Gasnące słońce/Część pierwsza/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

— Twoje gwiazdy odpowiadają tak dwuznacznie, jak wyrocznie naszych wróżbitów, gdy ich domyślności nie poprze sowite honoraryum — mówiła Tullia Kornellia, podnosząc się z sofy, na której spoczywała, słuchając wykładu nadwornego astrologa.
Egipski uczony wzruszył ramionami.
— Gwiazdy nie bywają zawsze skłonne do odpowiedzi jasnych — mruknął. — Trzeba czekać na chwilę odpowiednią.
— A kiedyż nadejdzie ta twoja chwila odpowiednia?
— Stawiam horoskop codziennie, pani.
— I zawsze bez skutku...
— Co mi gwiazdy dotąd opowiadają, jest tak ciemne, a może tylko tak niepomyślne, iż wolę badać dalej.
— Niepomyślne?!
Tullia stanęła przed astrologiem, wpatrując się w niego niespokojnym wzrokiem. Była blada.
— Niepomyślne? — powtórzyła głosem drżącym.
— W gwiazdach nie widzę pochodni hymenu, o którą pytasz — odpowiedział uczony.
— Twoje gwiazdy kłamią — zawołała Tullia gwałtownie.
Astrolog wzruszył powtórnie ramionami.
— Jeżeli nie wierzysz mojej nauce — wyrzekł — udaj się do wróżbitów. Aleksander z Abonuteichos przybył do Rzymu i udziela porady za wysokie honoraryum.
— Ten głośny prorok paflagoński, teść senatora Mummiusza Silenny Rutiliona? — zapytała Tullia.
— Ten... głośny... prorok... paflagoński — mówił astrolog, oddzielając wyraz od wyrazu. — Potok złota płynie od rana do nocy do pałacu senatora, gdzie prorok zamieszkał.
Tullia chodziła po pokoju szybkim krokiem, przeprowadzana szyderskiem spojrzeniem Egipcyanina.
— Jego boski wąż, jego Glykon zna wszystkie tajemnice nieba, ziemi i serc ludzkich — drwił astrolog, gładząc długą brodę — i nie omylił się podobno dotąd ani razu, chociaż retor Lucyan twierdzi, że nie wąż odpowiada na zapytania, lecz sługa proroka, ukryty za jego plecami. Owa głowa węża, wyglądająca z pod płaszcza Aleksandra, ma być przyrządem z papieru, poruszanym za pomocą ukrytych nici.
— Gdyby tak było, jak mówisz — odezwała się Tullia — nie ciągnęłyby śladami Aleksandra od lat kilkudziesięciu krocie wiernych.
— Będąc sam astrologiem, wiem najlepiej w co ludzie wierzą, najłatwiej zaś obałamucić mędrców, którym się zdaje, że wypalili w sobie wszelką zdolność do wierzenia.
Tullia milczała, chodząc ciągłe po pokoju. Nagle zatrzymała się przed astrologiem i wyrzekła:
— Udasz się natychmiast do Aleksandra z Abonuteichos i uprzedzisz go o mojem przybyciu.
— Wiedziałem, że tak rozkażesz — mruknął egipcyanin.
— Sąd moich czynności nie należy do ciebie — mówiła Tullia chłodno. — Uczyń, co rozkazuję.
Kiedy się astrolog oddalił, usunęła się na sofę i splótłszy ręce pod głową, utkwiła wzrok w suficie.
Nie wesołe były myśli, które wrzały pod jej czaszką, odbłyski ich bowiem chodziły ponuremi cieniami po jej twarzy. Pogardliwe usta drgały od czasu do czasu w kącikach.
Już drugi miesiąc odgrywała Tullia rolę „matrony drewnianego Rzymu“, pozbawiając się teatrów, cyrków i wesołych biesiad, a ten, dla którego ponosiła tyle ofiar, zdawał się nawet nie zauważyć jej przemiany. Zawsze uprzejmy, równy, ale obojętny, nie zdradził się Publiusz ani słowem, że bywa w jej domu w zamiarach małżeńskich. Spostrzegła tylko, że patrzy ciągle i słucha, przenosząc wzrok z niej na Mucyę i odwrotnie.
Uśmiechając się ustami, tłumiła w sobie niejednokrotnie gniew, który ją dławił. Gdyby mogła wybuchnąć!... Ale Mucya nie dawała powodu do scen gwałtownych, cicha i skromna, krzątająca się w domu, jak duch opiekuńczy. Gdyby nie jej rządność i oszczędność, zacząłby się ten złoty gmach kłamanego dostatku już rysować, góra bowiem tabliczek woskowych — niezapłaconych rachunków — rosła z każdym dniem coraz wyższa i wyższa.
Publiusz zresztą nie wyróżniał Mucyi, chociaż rozmawiał z nią chętnie. Był i dla niej tylko uprzejmym.
Podrażniona jednak zazdrość Tullii czuła, że przyjaźń trybuna skłania się w stronę jej synowicy. Mówiły jej to spojrzenia, szybkie, prawie niepochwytne, i głos, który miał zawsze tony miękkie, ilekroć się Publiusz do Mucyi zwracał.
— Miałażby ona?...
Tullia zerwała się z sofy, jakby ją ukryty gad ukąsił, i zaczęła znów biegać po pokoju. Z oczu jej sypały się iskry.
— Pókiż tego będzie? — syknęła przez zaciśnięte zęby.
Nagle stanęła przed ogromnym biustem cesarza Augusta, spoczywającym na słupie bronzowym. Obejrzawszy go uważnie ze wszystkich stron, przyłożyła palce do małej nieznacznej wypukłości, znajdującej się pod piersiami i nacisnęła. Marmur otworzył się i ukazał we wnętrzu swojem, w wydrążeniu, szereg flakonów i sztyletów.
Wyjąwszy jednę z buteleczek, podniosła ją Tullia do światła.
— Trucizna Lokusty — wyrzekła półgłosem, przypatrując się ciemnemu płynowi. — Prędzej i skuteczniej usuniesz ty wszelkie przeszkody, aniżeli to moje sprawią zabiegi.
Na dworze, w ogrodzie huczał wiatr konającej jesieni, wygrywając na obnażonych gałęziach drzew pieśń zniszczenia. To wył przeciągle, to uderzał w ściany domu z wściekłością tłumionego gniewu. Teraz złagodniał, przycichł, kwiląc płaczem skrzywdzonego dziecka.
Tullii zdawało się, że słyszy niemocną skargę żywego stworzenia. Ktoś zawodził, łkał w jęku utulonego wichru, jakby prosił o zmiłowanie.
Tullia zwróciła głowę w stronę drzwi, nadsłuchując. Ucho jej chwytało z zabobonną trwogą cichy płacz wiatru, który zbliżał się coraz więcej. Już był tuż pod ścianą, już wszedł do wnętrza domu i chodził po milczących pokojach.
Tullię przebiegł zimny dreszcz, a serce jej ogarniał strach, nieznany jej dotąd.
Lękała się czegoś... Ale czego? Jakiś głos mówił do niej... Ale co?
Oglądała się podejrzliwie, ostrożnie po za siebie, jakby chciała ujrzeć coś, czego się obawiała.
Z flaszeczki, którą trzymała w ręku, z trucizny Lokusty, przechodził do jej ramienia przykry mróz i rozlewał się wolno po całem ciele, odbierając członkom sprężystość młodości.
A wicher kwilił ciągle...
Coś zaszeleściło za kotarą...
Tullia wyciągnęła przed siebie ręce i krzyknęła. Zdawało jej się, że widzi siebie samą, z bladością śmierci na twarzy, ze zgrozą w zgasłych oczach, rzucającą się na posadzce w kurczach konania.
— Ty rozkazałaś, pani?
Głos starej niewolnicy egipskiej wrócił Tullii przytomność.
Zasłoniła sobą szybko otwarty biust i wyrzekła:
— Podasz mi niebieską suknię i ciepły płaszcz. Niech Chryzyp i Sporus będą gotowi!
Gdy sługa znikła, zamknęła skrytkę i wybiegła z pokoju, jak gdyby ją upiory ścigały.
W pół godziny potem opuszczała dom pieszo, strzeżona przez dwóch gladyatorów, którzy postępowali za nią o kilka kroków.
Szła po wróżbę, po głos zakrytego jutra, ona, która nie wierzyła w bogów i w pozagrobowe życie człowieka. Słynny za Antoninów szarlatan, Paflagończyk Aleksander, miał jej powiedzieć, czy Publiusz ulegnie jej wdziękom i zręczności.
Wzięła z sobą tysiąc sesterców w złocie, tyle bowiem kazał sobie prorok płacić za posłuchanie, gdy jego wyroczni żądały osoby zamożne. Aby jej przechodnie nie poznali, ubrała się w barwne suknie hetery i włożyła na głowę kaptur wełniany.
Niepotrzebnie obawiała się spotkania ze znajomymi. Ciemny, burzliwy wieczór nie zachęcał nikogo do opuszczenia domu, wypędzając na ulicę tylko tych, których obowiązek zmuszał do znoszenia niewygód.
Opierając się wiatrowi, szła Tullia do proroka, do którego niosła, oprócz pieniędzy, zabobonną duszę sceptyków, pozbawionych wskazówek i pociechy religii. Jak prawie wszyscy oświeceni Rzymianie, wychowani przez filozofię grecką, nie lekceważyła i Tullia orzeczeń astrologii i magii. Świata pozagrobowego w rozumieniu pospolitem nie uznawała; wszelka jednak cudowność, rzeczywista lub robiona, pociągała jej wyobraźnię urokiem tajemniczości. Godzinami nieraz przypatrywała się gusłom starej Egipcyanki, zasięgając jej rady, ilekroć miała coś ważniejszego postanowić. Zapomniała dawno o modlitwach, których nauczyła się od niańki, mowę jednak snów, kości, rzuconych na półmisek, i ognia znała bardzo dobrze.
Nie zaczepiona przez nikogo, mimo stroju hetery, doszła Tullia na Kwirynał, gdzie znajdował się pałac senatora Rutiliona. Tu czekał na nią przed domem jej nadworny astrolog.
— Czy prorok przyjmuje? — zapytała.
— Sala roi się od niecierpliwych, którzy nie będą już dziś oglądali oblicza świętego męża — odpowiedział Egipcyanin.
— Ale mnie dopuści do siebie?
— Dla ciebie, pani, wyprosiłem posłuchanie.
— Nie chciałabym się narazić na uwagi obcych ludzi.
— I o tem pomyślałem. Wejdziemy odrazu na dziedziniec, gdzie bóg Glykon udziela odpowiedzi. Prorok już wie, czego pragniesz.
Zostawiwszy służbę przed drzwiami, weszła Tullia do pałacu. W przedsionku i w sali był taki tłok, że przecisnęła się z trudem do bocznego kurytarza, łączącego przednią część domu z tylną. Prowadzona przez astrologa, rzucała z pod zasłony ciekawe spojrzenia na zgromadzonych. W tłumie ludzi niższych stanów dostrzegła kilka postaci zakapturzonych, unikających, tak samo, jak ona, zetknięcia się z motłochem.
Niewidzialne ręce odsunęły przed nią ciężką kotarę, odkrywając duży dziedziniec, otoczony ze wszystkich stron wspaniałemi kolumnami z białego marmuru.
Kiedy Tullia weszła do przybytku proroka, powiały na nią tak mocne odurzające wonie, że poniosła instynktowym ruchem koniec płaszcza do ust, broniąc się przed uduszeniem. Różowe, drżące, migotliwe światło zalewało salę, pokrywając filary, kwiaty i sprzęty, jakby tkaniną przejrzystą.
Dość długo trwało, zanim płuca Tullii przywykły do gęstego powietrza, a oczy jej do mroków tajemniczych. Gdy ochłonęła z pierwszego wrażenia, spostrzegła w głębi szkarłatną zasłonę, a przed nią ołtarz, na którym tlał słaby ogień, wyrzucający od czasu do czasu krwawe iskry.
Chciała się posunąć ku środkowi dziedzińca, ale ją astrolog powstrzymał.
— Bóg Glykon nie znosi blizkości śmiertelnika — odezwał się szeptem, z uśmiechem sarkastycznym na ustach i wskazał Tullii sofę, znajdującą się przy drzwiach.
Oparłszy, się plecami o filar, skrzyżował ramiona na piersiach i patrzył w głąb sali drwiącemi oczyma kuglarza, którego bawią sztuki innego oszusta.
Dziedziniec zalegało milczenie, z którem zlewał się jednostajny szum fontanny, bijącej w pośród klombu kwiatów egzotycznych. Powietrze, przesycone narkotycznemi wyziewami, stawało się z każdą chwilą cięższem.
Tullia zrzuciła z siebie płaszcz, usiadła na sofie i oparła głowę na jej poręczy. Otworzywszy oczy szeroko, wlepiła je w zasłonę, czekając niecierpliwie na wyrocznię.
Ale prorok nie ukazywał się.
Zamiast jego głosu, odezwała się słodka muzyka, nucąca tęskną pieśń eolską. Żałośnie zawodziły flety przy drżącym wtórze cytr, ciche, stłumione. Czasem syknęła piszczałka, jak gad podrażniony.
Tullia, wsłuchana w śpiew omdlewający, odurzona woniami, czuła, że jej powieki zsuwają się wolno na oczy. Tylko siłą woli pokonywała senność, która ją ogarniała.
Wtem rozległ się huk, podobny do oddalonego grzmotu. Łoskot powtórzył się, bliższy, mocniejszy, i równocześnie buchnął na ołtarzu szeroki, krwawy płomień.
Tullia drgnęła, astrolog uśmiechnął się.
Zasłona rozdarła się na dwoje i na jej tle szkarłatnem, jakby wyrosła z ognia, zarysowała się sylwetka wysokiego starca. Długa siwa broda spływała na białą suknię, sięgająca aż do stóp proroka. Jego ramiona okrywał płaszcz purpurowy, z pod którego wyglądała głowa węża z twarzą ludzką.
Aleksander z Abonuteichos, słynny wieszcz paflagoński, wyciągnął przed siebie ręce i wzniósł oczy do góry. Tullii, która zerwawszy się z sofy, patrzyła na niego przez mgły różowe, zdawało się, iż jego klasycznie piękną twarz otacza aureola ognista.
Z bijącem sercem, z wytężoną uwagą, śledziła Tullia jego ruchy. On pochylał od czasu do czasu głowę, składając i rozkładając ręce.
Po jakimś czasie odezwał się głosem tak donośnym, świeżym, jakby nie lat sześćdziesiąt kilka, lecz dwadzieścia liczył.
— Bóg mój i przodek usłuchał twojej prośby, życzliwy zawsze dla tych, którzy się do niego z wiarą zbliżają. Ukorz się przed jego dobrocią!
Gdy Tullia, ująwszy płaszcz, zarzuciła go na głowę, otworzył wąż, zawieszony na szyi proroka, paszczę i równocześnie zaszeptał stłumiony, bezdźwięczny głos, wydobywający się jakby z pod ziemi:
„Rzeczą mężnej niewiasty usunąć przeszkody, które stoją na drodze jej szczęścia. Tylko odważnym sprzyjają demonowie. Wracaj do domu, bacz na swoje otoczenie i nie lękaj się śmiałego czynu, gdy go dobro twoje od ciebie zażąda“.
Znów buchnął szeroki płomień, zadudnił grzmot, zwarła się zasłona — i prorok znikł nagle, jak się ukazał.
Gdy Tullia zdjęła z głowy płaszcz, zalegały salę cisza i zmroki różowe.
Drżąca, odurzona tem, co widziała i słyszała, złożyła u stóp ołtarza pieniądze i opuściła pałac Rutiliona.
Zakapturzony mężczyzna otarł się o nią w przedsionku.
— Marek! — wyrzekła półgłosem. — Ty do proroka?
— Wysługuję się Liwii — odpowiedział wesoły pretor, witając się z prokonsulową. — Wysłała mnie, żebym się dowiedział od Aleksandra, jakie będzie nasze pożycie.
— Wszakże to pojutrze twój ślub?
— Zapominasz o obrzędzie, któremu twoja obecność ma dodać blasku. Będziesz?
— Muszę.
— I ja muszę, niestety.
— Już niestety?
— Ten drobkiewicz pokazuje mi rogi. Chciałbym się z tobą przed obrzędem zobaczyć...
— Będę jutro w amfiteatrze Flawiuszów.
— Po widowisku zajdź do mnie. Gdybyś zastała gości, nie zdziwi to nikogo, że krewna odwiedza w tak ważnej chwili krewnego. Przyjdziesz?
— Przyjdę. Dobrej wróżby ci życzę.
— Wolałbym złą — zaśmiał się pretor.
Przez całą drogę przetrawiała w sobie Tullia wyrocznię proroka, która przemówiła do jej dumy. I ona wierzyła, iż demonowie sprzyjają tylko odważnym, czynu zaś śmiałego nie lękała się córka wojowników. Miała gwałt i zabójstwo w krwi.
„Rzeczą mężnej niewiasty usunąć przeszkody, stojące na drodze jej szczęścia“. Demon Aleksandra czuł i radził, jak Rzymianin, przywykły do walki i zwycięstwa.
Wróciwszy do domu, udała się Tullia wprost do pracowni zmarłego męża i otworzywszy biust cesarza Augusta, wydobyła z niego truciznę Lokusty.
— Broń niewiasty — szepnęła, chowając buteleczkę za tunikę.
Już chciała zawołać na służbę, aby ją do snu rozebrała, kiedy na dworze, w ogrodzie zakwilił ten sam wiatr, który ją tak był przeraził.
Rzecz dziwna... I tym razem zdawało się Tullii, że płacze jakieś żywe, konające stworzenie, blizkie jej sercu. I znów wstrząsnął nią zimny dreszcz nie wysłowionej trwogi.
Zkąd w niej ten lęk niewytłómaczony?! Słyszała w amfiteatrze tysiące westchnień ostatnich, tysiące jęków i charczeń dogorywających ludzi. Nieobce były jej oczom i uszom drgania i krzyki śmierci. Bawiła się niemi, jak mimiką histryonów i zręcznością woźniców.
Dlaczego przejmowało ją kwilenie wichru taką trwogą, odbierając jej woli siłę i sprężystość?
Zabobonna Rzymianka oparła głowę o biust i imperatora, słuchając smutnej skargi jesieni. Przypominała sobie znaczenie, jakie przesąd gminu podkładał pod łkanie wiatru, i drżała na całem ciele. Rychły zgon przepowiadał płacz nocny temu, kto go zauważył...
Tullia wyjęła z po za tuniki buteleczkę i zamykając ją w skrytce, szepnęła:
— Jutro... pojutrze... nie mogę...
Chwiejnym krokiem wyszła z pracowni i udała się do dalszych pokojów. Gdy mijała sypialnię Mucyi, zastanowił ją podniesiony głos synowicy. Przystanęła i spojrzała przez otwór w zasłonie do wnętrza. Mucya siedziała na krześle w bieliźnie, a Mimut rozpłatała jej włosy.
— Ty mówisz, Mimut — pytała Mucya — że bogowie chrześcian kochają wszystkich ludzi, że wynagradzają dobrych, a karzą złych, zawsze sprawiedliwi i miłosierni?
— Wszystkich, pani — odpowiedziała niewolnica. — Dla naszego Boga nie ma bogatych i ubogich, panów i sług, wolnych i niewolnych. Nasz Bóg zrównał wszystkich, a kocha najwięcej słabych i nieszczęśliwych.
— To dlaczegóż korzystają głównie źli z darów tej ziemi, nikczemni panują nad szlachetnymi, podstępni, chytrzy nad szczerymi? Pieniądze, środek rozkoszy, lgną najchętniej do rąk brudnych, zaszczyty zaś zdobią częściej zręcznych niż zasłużonych. Dlaczegóż dzieje się wszystko na opak, kiedy się światu miał narodzić nowy, lepszy Bóg, jak wierzą chrześcianie?
Tullia słuchała uważnie. W miarę, jak Mucya mówiła, ożywiała się jej twarz. Radosny błysk rozświetlił jej oczy.
— Królestwo naszego Boga nie jest z tej ziemi, pani — objaśniała niewolnica. — Nie tu, lecz na innym świecie wymierzy Bóg chrześcian złym i dobrym sprawiedliwość.
— Na innym świecie? — pytała Mucya głosem zdziwionym. — Wy wierzycie, że człowiek żyje na świecie innym?
— Wierzymy, pani.
— Wy znacie ten świat inny? Gdzie on?
— Nie umiem ci tego powiedzieć, pani, ale nasi kapłani wiedzą, gdzie ten świat.
— Czy można mówić z waszymi kapłanami?
— Nasi kapłani nie odtrącają nikogo od siebie.
Mucya milczała zamyślona.
— Przynieś mi wody — odezwała się po chwili.
Szybko odjęła Tullia ucho od drzwi i oddaliła się cichą stopą.
— Gdyby chciała uwierzyć w ten przesąd wschodni — myślała — byłaby trucizna Lokusty niepotrzebną. Chrześciankę usunąłby z mojej drogi miecz kata.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.