Fragment (Marrené)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Waleria Marrené
Tytuł Fragment
Pochodzenie „Jerzy” i „Fragment”
Data wydania 1882
Wydawnictwo Redakcja „Mód Paryzkich”
Drukarz Władysław Szulc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

IV.

Próżnemi były wszystkie przysięgi i zaklęcia, nie chciała czy nie mogła mi wierzyć. Nie potrafiłem nawet w tem rozbitem sercu wzbudzić ufności we mnie, w ważność tej miłości. Doświadczenie czy przeczucie stało naprzeciw mnie i walczyło zwycięzko. A czas uchodził, dzień zbliżał się do końca; jam nie mógł ni odejść, ni pozostać, targany jej i moim bólem i coraz bardziej szalony.
Jakim sposobem rozstaliśmy się dnia tego, jak potrafiłem odpłynąć, sam sobie sprawy zdać nie mogę dzisiaj. Są w życiu chwile niebezpieczne i stanowcze, w których najsłabsze istoty nabierają jakiejś dorywczej, nerwowej siły, dającej im przewagę nad krwią i ciałem. Ona była w jednej z chwil takich i musiała zapanować nad szaleństwem mojem, musiała zawieźć mnie do przystani, na statek wprowadzić. Czas ten mgli mi się tylko w pamięci, jak niepewne majaczenia gorączki. Byłem w stanie odrętwienia i rozpaczy, która zmogła w końcu fizycznie siły. W pół martwy przybyłem do Hamburga i zostawałem przez kilka miesięcy pomiędzy życiem i śmiercią.
To jedno rozłączyć nas mogło, inaczej daremneby były postanowienia, prośby przysięgi, daremne pożegnania. Sto razy byłbym powrócił lub gonił ją po świecie, bez snu i spoczynku, bez pamięci na nic, aż byłbym ją odnalazł i skonał przy jej stopach ze szczęścia i bólu.
Gdym odzyskał przytomność i mógł powstać z łóżka, nie wiedziałem gdzie jej szukać. Próżnemi były wszystkie poszukiwania, podróże. Traf, szyderstwo losu, czy tajemnicza duchowa logika, która czasem niewidzialnie kieruje ludźmi, wystawiając ich na dziwne próby, rozłączyły nas może dla tego, byśmy w boleści i tęsknocie mogli doświadczyć siły wytrwania serc naszych. A jam nie wytrwał; może wytrwanie zabiła zawczasu jej niewiara w przyszłość, może zostałbym niezmiennym wiedząc, że ona opiera się na mnie, że promień niewidzialny łączący nas istnieje! Bądź jak bądź wina była spełniona, dziś przyszła chwila pokuty, bo żadna wina nie zostaje bez kary. Dziś ona, Łucya, odzywała się do mnie, i dawna miłość jak umarły na głos trąby archanielskiej, powstała wgłębi piersi mojej w całej sile i ogniu pierwotnym, a mnie wiązały inne uczucia. Nie przeniewierzyłem jej się sercem ni duchem, miejsca jej nie zajęła Marynia, ale szalejąc pod naciskiem bólu, zapragnąłem zapomnieć; chciałem zagoić wielką bliznę łona, a już pragnienie to było bluźnierstwem.
Są ludzie co czekać umieją, co przyzwyczajają się do cierpienia jak do powolnej trucizny, co żyć potrafią wspomnieniem, tęsknotą, i miłość nieskalaną odniosą do grobu, jako abstrakcyę nigdy nie zmieszaną z życiem. Nie wiem czy to daje miarę ich namiętności, czy siły oporu. Jam tak nie mógł. Miłość ta stała mi się biciem serca i krwi biegiem, myślą stałą, około której jedynie duch mój kołował, trzeba mi było umrzeć lub zapomnieć.
Miałem lat dwadzieścia kilka, i ciało żelazne; zmogłem chorobę.
Przez jakie przechodziłem szały, jakie wichry i burze zrywały się w piersi mojej, ileż razy nęcił mnie czar śmiertelny i zrozpaczonemu podawał truciznę lub ostrze żelaza. Napróżno duch mój nienasycony łaknął szczęścia, jam nie pragnął umrzeć samotny, ja chciałem żyć przy niej. Nie należałem do ludzi, którym marzenie wystarcza, marzenia okupywałem kosztem życia, bom je w życie chciał wcielić. Ale burze podobne w stan normalny zmienić się nie mogły, po chwilach szału następowała niemoc, wyczerpanie i jakiś straszny spokój osłupienia. Powoli burze stawały się rzadsze, siła akcyi i reakcyi słabła w miarę oddalenia, a nigdy i nigdzie nie doszła mnie wieść o niej, nie usłyszałem jej nazwiska ni echa przeszłości. Umyślnie czy przypadkiem skryła się przedemną, jak kamień na dnie oceanu i miłość ta poczęła wydawać mi się snem niedośnionym, który budził mnie jeszcze po nocach, i rozmarzał we dnie.
Powróciłem do kraju i zdawało mi się zrazu, że woń ojczystego powietrza zagoiła wszystkie dawne rany, że wracając pod rodzinną strzechę mogłem zostawić za progiem przeżyte lata i przecierpiane bóle; zdawało mi się żem odzyskał swobodę. Złudził mnie czar domowego ogniska, zastałem przy niej Marynię, sierotę i krewną na opiece matki mojej będącą. Przylgnąłem do niej, by przylgnąć do czegoś na świecie; jedynie dla tego, że była młodą i piękną, a ja stęskniony. Codzienna to powieść dla serc niemężnych, dla ludzi, któremi okoliczności kierują. Marynia pokochała mnie owem instynktownem uczuciem, jakie ma każda szesnastoletnia dziewczyna dla pierwszego co stanie na jej drodze; jedynie dla tego, że jest pierwszym. Słowo „kocham“ było podwójnym kłamstwem w naszych ustach. Zamieniliśmy pierścionki, przeniewierzyłem się samemu sobie.
A teraz Łucya odzywała się do mnie, pamiętna może ostatnich słów moich i przysiąg namiętnych — marnych. Może zmieniły się warunki jej życia, znikły krępujące więzy, może dłużej znieść ich nie podoła, i zwraca się ku mnie bym je skruszył, może...
I serce moje biło najsprzeczniejszemi uczuciami, aż drżącą ręką rozerwałem pieczątkę...
Ale sen mój przeszłości trwał długo; gdym powstał i obejrzał się w koło, pijany jeszcze wspomnieniami, noc była już na schyłku, lecz przy niepewnym blasku jutrzenki próżno siliłem się odczytać jej pismo.
Skierowałem się machinalnie ku domowi, szukając światła, a tymczasem najrozkoszniejsze marzenia wionęły na mnie zwiększając jeszcze uczucie upokorzenia, jakiem mnie przejmował grzech chwili odstępstwa. Tak łatwo bierzemy za rzeczywistość pragnienia, wmówiłem w siebie, że ona mnie wzywa, uwierzyłem w to bez wahania i czułem to jedynie, że ją znów zobaczę, zobaczyć muszę, choćby jak dawniej w bólu i męce. A na tę myśl samą krew zalewała mi serce, przewidzenie tej chwili zabijało mnie prawie rozkoszą. Wówczas rozumiałem, iż mimowiedzy cierpienie stało się nam nierozerwalnym węzłem, że miłość tak jak suknia Dejaniry zrosła się na zawsze z istotą moją....
Na progu werendy, na tem samem miejscu gdziem zostawił wieczorem, stała matka moja. Postać jej wysoka, ciemną szatą odziana, roztapiała się w mroku porannym, i tylko głowa wsparta na ręce i zwrócona ku mnie świeciła w pół cieniu bladym włosem i bladością czoła. Stała tak może noc całą, odczuwając w głębi serca burze co mną miotały, ale usta jej nie wyrzekły pytania żadnego, umiała szanować milczenie, kochanie jej nigdy w moralne nie zamieniło się jarzmo. Matka moja nie była zwyczajna kobietą, życie jakkolwkiek gorzkie nie wygasiło w niej miłości, a przyniosło wiedzę. Znała pokusę, więc litowała się nad upadkiem; cierpienie, więc rozumiała wartość łzy, i zamiast pogardzać, otworzyła serce szeroko boleściom i kalectwom ludzkim. W ognia cierpienia wypaliły się, wszystkie niższe pierwiastki jej istoty, i duch coraz wyraźniejszem piętnem znaczył jej rysy. Piękność zamiast więdnąć, przeobrażała się tylko, jaśniała tajemniczym blaskiem. Czoło szerokie, zaledwie przerżnięte podłużnemi zmarszczkami, miało pogodę przecierpianego męczeństwa; oczy ciemno-szafirowo w głąb zapadłe, świeciły z za mgły łez, jak ogień grecki pod wodą; wzrok jasny, przejmujący, jakby myśli ludzkie stały przed nim otworem, obciążony był Chrystusową słodyczą przebaczenia. Lice jej było białe, usta blade, krew uszła z jej twarzy przez serdeczne rany, a życie skupiło się w oczach. Żadne cierpienie na próżno nie zwracało się do niej, żadna chwila życia zbyt wysoką nie była, potrafiła sprostać każdemu położeniu, ból i radość zastały ją zawsze gotową, i unieść nie mogły z obranej drogi. A jednak jam dotąd zawsze milczał przed nią, z rodzajem dumy kryłem rany moje i nigdym nie umiał serca obnażyć.
Są rany tak palące, iż najlżejsze dotknięcie jest męką, są cierpienia, z któremi mierzyć się tylko można oko w oko bez świadków; słowo wyszło z ust naszych staje nie z nami, ale przeciwko nam w walce życia. Próżne skargi roztkliwiają ducha, odbierając mu hart i siłę. Milczałem więc, póki przeszłość nie wychodziła z abstrakcyjnej dziedziny wspomnień. Ale dziś ona upominała się o cząstkę swoją, o chwilę obecną, mięszała się do życia i stawała faktem.
Prawdopodobnie list ten powoływał mnie ztąd daleko, może na zawsze. Opuszczając kraj i dom rodzinny, na kilka dni przed ślubem zrywając serdeczne węzły, niwecząc cudze nadzieje, musiałem wyspowiadać przeszłość i nieodwołalnie ciążące na mnie obowiązki.
Zbliżyłem się do matki z wezbranem sercem, i klękając przy niej, przycisnąłem gorące czoło do jej kolan.
— Co tobie, Emanuelu, spytała, i podnosząc głowę moją spojrzała mi w oczy, wyczytała w nich różne sprzeczne uczucia i po nad wszystkie górujące uczucie szczęścia. Uśmiechnęła się lekko, szczęściem mojem oddychając z głębi piersi, jakby spadł tłoczący je ciężar.
— Co tobie? powtórzyła miękko, takim jak dzisiaj nie widziałam cię nigdy.
— Bom szczęśliwy, odparłem, choć nim może być nie powinienem. Czy pamiętasz, mówiłem po chwili, zbierając myśli rozpierzchłe, jakiem słowem żegnałaś mnie w świat przed laty.
— Słowem, które jest wiarą moją, wyrzekła, powtarzam ci je od kolebki i zawsze powtarzać będę: Idź przez życie nie oszczędzając siebie, mniejsza co cierpieć ci przyjdzie, byleś nie zadał cierpienia.
— Postąpiłem, wbrew słowom twoim, odrzekłem spuszczając głowę, patrz, stałem się powodem boleści, wycisnąłem i wycisnę łzy, a mimo wszystko głosu szczęścia zgłuszyć nie mogę w głębi piersi, powiedz mi co mam czynić? Jestem winien fałszu i zdrady, kłamałem miłość, której nie czuło serce, ślubowałem przyszłość nie moją.
Matka cofnęła się, zdziwiona gorączkową siłą słów moich, a ja klęczałem rozpłomieniony pod jej łzawym, pytającym wzrokiem.
Życie twoje, rzekła w końcu, powolnie przesuwając mi rękę po czole, jakby fale myśli uspokoić chciała, nie mogło zamknąć się w ciasnem kółku, wśród zapasów ducha, mogłeś ranić, zabijać nawet, ale nie stałeś się dla tego twardym i okrutnym. Mogłeś grzeszyć Emmanuelu, ale na czole nie masz znaku upadku, ja wierzę oczom więcej niż słowom twoim.
— Prawda, odparłem powstając, a jednak jak mnie nazwiesz, jeźli jutro porzucę Marynię i wyjadę ztąd na długo?
— To być nie może, zawołała matka moja, blednąc i opierając się o ścianę, ty tego nie uczynisz, nie możesz uczynić...
— Muszę! odparłem, a głos mój drżał echem jej boleści, słowa moje kłamstwem nie były. Przeszłość ciąży na dniu dzisiejszym, przeszłość mnie wzywa, przyszedłem pożegnać się z tobą.
— A Marynia? szepnęła matka, cóż ja jej powiem?..
— Marynia, powtórzyłem obojętnie z odcieniem niecierpliwości w głosie, czyż i ona nie potrafi zapomnieć? Czyż i ona należy do wybranych potępieńców świata?.. Nie, nie, Marynia nie jest ze mną w pokrewieństwie ducha, zaręczyny z nią były grzechem. Szczęście, które mi piersi rozszerza, nie jest gnuśnem szczęściem bezczynności i odrętwienia, jakie ona dać mi mogła. Ja idę na zapasy i burze, mętny horyzont przedemną; wiem, że nie znajdę spokoju, że nie trzeba mi będzie iść na przebój, uzbroić się przeciw tysiącznym pociskom. A jednak serce bije mi radośnie, bo lżej mi oddychać atmosferą walki niż ciszy, boś ty, matko, wychowywała, mnie do walki, i wlałaś w piersi pragnienie wszystkiego co trudne i niepowszednie.
Mówiąc to ożywiałem się stopniowo, niepewność i żal mijały, a duch coraz swobodniej rozwijał skrzydła jak ptak co trafił na prąd powietrza właściwy. Matka moja spoglądała na mnie w cichem zdumieniu, słowa moje znajdowały oddźwięk w jej myśli, pokonywały buntujące się uczucia i nakazywały mi milczenie.
— Jaka powinność powołuje cię ztąd tak nagle?.. spytała w końcu, patrząc na mnie tym wzrokiem, co wpijał się w najskrytsze tajniki myśli.
— Godzina wyznania nadeszła, odparłem, osądź mnie, ty rozumiesz rozterki ducha, omdlewania serca i tę straszną rozkładową władzę, jaką wywiera świat powszedni, na to wszystko, co powszedniem nie jest. Kocham, kochałem w cierpieniu, cierpienie wydało mi się zbyt ciężkiem, siliłem się zapomnieć i razem z pamięcią serca, zatracałem samego siebie. Dziś....
— Dziś, przerwała mi matka, a w głosie jej drgała ukryta trwoga, — bym nie stanął niżej od jej pojęć...
— Dziś poznałem, że to na próżno, mówiłem dalej, że wola moja nikczemniejszą była od serca. Przez brak męztwa wstąpiłem na fałszywą drogę i zejść mi z niej ciężko, stałem się i stanę powodem cierpienia. Oto cała spowiedź moja, powiedz, czy mogę się wahać?..
— Nie! odparła po chwili, podnosząc głowę, droga twoja jest wyraźna, przed tobą duch własny ci ją wskazuje, stanąłeś już na stopniu dojrzałości, sam wiesz czego ci potrzeba, gdzie twoja powinność, nie wedle czczych formułek i utartych pojęć, ale wedle sumienia. Tam, gdzie ci serce silniej uderza, gdzie się rozszerza horyzont wzroku, gdzie duch mężnieje, — tam spełniasz twój obowiązek, jesteś w prawdzie z Bogiem...
— Jedź, dodała po chwili drżącym głosem, a oczy jej jak gwiazdy przewodnie błyszczały mi nad czołem, jedź, ale nie myśl o szczęściu, Emmanuelu, ludzie tobie podobni cierpią zawsze, bo to jest ich Bożą cechą. Świat widząc żeś silny, obarczy cię nad miarę, ludzie nie przebaczą ci nigdy, żeś wyżej nad sąd ich postawił sumienie; ale siły wzrastają w miarę ciężaru, odwaga w miarę boleści. Dziś i zawsze wyznawcy przyszłości krzyżowani będą, kuszeni do odstępstwa, obarczeni szyderstwem i pogardą tłumu. Nadto znasz życie, byś o tem nie wiedział, zanadtoś już przecierpiał, by wybierać bezwiednie. Idź więc krzyżową drogą w pośród mąk bez nazwy, w sieroctwie ducha, w tęsknotach i opuszczeniu, idź i nieupadaj. Błogosławię ci mój synu, błogosławię ci na szczęście!..
Opuściła smutnie dłonie bezsilnie i patrzyła na mnie mglistem okiem tak boleśnie, jakby przerażona sama złowieszczemi słowy i dumna razem, żem się ich nie uląkł.
A mój duch mężniał przy tem mężnem sercu, chwila ta w puch rozwiewała jej ostatnie marzenia przyszłości, a jednak nie ugięła się pod jej ciężarem.
Długo trwała między nami uroczysta cisza, aż mdłe promienie świtu rozpłomieniły się purpurową łuną wschodzącego słońca, i rumiane blaski padły na twarz matki mojej marmurowo bladą, i na moje lica rozgorzałe: a list otwarty w moim ręku zajaśniał różową barwą.
Rozwinąłem go szybko... był bardzo krótki... I wyczytałem te słowa:

Panie!..

„Zapewne czas zatarł już od dawna pamięć pobytu naszego w Helgoland lat temu parę i okoliczności, które się z nim wiązały. Z owego czasu pozostało mi jednak w ręku kilka listów, może być, że i pan posiadasz podobnie moje. Darujesz mi więc, że się o nie upomnę, świstki papieru bywają niebezpieczne. Ta myśl zatruwa mi nieraz wspomnienie krótkiej znajomości naszej. Chciej mi Pan zwrócić te dziecinne listy, pośredniczyć nam będzie w tym względzie Pani***.“

Tu następowało nazwisko i adres osoby, znanej mi zdaleka.

„Spodziewam się, że mi Pan nie weźmie za złe tego kroku, do którego znagliły mnie ważne względy: jako matkę i kobietę; miło mi przytem załączyć wyrazy prawdziwego szacunku.“


Przeczytałem to pismo raz i drugi, sądziłem z początku, że zmysły rozstrojone przeniewierzyli mi się i wprawiają w obłęd. Ale musiałem zrozumieć je w końcu, były aż nadto wyraźne, jednolite, by jakiekolwiek wahanie pozostawić w myśli. Sam nawet dobór wyrazów uderzał lodowatą konwencyonalnością, zdradzał ciasnotę pojęć tej, co je pisała w ten, a nie w inny sposób. Czy spadła ona tak nizko, czyli tylko myśl moja stawiała ją wysoko, — nie miałem w owej chwili rozwagi, ni czasu zastanawiania się nad tem.

I to była istota, którąm tak ukochał, na której samo wspomnienie słów moja kipiała warem.... Byłbym może wybuchnął homerycznym śmiechem, gdyby nie ból ściekający serce.
List ten zasługiwał na śmiech rzeczywiście, a ja sam może więcej jeszcze, ja, który szaleńszy od Don Kiszota mocowałem się z wiatrakami, biorąc je za duchy olbrzymów, nie noc jedną, ale kilka lat życia. Gdybym był mógł, parsknąłbym śmiechem, we własne oczy.
Nie mogłem, stałem jak wryty, wspierając się na balustradzie, bo mi tchu i sił zabrakło. Nie zrywa się tak łatwo z tem co stanowi treść życia, czułem, że mi się coś rwie w głębi serca, że mi głowa pęka!...
Więc na to tylko zbudziłem się z duchowego letargu, na tom powrócił do życia, by wycierpieć ostatnie szyderstwo losu, pogardzić tem co czciłem, i stracić nawet wartość wspomnienia. I jak zwykle bywa, cios ten ugodził we mnie w chwili, gdym go się najmniej spodziewał, gdym bezpieczny śnił o jutrze i przewidywał wszystkie cierpienia, prócz najstraszniejszego...   nicości.
Matka moja patrzyła na mnie zdziwiona i widząc, że wzrok mój sztywno utkwiony był w tem piśmie, że spoglądając na papier stawałem się bielszym od niego, pochyliła się na moje ramię i wyjęła mi go z drżącej ręki. Nie opierałem się jej, nie miałem siły. Przebiegła go oczyma, znać zrozumiała, bo lekki cień pogardy ściągnął jej usta, nie wyrzekła słowa, tylko wzrok jej płonął, broniąc mnie od zwątpienia, i unosił ducha mego w te wysokie kraje, gdzie nie ma już zdrady ni odstępstwa.
— Spełniło się szybko proroctwo twoje, wyrzekłem zwolna, rozglądając się w około, jak zbudzony ze snu ciężkiego. Pobłogosławiłaś mi na nieszczęście...
I zakryłem twarz rękoma, bom się czuł zwyciężony i wstydziłem się niemęzkiego żalu.
W tej chwili okno Maryni otworzyło się, i jej główka zaświeciła na tle ciemnem firanek — biała, uśmiechniona, rumiana jak zorze. Wyjrzała na ogród błyszczący poranną rosą i jak ptak zbudzony zanuciła wesoło. Noc zwiała jej z czoła ślady wczorajszego smutku, pamięć jego utonęła pewnie w pośród snu bez marzenia, bo wielkie jej niebieskie oczy miały niezmącony wyraz spokoju.
Matka moja wskazała mi ją ręką w milczeniu, zrozumiałem to nieme pytanie i nie odrzekłem nic zrazu, na myśli padła mi uroczysta cisza, zaglądałem w siebie. Czułem, że ta świeża boleść nie była mi bezkorzystną, żem wzrósł na duchu pod jej zimnym uściskiem. Miałem tę siłę i ten hardy, litosny spokój, jaki daje czasem przeświadczenie o niesprawiedliwości zniesionej mężnie, o wyższości nad krzyżującym światłem; spokój jaki daje wielka samotność ducha.

— Pomiędzy mną, a Marynią, wyrzekłem w końcu, wszystko skończyło się niepowrotne, bo wiecznie stanie pomiędzy nami pamięć tej nocy bez snu przemarzonej, pamięć wzruszeń, których samo wspomnienie wywróciło obecność, jak podmuch wiatru kruchą z kart budowę. Zresztą cóż znaczy list ten, omyłka serca, nizkość tej kobiety w obec mojej wiary? Nie daję żadnej istocie na świecie prawa nad sumieniem mojem, indywidua przeniewierzyć się mogą ideom, któreśmy w nich wcielili, ale te ideje pozostają zawsze niezmienne, ja wierzyć muszę w to co czuję. Szlubując przyszłość Maryni, — zgrzeszyłem przeciwko samemu sobie, kłamałem zarówno przed sobą jak przed nią; słusznie napotkałem cierpienie, ono mnie zbawiło. Dziś poznałem dokładnie serce własne i pozostanę wiernym jemu, — nie tej kobiecie!....
KONIEC.






Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Waleria Marrené.