Fotogeniczny staruszek

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Fotogeniczny staruszek
Pochodzenie Człowiek w oknie
Data wydania 1933
Wydawnictwo „Wydawnictwo Współczesne“
Druk Zakł. Graf. "Drukarnia Bankowa"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
FOTOGENICZNY STARUSZEK.

Staruszek Amilkar jest już doprawdy do niczego; — przykro patrzeć, jak trzęsie się bezustanku, popychany przez wnuków, łajany przez swoje własne dzieci i upominany przez swych rześkich jeszcze rówieśników. — Bo staruszek Amilkar nie jest jeszcze — w gruncie rzeczy — taki stary, ot, poprostu żył sobie, — że tak powiemy — zbyt intensywnie, za szybko, — chciał przegonić swoje lata i oto stanął w połowie życia, tak coś przy pięćdziesiątce, raczej nie stanął zupełnie, a wlókł się. — I w rodzinie nazywano go: „ten stary łajdak, co zmarnował nasz majątek“.
Takiego to, — los wypłatał staruszkowi Amilkarowi — figlasa. Zamiast cieszyć się poważaniem rodziny i szacunkiem bliźnich, zbierać — że się tak powie — śmietankę z życia, siedzi oto na koślawym taburecie, w wielkiej kuchni nad glinianą miską i trzęsącemi się rękoma łuszcze groch, — a wesoła Kleopatja, zbierając fusy z rosołu, opowiada: — Żeby pan widział jak te wyciruchy — te obieżyświaty szwindrają się po mieście, — Panie odpuść wszystkie grzechy! — ja sama o mało nie zemglałam któregoś tu ranka, kiedy poszedłam po wodę; — a no kręce sobie korbe, jakby nigdy nic i spuszczam kubeł do studni, a tu, — bodajem pacierza zapomniała — słyszę jak coś trajkoce mi w uszach, wtedy podnoszę łeb do góry i, — święty Inocenty — jakieś czarne ślepio na mnie patrzy, niby wyłazi ze skrzynki, i widać nogi żywego człowieka, a bez głowy, tylko ręką rucha cościk taką korbeczką, — puściłam wiadro pełne wody i dymnęłam do kuchni, takie to życie — Panie święty — a nie dalej jak wczoraj, kiedy pan trzepał odzienie na podwórku, przyszło tu dwóch takich drygantów w długich portkach i dalejżego prosić mnie, że to niby dla jakiejś tam sztuki filmowej, że niby nic mi sie nie stanie, że sobie tylko trochę pochodzę, tak gadali i pakowali mi w łape pieniądze, — nareszcie dałam się skusić, bo jeden z nich mrygał na mnie i wziął mnie za rękę, — tak to i sobie pokręcili trochę na mnie i dali jeszcze 10 złotych — takie to życie — ach — i teraz te facety — słyszałam jak mówili, że szukają — jakichścik tam typów, czort wie co to znaczy i czy czego złego na człowieka nie naprowadzą, o! — bodajby was pierony, — tu Kleopatja wyjrzała przez okno, — djabli nadali z prosiętami, ryją i ryją, nie dają urosnąć niczemu, — to mówiąc wybiegła do ogródka.
Gdy wróciła zadyszana, staruszek Amilkar powiedział drżącym głosem: — to, to... to... to, oni — panie dziejku — filmują, tak, tak, koteczko — jak ja miałem... to jest... dwadzieścia lat temu... to, to... mnie chcieli... a jakże, do Wiednia... do takiego miasta w Austrji... wziąć — panie dziejku, — za artystę... tak... tak, ale człowiek miał pstro w głowie i co to... nie tego... nie skorzystał... a podobno dużo pieniędzy... można było zarobić.
— Juścik że dużo, kiedy mi dali za parę minut łażenia dziesięć złotych.
— Tak, tak... pstro człowiek miał w głowie... a teraz co?! — I staruszek Amilkar rzuciwszy garść strąków do kosza wyszedł przed dom, mamrocząc po drodze: — a teraz co... wiadomo... za późno.
Staruszek Amilkar poszedł na ganek, usiadł na ławce i począł się grzać na słońcu. — Nie trwało to jednak długo, bo po paru minutach z wnętrza domu wybiegła synowa z okropnym wrzaskiem: — co to, już ojciec siedzi! już, już, już, — a robota, to co, sama, sama się zrobi. — Ani trochę, ani trochę pożytku, — tak do samej śmierci będziemy karmić, — karmić i ciężko pracować! — Ojciec się nie poczuwa nic, ale to nic. Ojciec by tylko siedział, wygrzewał się i rozmyślał o swojem łajdackiem życiu. Tak, ohhojojoj!!!
Przy ostatnich słowach synowej staruszek, wstał nader żywo, jakby rażony prądem elektrycznym i już zmierzał do kuchni, gdy jakiś wesoły łagodny głos zabrzmiał w powietrzu:
— Przepraszam pana bardzo, pan wybaczy, że go zatrzymuję: sprawa jest tego rodzaju: — ja jestem operatorem filmowym, a ten pan nieopodal reżyserem. To mówił młody, elegancki mężczyzna i wskazując tęgiego jegomościa, stojącego pod kasztanem, ciągnął dalej: robimy w tej okolicy szereg zdjęć, oraz poszukujemy typów; — właśnie pan nam bardzo odpowiada, — może pan pozwoli zdjąć się, oczywiście za wynagrodzeniem. Filipie, pozwól‑no tutaj, powiedz co pan ma robić.
Filip się zbliżył i kazał staruszkowi Amilkarowi robić przeróżne miny, przewracać oczyma, naginać się, wykręcać, a wreszcie dali mu również dziesięć złotych i powiedzieli, że może jutro przyjdą.
Podczas gdy filmowcy nakręcali staruszka Amilkara, synowa jego stała z szeroko otwartemi ustami i gdy tamci odeszli, zrobiła zyza na pieniądze, trzymane w ręku zdziwionego teścia, poczem wyrwała mu je, mówiąc: — No, nareszcie jakiś pożytek, — no, a teraz do roboty niech ojciec idzie i nie będzie taki ważny, — a to ci przypadek — pewno jakieś warjaty.
Na drugi dzień przed południem, kiedy starukszek Amilkar reperował płot na podwórzu, — koło furtki zatrzymało się auto, z którego wysiadło dwóch filmowców. Operator zwrócił się do staruszka Amilkara i powiedział wesoło:
— Zabieramy pana ze sobą, — jest pan nam potrzebny, będziemy kręcili film, w którym dostanie pan odpowiednią rolę. No tak, — podpiszemy kontrakt — czego pan tak się zasępił — będzie pan zarabiał masę pieniędzy. — Cóż, roześmiejże się pan i proszę się przygotować do podróży, — będziemy tutaj wieczorem. — Szkoda czasu na gadanie.
Filmowcy zostawili osłupiałego staruszka Amilkara na podwórzu, tak jak stał, z siekierą w dłoni i odjechali, zostawiając za sobą tuman kurzu.
Nie będziemy tutaj opisywali szczegółów, związanych z wyjazdem staruszka Amilkara do wielkiego miasta, na nowe życie. Wyjeżdżał w każdym bądź razie półprzytomny, odprowadzany uszczęśliwionem spojrzeniem synowej i zajadłem szczekaniem czarnego, pokracznego psa Ptifurka.
Tak więc został aktorem filmowym nasz staruszek Amilkar. — Zdjęcia trwały parę tygodni i przez cały ten czas, śmiało to rzec możemy, staruszek Amilkar robił wszystko, co mu kazano, w stanie półprzytomnym: — grał rolę półdzikiego trampa, dosiadał ognistego rumaka i palił fajkę pokoju z Indjanami. Wreszcie film ukończono i po paromiesięcznym triumfalnym pochodzie po różnych miastach, widzę taką scenę: Właśnie Kleopatja była zajęta zamiataniem zeschłych jesiennych liści z podwórza, gdy wspaniała limuzyna zaturkotała wpobliżu, zatrzymała się i wysiadł z niej elegancki, czerstwy starzec, z monoklem w oku. Kleopatja krzyknęła okropnie i uciekła do kuchni. Na krzyk ten wyszła na ganek znana nam już synowa staruszka Amilkara i objąwszy szybkiem spojrzeniem sytuację, podbiegła do eleganckiego pana.
— Ojciec, — nasz kochany ojciec, poczciwy ojciec — wrócił, nie zapomniał — wrócił do swoich dzieci. — Och! — Najświętsza panno — jak a ja jestem szczęśliwa, — ot, tu — tatusieńku, proszę tylko aby ostrożnie.
Rzeczywiście był to staruszek Amilkar; — spojrzał jednem okiem przez monokl i powiedział: — wstąpiłem tutaj po drodze, aby zabrać swoją starą pamiątkową — wiesz o czem mówię tabakierkę. Co obiad? nie, nie mam czasu, muszę się przygotować, ponieważ za parę dni wyjeżdżam do Ameryki. Przynieś mi, dziecinko, tę tabakierkę, a ja tutaj poczekam i popatrzę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.