Filozof (Kasprowicz)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kasprowicz
Tytuł Filozof
Pochodzenie O bohaterskim koniu i walącym się domie z Dzieła poetyckie Tom 6
Data wydania 1912
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze E. Wende i Sp. (T. Hiż i A. Turkuł)
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tom 6
Pobierz jako: Pobierz Cały tom 6 jako ePub Pobierz Cały tom 6 jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom 6 jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XXV.
FILOZOF.

Nazywali go »chuchem«, co po żydowsku znaczy rabin albo filozof.
Zwykle przydomek ten dostaje się znachorom i innym owczarzom, leczącym »Bożą-wolę«[1] święconem winem.
On znał jeden tylko środek, żywokost, skuteczny na połamane kości w ręku lub w nodze.
Sam go jednak nie stosował, nie bardzo mu ufał.
Zresztą — powiada — na co ma się człowiek kurować? Zdrowy niewiele jest wart, cóż dopiero, gdy się nadweręży. Najlepiej niech umrze.
A choćby się nawet i wylizał, może uderzyć w niego piorun i zabić.
Tak przed laty zginęła jego matka... Ha! ha! ha!...
A jeśli nie padnie od gromu, gotowo się zdarzyć, że, płynący łodzią, utonie w rzece — w biały, spokojny dzień...
Tak przed laty zginął jego ojciec... Ha! ha! ha!...
Albo przyjdzie niewiadomy dławiciel, rumianego dzieciaka uchwyci za gardło i, nim konie zaprzęgną po doktora, udusi...
Tak przed laty zginął jego młody braciszek... Ha! ha! ha!...
Jest — mówi — gdzieś coś takiego, czego okiem nie dojrzysz, a co chodzi za nami i czyha, jakby nam podstawić nogę... Na gładkiej drodze język wywalisz, zipniesz raz i drugi i koniec...
Na to wszystko najlepsze byłyby skrzypce, ino że śmiertelnik akuratnie nigdy grać się nie nauczy...
Grywał-ci i on przed laty — ha! ha! ha! — do ucha dziewczynie, którą sobie wziął niby za żonę...
Po niejakim czasie rzekła mu połowica:
— Grywasz na starą nutę! Trzeba koniecznie odmiany! Teraz w modzie jest »szot«[2].
Próbował na ton »szota«, nie wydołał.
Za to jednego wieczora spotkał ją na zapłociach, z parobkiem.
Wyrwał kół, przyjacielowi jeszcze bardziej spłaszczył łopatki, babę wypędził, skrzypce potrzaskał... Ha! ha! ha!
Od tej chwili tłomaczył, że sosnówki to instrument, który nas wodzi na pokuszenie, a kobieta jest by kostrzewa.
Szatan posiał ją w zbożu ku wielkiej mitrędze ludzi i Boga.
Zmielona z innem ziarnem i upieczona na chleb, sprawia gorzkość na podniebieniu i ból w żołądku.
Od tej chwili też, w dobrym będąc humorze, zadawał sąsiadom i niesąsiadom rozmaite pytania, na które odpowiadali, jak mogli.
Zawsze ich poprawia — na swoją uciechę.
Lubił pszczoły, bo — brzęczą, i czajki, bo — krzyczą.
Raz, z podwiesną, kiedy wiklina stroi się w »kocie łapki«, spotkałem go na żółtych jeszcze łąkach.
— A wiesz ty, smyku, po coś tu przyszedł? — zagadnął małego wówczas gęsiarka.
— Nie wiem.
— Ja ci powiem: Chałupa wasza nizką ma powałę, kominaście jeszcze nie wyprowadzili, dym cię gryzie, tak myślisz, że ci tu będzie weselej.
— Prawda.
— A może lubisz patrzeć na trawę, jak rośnie, i na wodę, jak płynie?
— Juści.
— A może rad też słuchasz krzyku czajek?
— Jo...[3]
— Rozumiesz je?
— Krzyczą, bo krzyczą.
— Głupiś! Wołają nad bagnami: Pójdź-tu! Pójdź-tu! Czajka to jest — Śmierć...


∗                    ∗

Pewnego dnia zadął ogromny wicher, dyabelskiemi garściami zgarnął suchy piasek z dróg i słupem olbrzymim rzucił go w niebo — na szyd...
Wierzby zadrżały, topole jęły płakać szumem, jakiego nie słyszano oddawna, trawa przykucnęła z lękiem do ziemi, woda w jeziorze wydęła ciemne brzuszysko i grubymi jęzorami jadła nadbrzeżne błoto.
Bydło rwało się z postronków, a czarny kogut, który przed chwilą, płomiennym potrząsając grzebieniem, zabierał się do deptania kur, rozczapierzył zesztywniałe skrzydła, zapiał przeraźliwie i znikł bez śladu. Widno zły duch, którego spłoszył silniejszy odeń Lucyper.
Po wsi gruchnęła wieść, że Marcin Kabłąk, który odbył wojnę francuską i za waleczne zabijanie ludzi otrzymał nawet krzyż, powiesił się w stodole, na belce.
Nie wiadomo, z jakiej przyczyny.
Podobno cniło mu się na sumieniu, iż nie został jenerałem i że jego kamrat więcej przywiózł luidorów, niż on.
Miał też różne nieszczęścia: na jarmarku oszukano go przy sprzedaży konia; na mokrej, sąsiedzkiej lucernie wzdęła mu się krowa i padła, a pijany dziad odpustowy, któremu nie dał nic do worka, prorokował mu, że długo panować nie będzie, bo nie zna miłosierdzia.
Martwił się przytem, że jednak pod Gravelotte i Metzem trochę za dużo mordował.
Spowiadał się nieraz, spokoju nie zaznał.
Jeden ksiądz powiedział mu, że wojna to grzech jest najśmiertelniejszy, za który niema odpuszczenia, ale posłusznym być trzeba, bo władzę sam Bóg ustanowił; kazał mu więc leżeć krzyżem na sumie przed wielkim ołtarzem.
Drugi ksiądz mówił, że Francuzów nie szkoda, bo jest naród heretycki; starzy ludzie pamiętają, jak biwakowali po kościołach i z świętych obrazów robili sobie onóczki na zmarzłe nogi; że jednak w Ewangelii napisano: nie będziesz przelewał krwi brata swego, przeto za pokutę kazał mu kupić żałobną chorągiew i złożyć kilka funtów wosku na świece — do katafalku.
Trzeci ksiądz rzekł mu zaperzony: nie to cię gryzie, żeś ludzi kłuł bagnetem, a tylko to, iż dobrowolnie żadnej nie dajesz ofiary. Tumanisz się przed Bogiem i większy występek osłaniasz mniejszym. Obłudny jesteś i chytry, niebiosa ci nie przebaczą.
Tylko czwarty, siwy, jak gołąb, staruszek, zwiędły i pomarszczony, bezzębnemi szepnął mu wargami: Ja jestem biedny i ty jesteś biedny, my wszyscy jesteśmy biedni...
To mu nieco ulżyło, nie na długo...
Zeszli się ludzie do wisielca, przywlókł się i »chuchem«...
Śmiał się: To się nazywa życie... Ha! ha! ha!
Ten i ów popatrzył na niego z ukosa i splunął.
A jedna z kobiet, która mu nie mogła darować kostrzewy, poczęła go lżyć:
— Na zatracenie poszedł, święconą wodą go nie pokropią, pochowają go pod burtą cmentarnego rowu, z północka dusza jego wołać będzie dżdżu, a ten się chichoce... Licho już i dla ciebie kręci sznureczek...
— Niech kręci, ino że ja po niego palców nie wyciągnę... Chyba mi go samo założy na szyję!
Zobaczył mnie.
— Chodź — powiada — posłuchamy brzęku pszczół...
Położyliśmy się w małej pasieczce.
— A wiesz ty, smyku, co one gwarzą?
— Nie!
— Ja ci powiem:
Nie został jenerałem, to nie został.
Nie dużo przywiózł luidorów, to nie przywiózł.
Oszukali go na koniu, to oszukali.
Padła mu krowa, to padła.
Kazał mu ksiądz leżeć krzyżem, to kazał.
Powiesił się, to się powiesił.
Gdyby się nie powiesił, toby go zabił piorun. Ha! ha! ha!
A nie zabiłby go piorun, toby utonął w rzece. Ha! ha! ha!
Nie utonąłby w rzece, zdusiłby go niewiadomy dławiciel! Ha! ha! ha!
Nie zdusiłby go dławiciel, to inną zginąłby śmiercią — prędzej czy później! Ha! ha! ha!
Czas jest czas, a śmierć jest śmierć...


∗                    ∗

Nadziwowałem się »kocim łapkom« na wiklinach, napatrzyłem się trawom, rosnącym na bagnistych łąkach, nasłuchałem się krzyku czajek i brzęku pszczół, szumu wierzb i płaczu topoli i z skrzypką sosnową w zanadrzu poszedłem w świat...
Narzędzie było nieszczególne, bo gdym raz zagrał na weselu, powiedziano, że nuty nie słychać i nogi według tego w tańcu chodzić nie umieją.
Ale to mnie nie stropiło.
Rzuciłem zbiegowisko ludzkie, gromadzące się na targach, pod ścianą domów publicznych, w oknach olbrzymich kamienic, u stóp wyniosłych pomników, pod łukami żelaznych mostów, na marmurowych schodach katedr, w salach balowych, w gmachach giełdy i kantorach bankierskich, i szedłem dalej.
Coś mi się uwidziało, że jeśli muzyka moja nie podoba się kupcom, handlarzom i — mojej dziewczynie, to stworzoną jest na to, by ją pojęły błękity nieba i biedne, nieszczęśliwe dusze, żebrzące jałmużny u bram wieczności.
Coś mi się uwidziało, że w skrzypcach moich żywe jest serce i że chwilami przemawia z nich siła i moc.
Myślę sobie: spróbuję się z morzem, chcę się przekonać!...
Poszedłem — niemal o proszonym chlebie, czeladnik z kuźni świata, który marzył o wykonaniu majstersztyku.
Dzień był słoneczny, lecz wicher dął gwałtownie od zachodu.
Rybacy przestrzegali:
— Będzie burza! Tylko szaleniec odbija w taki czas od brzegów.
— Odbiję! Kto ze mną siądzie do łodzi?!
Znalazł się między nami jeden śmiałek, rozumujący:
— Jeśli nie utonę, zgładzi mnie piorun, nie zgładzi mnie piorun, to inną zginę śmiercią! O czas mi nie chodzi! Ja z tobą na fale!...
Popłynęliśmy tak daleko od lądu, ja i ten drugi, że ocean opierał się w krąg o nieboskłon, a kiedy nagłe zjawiły się chmury, granice znikły i strop i głąb stopiły się w straszną, tajemniczą, wilgocią mgieł napełnioną kulę.
Kołysało się morze szerokiemi płaszczyznami, postrzępioną, białą pianą obryzgując nam twarz i żagle.
Dobywszy skrzypek, w pięciostrunnej melodyi usiłowałem zamknąć żal i pytanie, dlaczego dziać się tak musi, że jeśli człowiek nie utonie, to zabija go piorun, a nie ginie od pioruna, to inna moc go powala... i czem jest życie i co jest śmierć...
Wiekuisty Ocean przysłuchiwał się z początku zdumiony, że wobec jego majestatu śmie się odzywać echo śmiertelnego człowieka, zamknięte w dźwięk prostych, sosnowych skrzypiec.
Przedrzeźniał ten dźwięk miarowem, rytmicznem uderzaniem w pierś naszej łodzi, lecz nagle, zerwawszy się do wtóru niesłychanej nawałnicy, w niesłychanym pochłonął rozszumie najsilniejsze brzmienia mych strun.
Przypomniały mi się słowa »filozofa«, że sosnówki to instrument, który nas wodzi na pokuszenie.
Ostatkiem sił, gnany przestrachem, ledwie dotarłem do lądu.
Wzięła mnie chęć roztrzaskania skrzypek, tak, jak wówczas, kiedym na staroświecką nutę zagrał mojej dziewczynie, żądnej »szota«.
Ale było mi żal — tak, jak wówczas...
A możem stchórzył.
A może licho czekało, aż sam wyciągnę palce po sznurek...
Upokorzon i ośmieszon przez nieogarnięty i niezgłębiony Żywioł, w rodzinne powróciłem gniazdo, gdzie Marcin Kabłąk, który za waleczność otrzymał krzyż, nie zaznał spokoju, aż się powiesił, i gdzie »chuchem« tłomaczył mi krzyk czajek i kazał słuchać brzęku pszczół.
Anim się spostrzegł, że od tej chwili upłynął cały niemal żywot ludzki.
Nie miałem nadziei, że jeszcze popatrzę mu w oczy.
Żył...
Siedział na ławeczce, pod chałupą w pasiece.
Łysy, z sinemi dziąsłami, z brodą dawno niegoloną, podobną do jesiennych ściernisk, osnutych pajęczyną.
W rozpiętej koszuli na wklęsłej, zczerniałej piersi, w spodniach, przepasanych powrósłem, bosy, patrzał bezmyślnie w słoneczny przestwór.
— Już wam też będzie ze sto lat...
— A będzie.
— Nie poznajecie mnie?
— A nie poznaję.
— Pamiętacie bagna i czajki?
Uśmiechnął się i wlepiwszy we mnie nawpół umarłe źrenice, bełkotał:
— Widzę, masz skrzypeczki. A nauczyłeś się grać akuratnie?
— Nikt się jeszcze nie nauczył!...
— Ja swoje potrzaskałem.
— Mnie żal... A możem stchórzył... Żyję, więc — —
— Słyszysz jak brzęczą pszczoły: Żal ci, to żal ci... Stchórzyłeś, to stchórzyłeś... Żyjesz, to żyjesz... Umrzesz, to umrzesz... Ha! ha! ha...
Ale śmiech ten był już tak cichy, prawie tak niedosłyszalny, jak szelest skrzydlatej duszy, stojącej nieruchomie u bram wieczności...



Grafika na koniec utworu.jpg


Przypisy

  1. Epilepsya.
  2. Taniec szkocki.
  3. Tak.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kasprowicz.