Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
30.

Owo... „Potem“ nic dawało Krystjanowi spokoju.
Pracując przez dzień cały, wyszedł dopiero o siódmej z instytutu fizjologicznego, zjadł skromną kolację w małej restauracyjce przy Lothringerstrasse, wrócił pieszo do domu, legł na sofie znużony i zasnął.
Zbudził się wśród głębokiej nocy. W całym domu było cicho. Zaświecił i spojrzał na zegarek. Było pół do dwunastej. Po chwili namysłu postanowił iść do Karen, niemal pewny, że jeszcze nie śpi, gdyż teraz czasem haftowała do drugiej w nocy. Twierdziła, że musi coś zarobić, coprawda nie bardzo się o zbyt troszcząc.
Przeszedłszy podwórze, wszedł po ciemnych schodach na trzecie piętro i stanął przy otwartem oknie kurytarza. Noc była duszna, przepaście czarnych murów rozwierały się w nieskończoność. Strome ich skały, wyrastające z ziemi, kędyś w głąb zapadłej, zwieńczone były gromochronami, z niektórych szedł jeszcze dym i polatywały iskry.
W lewo od schodów było mieszkanie Hofmannów. W chwili, gdy własnym kluczem otworzył mieszkanie Karen, wydało mu się, że go ktoś woła od nich właśnie. Spojrzał. Było to złudzenie.
Karen leżała w łóżku.
— Za czemże tak późna nocą? — burknęła. — Każdy radby wypocząć trochę.
— Przebacz, — rzekł uprzejmie — sądziłem jednak, że moglibyśmy jeszcze pogwarzyć.
— Na cóż się zda, pytam, to paplanie po nocy? — rzuciła gniewnie i roześmiała się przez nos.
Usiadł na skraju łóżka.
— Karen, musisz mi opowiedzieć, co się stało po śmierci Adama Larsena? Nie wychodzi mi z głowy owo twoje: potem. Oczywiście można to sobie mniej więcej wyobrazić. Znam już twe życie na tyle, by to odgadnąć.
— Nie, tego nie odgadniesz... — przerwała wzgardliwie — tego sobie nie wyobrazisz... założę się.
— Tembardziej radbym usłyszeć! — nalegał.
Milczała, nastrojona wrogo, on zaś uświadomił sobie nagle, że uporny instynkt wzbrania jej wpuścić go w swój świat, a wszystko co uczynił nie starczy, by pokonać niedowierzanie, tkwiące w niej głęboko. Zesmutniał tedy, bezradny.
— Dzisiaj położyłam się o siódmej, — rzekła, błyskając oczyma — czułam się niedobrze, zachoruję pewnie.
Krystjan spojrzał na nią z mimowolnem naleganiem i niepokojem.
Karen zamknęła oczy.
— Nie dręcz... nie dręcz... nie dręcz! — jęknęła.
Zerwał się, przerażony:
— Czyż cię dręczę? Przebacz, idę już.
— Zostań!
Oparła policzek na złożonych dłoniach i podciągnęła wyżej pod kołdrą kolana. Biła od niej fala ostra, ale nie odpychająca.
Jęła opowiadać, patrząc przed siebie. Stało się tosamo co zawsze, dziewczęta mówią co innego, kłamią poprostu, wymyślają nie istniejące romansy. O, nie zawsze tosamo od A do Z... straszliwie tosamo. Prosiła, by został. Jeśli już tak koniecznie chce, opowie wszystko. Ale nie pamięta początku... Coprawda niema w tem początku, podobnie jak i romansu.
— Czyż nie miałaś innego wyjścia po śmierci Larsena? — zapytał, siadając z powrotem. — Czyż nie znalazł się nikt pośród jego kolegów i krewnych, któryby się tobą zajął?
Zaśmiała się urągliwie:
— Co? Pleciesz głupstwa! Koledzy jego nie znali mnie prawie. Na pogrzeb przybył brat, taki sobie uczciwy pan ze złotym łańcuszkiem na kamizelce, dający dwadzieścia fenigów napiwku i nie chciał wogóle patrzeć na mnie. Byłam w obczyźnie, nie znałam języka, a cały mój majątek wynosił trzydzieści franków. Z tem rozpoczęłam. Skąd wziąć roboty i co wogóle robić? Wszakże nic uczyłam się niczego!
Iść do służby? Czyścić trzewiki i szorować podłogi? Dziękuję, zaznałam czegoś lepszego. Zresztą wszystko mi teraz było obojętne. Zostałam w Akwisgranie kelnerką. Ładne zajęcie. Nie sposób dać o tem pojęcia. Ileż się nachodzić musi jedna para nóg, ile nasłuchać nikczemności jedna para uszu? Żarcie z odpadków, barłóg psi, ciągłe podejrzenia... można się wściec.
Poszłam do domu publicznego, po czterech miesiącach do innego. Miałam długi. Sama nie wiem, jak się to stało. Życie, mieszkanie, odzież, wszystko liczy się potrójnie, trzeba płacić za każde kichnięcie. Człowiek pragnie uciekać, zanim stanie się coś strasznego.
Przychodzi laki panek, pyszałek, rzuca złotówkami, wydobywa z toni, idziesz z nim. Trzeciego dnia katastrofa. Pukanie. Co takiego? Policja... Biorą panka, a ty z wielkim jeno trudem zdołasz ujść cało. Cóż dalej?
Szukasz dachu nad głową, łóżka, cieplej strawy i czegoś do picia. Jest się napiętnowaną, nikt ci nie dowierza, coś popycha z tyłu, coś ciągnie z przodu i tak, niepostrzeżenie znalazłeś się człowieku na dnie.
Owinięta szczelniej kołdrą ciągnęła po chwili dalej ponuro:
— Tak się to mówi... na dnie. Ale nie koniec na tem, pod dnem jednem jest drugie, trzecie, a trudno nawet wypowiedzieć, jak to wygląda, trudno sobie wyobrazić, czy zapamiętać. Mieszkasz w norze, trzy razy droższej, niżby wypadało, jesteś własnością wszystkich i każdy cię brać może. Zresztą obojętne, salon, czy taka nora. Za każdem otwarciem drzwi dreszcz cię przenika.
Legniesz w końcu spoczywać. Cóż z lego? Wszakże jutro tosamo. Brudne, cuchnące kawiarnie, tesame ciągle twarze, tasama hałastra. A ulica, tak zwany rejon. Ciągłe i zawsze nocą. Znasz każde okno, każdą rynnę, latarnię. Gapisz się, kręcisz, wyszczerzasz zęby i wykrzywiasz się. Chodzisz, .stajesz i zerkasz na policjanta. Rzucasz się na każdego mężczyznę, bez względu czy ma schodzone obcasy, czy paraduje we futrze, obiecując mu raj na ziemi. Jeśli cię minie i zostawi, radabyś mu wydrapać oczy, jeśli weźmie, masz ochotę napluć mu w twarz.
To jest właśnie rzecz główna. Każdy ma swe utrapienia, ale to, czego się doznaje od ludzi... ach, mówię ci!
Te ostatnie słowa wykrzyknęła tak przeraźliwie, że zatętniły rozpaczniej jeszcze, niż owo, tragiczne: „Potem“.
Krystjan wyprostował się i wbił spojrzenie ponad lampą, w jeden punkt ściany.
Karen mówiła dalej, zwrócona ku podłodze:
— Stręczycielka oszukuje i okrada na wszystkie strony. Gospodarz napotkany za dnia robi minę, jakby chciał dać kopniaka, a skrada się cichaczem do drzwi o zmierzchu. Kupiec sprzedaje towar z łaski, za drogie pieniądze. Policjant o byle co robi awanturę, dybiąc na to, by mu wetknąć talara. Knajpiarz kredytujący dręczy, gdy niema pieniędzy, a naciąga, gdy je zwietrzy w kieszeni. O kochanku nie mówię nawet, jest konieczny i gdy jeden idzie do ula, trzeba brać drugiego. Żaden nie był gorszy chyba, niż Karolek Wyrwidąb. Ale najokropniejszą męką jest sam interes, sami klijenci. Pankowie i prostacy, młodzi i starzy, skąpi i hojni, wszystko to ścierwo na śmietniku. Przekonać się można co znaczy obłuda i łajdactwo, widać brudne dusze, pełne strachu, kłamstwa, chciwości i prostactwa. Nie wstydzą się tu, bo to nie potrzebne już i wyłazi z nich świństwo wszelakie. Widzisz przed sobą człowieka bez czci i wiary i poznajesz marne, a ohydne cielsko. Ot poprostu, wyżłop całą kałużę, a przekonasz się, jak to smakuje. Jeden katuje ciężarną żonę swoją, drugi głodzi dzieci, inni, to zapity student, wyrzucony oficer, bojaźlwy[1] klecha, czy mieszczuch opasły, a cała ta hołota, razem wzięła, to tylko marne, ohydne cielsko.
Zaśmiała się boleśnie, urągliwie i mówiła dalej:
— Karolka Wyrwidęba poznałam po wyjściu ze szpitala. Nie miałam wówczas nikogo. Przedtem odsiedziałam trzy tygodnie więzienia z powodu tego, przeklętego sierżanta Maksa. Pewnego wieczora zjawił się w kawiarni „Pod Słowikiem“ jakiś młodzik, student jakoby i stawiał moc szampana. Mnie sobie właśnie upatrzył, a niebieskie banknoty latały w powietrzu.
Odrazu wiedziałam, że to sprawa niewyraźna. Karolek wziął go na bok i wyklarował, że te pieniądze skraść musiał ojcu. Przyznał się. Karolek nie popuścił i razem z Waldemarasem Obszarpańcem przyrzekli, że go zaprowadzą do palarni opjum, gdzie jest raj ziemski. W nocy, u mnie zaczął ten żółtodziób skowyczeć i płakać okropnie. Żal mi się go zrobiło, toteż ostrzegłam coprawda szorstko, że wszystko będzie miało zły koniec. Dobył z kieszeni pieniądze. W życiu nie widziałam tylu banknotów razem. Były kradzione, ja zaś radziłam, by je zwrócił. Jął błagać, bym wzięła i kupiła sobie coś, albo zużyła wedle woli. Drżałam na całem ciele, a ten nieszczęśnik padł na kolana, nie przestając błagać.
Nagle wszedł Karolek. Skrył się gdzieś w pobliżu, o czem nie miałam pojęcia. Młodzik atoli posiniał, będąc pewnym, że to ja właśnie ukryłam go. Na szczęście trzasnął mnie w skroń, tak że wszystko przed oczyma wydało mi się krwawą łuną, potem zaś jeszcze kopnął silnie. Padłam na ziemię w drugim końcu pokoju, wstać nie mogąc. Biedny młodzik wiedział teraz, że jestem niewinna.
Adalberta, tak zwał się ów młodzik, ucapił Karolek za kark i poszli obaj. Adalbert nie stawił wcale oporu. Nie przyszedł nazajutrz, nie było go w dniu trzecim ni czwartym, wogóle znikł raz na zawsze. Zapytałam Karolka co z nim zrobił, on zaś powiedział, że go zaprowadził na okręt, odchodzący do Ameryki. Domyśliłam się wszystkiego i jęłam znowu pytać, ale Karolek oświadczył, że jeśli nie będę milczeć, zabije mnie poprosili i koniec. Milczałam tedy. Możliwe jest, że Adalbert pojechał... całkiem możliwe. Nie słyszałam już o nim potem i prawdę mówiąc, nie bardzo mnie to obeszło. Każdego dnia trzeba walczyć o własną skórę, a zawsze było taksamo i taksamo...
Usiadła w łóżku, chwyciła silnie ramię Krystjana. Oczy rozbłysłe wbiła weń i syknęła przez zaciśnięte zęby:
— Ale wówczas nie wiedziałam tego wszystkiego tak jasno. Dopóki się w tem tkwi, człowiek nie wie, co to jest i że nie można tak żyć. Nie chce się dopuścić myśli, że człowiek jest potępiony, siedemkroć potępiony! Pocóż mnie zabrałeś? Czemu tak się stać musiało?
Krystjan nie rzeki słowa. Słyszał jakiś dziwny świst powietrza.
Po chwili puściła go, a raczej odepchnęła, tak że wstał, ona zaś opadła na poduszki.
Krystjan myślał:
— Wszystko nadaremne!
Przygnębienie jego poszło w rozpacz. Nadaremnie... szedł świst przez powietrze... nadaremnie, nadaremnie!
Nagle rzekła Karen głosem czystym, jakiego u niej nie słyszał dotąd:
— Chcę mieć perły maiki twojej!
— Co? — zdziwił się, sądząc, że źle zrozumiał.
A Karen powtórzyła tonem zgoła dziecięcym:
— Chcę mieć perły matki twojej!
Bredziła, oczywiście i wiedziała dobrze, że bredzi. Ani przez sekundę nie uważała za rzecz możliwą spełnienie tego pragnienia.
— Skądże ci to przyszło na myśl? — spytał szeptem, przystępując bliżej. — Cóż to znaczy właściwie?
— Nigdy jeszcze nie pragnęłam tak czegoś! — powiedziała tymsamym, czystym głosem, leżąc nieruchomo. — Radabym je przynajmniej zobaczyć. Jak wygląda rzecz taka? Chciałabym to wziąć w rękę. Czy perły istnieją naprawdę? Jeżdźże do niej i powiedz, że Karen chce obejrzeć te perły. Może ci ich pożyczy? — zaśmiała się obłędnie. — Może ci da na chwilę. To możliwe! — wbiła w sufit oczy rozbłyśnione na nowo. — Wówczas, sądzę, byłoby inaczej z nami!
— Skądże wiesz o perłach matki mojej? — spytał oszołomiony.
Wysunęła porywczo szufladę stolika nocnego i wzięła fotografję. Krystjan sięgnął po nią gwałtownym ruchem, mimo że mu podawała wizerunek.
— Voss mi to podarował! — oświadczyła.
Krystjan spojrzał na fotografję i położył ją bez słowa.
— Tego właśnie chcę! — rzekła, a rysy jej przybrały wyraz obłędny dziecięcej, nieprzytomnej chciwości, przepojonej zuchwalstwem. W rozbłysłych oczach był uśmiech, potem roześmiała się głośno. — Tego tylko chcę! Lizałabym to, ukryłabym we wnętrznościach, tak by nikt nie wiedział, ani widział. O tak, chcę mieć perły matki twojej, na chwilę bodaj...
Nic nie mogło wstrząsnąć Krystjanem silniej nad ów obłędny bełkot, nad to nierozsądne, bezprzytomne żądanie. Podszedł do okna, wyjrzał w ciemń i rzekł zwolna, z rozmysłem:
— Dobrze, będziesz je miała!
Karen nie dała odpowiedzi. Leżąc wyciągnięta, zamknęła oczy. Słów jego serjo nie wzięła wcale, a gdy wyszedł, jęła w milczeniu urągać mu i urągać sobie.
Nazajutrz rano pojechał Krystjan koleją podziemną na dworzec anhalcki i kupił bilet trzeciej klasy do Frankfurtu. Trzymał w ręku małą torbę podróżną.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – bojaźliwy.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.