Ewa (Wassermann)/Zanim pęknie srebrna nić/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
11.

— Czy też przyjdzie? — myślał Krystjan. Upłynęły mu dwa dni w ponurem nieco napięciu.
Chciał się udać do Waldleiningen, by zajrzeć do koni swoich. Chwilami widział przed sobą, ich ogniste, a łagodne oczy, aksamitną sierć, oraz odczuwał ponętną nerwowość, wibrującą pomiędzy swawolą, a niepokojem. Przypominający piżmo zapach stajni nęcił go zmysłowo.
W wyścigach jesiennych miał brać udział pełnej krwi Szkot, kupiony od sir Denisa Lay. Doniesiono mu jednak, że koń ma się źle od kilku tygodni. Pewny był, że cierpi z powodu braku pieczołowitej jego opieki. Mimoto nie pojechał do Waldleiningen.
Trzeciego dnia zapytał Amadeusz za pośrednictwem głównego ogrodnika, czy może wieczorem odwiedzić Krystjana. Krystjan udał się popołudniu, około czwartej na leśniczówkę i zapukał do mieszkania wdowy Voss.
Twarz Amadeusza wyrażała podejrzliwe zdumienie. Instynktem klasy uciskanej odczuł, że Krystjan chce go trzymać zdala od swego domu. Ale Krystjan nie zdawał sobie z pobudek swoich sprawy tak jasno, jak to podejrzywał Amadeusz. Poczuł jeno niebezpieczeństwo, doznał pociągu magicznego i napoły nieświadomie wyszedł naprzeciw niego.
Mieszkanko nie było zdobne, ale schludne i panował w niem porządek. Rozglądając się zobaczył na bielonej ścianie nad łóżkiem kilka naklejonych kartek. Wypisane na nich były wielkiemi literami cytaty z Biblji, jak n. p. — Był dręczony i poniewierany, atoli nie rozwarł ust swoich, podobny jagnięciu wiedzionemu do rzeźni, tedy jako owieczka milczy przed postrzygaczem swoim, ust nie otworzył. — Był taki cytat:
— Nadchodzi dzień strachu, zamieszania i klęski przed Panem, Władcą świata na dolinie Sądu. Mury padają w gruz tak, że łoskot płynie aż po zbocza gór. Polem inny: — I rzekł do mnie Pan: Idź i postaw strażnika, niech patrzy i donosi! Ja zaś wykrzyknąłem, jako lew na straży: O Panie! Przez cały stałem dzień i całą noc pełniłem straż! A Pan rzekł mi: Rok jeszcze tylko, jak są lala zarobnika dziennego, a w niwecz pójdzie wspaniałość Kedara! — I dalej: — O, gdybyś był zimny, lub gorący, iżeś zaś jest ani zimny, ani gorący, ale letni, wyrzucę cię z ust moich. Kto ma uszy ku słuchaniu, niech baczy co doń mówi duch.
Krystjan patrzył długo, z ciekawością na Amadeusza Vossa.
— Czy pan jesteś pobożny? — spytał tonem ostrożnym, jednak z pewną przymieszką drwin, jakie z tem pojęciem łączyć zwykł każdy światowiec.
— Czy odpowiem lak, czy nie, — rzekł Voss marszcząc czoło — będzie to dla pana zupełnie obojętne. Czy pan przyszedł, by mnie badać? Cóż znaczyło pytanie. Czy łączy nas obu coś, co dałoby się zamknąć w tem słowie? Amadeusz Voss i Krystjan Wahnschaffe to jednostki biegunowe różne. Jakież równanie zdołałoby odzwierdciedlić przeciwieństwa nasze? Moja młodość, pańska młodość. Dziwne, że jest to możliwe na lej samej ziemi.
— Czy miałeś pan aż tak ciężka młodość?
Voss roześmiał się krótko i spojrzał z pod oka na Krystjana.
— Czy wiesz pan co to są obiady dobroczynne? Oczywiście nie. Dobrzy ludzie dają obiady, dobrzy, dobrotliwi ludziska. Jadasz każdego dnia tygodnia u innej rodziny i lak dalej, co tydzień po kolei. Wzamian za to trzeba być uległym i bardzo skromnym. Gdybyś miał nawet wstręt do jakiejś potrawy, trzeba udawać, że jest to smakołyk. Gdy dziadunio się roześmieje, śmiej się także. Gdy wujaszek powie dowcip, musisz wyszczerzyć zęby, a gdy córka domu jest bezczelną, powinieneś milczeć. Każde oddane pozdrowienie jest łaską, a wdzięczność dozgonną żyw za wyszarzały płaszcz o podartej podszewce, który ci dadzą na początku zimy. Zapoznasz się rychło z wszystkimi objawami złego humoru współbiesiadników, z całą nikłością poglądów z wszystkimi frazesami i obłudą a sam musisz na każdą godzinę z góry ułożyć odpowiedni sposób udawania. To są obiady dobroczynne.
Wstał, pochodził po izbie i usiadł znowu.
— Djabeł objawił mi się dość wcześnie! — rzekł głucho. — Być może bardziej sobie wziąłem do serca pewne przeżycie z lat dziecięcych, a może srożej mnie ono zatruło. Zapomnieć nie sposób widoku, kiedy pijany ojciec bije matkę. I to regularnie każdej soboty, jak Amen w pacierzu. Wżera się to w myśl i niczem zatrzeć nie da.
Krystjan nie spuszczał z oka twarzy Amadeusza.
Cichym głosem, patrząc tępo opowiadał Voss:
— Pewnej nocy, przed Wielkanocą, gdym miał około ośmiu lat zaczął ją bić znowu. Wybiegłem na podwórze, wołając do sąsiada, by pospieszył z pomocą. Wówczas zobaczyłem przy oknie, przy tem oknie matkę, która stojąc załamywała rozpacznie ręce. Była naga! — ciszej jeszcze, ledwo dosłyszalnie dodał: — Komuż to wolno patrzeć na nagość matki własnej?
Wsiał znowu i jął chodzić wokoło. Tak go opanowały te sprawy, że mówił do siebie wyłącznie:
— Dwie sprawy poruszały w dzieciństwie już myśl moją. Przedewszystkiem zainteresował mnie los licznych biedaków, którzy za drobne kradzieże drzewa dostawali się skutkiem doniesień ojca do więzienia. Często słyszałem jak stara kobiecina, albo brudny, wygłodniały wyrostek błagali o zmiłowanie. Ale ojciec nie znal litości. Był leśnikiem i oczywiście czynić tak musiał. Następnie dumałem o bogaczach lej właśnie okolicy, którzy mieszkają w pałacach swych i dobrach, wśród ciągłych zabaw i łowów, nie odmawiając sobie niczego, pod wrażeniem byle zachcianki, czy swawoli. Człowiek czuje, że stoi pomiędzy dwu walcami, które go z czasem zgnieść muszą.
Przez chwilę patrzył tępo przed siebie.
— Co myślisz pan o donosicielu? — spytał nagle.
— Nic dobrego, — odparł Krystjan, uśmiechając się z przymusem.
— Słuchajże pan. Miałem w seminarjum kolegę, nazwiskiem Dippel. Był to człowiek średnich zdolności, ale porządny i obowiązkowy. Ojciec jego pełnił funkcje strażnika kolejowego, zaliczał się tedy do wielkich biedaków, a syn stanowił całą jego dumę i nadzieję. Otóż Dippel zapoznał się z pewnym malarzem, studentem i dnia jednego ujrzał w jego mieszkaniu album z fotografjami kobiecych aktów. Przeglądał je długo, potem zaś poprosił malarza, by mu albumu tego pożyczył. Dippel spał w jednej ze mną sali. Byłem najstarszym w sypialni i spostrzegłem zaraz zmysłowe podniecenie i krzątaninę dokoła Dippla, który się zwierzył kilku kolegom. Przypominało to jątrzącą ranę. Rozwinąłem śledztwo i musiano mi wydać to bezeceństwo. Ale nie pomogło. Złożyłem donos, Dippla wzięto na spytki i wypędzono sromotnie. Nazajutrz znaleziono go, wiszącego na jabłoni w ogrodzie.
Twarz Krystjana oblał rumieniec. Bardziej jeszcze, niźli samo opowiadanie odpychał go ton spokojny Amadeusza.
Ciągnął dalej:
— Uważa pan, oczywiście, za nikczemność to co uczyniłem. Atoli, wedle wpajanych nam zasad, było to obowiązkiem moim. Miałem lat szesnaście, żyłem w ciemnej jamie, chciałem się wyrwać, wyżej i iść w świat. Było mi jak komuś, kio tkwiąc w ciżbie, duszony i gnieciony, nie może dostrzec tego, co tam gdzieś dalej jest do widzenia. Trawił mnie duszny niepokój... swobody... swobody... domagało się we mnie wszystko. Takich uczuć doznawać muszą ci, którzy żyją na ciemnej wieczyście stronie księżyca. Bałem się potęgi zła. Wszystko, czego od ludzi doznałem było mniej lub więcej złe. W duszy czułem wahające się szale wagi. Bywają godziny, kiedy możnaby równie dobrze mordować, jak umrzeć na krzyżu. Pożądałem szerokiego świata. W czasach owych dużo się modliłem, czytywałem książki nabożne i odprawiałem surowe ćwiczenia pokutne. Późną nocą, gdy wszystko spało zastawał mnie nasz pater we włosiennicy, pogrążonego w modłach. Podczas mszy i przy śpiewie chóralnym ogarniało mnie niewysłowione uniesienie duchowe. Z drugiej jednak strony widziałem inne rzeczy, ulice miasta przyozdobione flagami, strojne kobiety, lub na dworcu pociąg luksusowy, który szydził ze mnie. To znów ujrzałem człowieka, który skoczył z okna i leżał z rozpryśmętym mózgiem. Posłyszałem, że woła we mnie: Bracie! Bracie! Ujrzałem zło we własnej jego osobie i chciałem pochwycić szatana. O tak, zło ma kształt cielesny i tylko zło, a więc niesprawiedliwość, głupota, kłamstwo, to wszystko, co przenika nawskróś strachem, o ile się, oczywiście nie przyszło na świat ze srebrna łyżką w ustach. Chcąc sobie wywalczyć odrobinę światła, wyuczyłem się grać na organach. Niewiele to jednak pomogło. I cóż znaczy gra na organach? Czemże są wiersze, piękne obrazy, budowle, dzieła filozoficzne i cały ten strojny świat zewnętrzny? Przyjść do siebie nie mogę. Pomiędzy mną, a mną, jest coś, cóż to być może? Jakaś ściana z gorejącego szkła. Niektórzy są przeklęci od urodzenia. Zadaję sobie pytanie, coby się stać musiało, by przekleństwo przestało działać. I słyszę odpowiedź: Potworność słaćby się musiała, potworność! Tak sprawy stoją.
— Jakąż to potworność masz pan na myśli? — spytał zakłopotany Krystjan.
— Trzebaby przeżyć człowieka! — odparł Voss. — Nie rzecz, ale człowieka.
W zapadającym zmroku twarz jego miała siność kamienia. Rysy jego były regularne, delikatne, uduchowione, namiętne i nacechowane cierpieniem. Szkła okularów połyskiwały w ostatnich blaskach dnia, a na jasnych włosach leżała złotawa poświata.
— Czy zostaniesz pan tu, na wsi? — badał Krystjan, nie przez ciekawość, ale by przerwać kłopotliwe milczenie. Byłeś pan wszakże u tajnego radcy Ribbecka, czy nie zamierzasz pan wracać tam?
Voss drgnął całem ciałem.
— Wracać? Niema powrotu! — mruknął. — Czy znasz pan radcę? Ja go niemal nie znam. Widzieliśmy się zaledwo dwa razy. Po raz pierwszy, gdy przybył do seminarjum, by mnie zaangażować do synów swoich. Myśląc o tem, widzę przed sobą coś tłustego i lodowatego. Wybór padł zaraz na mnie. Posiadałem wysokie uznanie przełożonego, toteż chciał mi ułatwić drogę życia. Tak... Po raz drugi widziałem go pewnej nocy grudniowej, gdy przybył do Halberlsroda z komisarzem policji, by mnie wyrzucić na szczere pole. Nie patrz pan z takiem przerażeniem. Skutków dalszych nie było, zatajono wszystko.
Umilkł. Krystjan wstał. Voss nie zachęcał go do dłuższego pobytu, ale podprowadził do drzwi. Nagle rzekł innym tonem:
— Dziwny z pana człowiek, zaprawdę! Siedzisz pan i milczysz a drugi mówi i zwierza się. Cóż to właściwie znaczy?
— Jeśli pan żałuje, zapomnę o wszystkiem! — odparł Krystjan w zwykły swój przymilny i grzeczny sposób, nie całkiem wolny od dwuznaczności.
Voss zwiesił głowę.
— Zechciej pan wstąpić tu znowu kiedyś, przechodząc mimo, — poprosił zcicha — a może opowiem panu — wskazał palcem przez ramię — może opowiem o tamtem.
— Przyjdę! — rzekł Krystjan.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.