Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
31.

— Dalejże, pokaż swą sztuczkę! — mówił Niels Engelschall do matki swej, wdowy-wróżbiarki.
Znajdywali się w sanktuarjum. Od sufitu zwisał na czarnym sznurze nietoperz wypchany. Miał skrzydła rozpostarte, a szklane, czarne oczy jego jarzyły się. Na stole, pokrytym kartami leżała trupia czaszka.
Był to wieczór niedzielny, a Niels wracał z knajpy. Zatrzymał się tu mimochodem tylko, spiesząc na taneczną zabawę. Miał czarny garnitur żakietowy z kamizelką w biało-niebieską kratkę i twardy, angielski melonik, tak głęboko na kark zasunięty, że widać było pośrodku głowy rozdział włosów. Pod lewem ramieniem trzymał cienką laseczkę. Chwiał krzesłem, na którem siedział rozwalony.
— Pokaźno sztuczkę swoją i prorokuj! — powtórzył ciskając na stół srebrną pięciomarkówkę.
W oczach jego, znużonych życiem tlił metaliczny blask nieokreślonej żądzy.
Matka bała się go stale. Tasując karty, rzekła przymilnie:
— Widzę, jesteś przy pieniążkach, chłopcze! To doskonale. Ano zbierz, a zaraz zobaczymy, co w trawie piszczy.
Niels zakołysał się znowu. W gardle paliło go strasznie od kilku już dni. Łaskotało go w dłoniach i palcach. Radby był objąć coś i zdusić, coś gładkiego, miękkiego, ciepłego, coś co żyje i o życie żebrze. Niecierpiał przedmiotów, ulic, godzin płynących.
— Piątka przy asie kierowym, — mówiła — król karowy kryje waleta tref. Nic dobrego to nie oznacza. Pośrodku dwie dyski i dama pik... zasępiła się — nie bierz mi tego za złe, drogi chłopcze!
— Milczże matka! Z tego się konie śmieją! — powiedział gniewnie i rzucił z pozorną obojętnością: — Zobaczno, czy niema tam Żydowicy.
Wdowa potrząsnęła ze zdziwieniem głową.
— Nie, chłopcze... nie, — rzekła, wykładając dalej karty — Żydowicy?... Nie! Dziesiątka i dama kier, to mogłyby być pieniądze z poczty. Boże wielki! Trzy damy razem. W miłości miałeś zawsze szczęście. A propos. Pytała dziś o ciebie Czerwona Jaga. Chciała wiedzieć, czy będziesz dziś u niej.
— Wczoraj dopiero wyrzuciłem ją od siebie. Cóż za pamięć cielęca! — rozparł się lepiej i zakołysał. — Jeśli nie masz dla mnie czegoś lepszego, zabieram pieniądze!
— Zaraz, zaraz, chłopcze drogi! — uspakajała, tasując karty ponownie. — Wydobędziemy tę Żydowicę. — Wydobędziemy ją napewne...
Niels patrzył w powietrze. Gdzie skierował spojrzenie, wszędzie widział od dni kilku, wciąż tosamo, młodą, gładką szyję, parę młodych ramion i młodocianych jędrnych piersi. Wszystko to było odmiennej zgoła rasy, słodką, gorącą, nieznaną krwią pulsowało, i czuł, że jeśli nie zdoła chwycić tego w dłonie, wąchać i smakować, przyjdzie mu chyba zginąć. Wstał ruchem rozmyślnie ospałym.
— Daj pokój! — powiedział — wszystko to oszustwo tylko. Możesz sobie zresztą zatrzymać napiwek.
Zmieszał karty posunięciem laski i wyszedł.
Zostawszy sama, potrząsnęła wdowa Engelschal głową. Duma zawodowa była teraz w grze. Stasowała karty ponownie i jęła ciągnąć dalej.
— Wydobędziemy ją... — mruczała do siebie — wydobędziemy napewne...




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.