Ewa (Wassermann)/Zanim pęknie srebrna nić/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
15.

Cichą, bezwietrzną nocą, pod chłodnem lśnieniem gwiazd opuścili wieś. Żaden odgłos nie mącił ciszy.
— Jak długo byłeś pan u Ribbecków? — spytał nagle Krystjan.
— Dziewięć miesięcy! — odrzekł Amadeusz. — Gdym przybył do Halbertsroda wszystko pokrywał śnieg i zamróz i taksamo było gdym wyjeżdżał. Czasu mego pobytu minęła wiosna, lalo i jesień.
Przystanął, spoglądając za jakiemś zwierzątkiem, które w ciemku przekroczyło ścieżkę i znikło w bruździe zagonu. Potem zaczął mówić, zrazu głosem urywanym, twardym, potem żywo, porywczo, w końcu zaś brakło mu oddechu. Zboczyli z drogi nie zauważywszy lego. Było już późno, oni jednak nie myśleli o godzinie.
Voss opowiadał:
— Nie widziałem nigdy jeszcze takiego domu. Dywany, obrazy, obicia, srebra stołowe, liczna służba, wszystko to było mi nowością. Nie jadałem nigdy takich potraw, nie spałem w lakiem łóżku. Przybyłem z pośród czterech nagich ścian, gdzie się mieściła jeno półka z książkami i krucyfiks.
Chłopcy mieli jednaście i trzynaście lat. Starszy był jasnowłosy, smukły, młodszy czarny i przysadkowaty. Włosy spływały im jak grzywy, aż na ramiona. Od pierwszej chwili stawili urągliwy opór. Radczyni z początku nie widywałem wcale, dopiero po tygodniu wezwała mnie. Czyniła wrażenie młodej dziewczyny. Miała rdzawe włosy i bladą, onieśmieloną, nierozwiniętą twarz. Traktowała mnie z lekceważeniem, na które nie byłem przygotowany i krew uderzyła mi do głowy. Jadałem osobno, nie przy wspólnym stole, a służba obchodziła się ze mną jak z kolegą. Gryzło mnie to bardzo. Gdym, spotkawszy radczynię w ogrodzie składał ukłon, zaledwo raczyła odpowiedzieć, nieświadomie i bezczelnie zarazem gardząc człowiekiem, którego opłacała. Byłem dla niej niczem.
Taką jest zbrodnia popełniania od całych pokoleń na duszy mojej. O wy, którzy krzywdzicie duszę moją, czemuż skazaliście mnie na niedostatek? Czemuż mi zbrakło wszystkiego, podczas gdy wy żyjecie w przesycie? Jakże może człowiek głodny wytrzymać próbę, narzuconą mu przez kusiciela we własnej osobie? Nie sądź pan, że rozrzutność wasza przemija bez echa. Każdy czyn, zły, czy dobry tętni w całej naturze. Gdy winograd na Maderze zakwita ponownie, daleko za górami i lasami, wino w beczkach, zeń wyciśnięte porusza się i zaczyna fermentować raz jeszcze.
Pewnego dnia chłopcy zamknęli się w swoim pokoju i odmówili przybycia na lekcję. Targałem klamkę, oni zaś przedrżeźniali mi się wewnątrz. W kurytarzu służba śmiała się z mej niemocy. Poszedłem do ogrodnika, wziąłem siekierę i trzema ciosami przerąbałem wkładkę. Za chwilę byłem w pokoju. Chłopcy spoglądali ze zdumieniem, zrozumiawszy na koniec, że ze mną żartować nie można. Łoskot zwabił radczynię. Objęła spojrzeniem zrąbane drzwi, potem zaś mnie. Wzroku tego nie zapomnę nigdy. Nie spuszczała mnie z oczu przynajmniej przez dziesięć minut, podczas gdy mówiłem do jej synów.
— Na cóż się ważysz? Któż jesteś? — pytała bezgłośnie. Zobaczywszy pod drzwiami siekierę, przystanęła na chwilę i widziałem, że ją przejął dreszcz. Miałem świadomość, że chorągiewka na dachu zmieniła kierunek, a jednocześnie jasnem mi było, że mam przed sobą kobietę.
Nie położyło to końca znęcań się wychowanków moich. Przeciwnie, dokuczali mi co wlazło. Postępowali teraz tajemnie i przychwycić ich nie mogłem. Znajdywałem w łóżku kamienie i szpilki, plamy atramentowe w książkach, oraz rozdarli mi w sposób nieuleczalny najlepsze ubranie, jakie ze sobą przywiozłem. Szydzili ze mnie przy innych, miotali na mnie oszczerstwa wobec matki i spozierali na mnie wyzywająco, gdym ich t karcił. Nie były to zwyczajne figle głupich wyrostków. Byli oni bardzo wydelikaceni, rafinowani. Unikali przeciągu, kazali palić w pokojach tak, że się w głowie mąciło i mieli na myśli jeno własne wygody. Pewnego dnia pobili się i młodszy ukąsił starszego w palec. Poszkodowany legł na trzy dni do łóżka i zawezwano lekarza. I tutaj nie odgrywała głównej roli wrażliwość na ból, ale niezgłębiona złośliwość i żądza zemsty.
Traktowali mnie jako istotę daleko niższą od siebie i przy każdej sposobności dawali odczuwać zależność l swoją. Nieraz gorzko mi było, ale postanowiłem ćwiczyć się w cierpliwości.
Pewnego wieczoru, po godzinie wyznaczonej chłopcom, by szli spać, wszedłem do salonu. Radczyni siedziała na otomanie, a chłopcy przykucnęli po obu stronach matki, która im pokazywała obrazki w książce. Miała włosy rozpuszczone, co uznałem za niewłaściwe, a rudawa la fala okrywała ją, wraz z chłopcami jakby płaszczem z brokatu. Chłopcy wlepili we mnie złe, zielone oczy. Rozkazałem im, by natychmiast szli spać. Było w moim głosie coś, co ich przeraziło, zmuszając do posłuszeństwa. Wsiali bez oporu i wyszli.
Adelina została na otomanie. Będę ja zwał poprostu Adeliną, co czyniłem zresztą w późniejszych naszych stosunkach. Patrzyła na mnie taksamo jak w czasie sceny z siekierą. Nie sposób być chyba bledszym jak ona była zawsze, teraz zaś skóra jej nabrała przejrzystości i połysku łyszczyku. Wstała, podeszła do stołu, wzięła jakiś przedmiot i położyła go z powrotem. Miała na ustach drwiący uśmiech, który mnie przeniknął nawskróś. Cała ona zresztą przeniknęła mnie. Pan pewnie weźmie to opacznie, ale mniejsza. Jeśli pan nie zrozumie, na nic wszelkie objaśnienia. Zapadła się nademną skorupa i zobaczyłem co było powyż niej.
— Wierzę i rozumiem pana! — rzekł Krystjan.
— Zapytałem, czy życzy sobie może, bym jej dom opuścił. Ona odparła lodowało, że zaangażował mnie radca, przeto musi mu być powolną. Przedstawiłem, że wobec jej niechęci, nie mogę działać korzystnie i dać rezultatów. Spojrzawszy z pod oka powiedziała, że niezawodnie znajdzie się jakiś sposób wspólnej akcji, nad czem pomyśli.
Od tego czasu począwszy, jadałem przy wspólnym stole z nią i chłopcami, ona zaś traktowała mnie chociaż bez życzliwości, jednak z szacunkiem.
Pewnego dnia, późną porą wezwała mnie do siebie, prosząc, bym jej poczytał. Podała mi jakiś modny romans, ja zaś przeczytawszy stron kilka, odrzuciłem książkę, oświadczając, że brednie takie nużą mnie. Skinęła głową, mówiąc, że wyjawiam jasno odczucie, którego sobie uświadomić dotąd nie śmiała i złożyła mi podziękę za szczerość. Dobyłem Biblji i przeczytałem historję Samsona z Księgi Sędziów. Musiałem jej się wydać naiwnym, gdyż skończywszy, dostrzegłem tensam drwiący uśmiech. Potem spytała: — Wszakże nie Trzeba być bohaterem judzkim, by podzielić los Samsona, nieprawdaż? Czyż to co uczyniła Dalila jest tak trudną sztuczką? — Odparłem, że w tych sprawach brak mi doświadczenia, a ona roześmiała się.
W toku rozmowy, posunąłem się do zarzutu, że zaniedbuje dzieci swoje oraz przedstawiłem marność tego wszystkiego com dotąd widział w jej domu, a także obrażający ton postępowania. Z rozmysłem używałem słów ostrych, pewny, że się zerwie gniewna i pokaże mi drzwi, ona jednak siedziała spokojnie, prosząc, bym ją wtajemniczył w zapatrywania swoje. Uczyniłem, zapalając się coraz bardziej, a Adelina słuchała łaskawie. Kilka razy oddychała głęboko, przeciągała się zlekka, przymykała oczy, spierała się ze mną, godziła, broniła swej pozycji, a w końcu złożyła broń.
Powiedziałem jej, że la rzekoma miłość dla synów jest właściwie nienawiścią, a tłem jej jest samozatrucie krwi, kłamstwem. W duszy jej tkwi inne jeszcze życie i inna miłość, którym pozwala zbrodniczo schnąć i obumierać. Nie zrozumiała tego widocznie jak należy, gdyż spojrzała ze zdumieniem, i kazała odejść. Stojąc już przy drzwiach, usłyszałem łkanie, zwróciłem się wstecz. Siedziała ukrywszy twarz w dłoniach. Postąpiłem w jej stronę, ale gestem porywczym rozkazała, bym szedł. Wyszedłem tedy.
Nigdy przedtem, prócz matki, nie widziałem płaczącej kobiety. Przemilczę to com czuł. Inaczej pewnie postąpiłbym i miałbym inne wrażenia, gdybym się był wychowywał z siostrą. Adelina była pierwszą kobietą, z którą stanąłem oko w oko.
W kilka dni później, spytała, czy mam nadzieję z synów jej uczynić ludzi wedle myśli mojej. Rozważyła wszystko com jej przedstawił i doszła do przekonania, że tak dalej być nie może. Odpowiedziałem, że jeszcze nie wszystko przepadło, ona zaś prosiła, bym ratował co się da, nie chcąc mi zaś przeszkadzać w działaniu postanowiła wyjechać na kilka miesięcy. Trzeciego dnia wyjechała istotnie bez pożegnania, a tylko z Drezna napisała do nich.
Przeniosłem się z wychowańcami do pałacyku myśliwskiego w lesie, o dwie godziny drogi od Halbertsrody. Stanowił on część posiadłości Ribbecków i Adelina przeznaczyła mi go na schronisko. Urządziłem się tam i wziąłem chłopców w ryzy. Przedsięwzięcie swe uznałem za próbę siły serca i rozumu. Chybiłem może, oślepiony długim pobytem w ciemni, pod lodową skorupą, a może uwiodła mnie owa siekiera. Często drżałem wspominając słowa: — Czemuż ciągle zmieniasz drogę swoją? Zaprawdę, oszuka cię Egipcjanin, jak cię już oszukał Asyryjczyk.
Gotował dla nas stary, głuchy służący, a przysmaczki znikły zupełnie ze stołu. Chłopcy musieli modlić się, raz w tygodniu pościć, spać na twardem łożu i wstawać o piątej rano. Złamałem ich upór, używając rozmaitych sposobów, zwalczyłem tępe lenistwo, pożądliwość i chytrostki. Nie było mowy o zabawie, dzień miał porządek żelazny, a nie cofałem się przed najsurowszymi środkami. Biłem ich za najlżejszym uporem, harapem. Poznali, co znaczy ból. Nieraz leżeli przedemną nadzy, pokryci krwawemi pręgami, ja zaś opowiadałem im o męczeństwie świętych. Prowadziłem dziennik, by Adelina mogła się przekonać o wszystkiem. Drżeli posłyszawszy głos mój zdala, lub gdym podniósł głowę. Raz zasiałem ich na szeptach, leżących razem w łóżku. Wyrwałem ich z poduszek, oni zaś w samych jeno koszulach uciekli w las. Biegłem za nimi, za mną dwa psy, a deszcz rzęsisty padał na wszystkich. W końcu padli na ziemię, objęli me kolana, błagając o łaskę. Najtrudniej przyszło mi wymusić zeznanie, ale silniejszym będąc, niż zło tkwiące w nich, dokonałem swego. Był to czas straszny, ale zniosłem wszystko, wierny przyrzeczeniu, danemu Adelinie.
Weszli w siebie, złagodnieli i zcichli. Siedząc po kątach płakiwali. Po powrocie Adeliny zawiozłem ich do Halbertsrody, a matka osłupiała, widząc zmianę. Rzucili się jej w objęcia, ale nie oskarżyli mnie, nawet gdy zostali sami z matką. Zagroziłem, że w razie nieposłuszeństwa zabiorę ich znowu do pałacyku myśliwskiego. Jeden lub dwa dni w tygodniu spędzaliśmy tam zresztą stale. Potem zaczęli unikać matki, a Adelina również zobojętniała dla nich. To co ich przedtem łączyło, owa zniewieściałość, przeczulenie i duszność atmosfery utraciły już moc swoją.
Adelina szukała mego towarzystwa, rozmowy, obserwowała, była łaskawa, znużona, roztargniona i niespokojna. Stroiła się, jak do gości i fryzowała po trzy razy na dzień. Pozatem ulegała wszystkim zarządzeniom moim. Istnieją ludzie zużyci, robaczywi, dusze opuchłe, a ci gotowi zawsze paść na kolana przed siekierą w czyichś rękach, podczas gdy kpią z lego, kto do stóp im pada. Nieraz przerażał mnie jej wykwint i tajemniczość. Myślałem nieraz, że niema lu dla mnie miejsca, ale nagły błysk jej oczu kazał mi zapomnieć skąd przybyłem i czem dla niej jestem. Była na wszystko, zda się, gotowa. Mogła pewnej nocy podpalić dom, gdzie się nudziła, a raka moralnego, który toczył istotę jej powstrzymać nie mogło żadne szlachetniejsze uczucie. Mogła od południa do wieczora śledzić przed lustrem, pogłębiającą się zmarszczkę na czole. Wszystko było możliwe. Wszakże napisano: — Nikt nie wic co jest w człowieku, jeno duch, który w nim jest.
Kuszenie moje zaczęło się od tego, że co wieczora, podczas rozmowy kładła, niby bezwiednie, dłoń swą na mojej, cofając zaraz spiesznie. Wówczas traciłem świadomość najbliższego otoczenia. Stałem się niewolnikiem urojeń i żądz, które przerywały tok moich myśli.
Wezwała mnie, bym jej opowiedział swe życie, a ja, nieopatrzny, uczyniłem to.
Raz spotkałem ją o zmroku w sieni. Przystanęła, przeszywając mnie spojrzeniem. Potem zaśmiała się zcicha i poszła dalej. Nogi się podemną ugięły, a pot wystąpił na czoło.
Ciężko mi było w samotności. Jakieś zjawy płomieniem napełniały dom. Ginęły mi gdzieś książki do nabożeństwa i różaniec, tak że odnaleźć ich nie mogłem. Wołało we mnie nieustannie: — Raz tylko! Raz tylko zażyć rozkoszy! Raz jeden! — Zaraz jednak zjawiały się demony i zaczęły dręczyć, szarpiąc mięśnie, żyły i nerwy. — Czyńcie ze mną, na co Bóg zezwolił! — mówiłem im. — Serce moje gotowe! — Rzucało mną w czasie snu i uderzałem bezwiednie głową o ściany. Przez tydzień pościłem o chlebie i wodzie, ale to nie pomogło. Raz usiadłem do czytania. Nagle spostrzegłem obok siebie olbrzymia małpę, która przewracała kartki mojej książki. Co noc jawiła mi się Adelina w kuszącej postaci. Przystępując do łóżka, mówiła: — Przyszłam do ciebie, kochanku mój! — Wyskakiwałem z łóżka, biegając wokoło, ona jednak podążała za mną, szepcąc: — Uczynię cię bogaczem, zasypię pieniądzmi. Gdym ją zaś chwytał, okazywała wstręt i zaraz nadpływały wezwane na pomoc cienie, jakiś notarjusz z piórem i kałamarzem, ślusarz z rozpalonym do czerwoności młotem, murarz z kielnią, oficer z lśniącą szablą i uszminkowana kobieta.
Było ze mną tak źle, że zwolna dopiero wróciła mi zdolność zrozumienia strasznej rzeczywistości, jaka zaszła w tym czasie.
Pewnego ranka siedziałem z chłopcami przy lekcji. Adelina weszła do pokoju, usiadła i słuchała przez chwilę. Potem zdjęła z palca pierścień z wielką perłą, igrała z nim czas jakiś zadumana, przystąpiła do okna, przyjrzała się padającemu śniegowi i wyszła do ogrodu. Zbrakło mi tchu, nic nie widziałem, uczułem wielki ucisk na piersiach, co wszystko razem spowodowało, żem wyszedł na chwilę, dla zaczerpnięcia powietrza.
Za powrotem, spostrzegłem w oczach wychowańców nader złośliwe błyski. Nie zważałem na to, bowiem nieraz buntowali się przeciwko mnie. Siedząc skuleni odpowiadali na pytania z katechizmu trwożliwym szeptem. Po dziesięciu może minutach wróciła Adelina i spytała, czym nie widział, zostawionego przez nią pierścionka. Zaprzeczyłem, ona zaś zaczęła szukać, a ja z nią. Przywołała pokojówkę i lokaja, przetrząśnięto cały pokój, ale pierścionek przepadł. Adelina i służba patrzyli na mnie ze zdziwieniem, gdyż stałem nic mogąc wykonać ruchu. Odczułem zaraz wszystkiemi nerwami, że na mnie pada podejrzenie. Szukano w sieni, na schodach, potem w ogrodzie, na świeżym śniegu i znowu w pokoju, gdyż Adelina twierdziła stanowczo, że zdjęła pierścień i zapomniała na stole. Potwierdzałem to, mimo żem pierścienia na stole nie widział, a wszystko co czyniła było mi pół snem jeno. Słowa, jakie zamieniała ze służbą, wydały mi się skierowane przeciw mnie, w ich minach czytałem podejrzenie, pobladłem, poczerwieniałem i kazałem wrócić chłopcom, których zrazu odprawiłem, biorąc ich na spytki.
Powiedzieli, że należy szukać w ich pokoju i patrzyli mi w oczy urągliwie. Poprosiłem Adelinę, by kazała przetrząsnąć także i mój pokój. Uczyniła gest odmowny, zaraz jednak wspomniała, na swe usprawiedliwienie, że pierścień ten ma dla niej wyjątkową wartość i nie chciałaby go utracić. Tymczasem wszedł do pokoju zarządca dóbr, który przypadkowo nocował w Halbertsroda, i nie oddawszy mi ukłonu mierzył mnie w milczeniu ponuremi oczyma.
Zatrzęsło się we mnie wszystko, widziałem, że jestem bezbronny wobec podejrzenia i powiedziałem sobie: — A może istotnie skradłeś pierścionek. Upadek ze stanu poprzedniego w obecny nikczemny i szkaradny, nastąpił tak niespodzianie, że wybuchnąłem śmiechem i jąłem usilnie nalegać, by przeszukano mój pokój, rzeczy i mnie samego.
Zawiadowca dóbr poszeptał coś z Adeliną. Spojrzała nań pół przytomnie i wyszła. Opróżniłem wobec zawiadowcy kieszenie, polem ruszyłem z nim do mego pokoju. Usiadłem przy oknie, on zaś wyciągał szuflady komody jedną po drugiej, potem otworzył szafę. Pokojówka, lokaj i chłopcy siali pode drzwiami. Nagle wydal zawiadowca głuchy okrzyk i podniósł pierścionek z perłą. Na chwilę przedtem wiedziałem całkiem jasno, że pierścionek znajdą u mnie. Wyczytałem to wyraźnie z twarzy chłopców. Dlatego też nie ruszyłem się z miejsca, wszyscy zaś spoglądali po sobie, a potem wyszli. Zaryglowałem niezwłocznie drzwi i przez dwadzieścia cztery godziny chodziłem tam i z powrotem po pokoju. O świcie uczułem uroczysty spokój w duszy. Poleciłem, by spytano Adelinę, czy mogę z nią pomówić. Nie przyjęła mnie, a listownie usprawiedliwienie ubliżałoby mi. Byłem całkiem czysty i chłodny. Zawiadowca, jak się dnia tego dowiedziałem, rozgłosił już poprzednio, że katuję niemiłosiernie chłopców, którzy mnie obwiniają o cudzołożny stosunek z matką. Przyjeżdżał on kilka razy potajemnie, wypytywał służbę, a rano w dniu kradzieży pierścionka zaprowadził chłopców do pokoju gościnnego, kazał im się rozebrać i spostrzegł dawne i nowe ślady mego harapa. Ponieważ także inne objawy u chłopców wzbudziły jego troskę, przeto zatelegrafował do radcy, a on przybył nocą z urzędnikiem policji. Przypuszczam, że Adelina przewidziała zamach z pierścionkiem, gdyż nie było już o tem mowy. Urzędnik napadł na mnie ostro, mówił o złych skutkach, ja atoli nie uczyniłem żadnego wysiłku, by się usprawiedliwiać, czy wyjaśniać cokolwiek. Późną nocą opuściłem Halberlsrodę. Nigdy już nie widziałem Adeliny. Podobno ją umieszczono w lecznicy. Po trzech tygodniach otrzymałem pocztą małe pudełeczko i znalazłem w niem pierścionek z perłą. W podwórzu leśniczówki jest stara studnia z wiadrem. Rzuciłem w nią pierścionek.
Tak, teraz wiesz pan co zaszło tam, w wysokich sferach, w pałacu tajnego radcy Ribbecka.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.