Franek Seliga i Pan Bóg

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz
Przerwa-Tetmajer
Tytuł Franek Seliga i Pan Bóg
Pochodzenie Na Skalnem Podhalu T. 1
Data wydania 1903
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Wł. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
FRANEK SELIGA I PAN BÓG

Był chłop, Franek Seliga, na bani Magórze robił; rudę kopał. Piękny był taki, że kiedy wsią szedł, kobietami potrząsało. Dumny też był z tej urody strasznie, rozzuchwalony, a jeszcze i z tego się pysznił, że się ze szlachty wywodził, bo takie jest opowiadanie o Seligach i Zychach z Witowa.

— Jo jest ze ślakty — mówił.
— E, jesce wte cygani nie kradali, kieś ty ślakcice béł! — śmiali się z niego.
I był w Kuźnicach pan Walewski, rachmistrz, który miał córkę Anielcię, tak śliczną, jakiej jeszcze na świecie niebyło. Spodobała się ta panna Walewska Frankowi Selidze.
— Ta by się ku mnie równała — mówił — teloz by nos z jednego saka wyjeni, jak dwa pstrągi.
I co już pierwej elegant był, to teraz temu miary zaczęło niebyć. Czucha na nim czarna, długa, szeroko czerwonym sznurkiem bramowana, portki niebieskim sznurem w dziewięcioro wyszyte, kiedy najgrubszy gazda jak już w pięcioro dał wyszyć, to się sam po sobie oglądał; kyrpce jasne, żółte, kapelusz z maleńkiem skrzelem z kostkami, pióro z głuszca za nim. Do kościoła do Nowego Targu w niedzielę panna z ojcem jeździła; tam Franek Seliga taki strojny chodził. Najgorzej, kiedy było błoto, bo już niewiedział, jak iść. Więcej uskoczył z kamienia na kamień, niż upiętkował. Ale on był lekki.
Ustał pić, ustał palić, nic, tylko pieniądze składa, a stroi się. A w kościele, u Świętej Anny w mieście, żeby niewiedzieć ile ludzi było, potrafił on się przepchać ku ławce, w której panna Walewska z ojcem siadała.
Już tam Panu Bogu on się wtedy nie uprzykrzył. Mało wiedział, gdzie jest, tylko se głowę podźwigował w górę, że to jest taki cudowny, a popatrywał na pannę. Ona się też ku niemu czasem z nad książki spoglądnęła.
A Franek sobie to najlepiej tłomaczył, bo strasznie podufały i wszystko o sobie trzymający był.
— Zalubiła mie — mówi — Niémogło inacyj być.
— Wto?
— Janiela.
— Jako Janiela? Mostowego?
— Baj to!
— Wietrznego Kuby?
— Baj to!
— Krzeptowsko?
— Baj to!
— Ze to wtoroz by haw była? Maćkowej Bronci wydano, Staseckula wydano, na Gładkiém obstarnio, nie ku tobie — — je kaześ ty haw jesce wtorom Janiele naloz?
— To je niejest dziéwka, to je jest panna.
— Panna?
— Panna.
— E dyś ty hłop.
— Baj to! Jo jest ze ślakty.
— Hej! Z takiej, co z obory wykiduje!
— Niekze ta!
— Ale powidze, Franek, nie gadoj głupstwów: wtoroze to ta Janiela, co cię zalubiła?
— Walewsko.
— Z Kuźnic?
— Ba haj.
— Cyś ogłupioł?
— Nie ogłupiołek.
— Ona by cię miała zalubić?
— A ino.
— Cy cię odymiło?!
— Nie odymiło mię ta nijako.
— A hojby i tak bélo: bees jom to brał?
— Bedem.
— Eć! Dadzom ci jom! Kiebyś hoć organistym był, abo cosi kajsi. Ale coześ ty? Sprosty hawiorz i telo.
— Alek pikny do cudu.
— No juźci prowda, to ci nima co pedzieć, dyabeł sie tobom nie ocielił, ale zkądze wiés, ze cię zalubiła?
— Poziéro ku mnie.
— Iści! To i liska poziéro na grule, a nie bedzie ik jadła.
Przyjdzie Franek do Kuźnic w sobotę po wypłaty, czy kiedy, to już tak wypatruje, to już tak śtuderuje, czyby jako tej Anielci nie zobaczyć? Bo i ona się jemu strasznie w serce zakradła. No i tyle wyśpekulował, że się do niej przecie nabliżył i czasem nie czasem jakieś słowo przepowiedział. Ona to choć niby panna była, to tam znowu bardzo od niego nie odlatywała; w sukienczynie tylko w niedzielę i we święto chodziła, zresztą spodnica na niej zwyczajna, na głowie chustka, a buty ta też nie zawsze pod nią cupkały.
Boso się jej zdarzyło wylecieć nie raz i nie dwa. Tylko że jej już niemożna było mówić Anielciu, ale panno Anielo, bo ojciec za rachmistrza służył i tak przykazywał.
Póki to tak było na daleko, że się tylko ku sobie spoglądali, to nic, ale poszła raz Anielcia na borówki w Olczysko w jedną niedzielę i tam się za nią Franek Seliga przykradł, bo on do tego jedyny był. Hej! były już usta na ustach, ręce po za plecy — — wydarła się.
Dopiero się teraz Franek Seliga wściekł, bo się tego jeszcze dowiedział przy tem, że onaby się za niego i wydała, tylko żeby ojciec pozwolił.
Ale nie upłynęło parę dni, potrafiła mu Anielcia odkazać, że ojciec ani słyszeć o niczem niechce, że jej upatrzył krawca w Sączu i że tam ją wyda za mąż. I tak jeszcze powiedział, że choćby mu się świat cały do nóg walił, to go to nie zmieni i na Pana Boga się przysiągł, że z tego nic niebędzie. Gniewał się strasznie, krzyczał, powiedział, że ją do lamusa zamknie, gdzie pieniądze chowali, a Franka jak psa zastrzeli, żeby się tylko nabliżył.
I czy ją do lamusa zamykał, czy gdzie indziej, dość, że jej od tego czasu Seliga nie widywał, a tylko przez służącą wiedział, że ona go kocha i że do niego tęskni.
Bardzo mu to pochlebiało, ale go i żal brał okrutny za nią.
I tak mu jeszcze odkazała, że ludzie tu nie pomogą, chyba Pan Bóg.
— Hej wiera! — myśli Franek — Dy Pon Bóg wsekmocny, kiebyk Go piknie popytoł, cyby mię tyz jako nie spar w tyj biédzie?
Niebyło kościoła blizko, jeden w Chochołowie, drugi w Nowym Targu, ale była kapliczka murowana z mosiężnym daszkiem, a oko Opatrzności w niej, wyrobione z drewna i pomalowane.
Stało to przy drodze.
Idzie Franek ku kapliczce, zdejmuje kapelusz, klęka i tak się modli: Panie Boze, jakbyś mi dopomóg w tym stropieniu, to jo Ci telo śrybła do kościoła w mieście okfiarujem, kielo do obu garści nabierem. Zkąd bedzie to bedzie, cy ze ziemie wykopiem, cy z morza wyłowiem, cy z Luptowa prziniesem, cy z kase homerskiéj ukradnem: to się Ty juz o to nie staroj. Nie Twoja głowa w tém, ino moja. Tyś ta jest wsekmogoncy, to Ty to w ocymieniu sprawić mozes, kiebyś ino fcioł, ale jo juz i do tyźnia pocekom, cobyś ino sprawił, a pytom Cię barz piknie, odmień serce w panie Walewskim, coby się nom nie prociwiéł. Amen.
Wstał i poszedł.
Kopie rudę, kopie, czeka, ale nic. Tyle mu służka doniosła, kiedy w sobotę z bani zeszedł na dół, że się pan Walewski jeszcze raz rozgniewał na córkę, że ją i wybił po plecach «lajśtokiem.»
Tydzień właśnie minął.
Idzie Franek znowu pod kapliczkę, klęka, zdejmuje kapelusz i tak mówi: Panie Boze, tydzień minon. Cok prziobiecoł, dotrzimiem. Jakeś ta moze cémsi iném zatrudniony béł, niekze jesce bedzie do tyżnia. O tydzień zaś zéjndem z banie dołu. Barz Cię piéknie pytom, ale nie śpasuj, bo se mnom śpasów niéma. Kiebyk niewiedzioł, ze sytko mozes, tobyk Cię ta telo nie nukał, ale kie mozes, to mozes, uróbze, bo tu przecie nie idzie o nic, ino o scęście. Amen.
Upłynął tydzień, nie dowiedział się Franek Seliga, aby się serce w panu Walewskim odmieniło.
Idzie trzeci raz ku kapliczce, klęka, zdejmuje kapelusz i mówi: Panie Boze, kiebyk ku Tobie z próźnemi rencami sed, to hej, ale dyjek Ci przecie prziobiecoł i dotrzimiem, ino się haw robota w jesieni skońcy. Nie trza długo cekać. Wiemy juz o jednym zydku przi Popradzie, w harendzie. Pytom Cię barz piknie i zaś Ci jesce tydzień przicyniem, ale nie śpasuj, bo se mnom śpasów niéma. Amen.
Wyczekał się Franek; nic.
Idzie tedy czwarty raz ku kaplicy, zdejmuje kapelusz, ale już nie klęka i mówi: Panie Boze! Coześ tak na uwziętego se mnom?! Nie bedem Cię juz pytoł więcyl, bo widze: darmo. Wadził się tyz s Tobom nie bede, boś na niebie, wysoko, a jo nie oreł.
Ale Ci nic nie okfiarujem, a jesce Ci na despet zrobiem, kieś taki nieusłuhany. Kie na uwziętego między nami, to jo ta tyz cosi kajsi worcem!
Ułożył kopczyk z kamieni, wyspinał się, podważył ciupagą daszek i strącił go z kapliczki na ziemię.


Na Skalnem Podhalu ornament (4).jpg


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kazimierz Przerwa-Tetmajer.