Ewa (Wassermann)/Nocne rozmowy/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
19.

Pastor objął baczneni spojrzeniem izbę, ubogie, brzydkie meble, zadrukowane czułemi scenami story w oknach, nagie, bielone ściany, małą, mglisto świecącą lampkę, popękaną podłogę, wytartą skórę kanapy, szafę o rozłupanych drzwiach, ze stojącą na niej figurą gipsową.
Zdumienie go ogarnęło wielkie.
Figurę gipsową, wyobrażającą Garibaldiego w skrzydlatym kapeluszu kupił Krystjan niedawno od wędrownego Włocha.
— Jestem upoważniony ze strony ojca pańskiego oświadczyć, że jest, oczywiście, golów spełnić wyrażone w liście życzenie! — rzekł pastor. — Czyż mógłby zresztą uczynić inaczej. Pozatem, nie potrzebuję chyba nadmieniać, że jest stroskany bardzo pańskiem postępowaniem, którego nie rozumie zgoła.
Krystjan odparł z pewnem zniecierpliwieniem:
— Przed kilku już miesiącami zapewniłem ojca, że niema najlżejszego powodu troski.
— Teraz, gdyś pan powziął decyzję, muszę zapytać, czy obrałeś jakiś zawód, któryby zabezpieczył życie.
Krystjan powiedział, że sposobi się, jak ojcu wiadomo, do zawodu lekarskiego, nie wie atoli, czy będzie doń zdolnym i uzyska konieczne środki.
— Az czegóż będziesz pan żył tymczasem? — spytał pastor. — Powtórzę tylko słowa ojca: — Czy zamierza żebrać? Żyć z jałmużny? Głodować? Zdać się na przypadek, lub przyjaciół? A może chce zejść na bezdroża, chwycić rzeczy zakazanych, by potem wrócić i prosić o to, co odrzucił? — Zaprawdę, nigdy nie widziałem ojca tak wzburzonym i słów równie namiętnych z ust jego nie słyszałem dotąd.
— Niechże się ojciec uspokoi! — odpowiedział. — Nie nastąpi to co go troska. Także nie wyciągnę ręki po zwrot. To jest równie niemożliwe, jak żeby ptak przeistoczył się w jajo, lub ogień w stos drew.
— Czy miałeś pan z góry na celu pozbawić się wszelkich zgoła środków pieniężnych? — badał pastor ostrożnie?
— Nie... — odparł Krystjan z wahaniem. — Nie dorosłem jeszcze do tego. Trzeba się wpierw nauczyć, bo to rzecz trudna. Zwłaszcza w wielkiem mieście, przeszkód miałbym zbyt wiele. Pozatem, przyjąłem pewne zobowiązania. Nie mam także żadnego programu i nic potrzebuję go wcale. Rzecz główna, bym sobie wreszcie stworzył rozsądną sytuację i pozbył się nieustannej udręki. Chcę zrzucić z siebie jarzmo nadmiaru i bym miał tylko to, co koniecznie potrzebne dla mnie i kilku ludzi jeszcze. Każda potrzeba da się ograniczyć i to ograniczanie można doprowadzić do punktu, kiedy ma się zysk z owego zacieśnienia potrzeb.
— Jeśli pana dobrze rozumiem, — powiedział pastor — to chcesz pan zatrzymać część majątku, jako zabezpieczenie przed krańcową nędzą?
Krystjan usiadł przy stole, oparł głowę na rękach i rzekł zcicha:
— Tak... tak. W tym właśnie punkcie nie mogę dojść ze sobą do ładu. Gdzież jest granica pomiędzy sprawiedliwością a samowolą? Żyłem w warunkach, które mi nie pozwoliły na osąd praktyczny, nie posiadam miary tego, co niezbędne, a co zbyteczne. Pan pastor zrozumiał mnie należycie. Nie chcę spierać się o kwotę, bardzo małą zresztą, która mi jest istotnie potrzebna. Kwestja pieniężna jest to zresztą drobiazg, wlokący się za czemś nierównie ważniejszem. Każdy kapitał, dający procent, czyni ze mnie rentjera. Cóż tedy uczynić? Pragnę zasięgnąć światłej rady jego.
Pastor zamyślił się. Spozierał chwilami na Krystjana i dumał znowu.
— Zaskoczyły mnie, przyznaję, słowa pańskie, Krystjanie drogi. Żądasz pan porady?
Znowu zwiesił głowę, znowu spojrzał weń i rzekł wreszcie:
— Zrzekasz się pan. tedy majątku, oraz rocznych dochodów, płaconych dotychczas przez firmę. Dobrze. Wola ta zostanie uznana. Wierzę, że pan nigdy nie wyciągniesz po to ręki. Zakończona jest tedy dawniejsza egzystencja.
Rozumiem wnętrzną rozterkę z racji wyznaczenia sobie koniecznej na życie kwoty. Jest to problem skromności, który raz rozstrzygnięty, gorzkiem trzeba będzie okupić doświadczeniem.
Krystjan potwierdził gestem.
— Słuchaj mnie pan, drogi Krystjanie! — ciągnął pastor dalej podniesionym głosem — to, co powiem, jest nieco drażliwe może. Jestem, jak panu może wiadomo, kapelanem domu karnego w Hanau i czuwam nad ludźmi wykluczonymi ze społeczeństwa. Interesują mnie oni, znam motywy ich czynów, ciemń serc i tęsknotę, ujętą zamrozem.
Zaręczam, niema pośród nich jednego, któregoby uratować nie można, rozjarzając w nim iskrę bożą. Sprawie tej służę gorliwie, a niejeden już wrócił na świat zupełnie odrodzony i opiera się dzielnie pokusom. Owa poprawa, zależna jest, niestety, w wielu razach od uchronienia takiego człowieka przed nędzą.
Ludzie litościwi udzielają pomocy, przyczynia się również państwo, ale wszystkiego mało. Czyżby było dobrze, byś pan, z kapitału bardzo zresztą wielkiego, który zwracasz ojcu, odciągnął pewną sumę, której procenty przeznaczyłbyś dla uwolnionych więźniów?
Proszę mnie wysłuchać do końca! — powiedział, widząc jego gest niechęci. — Kapitał ten, powiedzmy trzysta tysięcy, złożony w pewnych papierach, dalby około piętnastu tysięcy, czem da się już świetnie gospodarzyć. Panu tylko wolno będzie, poza procentami, brać z tych pieniędzy miesięcznie, lub kwartalnie tyle, by starczyło na życie. Dysponować procentami mogę tylko ja, lub mój następca. Wszystko to zabezpieczylibyśmy prawnie.
Cel jest tu podwójny. Dobry czyn i naturalny hamulec dla pana. Każdy lekkomyślny wydatek zagraża losom biedaków, każda wstrzemięźliwość przemienia się w promyk człowieczego szczęścia. Oto tama, oto linja moralna. Dwa, lub trzy lata dzielą pana od upragnionej niezawisłości, a przy stopie życia, jaką pan chcesz zachować, wydatek nie dosięgnie nawet dziesiątej części kapitału.
Jest to również problem, ale sądzę, że znęci pana możność wypróbowania sił swoich. Proszę wcale nie myśleć o celu humanitarnym. Wiem z listu pańskiego, że to pana razi. Mógłbym na rozlicznych przykładach dowieść, jak niezbędną i pilną rzeczą jest przeorać na nowo to właśnie królestwo dusz. Nie wątpię, że pozyskałbym serce pańskie dla mego celu, gdybyś mógł popatrzyć raz choćby, takiemu ocalonemu człowiekowi w oczy.
— Przecenia mnie pan pastor! — powiedział Krystjan uśmiechnięty, jak zawsze, dwuznacznie. Wszyscy, zawsze przeceniają mnie na tym punkcie a sądzę fałszywie. Ale niema o czem mówić, gdyż jest to bagatela.
— Cóż pan myślisz o moim projekcie?
Krystjan zwiesił głowę, a po chwili odparł:
— Ładne to sidło, panie pastorze, jak widzę. Muszę się namyśleć. Ja sam tedy korzystam niejako z mego dobrodziejstwa. Cóż to za wstrętne słowo: dobrodziejstwo! Korzystając zaś, pomniejszam je. A pan pastor sądzi, że ma to oddziaływać na minie wychowawczo i ułatwić mi zadanie?
— Tak, mniej więcej myślałem, z uwagi, liż pan tę właśnie obrał drogę.
— Jeśli rozczaruję, będzie pan pastor żałował skromności swojej! — zauważył Krystjan trochę szyderczo. Mógłby pan żądać kwoty podwójnej, potrójnej, a ja zapewne inie zawahałbym się, cóż mi bowiem zależy na tem do czyjej kieszeni wpłyną niepotrzebne mi miljony. Uczyń pan to, proszę, a ryzyko się zmniejszy.
— Czy pan pytasz z powodu niewiary w moją sprawę?
— Nie wiem, ale proszę pana pastora o odpowiedź.
— Przedłożyłem już kalkulację swoją. Proponuję to tylko, na co pozwalają warunki. Nie chcę przekraczać pewnej linji i wykorzystywać sposobności. Inaczej spotkałbym się z zarzutem niechętnych i intrygujących ludzi.
— Czyż ma mnie ująć fakt, że jakiś lam, uwolniony a rzekomo poprawiony więzień dostanie w rękę, piędziesiąt, sto, czy dwieście marek? — upierał się Krystjan głosem godnym adwokata — czy znam tych ludzi, nie wiem czem są, czem cuchną, jak wyglądają i co poczną z pieniędzmi. Dlatego też nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.
— Tak, tak... — odparł pastor, zasmucony potrosze — ale ja ich przecież znam doskonale!
Krystjan roześmiał się.
— Panie pastorze, jesteśmy ludzie zgoła odmienni, w myślach i czynach! — nagle spojrzał nań i dodał: — Te wszystkie moje zarzuty nie mają zresztą na celu czynić, kochanemu pastorowi, jakichś trudności. Przeciwnie. Pan mnie prosi osobiście o pomoc, a ja osobiście chętnie jej udzielam. Wzamian za to, pan pastor staje się moim opiekunem i wychowawcą. Sądzę, że nie będzie powodu do skargi.
— Godzisz się pan tedy, drogi Krystjanie i mogę załatwić potrzebne formalności? — zapytał uradowany, ale jeszcze z cieniem powątpiewania.
Krysitjan skinął głową.
— Proszę robić, co pastor uważa za stosowne. Jest to, wszakże drobiazg znikomy.
— Cóż to znaczy, drobiazg? Słyszałem już, że pan bagatelizuje sprawy finansowe, cóż tedy jest rzeczą ważną?
— Nie umiem panu tego wyjaśnić, pastorze, czuję tylko drobnostkowość tej sprawy. To wszakże dopiero początek, którego wszystkie trudności zjawią się dopiero. Trzeba to, co się oddało, przysłać na nowo, choć w inny sposób, tak, by inie było straty.
— Dziwne, — mruknął pastor — bardzo dziwne! Mówisz pan o tem, jak o zapasach sportowych, czy interesie zamiennym.
Krystjan roześmiał się znowu.
Pastor położył mu dłoń na ramieniu i rzekł poważnie:
— Gdzież jest owa kobieta, którą pan... wziąłeś do siebie?
Krystjan odpowiedział gestem w kierunku mieszkania Karen.
Pastora uderzyła myśl dziwna i nowa.
— A więc pan nie żyjesz z nią? — szepnął.
— O, nie! — rzekł Krystjan chmurząc czoło.
Pastor upuścił ramię i powiedział po długiem milczeniu:
— Ojciec pański jest wstrząśnięty ową chorobą, powtarzającą się w jego rodzinie. Podczas rozmowy o Judycie, siostrze pańskiej, nazwał to przewrotnym pędem samoponiżenia.
Krystjan machnął wzgardliwie ręką.
— Judyta? — odparł żywo. — Ależ ona bufonuje, pyszni się. To nie jest żadne samoponiżenie. Ona czyni tylko próby, jak daleko może się ważyć, ile inni dla niej zaryzykować golowi i wyczekuje z zaciekawieniem rezultatu. Wiem to z jej własnych ust. Rzuca się w wodę i jest obrażona, że przemokła, wkracza w ogień, sądząc że jej nie spali. Polem nienawidzi zarówno ogień jak i wodę. O nie, z nią nic nie mam wspólnego.
— Czyż tak małe serce u brata? — rzekł pastor z wyrzutem. — Ale tak, czy owak, ojciec pański został bardzo boleśnie zraniony ostatniem przeżyciem. Cała działalność jego straciła treść wnętrzną, a owoc długoletniej pracy, okazał się znikomym. Dotąd sprzyjało mu niesłychane szczęście, a teraz cóż? Własne dzieci powstają przeciw niemu. Ma wrażenie bezwzględnego osamotnienia na szczycie góry, którą sam usypał, a to, czem go wynagrodzono, uważać musi za urągowisko i hańbę.
Krystjan milczał obojętnie, a pastor ciągnął dalej.
— Strona społeczna życia naszego, obok całego brutalizmu, posiada coś co jest nader subtelne i czcigodne. Możnaby to przyrównać do drzewa o korzeniach głęboko w ziemi skrytych, które rozpościera w powietrzu konary, gałęzie, kwiaty i paki. Jest to dzieło boże i gardzić niem nie wolno.
— W jakimże celu mówisz mi pan to wszystko, pastorze? — spytał niechętnie.
— Ojciec cierpi. Udaj się pa,n do niego i uczyń wyznanie. Jest to nawet obowiązkiem syna.
Krystjan potrząsnął głową.
— Nie! — oświadczył. — Nie mogę.
— A matka pańska? Sądziłem, że nie potrzebuję o niej wspominać nawet. Ona czeka. Dzień cały jest dla niej ustawicznem oczekiwaniem.
Krystjan potrząsnął głową poważnie.
— Nie! Nie mogę! — powtórzył.
Pastor wbił smutnie oczy w ziemię, przez czas pewien siedział oparłszy podbródek na dłoni, potem zaś odszedł, unosząc dziwne, niejasne wrażenie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.