Ewa (Wassermann)/Zanim pęknie srebrna nić/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
5.

Letycja była z mężem na przedstawieniu w operze w Buenos Aires. Grano operetkę, pustą i jałową, jak piach pampasu.
W loży sąsiedniej siedział przystojny młodzieniec i Letycja dostrzegała mimo woli raz po raz rzucane przezeń, pełne uwielbienia błyski oczu. Nagle uczuła silne szarpnięcie za ramię. Uczynił to Stefan, który bez słowa rozkazał, by z nim wyszła.
W przyciemnionym kurytarzu zbliżył swą błękitnawo białą twarz do jej ucha i syknął:
— Jeśli raz bodaj jeszcze zerkniesz ku temu błaznowi, wbiję ci sztylet w serce. Zastosuj się do mych słów. My nie bawimy się w ceregiele, gdy idzie o tego rodzaju sprawy.
Wrócili do loży. Stefan śmiał się, łyskał zębami jak torero i wsadził w usta kawałek czekolady. Letycja spoglądała nań z boku dumając z zaciekawieniem, czy istotnie ma przy sobie sztylet.
Gdy wrócili nocą do estancji, dławił ją Stefan formalnie uściskami. Odsuwała go, prosząc jednocześnie:
— Stefania, pokaż mi sztylet. Daj mi go, chcę widzieć.
— Co za sztylet, głupiutkie stworzenie? — spytał zdziwiony.
— Ten, który mi chciałeś wbić w serce.
— Daj pokój! — odparł głucho. — Nie pora teraz mówić o morderstwie i sztylecie.
Nalegała uporczywie, by jej pokazał sztylet. Wówczas odsunął się od niej i popadł w ponurą zadumę.
Letycja przekonała się, że może z nim igrać dowolnie. Nie bała się już jego ponurej zadumy, jego wielkiej czaszki, byczego karku, ust warg pozbawionych, bladej twarzy, ni małych, a tak silnych dłoni. Wiedziała już, że może z nim igrać do woli.
Wielkie świetliki latały po powietrzu, obsiadając gęsto trawę. Gdy powóz stanął przed willą, uczyniła gest okrężny, wydając okrzyki zachwytu. Padał istny deszcz skier. Świetliki otaczały ruchomą chmurą okna, dach, festony pnących roślin, a nawet wpadały do sieni.
Stojąc u ciemnych schodów, podziwiała fosforyczne błyski, potem zaś spytała głębokim tonem trwożnie, zaledwo dostrzegalnym nalotem autoszyderstwa:
— Drogi Stefanie... powiedz... czy one nie mogą wywołać pożaru?
Murzyn Scipio, który właśnie wyszedł przede drzwi z lampą, usłyszał to i wyszczerzył zęby w uśmiechu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.