Ferenike i Peisidoros/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania

Jak zawsze tak i w tej 88 Olimpiadzie (r. 428 przed Chr.) igrzyska przypadły na miesiąc Hekatombajon, odpowiadający drugiej połowie czerwca i pierwszej lipca. Tej nocy była właśnie pełnia księżycowa po letnim przesileniu, nazajutrz tedy, wedle prastarego zwyczaju, rozpoczną się uroczystości olimpijskie. Toteż pusta i cicha kiedy indziej dolina krętego Alfejosa zaroiła się już od kilku dni tłumami ludzi.

Pierwsi zjechali ze wszech stron przekupnie i kramarze. Powbijali w piasku nadrzeczne setki wysokich kołów, powiązali jedne z drugimi za pomocą poprzecznych żerdzi, a nakładłszy na nie gałęzi uciętych świeżo, poczynili sobie cieniste letniki, gdzie na stołach i ławach rozłożyli najrozmaitsze towary. Stały tam rzędami piękne wyroby zdunów attyckich, korynckich i apulijskich: więc potężne kratery do mieszania wina z wodą, podobne dzwonom glinianym, wykwintne amfory dwuuche, o liniach giętkich i płynnych, smukłe lekythy i krągłe hydrie na wodę, wdzięczne ojnochoy, nalewki do wina, cudne kylixy, czyli płaskie czasze do picia i misy wyrabiane misternie, a wszystko na tle czarnym jak heban, pomalowane w czerwonawe postaci bogów i bohaterów, liście i palmety. Obok można się było napatrzeć wytwornym brązom z Koryntu i Sykionu, posążkom bóstw, bogato rzeźbionym trójnożkom ofiarnym i wysokim lampaterom, co w kształcie zdobnych kolumienek wystrzelały z prześlicznej podstawy. Złotnicy z Aten i Syrakuz wystawili cuda swojej sztuki: wisiory i kolczyki wzorzysto wite z drucików cienkich jak włos, naramienniki, naszyjniki, zapinki mistrzostwem niezrównanym cenniejsze stokroć bardziej niźli drogością kruszcu. Dalej wisiały na sznurach piękne chitony doryckie sięgające do kolan, tkane z cienkiej białej wełny, i jońskie, długie aż do ziemi, z przedniego lnu zdziałane; himationy * dla mężów i niewiast, mlecznobiałe i szafranem zabarwione; chlamidy* krótkie i fałdziste, przeznaczone do jazdy konnej dla młodzieńców. I dla ubogiego ludu nie brakło tańszej odzieży ni błyskotek ze srebra i pozłacanej miedzi, ni glinianych naczyń pospolitszych, ale zawsze o szlachetnym kształcie. Jest wszędzie czym pożądliwe oczy nasycić. Nie ucierpią też głodu mnogie rzesze z najdalszych krańców helleńskiego świata. Oto na ziemi stoją szeregami kobiałki pełne chleba i kołaczów; beczki z owocem oliwnym zaprawianym w occie, a drugie pełne ryby solonej; groch i bób, gotowany świeżo, dymi jeszcze w kotłach, gdzie indziej piętrzą się baryłki suszonych fig zeszłorocznych i rodzynków korynckich, a przy nich uśmiechają się w słońcu kosze wisien, jabłek i gruszek.

Półnadzy, ledwie skórami przysłonięci pasterze z Arkadii i Mesenii na grzbiecie mułów nawieźli gomółek białego sera i przygnali przed sobą całe trzody baranów i kóz gwoli ofiar dla bogów i pożywienia dla ludzi. Eleja dopędziła stada rogatego bydła. Na postój wszystkim onym zwierzętom wytyczono w dole rzeki obszerne zagrody, kędy i skotarze legli przy swoim dobytku.

Ostatniego dnia od rana do wieczora nadchodziły nieprzerwanie gromadne theorie, orszaki pątników, świetne i strojne, co z pieśnią na ustach i bezcennymi darami dla piorunnego rodzica bogów i ludzi spieszyły zewsząd, gdzie jeno podzwania melodyjna grecka mowa. Jedni lądem ciągnęli z Peloponezu, Attyki, Bojotii, Tesalii, drudzy, wydrążonymi statkami przepłynąwszy słone morze, zawijali na zachód do Olimpii, do elijskiego portu, Phel: tych z dalsza jeszcze wiodło plemienne poczucie helleńskie, z kresów odległych wschodu i zachodu, z Wysp Egejskich i małoazjatyckich wybrzeży lub z Wielkiej Grecji i Sycylii. Pozłociste rydwany, zaprzężone czwórką rumaków w jeden rząd, wiozły możnych młodzieńców, którzy jechali stanąć do wyścigu w hipodromie. Tłumnie było i gwarno nad Alfejosem. Wpośród nieprzeliczonego pogłowia ludzkiego nie brakło żadnego stanu ni zawodu: wolni obywatele i niewolnicy, sławni dostojnicy demokratycznego rządu miast i rzeczypospolitych całej Grecji, samowładni tyranowie jońskich osad w Azji Mniejszej, otoczeni służbą i dworakami; poeci, artyści, mędrcy, których imiona brzmiały na ustach wszech ludów helleńskich, a w ciżbie ocierali się o nich śpiewacy wędrowni z kitharą przewieszoną na pasie, fletniści najemni, tancerze, kuglarze, skoczkowie. Nie widno było jedynie bohaterów dnia jutrzejszego, bo siłacze i szybkobiegacze, zapaśnicy i szermierze, według przepisów olimpijskich, już od wielu tygodni przysposabiali się do uroczystego wystąpienia, odbywając nieustannie próby i ćwiczenia w obrębie Altis, Gaju Świętego, w gimnazjonie na ten cel umyślnie zbudowanym. Niewiele też było kobiet, odwieczny bowiem surowy zakaz bronił im wnijścia do Gaju Świętego, w czasie trwania igrzysk, pod okropną karą: która by się ważyła nogą stąpić do Altis, bez miłosierdzia strącona będzie ze Skały Typajońskiej, co dziko sterczy po tamtej stronie rzeki.

We dnie pod skwarnymi promieniami słońca wrzało i huczało nad Alfejem stutysięczne owo mrowisko ludzkie, lecz kiedy noc ambrozyjska pościerała z nieba i z gór ostatnie promienie zorzy wieczornej i świat przesłoniła ciemnością, jęły powoli gasnąć ognie, a gwar w dolinie cichnął i ustawał. Niebawem spoza Gór Saurosu wytoczył się na wschodzie wielki, pełny krąg miesiąca, rozpostarł mleczną swoją poświatę po lesistych wzgórzach, deszczem srebrnych skier jął dygotać po rzece, ubielił kolumnady świątyń, majaczące między drzewami Gaju Świętego.

Z dala od obozowiska, na piaszczystym brzegu Alfeja siedziało dwoje ludzi. Rozmawiali szeptem, ale z piersi wezbranej wyrywało się im czasem głośniejsze jakie słowo. Milkli wtedy nagle i trwożnie oglądali się dokoła.

— Bądź o mnie próżen obawy — mówiła kobieta. — Ślubiłam Zeusowi trójnóg pozłacany, Herze zasię trzykroć po dziewięć jałowic na ofiarę. Wysłuchają mnie i osłonią. Ty jeno bądź roztropny w słowach i postępkach.

— Nie czyń tego! Nie czyń tego! — szepnął chwytając ją za rękę. — Sama nad sobą litość miej... i nade mną!

— Mówisz jak dziecię małe, które nie wie, czego się lęka...

— Wiem... i ty wiesz dobrze.

— Ale ja nie umiem się bać i co postanowiłam, uczynię — odrzekła z mocą.

— I ja się nie bałem. Z daleka wydawało mi się to łatwe... Ale teraz, tutaj — urwał nagle, podźwignął się na kolana i ręce złożył przed nią błagalnie:

— Nie czyń tego! — wołał. — Na głowę moją, na cień ojca proszę cię, matko, nie czyń tego!!!

Księżyc padał mu na młodą, piękną twarz i lśnił w oczach jego wilgotnych.

— Ciszej, ciszej... Tu może kto być — szeptała gładząc mu policzki. — Siądź przy mnie, słuchaj, mówmy spokojnie.

Usiadł, ale źrenic nie odejmował od niej; obie jej ręce ujął w swoje i rzekł niedosłyszalnym prawie szeptem:

— Widziszli, matko, tę skałę? Pożryj! Wiesz?... — i wskazał ku Typajonowi.

Drgnęła, lecz nie odrzekła nic. Przez chwilę milczeli oboje. Alfejos u nóg im pluskał, tocząc nurty wysrebrzane miesiącem. W ciszy nocnej dolatywały niewyraźne szmery obozowiska, co snem znużone dyszało. Nie opodal przy wtórze lutni głos jakiś młodzieńczy śpiewał odwieczną dorycką piosenkę Alkmana:

To nie Kyprida to Eros szalony
Igra, swawoli.
Buja po kwieciu; więc kwiatów korony
Nie tykaj... boli!

Po chwili matka zaczęła półgłosem:

— Posłuchaj mnie, Pejsidorze. Dziad mój po dwakroć w Olimpu zwyciężał. Dzieckiem pomnę, jak umierając kazał sobie zeschłe szczątki wieńca dać do grobu. Trzynaście lat mi było, gdy po raz pierwszy z matką tu przyjechałam. Rodzic miał się w podwójnym biegu ścigać, a my zostałyśmy nad Alfejem. Cały dzień czekałyśmy z bijącym sercem. Otrzymał wieniec, a posąg jego, zdziałany ręką Kalliklesa Megaryjczyka, w Gaju Świętym stoi. Po dwakroć byłam tu później, gdy ojciec twój potykał się w zapasach i w walce na pięści. Ale oczy moje nie patrzyły na te dwa dni chwały, w życiu jego najpiękniejsze. Na piaskach nabrzeżnych od rana do wieczora przesiedziałam w udręczeniu między obawą a nadzieją. Czasami dolatywały mnie od stadionu okrzyki, myślałam, że krew tętniąca rozsadzi mi skronie; płakałam i modliłam się bogom. Odniósł wieńce obakroć; Myron *, uczeń Ageladasa, jego posąg uczynił rzucającego dyskiem. I postawion jest wedle świątyni Zeusa. Dwaj bracia moi także wieńce tutaj brali. A twój starszy brat, co mi go tak młodo pożarła wnet ona wojna nieszczęsna — pamiętasz jeszcze, jak powracał do domu zwycięzcą z Olimpii, witany radością całego miasta? Nie byłam tu, kiedy biegał w stadionie, od śmierci ojca twojego w domu zagrzebana. I na cóż mi było przyjeżdżać? Na to chyba, iżbym znowu pod bramą jako pies wyczekiwała, niepokojem nękana? Żywiąca ziemia wszystkich mi zabrała, tyś mi sam jeden pozostał. Wnuka, córka, siostra, żona, matka zwycięzców, zawczasu dałam cię uczyć sztuki wszelakich mocowań i biegów. Pomnisz, jak z domu wyjeżdżając prosiłeś mnie: „Jedź ze mną, matko!”

— A ty mi rzekłaś wtedy: „Cóż po tym? Zwycięstwa, choćbyś je wziął, i tak nie obaczę...” Jakiś mi dajmon złowrogi podszepnął myśl tę szaloną, iżbyś w przebraniu mistrza gimnasty weszła do Altis.

— Synowskie serce myśl ową ci podpowiedziało, ja zasię macierzyńskim do niej przyrosłam.

— Kara jest okropna, śmierć nieodwrócona, gdyby cię poznali.

— Wiedziałam o tym pierwej, nimem cię porodziła.

— Od niepamiętnych czasów nie ważyła się na to żadna białogłowa.

— Nikt podejrzeń tym-ci pewniej mieć nie będzie...

— Ja truchleję, matko. Pomyśl o tym, co cię czeka!

— Obcięłam włosy; łzy słone zmyły — lata mi starły z twarzy krasę niewieścią.

— A jeśli cię wyda ruch albo głos kobiecy?

— Zdaj to na bogów i Doli ostaw nieubłaganej.

— Co będzie, co będzie z tego?! Łamał ręce i chwiał smutnie głową.

Położyła mu rękę na czole, a potem nagłym ruchem objęła go za szyję i przycisnęła do piersi, jak za dawnych lat, kiedy był małym pacholęciem.

— Nie trap się, dziecko moje — mówiła cicho i łagodnie — wiem ja, czego chcę. Lepiej mówmy o tym, jak wziąć przed się wykonanie tego, co być ma! Lecz pierwej przypatrz mi się jeszcze.

Obejrzała się szybko dokoła, jakby się chciała zapewnić, iż nikt nie podgląda, po czym jednym ruchem zrzuciła z głowy himation, którym cała niemal do stóp owinięta była. Spojrzał i sam ledwie mógł oczom uwierzyć. W bladym świetle księżyca widział głowę jakoby nie matczyną, jeno jakąś obcą; porastały ją kędziory niedługie i odgarnięte z czoła jak u mężów. I twarz wydawała się niekobieca: przywiędłe, lecz jeszcze piękne i proste jej rysy nabrały męskiej prawie siły; zaciśnięte usta miały wyraz niezłomnej woli. Spostrzegłszy nieme zdumienie syna, uśmiechnęła się doń i prędko na głowę naciągnęła himation. Znowu miał przed sobą matkę.

— A co! Wierzyszli teraz, iż mię nikt nie pozna? — pytała.

Rozpogodził się nieco.

— Jutro ze wschodem uroczysty pochód po Gaju, potem do południa bogom ofiary całopalne czynią. Jutro nie pójdę. Chcę dnia twojego czekać. Wonczas wmieszam się o świcie między gimnasty i z tobą razem jako mistrz twój do stadionu wnijdę.

— To można by uczynić najsnadniej.


— Mistrze gimnaści, czyli mają tam osobne miejsce?...

— U mety; obok dziewięciu hellanodików...

Długo tak jeszcze oboje między sobą szeptem radzili. Tarcza miesiąca wysoko płynęła po niebie, kiedy się żegnali uściskiem. Patrzyła za nim chwilę rozmiłowanymi oczyma: widać go było, jak biegł między zachodnim murem Altis a lewym brzegiem Kladeosa, co z szumem wody swoje do Alfeju toczy. Tam palajstra zbudowana była i gimnazjon rozległe dla siłaczy.

Kiedy jej zniknął za węgłem palajstry, matka nawróciła ku namiotkowi, który dla niej rozbili byli słudzy. Wtem zimny dreszcz nią wstrząsnął: przed nią daleko, po tamtej stronie rzeki, rysowały się wyraźnie w blasku miesięcznym urwiska typajońskie...