Ewa (Wassermann)/Karen Engelschall/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
3.

Crammon i Joanna Schöntag siedzieli w halu hotelowym. Skończyli właśnie kolację. Towarzyszka Joanny, panna Grabmeier odeszła już.
— Skrzaciku, musisz pani wziąć na cierpliwość! — rzekł Crammon. — Nie ruszył dotąd przynęty, a pławik leży na wodzie nieruchomo.
— Wezmę na cierpliwość, łaskawy panie! — odparła łamiącym się chłopięcym głosem. Nagle błyskawica rozradowania przebiegła po jej maleńskiej twarzyczce, brzydkiej, a przepojonej urokiem. — Nawet mi to nie przyjdzie trudno. Wszystko w mem życiu jest na wspak, toteż jeśli czasem niespodziewanie nastąpi coś pomyślnego, czuję się bardzo nieszczęśliwą, bowiem przedstawiałam to sobie inaczej. Najlepiej dla mnie jeśli pragnienia moje nie spełnią się wcale.
— Przedziwna istota! — powiedział Crammon z podziwem.
Joanna westchnęła komicznie.
— Tak, tak, — ciągnęła dalej, poruszając z umysłu dziwacznie chudą szyjką — drogi mój protektorze, radzę panu byś mi się pozbył odwrotną pocztą. Jestem przeszkodą komunikacji, uosobieniem złego znaku. Podczas mych narodzin zjawiła się przy mnie niejaka pani Kasandra, o której gadają tyle złego.
Wszak pamiętasz pan nasze strzelanie do celu w Ashburhillu? Trafiłam w czarne i wszyscy się dziwili, a najbardziej ja sama. Tymczasem broń wypaliła zanim wzięłam na cel. Takimi drobnymi podarkami przymila się do mnie przeznaczenie, chcąc mnie ukołysać. Ale to na nic... Ha, zakonnica!
Urwała nagłe przerażona i szeroko otwartemi oczyma wpatrzyła się w ogród, przez który szła Urszulanka. Skrzyżowała ramiona i jęła liczyć z ogromną wprawą... siedm, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa jeden... Polem roześmiała się, pokazując przepyszne zęby.
— Czy tak się czyni zawsze na widok zakonnicy? — spylał Crammon z fachowem zainteresowaniem.
— Tak jest, to przepis obowiązujący. Ale znikła, zanim doszłam do jedynki. Nie jest to dobry znak. Zresztą, baronie, pańska terminologja sportowa jest mi mocno podejrzana. Cóż to znaczy: — Nie ruszył przynęty, a pławik leży na wodzie? — Proszę dobierać słów. Jestem bezbronna podróżniczka, zdana na pańską rycerskość. Jeśli pan, moją mętną i bez tego, samoświadomość będziesz niepokoił wspomnieniami rybołóstwa, to zatelefonuję zaraz po dwa łóżka w pospiesznym do Wiednia. Oczywiście dla siebie i panny Grabmeier.
Lubiła ryzykowne zwroty i wyślizgiwała się z nich zręcznie. Crammon wybuchnął spóźnionym śmiechem, a to ją rozweseliło na nowo.
Była czujna, baczna i śledziła gorączkowo życie ludzkie. Pochylała się do Crammona, szeptali, na widok jakiejś osoby, on musiał opowiadać, jeśli mimo niesłychanej wiedzy w zakresie sprawek międzynarodowego towarzystwa, zawiodły go konkretne dane, to komponował dalej, zmyślając spory spadkowe, rozterki rodzinne, nielegalne narodziny, wiarosłomstwa, słowem, co było trzeba. Joanna słuchała, śmiejąc się.
Zerkała ku każdemu stolikowi, chwytając w lot szczególniejsze postacie, rzucając glosy, lub żarciki pod adresem tych mimowolnych aktorów wielkiego świata i półświatka.
Nagle, wielkie jej szarobłękitne źrenice rozszerzyły się, a usta przybrały wyraz dziecięcego zdumienia.
— Któż to? — szepnęła z gestem głowy w stronę portalu, do którego Crammon siedział tyłem. Ale w tej samej chwili domyśliła się, już nawet bez pomocy ogólnego oglądania się obecnych i przyciszenia rozmów.
Crammon ujrzał Ewę w grupie pań i panów. Wstał, czekając, aż spojrzy w jego stronę i złożył głęboki ukłon. Ewa drgnęła. Nie widziała go od czasu wizyty sir Denisa Lay. Zamyśliła się, skinęła jak obcemu głową, polem poznawszy, odrzuciła niezrównanym ruchem stopy tren sukni i podeszła doń żywo.
Joanna wstała także, a mała figurka jej zwróciła uwagę Ewy i dała znak Grammonowi, że chętnie pozna osóbkę, na której twarzy malował się zachwyt i szacunek, w sposób wprost wzruszający. Crammon przedstawił ceremonjalnie Joannę, która dygnęła zarumieniona, potem zaś odpiąwszy od gorsu trzy żółte róże podała je nieśmiało Ewie. Ten gest spodobał się tancerce, która wyczula jego wyjątkowość, prawdę i wartość.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.