Gamma uczuć
| Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Gamma uczuć | |
| Podtytuł | Z francuzkiego | |
| Pochodzenie | Dziennik Anonsowy 1882 nr 3 | |
| Wydawca | H. Perzyński | |
| Data wyd. | 1882 | |
| Druk | H. Perzyński | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
Pożar! gorączka! wulkan!
Spotkał nareszcie na drodze swego życia tę, o której marzył.
„O Matyldo! bóstwo moje!“
Miała na imię Matylda. Imię to brzmi słodko w uchu zakochanego!... Lat dwadzieścia, włosy blond, ale jakie! Na ich widok Cerera zżółkłaby z zazdrości, gdyby żyła dotychczas. Oczy, palące płomieniem, przytem nos! usta! broda! Tyle wykrzykników, ile wyrazów. To prawidło zakochanych.
Gdzie on spotkał Matyldę? Niewiem. Zdaje mi się, że w wagonie. Lecz to nas nie obchodzi.
Przypatrzmy się raczej jemu i jego Matyldzie, jak wyglądają na początku miodowego miesiąca?
Otóż oni....
On oparł głowę na ramieniu Matyldy, ona przesuwa swą białą rączkę po kędziorach ukochanego.
Jest to duet bez słów! Duet oczu, którego ani Meyerbeer, ani Rossini, ani żaden inny maestro nie podjąłby się wypisać nutami.
„Co za rozmowa w tem milczeniu!“ wyrzekł raz jeden z poetów, który miał zbyt wiele rymów do stracenia.
Jakkolwiek jednak wymownem jest milczenie, przychodzi czasem chwila, w której uczuwamy potrzebę przerwania go, choćby tylko dla uniknięcia jednostajności.
On przemawia głosem wzruszonym, dźwięcznym:
— Kocham cię!.. a ty?
— Ja!.... zawsze! na wieki!
— Oh! powtórz jeszcze. Prawdaż to?
— I ty pytasz jeszcze!
— Bo widzisz....
— No, czemuż tak marszczysz brwi, szkaradny złośniku?
— Bo myślę...
— Powiedz — że mi zaraz co myślisz?
— Ale pocóż?
— Ja chcę.
— Matyldo! myślałem, że gdybyś ty mię zdradziła, zabiłbym się natychmiast.
Upłynął miesiąc.
Są zawsze razem. Lecz ponieważ, pomimo całego idealizmu, niepodobna wyrzec się zupełnie rzeczy pozytywnych, więc jedzą śniadanie, i rozmawiają przytem:
— Matyldo, trochę tego bordeaux!
— Dziękuję.
— Jesteś dziś zachwycającą.
— Tak sądzisz? To bardzo szczęśliwie, bo zdaje mi się, że już co najmniej od dwudziestu czterech godzin nie wspomniałeś o tem.
— Figlarko!
— Ja nie żartuję, tylko zwracam uwagę, bo wszyscy twierdzą, że ja tylko tobie staram się podobać.
— Co rozumiesz pod tem słowem wszyscy.
— Oh! mój Boże, przeciesz wiem, żeś nie zazdrosny!
— Nie zazdrosny, nie zazdrosny!
— Ani trochę.
— Ach! tak sądzisz?
— Tak.
— Nie radzę ci próbować.
— Czy to na seryo?
— Matyldo! nie żartujmy z tego!
— Cóż za mina uroczysta!
— Widzisz bo, gdybyś mię zdradziła....
— Matyldo, zabiłbym cię, słowo honoru!
Upłynęły dwa miesiące.
Oni są zawsze razem. Uprzyjemniają sobie trochę chwile samotności; chodzą czasem do teatru: sam na sam nie może trwać wiecznie, są właśnie w Palais-Royal.
— Matyldo!
— Cóż tam jeszcze?
— Ten pan z balkonu tak uporczywie patrzy na ciebie....
— Cóż ja na to poradzę?
— Nie znasz go?
— Ależ nie znam zupełnie, jakiś ty dziecinny....
— Zdawało mi się, że uśmiechnęłaś się do niego.
— Tylko tobie podobne myśli mogą przychodzić do głowy!
— Ależ powtarzam, dziecinny jesteś.
— Bo jestem przewidującym.
— Oh! nie zaprzeczam ci tego.
— Otóż masz! już się gniewasz.
— Bo mam o co!
— Twój gniew jest nienaturalny.
— Tak jak twoje tłomaczenie się.
— Matyldo, nie rób sceny w miejscu publicznem.
— Więc pocóż sam zaczynasz?
— Nadewszystko nie znoszę skandalu..., to też, gdybyś mię kiedy zdradziła...
— No cóż?
— Umarłbym może ze zmartwienia, lecz niechciałbym już nigdy widzieć ciebie.
Upłynęły trzy miesiące.
Godzina popołudniowa. On rozciągnięty na sofie pali niedbale cygaro. Ona wygląda przez okno, bębniąc niecierpliwie palcami po szybie.
— Co za czas!
— Dżdżysty.
— Deszcz coraz większy.
— Tem lepiej, nie lubię półśrodków! Aaaa!...
— Jak to przyjemnie patrzeć na kogoś, ziewającego nieustannie.
— To z niestrawności.
— Być może.
— Daję ci słowo; gołąbki nigdy mi nie służą, a dziś na śniadanie jadłem właśnie gołąbka... Aaaa!..
— Jeszcze!
— To nerwowe... trudno przezwyciężyć nerwy.
— W takim razie, nie dziw się, że moje nerwy oburzają się na takie objawy twoich.
— Co za objawy?
— Wiesz dobrze o czem chcę mówić.
— Nie bardzo... zresztą nie bronię ci wcale oburzać się.
— Nie warto zwracać uwagi na impertynencyę. Zresztą sama twoja, postawa dosyć już mówi... Ach, czy ten deszcz nigdy padać nie przestanie!
— Tak, wiele ci zależy na tem, abyś wyjść mogła?
— Niezmiernie wiele.
— Czy można wiedzieć, jaki jest powód tego?
— Muszę koniecznie widzieć się z moją szwaczką.
— Ach, jeźli tak... ustępuję.
— Jak ci się podoba; czy ustępujesz, czy nie, to mi wszystko jedno.
— Naturalnie... gdy szwaczka czeka.
— Myślisz, żeś dowcipny?
— Ja nic nie myślę, nie myślę nawet o tem, o czem ty mówisz.
— Bardzo mię to cieszy.
— A i mnie także.
— Deszcz ustąje... Adieu!
— Adieu!... Ale, ale powiedz mi Matyldo...
— Cóż tam jeszcze?
— Jedno słówko.
— Tylko prędko.
— Gdybyś mię zdradziła...
— Co? jeszcze?
— Tak, gdybyś miała zamiar zdradzić mię, bądź tak dobrą i powiedz mi o tem zawczasu, abym mógł zmienić przyzwyczajenia...