Filozof (Kraszewski, 1884)
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Filozof |
| Pochodzenie | Mozajka |
| Wydawca | Teodor Paprocki i S-ka |
| Data wyd. | 1884 |
| Druk | Władysław Szulc i Spółka |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |

Osobliwy to był człowiek ten Adam Drabczewski. Mało go kto znał, on też znajomości z nikim nie szukał. A że ubogi był i mieszkał w zapadłym kącie Polesia, trzeba było takiego jak mój — wypadku w podróży, aby trafić na tą osobliwość. Niewiem czy się kiedy profesor Waga cieszył tak ze znalezienia rzadkiego okazu pluskwy, jak ja z tego szczególnego człowieka. Egzemplarze podobne w istocie nie trafiają się codzień.
Wprawdzie pierwsze wrażenie bardzo przyjemne nie było. Drabczewski wyglądał tak na najprostszego ze śmiertelników, niczem się nie odznaczających, oprócz zardzewienia — żem nie rychło na wartości jego mógł się poznać.
Było to późną jesienią, w tych czasach jeszcze gdym własnemi końmi, bryczką, w rozmaitych sprawach bardzo powszednich, musiał się włóczyć po Polesiu. Woźnica mój był z dalszych stron Wołynia i nie dobrze znał drogę, ja się zadumałem, a woźnica się zdrzemnął, bo kołysanie bryczki ma wielką siłę usypiającą. Po pewnym przeciągu czasu — okazało się żeśmy zbłądzili w lesie. Trzeba było stanąć, a Fedor poszedł drogi szukać, która powinnaby była zdaniem jego, gdzieś się znaleść nie daleko. Byliśmy w okolicy Stepania; a wedle mojego rachunku, już powinniśmy byli znajdować się u promu i grobli. Tym czasem błądziliśmy wśród starego lasu, jeszcze nie wyciętego przez Worcellów.
Szukanie drogi okazało się bezskutecznem — i w końcu jechać trzeba było tą, która nas niewiedzieć dokąd prowadziła. W pół godziny puszcza się przerzedziła, i wioska ukazała się wpośród piasku i błot; ze swą fizyognomją poleską bardzo zwyczajną, rzędem chat nizkich, szarych, gruszami, żurawiami studzien i drewnianą czarną cerkiewką, całą gątami okrytą...
Bliżej nas, u lasu, na uboczu widać było chat parę oddzielonych — i coś nakształt dworku z zagrodą, ale nadzwyczaj opuszczonego i zaniedbanego.
Nie można było domyśleć się czy to był dom oficyalisty — czy budnika, czy jakiego z exdywizyi prastarej zabłąkanego biedaka. Dworek niewiele się od chat różnił, a to, co go otaczało — szopki, stodółki, stajnie, chlewy, płoty — wszystko najsmutniejszą ruiną i zaniedbaniem raziło.
Ponieważ najbliżej nam tu było dowiedzieć się o zgubioną do Stepania drogę, kazałem ku tej biedzie zawrócić. W istocie mogło się to nazwać — biedą. Zdala już przez ogrodzenie poszczerbione i połatane, wrota z chróstu i ledwie dziedziniec zamykające dla zwyczaju — widać było pod ganeczkiem tak odrapanym jak wszystko tutaj, na ławce nizkiej, siedzącego mężczyznę. Miałem czas przypatrzeć mu się zdala, nim bryczka stanęła przed wrotami. Człowiek był nie młody, lat pięćdziesiąt kilka mieć mogący, jak się zdawało, dosyć słusznego wzrostu, ale przygarbiony, z twarzą nadzwyczaj pomarszczoną i pofałdowaną. Nie miała ona nic uderzającego w sobie, oprócz czoła wypukłego bardzo, równie wydatnych kości policzków, niewielkiego nosa, i ust tak w fałdach ukrytych, że o ich kształcie sądzić nie było można. Odziany nędznie, w kożuchu zasmolonym, w czapeczcebaraniej, siedział z fajką w zębach, jakby zadumany, a zjawienie się, zapewne nie zbyt tu często trafiającego się gościa, najmniejszego wrażenia na nim nie zrobiło.
W dworku, oprócz starej zabrukanej baby, która się ukazała z za węgła, nie było żywej duszy — ale jesienne roboty w polu, mogły to tłumaczyć. Chudy pies zaczął szczekać gdzieś z kąta, nie ochotnie, jak z obowiązku — i ustał w prędce. Mężczyzna na ławce siedzący, zobaczywszy żeśmy stanęli przy wrotach, nawet nie powstał. Musiałem tedy, wysiadłszy i z trudnością trochę wrota odparłszy, wnijść rozpytać o drogę. Dopiero gdym się do ganku zbliżył, gospodarz, jakby ze snu przebudzony nagle wstał, fajkę od ust odjął i mruczeniem jakiemś mi odpowiedział na powitanie. A że ręką usilnie na drzwi wskazywał, zapraszając do środka — wszedłem do izby na lewo. Też same tu ubóstwo widać było co zewnątrz — nieład i zaniedbanie wielkie. Na stole, na kominie, w pół otwartej szafie, stały, leżały i walały się najróżnorodniejsze przedmioty służące życiu powszedniemu, w stanie zabrukania, które niemal nędzy się kazało domyślać...
Gospodarz, który wszedł za mną, z miną posępną i wcale nie obiecującą uprzejmego przyjęcia — wyglądał w swym załojonym kożuchu dumnie i na przekor biedzie, w której żył, niemal pańsko. Spoglądał na mnie obojętnym, znudzonym wzrokiem.
Rzuciwszy po izbie przyciemnionej okiem, bo okna jej zabrukane i małe, nie wiele światła przepuszczały — zobaczyłem, z podziwieniem mnóstwo poszarpanych, odrapanych książek, bez początku, bez końca, porozdzieranych, walających się po stołach, na kominie i w szafie.
Najbliższa mnie — tuż na stoliku rozłożona — była francuskiem tłumaczeniem Locka...
Mocno mnie to zdziwiło...
— Zacząłem, zarekomendowawszy się, pytać go o drogę.
Stał, słuchał niby, ale widać było, że o czem innem myślał.
Wszystko com tu widział, i sam ten człowiek jakiś zastygły, zobojętniały — mocno ciekawość moją obudziło.
Drogę do Stepania, w bardzo krótkich i urywanych wyrazach, wskazał mi p. Adam Drabczewski. Nie mogłem się powstrzymać, aby go nie spytać, co tu w tej pustyni robił i czy był właścicielem dworku.
Odpowiedział niechętnie.
— No, tak — jest to moje dziedzictwo — rzekł mrucząc i spluwając.
— Widzę, że pan się zajmujesz czytaniem? — rzekłem, wskazując książki.
Ruszył ramionami.
— Co tam z tych książek dojść można — odparł.
Trudno mi było go rozruszać i coś dobyć z niego. Ani siedzieć, ani spocząć nie zapraszał wcale. Chciałem się coś dowiedzieć o nim samym — kwaśno mi odparł w kilku słowach, że po ojcu wziął parę chat tych — i siedział na nich.
— Nie żyjesz pan tu z nikim?
Skrzywił się na to pytanie.
— A po co? — rzekł sucho.
— Gospodarstwo pana zajmuje!
— Nie — bąknął krótko.
Od słowa do słowa, z trudnością mi przyszło dobyć z niego, że był z — jak się sam nazwał — filozofem.
Nadał sobie ten predykat z najzimniejszą krwią, jako rzecz należną i naturalną.
— Widzę, że pan i w obcych językach musisz być biegłym? — spytałem, ukazując na francuzkiego Locka.
— Nie, — rzekł — nauczyłem się tyle, aby rozumieć, wymawiać nie umiem, bo mi to niepotrzebne, a i ta praca na nic się nie zdała, bo co oni wiedzą i bredzą — dodał pogardliwie, wskazując na książkę i uśmiechając się szydersko.
Może okazane przezemnie zajęcie i ciekawość, powoli go rozbudziły.
Stał się nieco rozmowniejszym.
Z wszystkiego, co mówił, czuć było, że nie wiele ceniąc drugich — siebie miał za daleko od nich wyższego.
Przekręcając dziwacznie nazwiska rozmaitych słynnych pisarzy, gdyż żadnego języka dobrze nie umiał — odzywał się o nich z rodzajem lekceważenia najpocieszniejszego.
Rozmowa, w czasie której nie zachęcał mnie, abym spoczął i usiadł, trwała krótko — musiałem go pożegnać, przepraszając, żem mu spokój jego zamącił. Wyszedłem z dworka, a gospodarz z fajką zasiadł na swem dawnem miejscu.
Nie rychło potem wspólny, jak się okazało znajomy, p. Karol B., ułatwił mi bliższą z Drabczewskim znajomość.
Warunkiem zawarcia jej z nim było, dla wszystkich, słuchanie jego rozpraw, o tak zwanej — filozofii.
Drabczewski, który nigdy wyżej nad piątą klassę nie ukończył i po śmierci ojca musiał osiąść na swej biedzie — z prawdziwie filozoficzną obojętnością, spędził w niej kilkadziesiąt lat, siedząc na ławce w ganku, a zimą u komina — i — myśląc.
Czytywał co napadł, z początku chciwie, potem, zraziwszy się, tylko dla tego, aby się przeświadczyć, że to wszystko były bałamuctwa.
W głowie jego, panował najdziwniejszy chaos — myśli wedle jakiegoś niezbadanego procesu, mieszały się w niej w sposób osobliwy — i gdy mówił skakał tak od jednej do drugiej, że nie podobna było zrozumieć — co go wiodło.
Najzawilsze zadania były mu naturalnie najmilszemi i najsilniej pociągającemi. Rozwiązywał je aforystycznie, bez dowodów, a rozprawiać z nim o nich nie było podobna. Uśmiechał się, niesłuchał i swoje prawił, z niewzruszoną pewnością.
Na świecie, oprócz tej jego filozofii nic go nie obchodziło.
Życie powszednie i jego warunki były mu obojętne, jadł i pił nie myśląc, a całe dnie trawił pogrążony w zadumie głębokiej. Dla ludzi, którzy jak on, nie zajmowali się problematami filozoficznemi — okazywał tylko litość i pogardę.
Długie osamotnienie dozwoliło mu tak ducha skupić w sobie, że dla niego świat cały był we własnym umyśle tylko. Oderwać go od tej monomanii filozoficznej nie było sposobu.
Czasem wśród rozmowy, zawsze z roztargnieniem prowadzonej, dawał nakazujący znak ręką — aby mu nie przeszkadzano — i zatapiał się w myślach, z których potem budził się jak ze snu.
Bliższe poznanie obudzało dla niego sympatyę, gdyż dobrym był i serdecznym bardzo, a poszanowanie życia, posuwał tak daleko, iż nigdy dobrowolnie żadnej istoty żyjącej nie ubił.
Jadał wprawdzie mięso, gdy mu je dano, ale tak jakby sobie sprawy nie zdawał z tego co to było.
Zdaniem jego ludzkość musiała kiedyś przyjść do tego, aby żywioły do utrzymania życia potrzebne, czerpała wprost z — powietrza i słońca.
Znajomi jego, p. Karol K. i kanonik Ch. — mieli go za rodzaj nieszkodliwego warjata; ksiądz tylko, jako ksiądz starał się duszę uratować i chciał go nawracając na religijną drogę naprowadzić.
Drabczewski zamknął mu tem usta, że — we wszystko wierzył co było potrzeba — a i do kościoła też jeździł w święta i dnie uroczyste. Jak się w nim jego ta filozofia godziła z wiarą, — tego ani on nie tłumaczył, ani odgadnąć było można.
O tej swej filozofii mówić, jak drudzy jemu podobni monomanowie, nie lubił — unikał — wolał myśleć, jednakże czasem, jakby zniecierpliwionemu wyrywały się wyrazy pospieszne, bezładne, nie jasne — które nagle urywał, sam podobno przekonywając się, że myśli swojej jasno wyrazić nieumiał. Zaczynał od końca, kończył potem komentarzami, czując, że to co powiedział, pewnych premissów potrzebowało.
Filozofia jego wcale z praktyką życia nie była w żadnym stosunku — badał to co nazywał tajemnicami, ale związku ich ze światem żywym nie chciał widzieć i nim się wcale nie zajmował.
Kanonik i p. Karol B. opowiadali z politowaniem, że długie już lata spędził tak w osamotnienia, w nędzy prawie, o poprawienie bytu wcale się nie starając. Jadł machinalnie byle co, niewiedząc czem się karmił, a oprócz widoku natury i tego zwijania i rozwijania myśli, od rana do wieczora nie robił nic.
Przy drugiem widzeniu się z nim, dowiedziałem się, że nietylko Locka, ale czytał urywkami Kartezyusza, Spinozę a nawet coś Kanta.
Wszystko to jednak sądził jednem słowem:
— Głupstwo.
Niewiem jakim sposobem, albo raczej jakim cudem kanonik zdobył sobie u niego przywilej, że z nim czasem puszczał się w dłuższą rozmowę. Orthodoxus, kanonik się z nim godził co do racyonalistów, których on w czambuł wszystkich głupcami nazywał.
— Co to mi za filozofowie? mówił ramionami poruszając, dwa tysiące czy tam więcej lat macają orzech a zgryźć go niemogą, i co w środku, niewiedzą. Prawią, mocanie, jak wygląda, czem pachnie — mierzą wielkość, domyślają się twardości, a do jądra się żaden nie dobrał.
Gdy go o religijne prawdy dopytywał kanonik, Drabczewski się mięszał i milczał, a naciśnięty, odpowiedział prędko.
— To co innego, a to co innego. Juści pewnie religijne prawdy... więcej warte, ale czy wy je rozumiecie.
Kanonik wpadał w gniew, zaczynał fukać, a Drabczewski pokornie milczał.
Kończyło się zawsze na tem, że:
— To co innego, a to co innego...
Niekiedy najniespodziewaniej wyrywały mu się najdziwaczniejsze myśli.
— Co bo ks. kanonik mówi — jest!! — odezwał się nagle przy mnie. To wyraz i pojęcie fałszywe. Niewiem gdzie może być trwałe, choćby jedną sekundę — jest... Wszystko się robi, przerabia, odrabia, nieustannie ginie i rodzi.. Co to gadać, jest? Ja wczoraj byłem inny, a jutro znowu być mogę innym.
— Żeby to znaczyło, żeś acindziej do rozumu przyszedł — rozśmiał się kanonik — powinszowałbym.
— Do rozumu! — odparł Drabczewski — a cóż by to pomogło, być może na pięć minut rozumnym! Każdy człowiek ma w życiu błyskawicę rozumu, ale — tyle wszystkiego.
Mówiliśmy już, że życie właściwe wcale go nie obchodziło. Miał starego chłopa Hrehora, który się wszystkiem zajmował, razem z gospodynią zbierał mu wszystko, dostarczał tytuniu szkaradnego, jaką taką strawę, a ubranie dawał chyba dla tego, aby ludzie patrząc na nędzę Drabczewskiego, nie krzyczeli na plenipotenta.
On i gospodyni mieli go za obłąkanego, ale nie szkodliwego, nigdy się bowiem nie niecierpliwił, chyba gdy mu owo myślenie jego i filozofowanie przerwano. Naówczas, wystrzegając się poburzenia krwi i gniewu, który jak mówił, rozum odejmuje — wolał uciekać w las.
Przypadkiem zjechało raz śledztwo do niego, które go tak zmęczyło, że drugiego dnia uciekł do lasu i tam go na pół żywego, zgłodzonego znalazł Hrehor, gdy się urzędników pozbył.
Z wyrywających mu się słów, można było sądzić, że miał się za istotę wybraną, do odkrycia wielkich rzeczy — i objawienia ich światu — ale okazało się, że nigdy nie pisał nic, pióra w rękę nie brał — i książkami się brzydził.
— Od tej pory jak zaczęli pisać, a jeszcze gorzej, drukować — mówił — stracili pamięć, oduczyli się myśleć... To się na nic nie zdało. Oni sądzą, że gadanie i myślenie to sobie tak, zabawka? Nie prawda ze słowem z człowieka siła wychodzi, i kto dużo mówi z tem już do roboty się nie zdał...
Słowo, panie — to ogień... wypala człowieka, jak świecę...
Spędziwszy całe życie w lesie z Hrehorem, widując bardzo rzadko p. Karola i kanonika i to tylko gdy był zmuszony, a wiedział że u nich nikogo nie zastanie, o stosunkach społecznych, jak jakiś dziki człek, nie miał wyobrażenia.
Wszyscy ci co żyli po prostu, a jak on nie zajmowali się filozofowaniem, wydawali mu się niezmiernie upośledzonymi. Widząc jak inni do rzeczy powszednich wagę przywiązywali, śmiał się, ale tak szczerze i naiwnie, że się z nim razem śmiać chciało.
Czasem trafiało mu się na gościńcu spotykać ekwipaże, konie postrojone, ludzi wykwintnie poubieranych — stawał, przypatrywał się i śmiał.
— Dzieci! czysto dzieci! No — ale coby oni robili, gdyby tych zabawek nie mieli? Mózgi puste...
Kanonik go kilka razy zapytywał, czy drugim lepszego bytu nie zazdrościł.
To go oburzało niemal.
— Ale bo głupi bym był! — mówił — to wszystko jest po prostu niewola... Na co mi to, kiedy mi tego dosyć co mam?
— Ale obowiązki? — mówił kanonik.
— Jakie? — pytał naiwnie.
— Przecież rozumiesz to...
I puszczał się duchowny w wykład nauki o obowiązkach. Zwykle otrzymywał odpowiedź:
— Ale, proszę ks. kanonika... Gdyby wszystkie ziarna maku i zboża wschodziły co dojrzewają? Świata by im nie starczyło. Dużo ich przepada... Otóż ja jestem takiem ziarnem straconem... i mogę sobie myśleć o tych wielkich rzeczach, których nigdy nie zbadam.
— Więc myślisz darmo?
Potrząsał głową — a nie! nie... I te ziarna co nie wschodzą na coś się przydają! Ja to wiem...
Chociaż nigdy go, jak mi mówiono, na żadnej skłonności do mistycyzmu nie mógł złapać kanonik, niekiedy, jakby mimowoli, wygadywał się z dziwacznemi hypotezami. Przychodziło mu to — przez nieostrożność, gdy spostrzegł, że się wygadał nadto — porywał czapkę i uciekał, lub uparcie milczał. Do głębi tych fantazyi które w sobie rozwijał, nikt się nie mógł dostać. Raz — byłem przytomny gdy kanonik, który go umyślnie wyzywał do wyplatania dziwów — mówił coś o człowieku i ludzkości — Drabczewski pilno słuchał, ale ramionami raz w raz ruszał.
— Kto to może wiedzieć co to ta ludzkość i ten człowiek? — rzekł. Ja to sobie tak wyobrażam ludzkość jako wodę, której my jesteśmy kropelkami. Błyszczy się chwilę ta osobna perełka... a potem zlewa do ogólnej sadzawki lub paruje.
Nikt mu nie przerwał, więc plótł dalej:
— Ja to tak rozumiem (wyrazy te często powtarzał). Woda... widzi pan — woda... Otóż jak kropla z kroplą wody, choć by od siebie najdalej były, są z sobą w związku, tak i my...
Powiadają i piszą, że gdy żyto kwitnie, wódka się burzy, gdy winogrona tłoczą, wino w beczkach buntuje się... tak samo i ludzie, wszyscy są z sobą związani... tylko o tem wiedzieć nie chcą. Ja jestem pewny, że gdybym się uparł dzień i noc myśleć o kanoniku; a był od niego o sto mil, to kanonikowi by to w końcu dokuczyło i sam niewiedząc co mu jest... męczył byś się. Można tak człowieka na drugim końcu świata, o śmierć przyprawić!
Wszyscy się śmiać zaczęli. Drabczewski, który mówił bardzo seryo, zmięszał się, zawstydził i znalazłszy czapkę, drapnął mrucząc coś.
Nigdy w życiu nic od nikogo nie potrzebował, o nic nie prosił, ale co miał, oddać był gotów wszystko.
Kanonik go czasem strofował za tą nieopatrzność.
— No, to co? — odpowiadał naiwnie Drabczewski — no to... nie będę miał co jeść! ale kanonik mi nie dasz kawałka chleba?
— I nie wstydził byś się żebrać?
P. Adam wielkie oczy wytrzeszczył.
— A! czegóż się tu wstydzić! — rzekł. — Czy może być stan piękniejszy jak żebraka?? Idzie sobie, swobodny...
— I zachodzi do kozy? — mówił kanonik.
— A koza, co?
— Znać żeś w niej nie był!
Takie samo zahartowanie okazywał na cierpienie i na śmierć, o której mówił z rodzajem ciekawości...
Drabczewski był już podówczas w drugiej wieku połowie i zdawało się, że na tych swoich chatach dożyje spokojnie końca. Tym czasem inaczej przeznaczenie zrządziło.
On co o żadnej rodzinie nigdy nie wiedział ― nagle został uwiadomiony, że jakiś Drabczewski, który o nim zasłyszał, ale wcale go nie znał, in articulo mortis, zapisał mu kamienicę i dość znaczny kapitał.
Spadło to na niego jak grom.
Pieszo, bo najczęściej do Stepania nie inaczej chodził, tylko o kiju, sam jeden wpadł jednego ranka do kanonika tak przestraszony, poruszony, blady, iż ksiądz sądził, że wielkie jakieś nieszczęście spotkać go musiało.
Z załamanemi rękami stanął przed nim.
— Wie ks. kanonik co mnie spotkało!
— O niczem niewiem...
— Warjat, proszę kanonika, jakiś Drabczewski mi majątek zapisał. A mnie to na co! do czego?
Kanonik potrząsał głową.
— Przecież gdyby tylko na to, ażebyś mógł drugim coś zrobić — majątek nie do odrzucenia...
— A! niech go sobie bierze kto chce... Co ja mam być niewolnikiem jak i drudzy!!
Uchodzić go długo nie mógł kanonik, tak boleśnie był dotknięty tem, że musi wyjść ze zwykłego trybu życia i nie mieć spokoju.
— Ja, proszę ks. kanonika, z łaski tego majątku zgłupieję! — wołał.
Ksiądz tylko przez grzeczność nie chciał mu powiedzieć, że rzecz jest już niemożliwa.
Koniec końców nieodzowna się okazała potrzeba jechania do Warszawy. Grosza nie mając przy duszy, Drabczewski się najprzód musiał zapożyczyć. Kanonik lękając się aby nie nadużyto jego dobroduszności, dodał mu ex-plenipotenta Worcellowa, który orłem nie będąc, był przynajmniej nieposzlakowanej uczciwości człowiekiem.
Dalsze dzieje dziwaka z jego już ust tylko są nam wiadome. Zdawszy w podróży wszelkie starania o nią i o pieniądze Grzegorzewiczowi (tak się zwał ex-plenipotent) — jechał Drabczewski do samej Warszawy, prawie nie mówiąc nic, zatopiony w sobie.
Grzegorzewiczowi tylko parę razy, widząc wielki ruch na gościńcu i czynnych bardzo ludzi — oświadczył:
— Proszę ja pana? do czego to się wszystko zdało! czego oni tak się kręcą i spieszą, a żaden o swojej duszy nie myśli. Jak Boga kocham, waryaty lub dzieci!... Rychtyk komary wieczorem u nas, gdy się w powietrzu zwijają.
Przybywszy do miasta, ponieważ w kamienicy na Podwalu, po nieboszczyku było mieszkanie wolne — i to na nich czekało, odrazu zajechali do niego.
W progu, jak powiadał Grzegorzewicz, z kluczykami spotkała ich, lat może około trzydziestu mieć mogąca panienka, o której wiedzieli, że była to jakaś wychowanica nieboszczyka, mająca zapis sobie przeznaczony. Dziewcze było bardzo proste, skromnie ubrane — wyglądające na sługę dobrego domu, ani brzydkie, ani ładne, ale — o ile można było z twarzy i wejrzenia sądzić — bardzo roztropne.
Przyjęło ono przybyłych zimno, grzecznie i ciekawie razem.
Drabczewski na widok tej gospodyni — choć nie zwykł był niczem się mięszać i na nikogo zważać — widocznie się zakłopotał mocno. Nie mówił ani słowa i wszystko zdał na Grzegorzewicza.
Panna Aniela tą dzikością i dziwactwem człowieka, który jak najdalej się trzymał od niej, w kąt zaszywał — i unikał jej — niezrażona, jakby przez politowanie nad nim była uprzedzająca i grzeczna. To Drabczewskiego tak niepokoiło, że pierwszego i drugiego dnia, chronił się do bocznego pokoju.
Stała tu mała biblioteczka po nieboszczyku, zebrana przypadkowo, a raczej bezwiednie, z książek, których on nie czytał nigdy. Pierwszem staraniem było przybyłego otworzyć tę szafę.
Na początek dobył — Tysiąc nocy. Dalej szły broszury XVIII w., kawałki dziennika praw, kalendarze, tłumaczenie Walter Skotta i dziwnym wypadkiem obdarta logika ks. Dowgirda. Tę Drabczewski sobie przywłaszczył, ale na trzeciej stronnicy — zawołał — Głupstwo — i porzucił.
Wpadł potem na Jasnowidzącą z Prevost — i — tą zajął się tak żywo, że go trzy razy do wieczerzy musiano wzywać.
Siadł, jadł, ani słowa się nie odzywał, ale, jak powiada Grzegorzewicz, na pannę Anielę parę razy spojrzał ciekawie, dobierając tylko chwili, gdy ona tego widzieć nie mogła.
Grzeczniejszy od niego Grzegorzewicz rozmawiał z nią, wypytywał o nieboszczyka, wywołał łzy z oczów panny Anieli i obszerne opowiadanie o ostatnich chwilach starego mieszczanina, który był bardzo poczciwym próżniakiem.
Zatopiony w myślach Drabczewski zdawał się zupełnie czem innem zajęty.
Nazajutrz ex-plenipotent poszedł po informacye na miasto i zabawił do obiadu. Pan Adam oświadczył mu, że on nie myśli chodzić nigdzie i będzie siedział w domu.
— Ale miasto może zechcesz zobaczyć! — spytał stary.
— Ja! miasto! a mnie na co! Mury, i po wszystkiem.
Ruszył ramionami.
Czytał tedy do obiadu Jasnowidzącą, chociaż zżymał się.
Wśród tego zajęcia, panna Aniela, potrzebująca się go spytać o coś, przyszła do pokoju, w którym siedział.
Uchyliła ostrożnie drzwi, Drabeczewski zerwał się, zaciskając usta i nie tając, że mu przerwanie spokoju nie było miłem. Prostoduszna panienka, zdaje się, że tego nie zrozumiała.
Stanęła w progu, jedno po drugiem zadając pytanie. P. Adam odpowiadał nie bardzo do rzeczy, zżymał się, męczył i jak tylko wyszła, wrócił do lektury.
Widząc go tak zamiłowanym w czytaniu, a chcąc mu się przysłużyć, panna Aniela z innego pokoju, przyniosła mu jeszcze ze dwadzieścia książek, które położyła na stole. Zaczął w nich przebierać zaraz Drabczewski — i cudem prawdziwym napadł na Biesiadę Towiańskiego. Zdaje się że coś o niej musiał słyszeć, bo wszystko porzuciwszy, wziął się do czytania jej.
Gdy Grzegorzewicz powrócił leżała do połowy przejrzana na stoliku.
— Ha! Znalazłeś to pan tutaj! — zapytał stary. I cóż o tem mówisz.
Drabczewski zdawał się wahać z wypowiedzeniem zdania.
— Widzi pan — odezwał się w końcu szorstko — niewiem jak to może być żeby duch święty co to dyktował, tak pisał jak student — no — i jedno się drugiego nie trzyma.
Spadek po Drabczewskim był tak zapewniony i uregulowany, że najmniejszej trudności nie podpadało odebranie go, ale formalności było wiele i długich.
Drabczewski siedział w jednym pokoju zamknięty i książki przerzuciwszy, a nie znalazłszy w nich nic — po całych dniach odprawiał zwykle swe medytacye. Tylko, jak wyznawał sam przed Grzegorzewiczem, tu mu było daleko mniej wygodnie.
Zdaje się że i troskliwość, z jaką nad nim czuwała panna Aniela — ciężyła mu. Ona, w najlepszej wierze, nie pojmując ani takiego człowieka, ani podobnego życia, najniewinniej mu się narzucała.
Drabczewski, który wogóle kobiet unikał, a oprócz starej osmolonej gospodyni nie widywał nigdy żadnych — czując się z mężczyznami swobodnym i śmiałym — nie wiedzieć dla czego był z panną Anielą, jak na węglach.
— Żebyśmy mogli co najprędzej powracać, mówił do Grzegorzewicza, bo ja tu nie wytrwam. Strasznie nudno... no — i ta panna. Czego ona odemnie chce, że ciągle zagląda?
Śmiał się Grzegorzewicz.
— Zmiłuj się, przecież to grzeczność z jej strony.
— A! niech ją!!
Ex-plenipotent, znalazłszy w Warszawie wielu dawnych znajomych, rad że się rozerwie i że pryncypałowi swemu wcale nie jest potrzebnym, po całych dniach siadywał w mieście.
Był więc Drabczewski zmuszony obiady jadać z panną Anielą. Bawiła go rozmową, słuchał, ale ledwie go mogła na — tak, lub — nie — wyciągnąć.
Wieczorami plenipotentowi powtarzał:
— Jedźmy, bo ja tu zgłupieję! Słowo daję.
Stary facetus, odparł mu na to.
— A! co znowu! wszystko to niczem przeciwko wieczności.
— A waćpan wiesz co wieczność! wtrącił zaraz Drabczewski.
— A pan wiesz?
— Nie, ale ja wiem, że niewiem. To coś znaczy. Widzisz, kochany panie, cała mądrość ludzka na tem zależy, żeby człowiek wiedział, że jest głupi!
Śmiał się okrutnie Grzegorzewicz.
— Niema sobie nad czem łamać głowy — dodał.
— Tak się waćpanu zdaje — odparł p. Adam. Właśnie do tego dojść jest największą sztuką.
Bojąc się, aby na dłuższe rozprawy filozoficzne się nie zebrało, Grzegorzewicz urwał prędko. Przez cały tydzień potem, tak się mało widywali, że plenipotent, ledwie z nim parę słów zamienił.
Dziwił się tylko, że pod koniec tygodnia, ciągłego tego dawniej powtarzanego — wracajmy — nie słyszał.
Jednego dnia, niespodzianie po obiedzie wpadłszy, zastał, czego się najmniej spodziewał, Drabczewskiego jeszcze za stołem, pannę Anielę naprzeciw niego — i ją opowiadającą swobodnie, a jego słuchającego cierpliwie.
Panna wejściem Grzegorzewicza wcale nie była zmięszana, ale Drabczewski zerwał się, jak sparzony i zawstydzony.
Po wyjściu towarzyszki, długo po izbie chodził zasępiony. Grzegorzewicz pił kawę i palił cygaro.
Nagle p. Adam, stanął naprzeciw niego i zawołał.
— Słuchaj pan. Czy wiesz co to jest kobieta?
Począł się śmiać stary.
— Pan przecie choć słyszałeś, że to jest — sfinx i zagadka... zawołał.
— Ale po co to jest? mówił dalej z wielką seryą Drabczewski, bo to niepokój rodzi na świecie i myśleć nie daje! No — i gada to tak dużo... tak dużo... no — i o niczem!!
Poszedł chodzić po pokoju nie czekając odpowiedzi. Stanął znowu naprzeciw Grzegorzewicza i spytał.
— Byłeś pan żonaty? hę?
— Dwa razy! zamruczał Grzegorzewicz. Drabczewski odskoczył. Dwa razy!! dwa razy!
Po chwili zaś zatrzymał się naprzeciw plenipotenta. Proszę cię — rzekł, małżeństwo! co to to jest?
Pytanie tak było postawione, że stary niewiedział co odpowiedzieć długo.
— Małżeństwo, rzekł w końcu, może być albo szczęściem wielkiem, albo...
— To się rozumie — począł naiwny Drabczewski — ale, proszę cię, co się tyczy dusz??
— Jak to?
— Czy one się sprowadzają... jakby to powiedzieć! do jednego mianownika. Czy one się odgadują! przenikają! zlewają?
Ruszył ramionami Grzegorzewicz, nie mając ochoty prowadzić dalszej rozmowy. Chciał nawet wstać z krzesła, ale p. Adam go zatrzymał.
— Bądź łaskaw, chwileczkę. Jestem ciekawy. Waćpan masz doświadczenie. Powiedz mi.
Tu zamyślił się i stał tak długo milczący, że plenipotent począł się niecierpliwić. Widocznie myślami poleciał tak daleko, że o tem co począł, zapomniał. Dopiero oczy podniosłszy na starego, począł żywo.
— Proszę pana — czy, kiedy człowieka irytuje i pociąga, dajmy na to, niewiasta... czy ma to być znakiem, że dusze się z sobą, chcą porozumieć? — bo, ja — ja niewiem!
— Ale i ja już zestarzałem i o tych bzdurstwach zapomniałem! rzekł znudzony Grzegorzewicz.
— A! waćpan to bzdurstwem nazywasz! hm — odparł p. Adam. Ale jak tu rozpoznać czy cię dusza ciągnie w kobiecie czy... bzdurstwo!
Stary śmiać się począł. Drabczewski nie obrażony tem wcale, z wielką powagą począł mierzonemi krokami chodzić po pokoju.
— Otóż to tak jest — odezwał się jakby na wpół sam do siebie. Wy największe tajemnice macie za bzdurstwo, a rzeczywiste lichoty w waszych oczach mają największą wagę.
Zobaczywszy, że Grzegorzewicz się zasępił, p. Adam pędem przybiegł go przepraszać.
— Słowo daję — to mi się wyrwało — tak! ogólnie mówiłem.
Rozmowa na tem się skończyła tego wieczora.
Plenipotent, bardzo rad ze swej podróży Warszawskiej, bawiąc się tu dobrze, a znudzony oryginalnym swym pryncypałem, o którym mówiąc, przez delikatność milczał, i palcem się tylko w czoło uderzał — absentował się po dniach całych. Parę razy powracając znajdował pana Drabczewskiego, siedzącego za stołem razem z panną Anielą, która ośmielona teraz, wesoła, zdawała się obchodzić z p. Adamem daleko swobodniej i — tak jakby pewną była, że tego jej za złe nie weźmie.
Z rana jednego dnia Grzegorzewicz, znalazł go — przed zwierciadłem.
Było to coś tak nadzwyczajnego, że naprzód osłupiał, a potem się śmiać począł.
— Cóż to panu?
— A, nic — odparł spokojnie Drabczewski. Chciałem się przekonać jak wyglądam. No — siwieją i jestem stary... a wczoraj panna Aniela chciała mi dowieść że jestem w sile wieku.
— Panna Aniela! przerwał Grzegorzewicz, widzę że ugłaskała pana zupełnie.
— Pewna rzecz, że ciekawość zajrzenia w tę istotę, która się kobietą nazywa, jest człowiekiem innego rodzaju, i ma niepospolite swe właściwości — pociąga mnie do badania.
— Patrz no pan, żeby... rozśmiał się plenipotent — badanie to go nadto nie zainteresowało.
Zamyślił się Drabczewski.
— Ale — nie — rzekł po chwili — jestem stary — i mam inne posłannictwo. Cóż, pan myślisz, że jabym się mógł ożenić?
— Lękałbym się tego dla pana?
— A! dla czego?
— Spóźniłeś się pan trochę.
— No — ale jeżeli są osoby, które znajdują, że ja jestem w sile wieku?
Grzegorzewicz po tem pytaniu, dającem mu do myślenia, urwał zaraz rozmowę.
Znając ludzi, powziął obawę, aby rzeczywiście biedny dziwak nie dał się w sidła wplątać. Panna Aniela była im obu nieznajoma, przeszłości jej nie znali. Plenipotent który miał sobie przez kanonika zdaną opiekę tym nad siwiejącym małoletnim, tegoż dnia poszedł się rozpytywać.
Prawnik z którym był w stosunkach, mógł go najlepiej objaśnić. Znał panienkę od bardzo dawna.
— Cóż ty chcesz abym ja ci o niej powiedział — stateczna bardzo, rządna — nic jej zarzucić nie można, ale ma ten dar, że opanowuje ludzi. Nieboszczyk był u niej zupełnie pod pantoflem, i pewną jest rzeczą, że gdy za mąż wyjdzie, z męża zrobi co zechce.
Podobne zdania połapał plenipotent z ust różnych. Godzili się wszyscy na to, że panna była stateczna, pracowita, uczciwa — ale energiczna, mimo pozornej łagodności.
Energii tej i umiejętności opanowywania dała już największy dowód na Drabczewskim, który oprzeć się jej nie mógł. Groziło widocznie jakieś niebezpieczeństwo, panna codzień się ubierała staranniej do obiadu, w wielu rzeczach, dawniej zapominający się p. Adam, zastosowywał się do jej rad.
Przynosiła z sobą do obiadu humor dobry, a co najdziwniejsza, gdy Drabczewski wpadał w dywagacye swe filozoficzne, i zwracał się z niemi do niej — obca zupełnie przedmiotowi o którym prawił, panna Aniela umiała tak mu odpowiadać zręcznie, tak go słuchała uważnie — jak gdyby do bałamuctw tych największą wagę przywiązywała.
Przeciągał się ten pobyt w Warszawie.
— A wiesz — rzekł jednego wieczora Drabczewski, do plenipotenta, ta panna Aniela... no — juściż pewnie że sama by systematu nie wymyśliła, ale jak pojmuje i przejmuje się... Powiadam ci, w oczach ma tyle intelligencyi.
— Pan bo się nią zajmujesz nadto — wtrącił Grzegorzewicz.
— Jakże chcesz! proszę cię! Taki problem! Ja się uczę... wiele się uczę... Zupełnie wyobrażenia nie miałem co to jest kobieta.
No — pozwalam, że intelligencya jest bierna — rozumiesz mnie — ale co na świecie jest samoistnie czynnem? Hm? Wszyscy my składamy się z tego, na co niewiem wiele wieków pracowało. Nie ma w nas jednej myśli własnej — no — niema! z tego pokarmu, z tej sieczki... żyjemy.
Wielka władza przyjmowania... równa się geniuszowi! Rozumiesz ty mnie?
— Rozumiem to tylko, że jeżeli chcesz pan powrócić do Stepania cały, i niepodległy, — w czas by się należało wstrzymać z tem badaniem właściwości niewieścich.
— Otóż masz! zawołał Drabczewski. Bierzcie wszystko poziomo — z bardzo nizkiego stanowiska, gdy tu — wyższe cele są na widoku! U ciebie, kochany panie Grzegorzewicz — wszystko bzdurstwo — a to są, najważniejsze zadania życia i filozofii.
Plenipotent ruszał ramionami.
— Interes nasz — rzekł, jutro będzie skończony. Nic nam nie przeszkadza powracać. Mówiłeś mi pan w początku, że dom wynajmiesz, a kapitał ulokujesz w towarzystwie? Stosowałem się do tego.
Drabczewski stał zadumany. Można się było domyślać, że ważył swe życie przeszłe, porównywał je z teraźniejszem... i zachwiał się w postanowieniu.
— No — to o tem jutro pomówiemy — zakończył. Pewnie, że powracać potrzeba, bo co się to tam u mnie dziać musi, jeżeli Hrehor się napija jak zwykle!
Siedzieli nazajutrz przy obiedzie. Grzegorzewicza nie było.
— Wie, panna Aniela, że my się wybieramy w tych dniach — rzekł p. Adam. Trzeba powracać do domu.
— A cóż to pana zmusza do tego?
— Właściwie musu niema — ale co ja tu będę robił? Ja tu mało myślę i wiele rozpoczętych rzeczy niemogę dokończyć. Ale o tem mówić nie chcę, bo to — nudne.
Spojrzała panna Aniela.
— Ja się nigdy nie nudzę — rzekła.
— To znak zdrowego umysłu — odparł p. Adam — bardzo zdrowego.
Uśmiechem mu podziękowano.
— Ale tu, urządziwszy sobie życie — możnaby tak myśleć jak na wsi — dodała. Nawet więcej jest przedmiotów do rozmyślania i najrozmaitsze ich...
— Tak! tak! stosunki — zawołał żywo Drabczewski. Widzi pani — w świecie jest wszystko stosunkiem, właściwie rzekłszy niema nic innego tylko stosunek. W tem tajemnica życia. Pani słyszała o... atomach?
Spuściła oczy panna Aniela i coś bardzo niewyraźnie zamruczała.
— Nadzwyczajnie to ciekawa... hypotheza... bo juści hypotheza... ale jest w niej iskierka prawdy.
— O tych tak ciekawych przedmiotach, pan byś w Warszawie znalazł wielu, co by z nim chętnie rozprawiali i słuchali go... odezwała się po chwili panienka.
— Zapewne — rzekł zadumany Drabczewski.
— Mógł byś tu pan żyć, tak jakby mu się podobało. Wygodnie, skromnie, w odosobnieniu gdybyś sobie życzył.
— Niema wątpliwości! rzekł zamyślony p. Adam.
Milczenie nastąpiło długie, a nadchodzący turbator Grzegorzewicz — spłoszył pannę Anielę, która wyszła.
Oznajmywał, że wszystko było w gotowości do odjazdu, ale — jeżeli by to wielkiej przykrości nie robiło pryncypałowi, prosił go o dwa dni, bo chciał być w teatrze, na Halce, którą dawać miano.
Od czasu jak do szkół chodził i raz był na przedstawieniu małego teatrzyku prowincyonalnego, p. Adam na żadnym, nigdy nie bywał. Nie był też ciekawym. Zdawało mu się, że tam dla niego nic do studyowania niema. Sztuka zaś wszelka była mu najzupełniej obcą, nie wchodziła ona w rachunek życia, uważał jak jakąś Fata morgana, w którem się ono słabiej odbijało, tracąc na barwie, gubiąc kształtów wiele.
Dwa dni tedy pozostawało mu jeszcze tego życia, którem się zwolna obył i nie znajdował je nieznośnem.
— Otóż to jest, odezwał się do Grzegorzewicza nazajutrz — najgorsze ze wszystkiego, że ja tu nawykłem trochę inaczej jeść i odziewać się. Trzeba uciekać, bo się z tego nałóg zrobić może.
Nie chciał się przyznać, że innego nałogu obawiał się więcej jeszcze.
Powrót, pod rozmaitemi pozorami zwlókł się jeszcze dni parę. Grzegorzewicz, gdy już nazajutrz wyjeżdżać mieli, biegał jeszcze za sprawunkami, ale dziwił się wstępując do domu, że przygotowań do podróży nie widział i staroświecki tłumok zapinany na sprzączki, pożyczony od kanonika, leżał wcale jeszcze nie napełniony, rozpłaszczony na podłodze.
P. Adam chodził po pokojach poruszony, niespokojny a milczący. Widać było, że się przygotowywał do jakiegoś stanowczego kroku, a nie mógł jeszcze odważyć.
Zwrócił się nagle do Grzegorzewicza i ze zwykłą sobie naiwnością odezwał się.
— Wie pan co? Jestem w sile życia. Jedno drugiemu nie przeszkadza... co by to szkodziło gdybym się ja ożenił?
Plenipotent sądząc, że rzecz jeszcze nie jest rozstrzygnięta stanowczo, nie sprzeciwiając się — chciał ażeby się pan Adam lepiej namyślił.
Okazało się jednak, że był już po oświadczeniu — panna Aniela przyjęła wdzięcznie ofertę jego.
Stary towarzysz podróży wcale nie rad temu zakończeniu, powrócił do Stepania, odwożąc tłumok kanonikowi, a wiadomość o tem improwizowanem małżeństwie, wszystkich co znali biednego Drabczewskiego, w osłupienie wprawiła.
Trzeba było posłuchać tego poczciwego Grzegorzewicza, gdy humorystycznie opowiadał, jak się przygotowywało to osobliwe małżeństwo, jak biedna mucha została oplątaną przez pająka, jak się wstydził swej słabości filozof — a, uległ jej.
Grzegorzewicz naśladując minę i intonacyę P. Adama, nadzwyczaj pociesznie — powtarzał: Co to jest kobieta?
Śmiano się, ubolewano, zapomniano nareszcie tak, jak na świecie o wszystkiem się zapomina.
Upłynął rok z okładem, gdy kanonikowi, powracającemu od chorego, w drodze na obrzydliwych groblach, o które tu nie trudno — koło się złamało.
Musiał sam, chłopaka u wozu porzuciwszy, iść szukać gdzieś nowego, na któremby do Stepania dojechał. Stary ów dworek, niegdyś gospodarstwo Drabczewskiego, o którym słychu już nie było od dawna, najbliżej się znalazł.
Skierował się kanonik ku niemu, ale jakież było, nie zdziwienie, ale osłupienie jego, gdy na przyźbie, w zasmolonym kożuszku, z fajeczką w ustach zobaczył siedzącego Drabczewskiego. Zdawało się, że na widok kanonika, chciał umknąć, ale już było za późno.
Ksiądz, nawet o złamanem kole, zobaczywszy go, zapomniał.
— W imie Ojca i Syna, a zkądżeś się ty tu wziął? — zawołał.
Niemy, z głową spuszczoną stał filozof, wstydząc się, bełkocząc.
— Dawno-żeś z Warszawy?
— Już z pół roku?
— No — a żona...
Milczał Drabczewski, dopóki się nie przezwyciężył i nie zdobył na odwagę. Podniósł głowę zuchowato.
— Co to tam obszernie tłumaczyć! — zawołał. Ona sobie tam, ja sobie tu... wszystko jej, jak należało oddałem, ja nie potrzebuję nic... Mnie tu dobrze. Zająknął się mocno.
— Widzi kochany kanonik — kto może odgadnąć co to jest — kobieta?
Podniósł rękę do góry, pokręcił głową.
— Więc cóż? niemogliście żyć z sobą? kłótnia — spór?
— A! chowaj Boże! gdzież znowu! Najlepsza w świecie kobieta — rzekł Drabczewski — tylko ja do tego życia nie mogłem nawyknąć. Trajkotała mi tak nad głową od rana do nocy, że nic myśleć nie było podobna.
Zaczął się w czoło bić. — A, jak człowiek nie myśli, to co wart? Bydlęciem jest...
— Zmiłujże się, trzeba było namyśleć się wprzódy nimeś się ożenił — rzekł kanonik. Gdy raz zawarłeś ślub, obowiązkiem twoim żyć z żoną.
— Ale, proszę księdza kanonika — zawołał żywo p. Adam — kiedy jej zupełnie wszystko jedno. Bywało zacznę mówić co o istności, istnieniu i stawaniu się, o duchu i materyi...
Raz mnie z powodu materyi zagadnęła — czy w paski czy w muszki!!
A bylem zamknął usta, zaczynała o cenach mięsa, chleba, o suszonych grzybach, o stęchłych jajach a i to całemi godzinami...
Powiadam księdzu kanonikowi, że myśleć nie mogłem. Pocałowałem więc ją w czoło i powiadam. Moja kochana — ja tobie zawadzam, pójdę ja sobie do mojej chaty. Z początku zakrzyknęła, ale gdym jej wytłumaczył, że się żadna krzywda nie stanie, że zostawię jej wszystko.., popłakała trochę i zgodziła się.
Kanonik głową poruszał...
Drabczewski nigdy już potem nie powrócił do żony, a z pobytu w Warszawie zostało mu to tylko, że często zadawać był zwykł pytanie.
— Proszę? czy pan wie co to jest kobieta?