Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
28.

Dziecko zabrano.
Krystjan zapytał gdzie jest, ale Karen wzruszyła tylko niechętnie ramionami.
Poszedł tedy na Zionskircliplatz do wdowy Engelschall.
— Umieściłam je dobrze! — oświadczyła szorstko. Nie troszcz się pan! Wogóle nie rozumiem. Przecież nie pańskie.
— Może mi pani mimoto powie, gdzie jest? — nalegał.
— Nie powiem! — zawołała zuchwale. — Ani mi się śni. Malcowi całkiem dobrze, a pan, sądzę, zapłaci coś jego wychowawczyni. Wszakże to obowiązek i skąpić nie wolno.
Krystjan palrzył w milczeniu na pucułowatą twarz wdowy, opartą o trzy podbródki i usta wydające gromkie tony starego wilka morskiego. Po chwili, tę spotniałą masę mięsa wykrzywił grymas uprzejmości. Czyniąc gest w kierunku pokoju przyległego zapytała słodko djalektem miejscowym, czy nie zechciałby przejść do salonu na filiżankę kawy. Kawa i babka, nie są to rzeczy do pogardzenia. Spodziewała się pewnej baronowej, aż z Kostrzynia, osoby bardzo wykwintnej, która ma przybyć umyślnie dla zasięgnięcia porady w bardzo skomplikowanych sprawach familijnych. Podkreśliła, że zna życie, ma stosunki i umie się znaleźć wobec osób wybitnych.
W ponurym pokoju było kilka stołów zarzuconych staremi, zmiętoszonemi pismami literacko humorystycznemi. Leżało tu także kilka książek, co wszystko razem miało pozór poczekalni dentysty. Tłuste palce wdowy pokrywało dużo pierścieni z jaskrawemi kamieniami. Miała czerwoną bluzkę i czarną spódnicę, spiętą paskiem o srebrnej sprzączce, masywnej, jak klamka drzwi.
Gdy Krystjan przyszedł wieczór do Karen, siedziała pod piecem, z policzkiem na dłoni. Położył jej na kolanach dwie, przyniesione pomarańcze. Nie drgnęła, nie rzekła słowa podzięki. Sądząc, że mimo wszystko tęskni za dzieckiem, nie śmiał przerywać milczenia.
Nagle rzekła niespodzianie:
— Dziś jest siódma rocznica śmierci Adama Larsena.
— Nie wiem nic o Adamie Larsenie! — odparł, a gdy milczała dalej, poprosił: — Opowiedz mi o nim.
Potrząsnęła głową przecząco. Obezwładniona jego spojrzeniem, wbiła oczy w ścianę. Przysunął sobie krzesło, siadł naprzeciw niej i jął nalegać:
— Cóż było z Adamem Larsenem.
Po chwili nabrawszy tchu szepnęła:
— Byłam szczęśliwa... raz jeden szczęśliwa, przez pięć i pół miesiąca.
Jęła dobywać wspomnienia, tęskniące w jej głębi.
— Było to za mego, drugiego dziecka! Jechaliśmy z Memla do Królewca, ja, Matylda Sorge i jej, nibyto, narzeczony. Nagle, w drodze uczułam, że poród bliski. Poradzili mi wysiąść na ostatniej stacji przed Królewcem. Matylda, klnąc na czem świat stoi, została ze mną, on pojechał do miasta.
Zapadł wieczór marcowy, zimny, deszczowy. Matylda poszła ze mną do znanej sobie gospody, bo czas naglił. Ale właśnie wypadł tu kiermasz i tłok panował niesłychany. Błagałyśmy o izdebkę, na poddaszu bodaj. Stałam drżąc całem ciałem, oparta o ścianę, a gospodarz spojrzawszy wrzasnął, byśmy się wynosiły do djabła, gdyż nie chce mieć nic z tem do czynienia.
W podwórzu stał wóz drabiniasty, więc ległam na nim, nie zdolna ruszyć się, choćby mnie szczuło psami. Właściciel wozu przyszedł, klął, gadał z Matyldą, wreszcie ruszył ku miastu, a ona szła obok. Pragnęłam umrzeć, umrzeć natychmiast! Wóz podskakiwał na kamieniach, ja zaś krzyczałam bez ustanku.
W końcu chłop powiedział, że ma tego dość. Dojeżdżaliśmy już do przedmieścia, mimoto jednak ściągnęli mnie z wozu i postawili na ziemi, podpierając. Lało, jak z cebra, ja zaś prosiłam Boga o jakieś schronisko, w piwnicy bodaj.
Niedaleko była sala zabaw dla robotników i wogóle prostych ludzi. Tam mnie zawlekli i położyli na dwu zesuniętych ławkach. Wokoło krążyły pstro ubrane kobiety, po jednej stronic był szynk, po drugiej sala teatralna. Słyszałam muzykę, oklaski, wrzaski i śmiechy. Otoczyły mnie kobiety, krzycząc i dając rady. Słowem pocóż dalej mówić, dziecko przyszło na świat nieżywe.
Sprowadzono policjanta i lekarza, a zajął się mną i nic opuścił jeden tylko młody człowiek, spotkany na gościńcu i to był właśnie Adam Larsen.
— Pomagał ci zapewne i potem? Żyliście ze sobą? — pytał zainteresowany.
— Był malarzem — ciągnęła dalej Karen — malarzem artystą, a pochodził z Jutlandji. Szczupły, miał jasne, jak ja włosy. Był biedny i w czasie gdym leżała w schronisku (umieszczono mnie tam) mieszkał u ciotki swej w Królewcu. Niespodzianie doniesiono mu z Kopenhagi, że dostał stypendjum państwowe, dwa tysiące talarów na dwa lata.
Zapytał, czy chcę z nim jechać gdzieś tam, do Belgji, do słynnego malarza nad granicą francuską, gdzie się uczyli także inni. Powiedział leż, że mnie lubi. Odparłam, iż jest to wszystko bardzo piękne, ale niechże rozważy z kim się zadaje. Zaręczył, że o niczem wiedzieć nie chce, a tylko żąda zaufania. Jakże nie było pokochać takiego człowieka? Stało się to po raz pierwszy i ostatni. Pojechaliśmy. Wielki malarz osiadł we wiosce, zdaje się już za granicą, my zaś niedaleko w Masigny, w małym domku. Codzień rano jechał Larsen rowerem do swego mis liza, lub w niepogodę, chodził piechotą. Wracał wieczór i zaczynało się gotowanie, smarzenie, robienie herbaty i gadanina.
Zachwycało go malowanie pól, drzew, chłopów, robotników z kopalni, wody i nieba, słowem wszystkiego. Nie rozumiałam się na tem, oczywiście, czułam tylko szczęście niewysłowione. Wstając rankiem nie dowierzałam sobie, dziwiły mnie życzliwe słowa ludzi. Niedaleko była sadzawka z różami wodnemi, chodziłam tam często, patrząc z zachwytem i nie wierząc oczom własnym. Tylko pewna byłam ciągle, że to potrwać długo nie może. I rzeczywiście w sierpniu dostał gorączki, położył się, a w tydzień potem zmarł. Nastał kres wszystkiemu! Nastał kres wszystkiemu!
Wbiła pałce we włosy i poraź trzeci zawołała:
— Nastał kres wszystkiemu!
— A potem? — szepnął.
Spojrzała nań, a każdy mięsień jej twarzy drgał.
— Potem? Co potem? Co?
— Czyż nie mogłaś sobie jako poradzić bez... — urwał przerażony wyrazem bladej wściekłości w jej rysach.
Podniosła pięść i jęła krzyczeć, aż ściany tętniły:
— Ha, potem... co było potem, potem?
Przejął ją dreszcz.
— Nie tykaj mnie! — rzekła z łękiem.
On jej nie dotknął wcale.
— Idź teraz! Zmęczyłam się, pójdę spać!
Wstała.
Opuszczając głowę, powiedziała ponuro:
— Czemuż mówię do ciebie... ty? Skąd się to wzięło? Szaleństwo czyste!... Ty?
Strach i nienawiść błyszczały w jej oczach.
Znalazłszy się sama, stojąc przy łóżku zatonęła w kontemplacji portretu damy w perłach. Raz podniosła głowę i rzuciła dzikie spojrzenie ku drzwiom, któremi wyszedł.
To... „Potem“, nie opuszczało myśli jego ani na chwilę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.