Gasnące słońce/Część druga/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Data wydania 1905
Wydawnictwo Biblioteka Dzieł Wyborowych
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII.

Na Polu Marsowem w Rzymie wznosiła się wysoka, okrągła wieża, podzielona na trzy piętra, zwężająca się ku górze. Ściany jej oplatały wieńce z liści laurowych i zdobiły bogate kobierce wschodnie.
Wieżę tę otaczał tłum różnobarwny, powstrzymywany z trudem przez łańcuch pretoryanów, którzy bronili wspaniałej budowli przed ciekawością gapiów.
Rozstąpcie się! — nawoływali strażnicy cesarscy: — Orszak żałobny ciągnie już z głównego rynku.
Ale motłoch stolicy, zuchwały i chciwy świeżych wrażeń, tłoczył się ze wszystkich stron. Każdy chciał być najbliżej widowiska, które Marek Aureliusz zgotował Rzymowi.
— Bogowie nie odtrącają nikogo od swojego oblicza — odezwał się ktoś głośno.
— Chcemy się pokłonić nowemu bogu — zawołał inny obywatel.
Cichy śmiech zatrzepotał tu i owdzie, unosząc się nad falą głów ruchliwych.
Wtem przypłynęły z oddali dźwięki fletów.
Tłum wyciągnął szyje w stronę ulicy Szerokiej i czekał, wytężywszy wzrok i słuch.
Flety ucichły...
— Idą! — szeptano.
Matki podnosiły dzieci do góry, nizki wspinał się na palcach nóg, wysoki odpychał natręta łokciami. Ulicznicy zawiśli na gałęziach drzew, pięli się na filary, czepiali się murów.
Poważny śpiew zbliżał się teraz wolno główną ulicą Pola Marsowego. Szedł nad gajami wawrzynowemi miękki, tkliwy, podobny do skargi niewieściej. Poprzedzał go szelest koni, wozów i ludzi, posuwających się ku miejscu, na którem się wieża wznosiła.
Na zakręcie drogi ukazał się nasamprzód oddział konnych pretoryanów, w złocistych zbrojach, z czerwonemi pióropuszami na szyszakach. Jechali, prowadzeni przez samego prefekta.
Za strażą cesarską snuł się długi szereg rydwanów, które wiozły woskowe podobizny zmarłych imperatorów, posągi bogów i bogiń.
Tuż za duchami opiekuńczemi Rzymu niosło sześciu patrycyuszów lektykę z kości słoniowej, przykrytą materyą purpurową, a na tej lektyce spoczywał siny trup Lucyusza Werusa.
Za zwłokami brata postępował Marek Aureliusz w długich, fałdzistych sukniach arcykapłana, otoczony senatorami.
Cały ten świetny orszak okrążył trzy razy wieżę, a kiedy się zatrzymał, rozpoczęli kapłani pienia żałobne. Zamigotały pochodnie, odezwały się flety, pretoryanie dobyli mieczów.
Marek Aureliusz wyciągnął obie ręce nad szczątkami doczesnemi Lucyusza Werusa i modlił się, zasłoniwszy głowę welonem. Gdy skończył, wzięli senatorowie lektykę na barki i wnieśli ją na sam szczyt wieży.
Rozbrzmiał marsz wojenny, pretoryanie zwrócili się twarzami do zwłok Lucyusza i pochylili miecze. Żołnierz żegnał imperatora.
Jeden z kapłanów podał Markowi Aureliuszowi płonącą pochodnię.
Cesarz przystąpił do wieży i cisnął przez duży, okrągły otwór ogień do jej wnętrza, wypełnionego wiórami.
Zaszumiało, załopotało i wszystkiemi szczelinami olbrzymiego stosu buchnęły płomienie. Kłęby dymu zakryły trupa Lucyusza Werusa.
Wtem rozległ się nad Polem Marsowem jeden potężny okrzyk..
— Duch boga Lucyusza! — huknął tłum, wyciągając ręce do góry.
Tam, z najwyższego piętra wieży, z chmury dymu, przetkanej iskrami, wypłynął orzeł, symbol imperatorów rzymskich, rozwinął skrzydła szeroko i wzbił się ku niebu.
Szybował wysoko, coraz wyżej, a kiedy znikł w ciemnych błękitach, padli kapłani domu Antoninów na kolana i zawołali:
— Cześć tobie, boże Lucyuszu!
Motłoch zaś klaskał, jak w cyrku lub amfiteatrze, i wył:
— Bóg Lucyusz, bóg Lucyusz!
A „bóg Lucyusz“, jeśli widział swoją apoteozę, uśmiechał się prawdopodobnie uśmiechem imperatora—rozpustnika, którego życie nauczyło tylko pogardy dla ludzi.
Jeszcze po śmierci zadrwił z żywych.
Wracając z wojny markomańskiej razem z bratem, uraczył się w pobliżu Altinum[1] winem i miłością do tego stopnia, że mu już żadne lekarstwa nie pomogły. Rażony apopleksyą, dokonał dni nędznych w drodze do Rzymu.
Bawił się „bóg Lucyusz“ nikczemnością „panów świata“, którzy zaliczyli, na rozkaz Marka Aureliusza, pijanicę i lubieżnika w poczet istot nadziemskich. Świątynie stawiać mu będą i ołtarze, i modlić się do niego, błagając go o wstawiennictwo u gromowładnego Jowisza. Ha, ha, ha.
— Bóg Lucyusz, bóg Lucyusz! — wyli obywatele rzymscy, a kapłani ich bili czołem o ziemię, korząc się obłudnie przed nowym mieszkańcem Olimpu.
Zdala, ze skraju lasku wawrzynowego, przypatrywało się apoteozie Lucyusza Werusa dwóch mężów.
Publiusz Kwintyliusz spoglądał ponurym wzrokiem na płonącą wieżę; Minucyusz Feliks uśmiechał się szydersko.
Kiedy lud witał orła okrzykiem radosnym, wskazał słynny retor afrykański ręką na zwłoki Lucyusza Werusa, smażące się na stosie, i zawołał:
— Bogowie Rzymu, ha, ha, ha...
Publiusz drgnął.
Zakrywszy głowę połą togi, oddalił się szybkim krokiem.
— O Roma, Roma, Roma — płakało jego serce rzymskie.

KONIEC.

Przypisy

  1. W pobliżu dzisiejszej Wenecyi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.