny, wydając z siebie tchnienie ostatnie. Z boku, który mu miecz sekutora otworzył, buchała krew ciepła, czerwona.
I znowu uderzyły widły o tarcze i świsnęły siatki. Raz po razie, następując szybko po sobie, odzywało się teraz złowrogie „Dostał!“ Siedem trupów tarzało się już na arenie. Ostało tylko trzech żywych: dwóch sekutorów i jeden retyar.
Spojrzeli po widzach... Może mają dosyć zabawy... może zwolnią ich z dalszego mordowania. Każdy z nich miał już na sumieniu życie towarzysza.
Ten wysoki, szerokich barek, wypukłej piersi retyar zabił trzech sekutorów, chociaż jego oczy niebieskie patrzą tak łagodnie, jak gdyby nie mogły znieść widoku cudzego cierpienia. Podniósł głowę, odrzucił długie, płowe włosy i rozglądał się wokoło.
— Miejcie litość nad nami! — prosił jego uśmiech smutny.
Nie na to uczył go ojciec w lasach nad Cissą dosiadać konia i robić bronią, aby zręcznością swoją bawił okrutnych gapiów. Bronić miał przeciw najeźdźcom ziemi ojczystej, prastarych dzierżaw słowiańskich, nie chciwy ziemi i krwi sąsiada. Ale legioniści zmogli go na placu boju, okuli w kajdany i powlekli do Rzymu, próżniaczej stolicy na igraszkę.
— Zamordowałem trzech... macie dosyć... — mówił jego wzrok łagodny.
— Bij, zabij! — odpowiadano wokoło z wściekłością.
Motłoch kipiał z gniewu, że jakiś tam barbarzyniec śmie się męczyć walką. Rzeczą tego psa umrzeć z radością i wdziękiem dla ucieszenia oczu panów świata. Dziękować powinien za zaszczyt, jaki mu przypadł w udziale. Tylko najodważniejszych i najdorodniejszych jeńców wojennych sprzedawano do szkół gladyatorskich. Bo zniewieściały, skarlały lud rzymski lubił patrzeć w amfiteatrze na zdrowe siły.
Więc porwał Słowianin widły oburącz i runął na najbliższego sekutora z taką mocą, że go powalił. Ale w tej chwili przypadł do niego drugi i ciął go przez głowę krótkim mieczem. Oblany krwią, zachwiał się, przyklęknął...
Podniósł rękę do góry na znak, że oddaje się na łaskę i niełaskę publiczności. Wszakżeż ona ma obowiązek zachować życie nędzarzowi, którego trud śmiertelny bawił ją przez całą godzinę.
Ale lud rzymski, obrażony zuchwalstwem barbarzyńcy, który nie chciał umrzeć dla jego przyjemności, odmówił łaski. Wyjąc: Kończcie, kończcie! zwrócił wielki palec ręki na dół.
Wtedy stała się rzecz niespodziewana. Słowiański retyar zerwał się na równe nogi i zanim się stojący nad nim sekutor spostrzegł, grzmotnął go widłami po łbie. Na drugiego rzucił się z szybkością błyskawiczną i wbił mu nóż w gardło.
Zdumione: aaa... zaszumiało w amfiteatrze. Potem zahuczała burza oklasków. Mężczyźni powiewali togami, kobiety chustkami, orkiestra grała marsza tryumfalnego. Do zwycięzcy zbliżył się niewolnik Publiusza i podał mu srebrną czarę, napełnioną złotem.
Słowiański gladyator stał na środku areny, obrzucony tysiącami zachwyconych spojrzeń niewieścich, trzymając w ręku dar patrycyusza. Nie dziękował, nie kłaniał się, nie pochylił się nawet w stronę loży cesarskiej. Opuściwszy głowę, patrzył na złoto, z którem się jego krew, ściekająca z czoła, mieszała. Wróciż mi ono wolność? — obliczało jego serce. — Wystarczyż ono na wykup? Nie, nie, jeszcze nie... Trzeba będzie dalej mordować...
Odgłos tuby spłoszył jego myśli samotne. Ukłonił się imperatorom i Publiuszowi i odszedł szybko do koszar gladyatorów.
Gromada murzynów wypadła na arenę. Jedni wywlekli trupy poległych szermierzy żelaznemi hakami, inni przekopali krwią przesiąkłą ziemię motykami i posypali ją świeżym piaskiem.
I znów stanęło na arenie dziesięciu dorodnych, zdrowych, odważnych ludzi i powtórzyło się to samo widowisko. Rzym bawił się, gladyatorowie konali...
Oddział po oddziale wychodził przed oblicze panów świata, świetny, błyszczący, i gasł w ich oczach. Gdzie przed chwilą powiewały na srebrnych szyszakach strusie pióra i lśniły zbroje złociste, tam tarzały się w kałużach krwi drgające, poszarpane ciała.
A publiczność nie nużyła się widokiem cierpienia i śmierci. Z równem zawsze zajęciem śledziła przebieg walki, biorąc w niej udział coraz żywszy. Wrzawa rosła w miarę mnożących się trupów.
Publiusz siedział ciągle z głową pochyloną, patrząc przed siebie. Czasem tylko, gdy zachwyt widzów dochodził do wybuchu ogłuszającego, obrzucał amfiteatr szybkiem spojrzeniem, w którem tliły błyski pogardy.
I on nie litował się nad gladyatorami. Był zanadto arystokratą rzymskim, aby go rozpacz niewolnika lub wyzwoleńca mogła roztkliwić, a zanadto żołnierzem, iżby uszanował dzielność człowieka uzbrojonego, który ginie dobrowolnie dla zabawy motłochu. Gdyby go los oddał na polu bitwy w ręce wroga, nie pozwoliłby zrobić z siebie płatnego histryona. Alboby się zabił, albo, zawleczony na arenę, rzuciłby się na podłych gapiów i zemściłby się straszliwie za poniewierkę. Niech giną, kiedy nie umieją zejść z tego świata z godnością...
Nie okrutna dola gladyatorów zapalała w jego oczach błyski pogardy! Gniewały go okrzyki publiczności, udającej — z po za ochronnego muru baryer — bohatera.
On, trybun legionów, wilk obozowy, znał bardzo dobrze zwyrodnione dzieci stolicy. Męczyła ich służba polna, przerażał nieprzyjaciel, straszył wódz, żądający karności i odwagi. Bankiety, teatry i bunty urządzała ta hałastra, domagając się bezustannie za próżniactwo coraz większego żołdu, krótszej służby wojskowej i niezasłużonych nagród.
Proletaryusz Rzymu, ubrany w zbroję legionisty, nie chciał dźwigać ciężarów, sarkał na ćwiczenia obozowe i skarżył się na skromne jedzenie.
A tu, w amfiteatrze, zagrzewał dzikim okrzykiem gladyatorów do męztwa, jak gdyby w jego piersi biło jeszcze nieustraszone serce zwycięzców świata. Tylko wady przodków, ich krwiożercze upodobania i chciwość użycia odziedziczył motłoch rzymski, utraciwszy ich cnoty.
A nietylko motłoch.,.
Obok Publiusza siedział Marek. I on zachowywał się jak ulicznik, machając rękami, wychylając się z loży. Zdawałoby się, że go walka pociąga, że skoczy na arenę i pochwyci miecz, żądny boju...
Córkę nikczemnika zaślubił ten zwyrodniały patrycyusz, bo lękał się trudów pracownego życia.
Albo Lucyusz Werus... Jak oczy jego świecą a nozdrza latają. Nie wytrzyma... rzuci się pomiędzy gladyatorów...
Złudzenie... Kiedy go Marek Aureliusz wysłał na wojnę z Partami, aby go oderwać od rozpustnej stolicy, urządzał w obozie takie orgie, że go ciężka choroba zwaliła z nóg w połowie wyprawy. Legionem śpiewaczek i tancerek wschodnich się otaczał upijał się codziennie, histryonom rozdawał złote łańcuchy i wysokie urzędy, porzucił w końcu armię, zostawszy gdzieś na prowincyi. Ani jednej bitwy nie widział ten imperator.
Nie wesołe myśli snuły się po głowie Publiusza. Gdyby barbarzyńcy znali tak, jak on, spodlenie Rzymu...
Obejrzał się podejrzliwie wokoło, jakby się obawiał, że ktoś jego smutek podsłuchuje.
Nagle pobladł. Do loży wchodził Serwiusz, którego od kilku tygodni nie widział.
Niespodziewane pojawienie się przyjaciela w chwili, kiedy myślał z trwogą o barbarzyńcach, przeraziło przesądnego Rzymianina. Gdyby ten stanął na czele ludów germańskich, zadrżałby przed jego gniewem Rzym, jak przed geniuszem Hannibala...
— Ty w Rzymie — zawołał Publiusz.
— Wróciłem przed godziną do stolicy, a dowiedziawszy się, że to dziś twoje igrzyska, pośpieszyłem do amfiteatru — odpowiedział Serwiusz, siadając za Publiuszem.
— Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym się w dniu dla mnie uroczystym dowiedział o pomyślnym skutku twojej wyprawy.
— Jestem na tropie Tusneldy.
— Bogowie ci sprzyjają — wyrzekł Publiusz szczerze uradowany.
— Opowiem ci później szczegóły... Na arenie dzieje się coś ciekawego.
Na arenie rozpoczynało się w istocie widowisko ciekawe. Pięciuset gladyatorów różnych broni — piesi, konni i stojący na wozach brytańskich — gotowali się do walki. Podzieleni na oddziały, czekali na znak bojowy.
Zaledwo zahuczała tuba, rozbrzmiał taki szczęk i brzęk oręża, iż pokrył nawoływania widzów. Retyarowie nacierali na sekutorów, trakowie na samnitów, jeźdźcy na woźniców.
Pierwszy padający trup złamał szyk porządny. Oddziały rozprzęgły się, gromady rozbiły, przeciwnik szukał przeciwnika. Po kilku minutach zmieszały się z sobą szyszaki, zamknięte przyłbice, gołe głowy, czapki galskie, tworząc jednę ruchliwą masę, która przewalała się po arenie, jak ranny olbrzym.
Zapaśnicy, ściśnięci obręczą muru, który tamował ich ruchy swobodne, nie walczyli prawidłowo, lecz bronili już tylko życia. Z góry, z dołu, zewsząd draźnił ich wrzask widzów — obok, z przodu, z tyłu, naokoło groził im miecz przeciwnika... Dokądkolwiek spojrzeli, wszędzie czyhała na nich śmierć... Nawet spocząć, wytchnąć na chwilę nie pozwalali im panowie świata, dozorcy bowiem zagrzewali ustających batami i żelazami, rozpalonemi do czerwoności, do nieustannego mordowania.
Nie było nigdzie ratunku, możliwości ucieczki... Trzeba albo umrzeć, albo zwyciężyć.
Z wściekłością zwierząt, doprowadzonych do rozpaczy, rzucali się na siebie gladyatorowie, zapominając o prawidłowych cięciach i paradach. Retyar walił z góry po szyszakach widłami, zaniechawszy siatki i noża, samnita ciskał ciężką tarczę i bronił się mieczem, trak machał na prawo i lewo zakrzywionem szabliskiem. Byle prędzej dosięgnąć przeciwnika lub zginąć...
Szczęk i brzęk oręża, nawoływania gladyatorów i dozorców, rżenie koni, muzyka wojenna i oszalały krzyk publiczności zlewały się we wrzawę tak przerażającą, iż Serwiusz, który widział po raz pierwszy amfiteatr rzymski, drżał na całem ciele.
Nie obcą była prefektowi legionów groza bitwy, ale na polu chwały nie miał czasu do trwogi i spostrzeżeń. Kiedy spadał na czele swoich Germanów na karki krzykliwych barbarzyńców, wówczas zalewała mu krew żołnierska mózg i oczy. Ponad sobą widział tylko obowiązek rycerza w postaci sztandaru, a przed sobą nieprzyjaciół państwa rzymskiego. Szerząc naokoło siebie postrach i zniszczenie, wiedział, że broni spokoju tysięcy siół i miast, rozrzuconych na pograniczu. Zabijając, dawał życie.
A oni, ci nędznicy, za co się oni tak namiętnie, tak okrutnie mordują? Nie są sobie wrogami i nie składali przysięgi orłom Cezarów. Jeżeli ich to pyszne plemię, które się mieni królem narodów, okuło w kajdany i zmusiło do służby gladyatorskiej, to nie obciążają w tej chwili ich rąk żelaza hańbiące. Mają broń i ramiona swobodne. Na Walhallę! Jest ich pięciuset wytrawnych szermierzy, a zagryzają się, jak głodne szczury. Dlaczegóż nie rzucą się na tych nikczemników, którzy się ich rozpaczą bawią? Zanim straż cesarska nadbiegnie, wytną połowę tych okrutników. Zginą, ale zemszczą się straszliwie.
Serwiusz nie gardził gladyatorami, jak Publiusz, lecz dziwił się ich powolności. Germanin, w którego duszy czaił się bunt i tlił płomień odwetu, tłumiony przez wychowanie rzymskie, nie rozumiał śmierci tak biernej. To są psy, nie ludzie; gorsi nawet od psów, bo i zwierzę domowe, sprzykrzywszy sobie poniewierkę, ukąsi rękę niesprawiedliwą.
Kiedy się Serwiusz przyzwyczaił do dzikiej wrzawy, wówczas rozglądał się zdumionem okiem wokoło. Tak więc potężnym jest urok władzy, że czaruje nawet wtedy i zmusza do posłuszeństwa, kiedy ona straciła moc i godność? Jeżeli kto, to on wiedział, prefekt jazdy germańskiej, na kim polegała siła orłów rzymskich.
Jacy oni ohydni w tej swojej srogości!...
I on, barbarzyniec, nie ronił łez nad uciętą głową i poszarpanem ciałem. Przelana krew nie przyprawiała go o mdłości. Nie mógł się nieraz na polu bitwy doliczyć połowy swojej jazdy. Ale serca nie rozweselał nigdy widokiem niewinnego. Jego dusza miała wstręt do wszelkiej niesprawiedliwości.
A oni aż szaleją z uciechy.
Nie, nie wszyscy...
Wzrok Serwiusza, chodząc wokoło, padł na twarz Mucyi. Młoda patrycyuszka przytuliła się do ramienia Publiusza, jakby szukała u niego obrony przeciw okrutnemu widowisku. Przerażenie odebrało jej źrenicom blask, a ustom słodycz młodości. Skulona, blada, patrzyła na rzeź gladyatorów okiem szklistem.
Tej nie bawi nędza straceńców...
Życzliwie uśmiechnął się Serwiusz do Mucyi.
— Gdybyś ty kiedy odwagi mojej potrzebowała — ślubował w duszy — znajdziesz we mnie brata.
Odezwała się tuba, opadły miecze gladyatorów. Tylko połowa z nich ocalała; druga połowa zasłała arenę.
Kiedy zwycięzcy odeszli wśród oklasków publiczności do koszar, wybiegły z kryjówek czarne kruki. Gromadę murzynów prowadziło dwóch dozorców, z których jeden, niosący ogromny młot, był przebrany za bożka Merkurego, drugi za Cerbera. Stróż piekieł wkładał w rany poległych rozpalony żelazny pręt, badając, czy są gotowi do podróży ostatniej. Jeżeli który z gladyatorów jeszcze drgał, dobijał go Merkury młotem.
Pierwsza połowa widowiska miała się ku końcowi. Zostawała tylko egzekucya chrześcian, skazanych na pożarcie przez lwy.
— Taka jesteś blada — odezwał się Publiusz, nachylając się do Mucyi.
— Przekonałam się dziś, że przestałam być Rzymianką — wyrzekła Mucya głosem stłumionym.
— Zmęczył cię widok tego mordu bezcelowego?
— Obrzydliwością napełnił duszę moją ten obraz okrucieństwa ludzkiego.
— I mojego serca nie rozweselają jęki nędzników, którzy nie umieją sprzedać życia po żołniersku.
Mucya zamilkła. Czuła, że jej Publiusz nie rozumiał.
Po jakimś czasie zapytała:
— Czy jesteś pewny, że Mimut wróci do mnie?
— Kazałem jej podać sztylet zatruty i uprzedzić ją o skuteczności tej broni — odpowiedział Publiusz, zbliżywszy usta do ucha Mucyi.
Wie, że potrzebuje tylko dobrze uderzyć, a powali lwa na miejscu, owa trucizna bowiem działa piorunująco. Resztę zrobi Marek Aureliusz, który ułaskawia zawsze tych, którym się udało zabić dzikie zwierzę.
Głos trąby zwiastował nowe widowisko.
Mucya, tak biała, jak suknia, przechyliła się przez baryerę i wytężyła wzrok przed siebie. Czuła, że jej krew stygnie w żyłach, a serce, zatrzepotawszy jak spłoszony w klatce ptak, bije wolniej, wolniej, aż zdaje się ustawać.
Na arenę wypadł wspaniały lew. Zdziwił się, że ujrzał tyle ludzi. Stanął na środku i oglądał się błyszczącemi ślepiami, bijąc się po bokach ogonem.
A ci ludzie nie obawiali się króla pustyni. Zamiast przed nim uciekać, wyciągali do niego ręce i krzyczeli. Ten i ów ciskał z góry pomarańcze, daktyle, orzechy.
Gniewało to lwa, więc pomrukiwał groźnie i szczerzył zęby.
Ale jego złość niemocna bawiła motłoch. Ktoś rzucił z najwyższego piętra jabłko tak zręcznie, że trafił lwa w sam łeb. Potężne zwierzę ryknęło i skoczyło za mur. Ukarać pragnęło śmiałków.
Mur był wysoki, zaopatrzony ostremi kolcami, a nad nim siedzieli dozorcy z rozpalonemi drągami żelaznemi. Poparzony lew ryknął po raz drugi i zaczął biegać po arenie. Rozszarpie każdego, kto mu wejdzie w drogę, choćby to był człowiek najsilniejszy... Nie mając nikogo pod pazurami, tarzał się w piasku, wyrzucając z pod siebie całe tumany kurzu.
Zjawił się nareszcie wróg, godniejszy gniewu króla puszcz afrykańskich. Jedna z bocznych komórek, umieszczonych w murze obwodowym, otworzyła się i na arenę wyszła wątła, ciemna postać.
To Mimut! Mucya, spostrzegłszy w jej ręku sztylet, utkwiła wzrok w kruchej broni, jakby ją chciała natchnąć siłą. Żeby tylko dobrze uderzyła, żeby się nie zachwiała...
Mimut, znalazłszy się przed obliczem groźnego zwierza, zawahała się, jakby się chciała cofnąć. Ale trwało to tylko mgnienie oka.
Zwróciła się w stronę Publiusza, wyciągnęła ręce, błogosławiąc, potem odrzuciła od siebie daleko sztylet i padła na kolana.
— Chrześcian lwom, chrześcian lwom! — zawył lud rzymski.
Zwierzę położyło się na brzuchu i zaczęło się czołgać, jak kot, w stronę Mimut.
Powstała cisza oczekiwania...
W tej wielkiej, złowrogiej ciszy rozległ się głos Egipcyanki:
— Za Chrystusa Pana!
Mucya widziała przez mgłę, która zasuwała się na jej oczy, że się Mimut podniosła i wpadła sama w objęcia lwa, oszczędzając mu skoku.
Potem słyszała naokoło siebie głuchy szum, a w tym szumie utonęła jej świadomość. Kiedy wróciła do przytomności, leżała w swojej lektyce, przed amfiteatrem, a obok niej stali Publiusz i Serwiusz.
— To nie moja wina, Mucyo, nie moja — mówił Publiusz, podnosząc jej rękę do ust. — Ta nieszczęśliwa szukała sama śmierci.
Mucya przetarła oczy palcami i odparła:
— Wiem... widziałam... Wracaj do amfiteatru zabawiać dalej lud rzymski, a mnie pozwól odejść do domu.

................

Publiusz zabawiał dalej lud rzymski, a Mucya klęczała w swoim pokoju i ukrywszy twarz w dłoniach, korzyła się przed Bogiem chrześcian.
— Wierzę w Ciebie, opiekunie wydziedziczonych i nieszczęśliwych — mówiła z głębi przekonanego serca — w Ciebie, Boże szlachetnych i dobrych, w Ciebie, ucieczko wszystkich, których nikczemność ludzka krzywdzi i depce. Wierzę, iż podźwigniesz człowieka z kałuży krwi, w której się tarza ku swojej sromocie, i podniesiesz go do siebie, do miłosierdzia swego. Wierzę w Ciebie, Boże jedyny, prawdziwy...







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.