Ewa (Wassermann)/Karen Engelschall/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
10.

Amadeusz wiedział dobrze, że prócz Krystjana nikt go nie lubi. I jego zresztą także podejrzywał, liczył wszystko, ważył i targował się. Spojrzenie i obecność Krystjana hamowały go, a tego najbardziej nie mógł przebaczyć. Nawet przez sen jęczał gorzko.
Czytał w Biblji:
— Pewien gospodarz urządził winnicę, otoczył ją płotem, kazał wykopać dół na tłocznię, zbudować strażniczą wieżę, wynajął hodowcom winorośli i opuścił kraj. Gdy nadszedł czas winobrania, posłał służebników, by odebrali należną mu część plonu. Ale winogradnicy rzucili się na wysłanników, obili jednego, zamordowali drugiego, zaś trzeciego ukamienowali. Gospodarz wysłał większą liczbę czeladzi, ale ich także spotkał taki los. Wkońcu wysłał swego syna, sądząc, że chyba syna uszanują. Na widok przybyłego powiedzieli sobie: — Ten ci jest spadkobierca! Trzeba go uśmiercić! — Chwyciwszy, wywlekli go za winnicę i zabili.
Czasem całemi godzinami trzymał się Krystjana, studjując każdy jego ruch zawistnie:
— Ten ci jest spadkobierca! — szeptał do siebie.
Potem zaś nagle, ogarnięty skruchą, kajał się pokornie. Czuł, że istnieć przy nim tylko może i sądził, że Krystjan słyszy okrzyk tej spowiedzi. Ale nie słyszał i brat przemieniał się znowu we wroga. W ten sposób kroczył obłędnie z ciemni, przez płomień i dym, w ciemń wracając.
Cierpiał z powodu swej nieśmiałości i narzucania się jednocześnie. Wśród zbytku, gdzie się nagle znalazł, czuł dawną gryzącą nędzę i buntował się. Nie chciał patrzyć na wzorzystą stronę tkaniny, ale dumał nad znaczeniem krzyżujących się nitek strony odwrotnej.
Podejrzywał każdy stosunek, czuł kolec w każdej wesołej rozmowie, twarze ludzi podniecały jego nienawiść, a piękno oglądał jako brzydotę. Wszystko było mu trucizną, zgnilizną, kwiat cielskiem, aksamit zgrzebnem płótnem, wszędy na murach widniało płomienne mane, tekel, upharsim.
Trwał w uporze, nie ustępował. Zazdrościł nawet po osiągnięciu celu swych zabiegów. Żądzę zemsty syciły dawne przeżycia, razy ojca, niesforne żarty kolegów w seminarjum, którzy mu sypali pieprz do kawy, mina Adeliny Ribbeck z jaką mu podała w zamkniętej kopercie pierwszą płacę miesięczną, afronty i wzgarda jaką mu ludzie płacili za doznane od innych krzywdy. Nie mógł zapomnieć, pogodzić się z losem, wszystko odczuwał ciągle na nowo.
Potem padał na ziemię, rozmodlony, żebrzący przebaczenia, lub dręczony skrupułami religijnemi, skazywał się na askezę, która go ciskała z powrotem w wyuzdanie bezmyślne, bezplanowe, a pożerające mnóstwo pieniędzy.
Nie mogąc wytrzymać bez gry i jej podniet, wpadł w ręce oszustów, udawał po spelunkach nocnych bogatego kawalera, arystokratę incognito, a że rolę jego brano serjo, choć sam się jej wstydził, nie zważał na wielkie straty i oszustwa. Raz wpadła do takiego lokalu policja, on zaś z trudem jeno zdołał umknąć. Osobnik jakiś uczepił się go i wymusił znaczną kwotę za milczenie.
Opanowały go kokoty, którym kupował suknie, stroje i urządzał nocne pijatyki. Pił z kałuży, nie mogąc dostać świeżej wody i dawał im wyraźnie do zrozumienia, że płaci za to iż go znoszą, one zaś śmiały się, zdumione wielce. Raz spędził godzinę sam na sam z młodą i ładną dziewczyną. Zasłonił sobie oczy przepaską i nagle uciekł, jak ścigany przez furje.
Trzy razy oznaczał dzień wyjazdu i odkładał go trzy razy. Do obrazu Joanny przyłączył się obraz Ewy, a oba paliły mu mózg, zawieszone w niedosiężnej dali. Brzydka była mu, niejako pokrewną, piękna zaś głośnem urągowiskiem jego życia.
Słyszał i czytał dużo o jej kunszcie, toteż postanowił zostać aż do dnia występu, by jak mówił Krystjanowi, wytworzyć sobie sąd własny i nie dać się tumanić bezczelnym pochlebcom.
Był to theatre paré. Zasiadł obok Krystjana w strojnej, rzęsiście oświetlonej sali, gdzie byli książęta, senatorowie z rodzinami, najwyżsi urzędnicy i najznakomitsi przemysłowcy, oraz wysłańcy z różnych stron Niemiec.
Wzięli miejsca tuż za orkiestrą, mimo że Crammon, znawca efektów perspektywy wybrał balkon pierwszego piętra, a towarzyszyli mu Joanna i Botho v. Tungen. Twierdził on, że zbliska, linja rampy przecina widok ruchu nóg i stóp, a tylko w połowie wysokości i zdala wszystko spływa harmonijnie.
Amadeusz trwał w rozmyślnej sztywności, nie broniąc się, nie stając wbrew czemuś potężnemu pozostał zimny, mglisty i głupkowaty.
Nagle, niby ptak dziwny wpadło na scenę stworzenie, niepodlegające zgoła ciężkości, rozkołysał się rytm jakiś przemieniający ruch w pieśń, opadły z dusz łańcuchy, uczucie było teraz obrazem, akcja mitem, chodzenie zwycięstwem nad materją. Ale mina Amadeusza mówiła: — I cóż mi z lego? I cóż wam z tego? — Pochłonięty gniewem pod kątem płciowości, upatrywał we wszystkiem jeno podniecający pokaz, gdy zaś zahuczała burza oklasków, wyszczerzył zęby.
Ostatni punkt programu był to rodzaj tanecznego przysłowia, uroczy żarcik, stworzony przez Ewę do muzyki Delibesa. Treść całą stanowiło to, że pierrot pędzi bąka, przybierając coraz to inne pozy, czyniąc skoki i zwroty, a wkońcu znużonego bąka zagania ku dziurze, w której przepada bez śladu.
Blachą treść, zmienność i bogactwo ruchów przepełniło życiem, widzowie patrzyli z zapartym oddechem na te pełne gracji, od chwilowej, zda się, fantazji zależne ruchy, a potem, w podzięce, oszaleli zupełnie.
We foyer przyskoczył Crammon do Krystjana i wciągnął go w mroczny kurytarz, a potem za kulisy. Amadeusz, nie dostrzeżony przez Crammona, milczący i bezmyślny poszedł za nim. Widok kulis, papierowych skał, drzew, rozwiniętych prospektów, przyrządów do oświetlania, bloków, oraz bieganina robotników rozbudziła w nim głuchą, wrogą ciekawość.
Wzburzeni ludzie cisnęli się do garderoby Ewy, ona zaś siedziała w czarno białym kosi jurnie pierrota, trzymając w ręku misterny, srebrny bacik, którym pędziła bąka. Otaczała ją wielka góra kwiatów, a Joanna na klęczkach patrzyła w nią lśniącemi gorąco oczyma. Zuzanna Rappard podała swej pani szklankę szampana, polem jęła żargonem z kilku języków tłumaczyć nieproszonym gościom, że są zbyteczni. Każdy jednak chciał zdobyć dla siebie spojrzenie, słowo, lub uśmiech Ewy.
Obok garderoby znajdywała się wąska ubieralnia, oddzielona cienką ścianką bez drzwi. Mieściły się tam tylko kostjumy tancerki i siało wielkie zwierciadło. Amadeusz został napoły bezwolnie wepchnięty tam przez ciżbę ludzką, a raz wszedłszy uczuł w sercu odwagę i postąpił parę kroków dalej.
Obejrzał się i jął patrzyć na wiszące tu i leżące stroje, łyskliwe jedwabie różnych barw, wonne tkaniny z gazy, batystu i tjulu. Były tu cieniuteńkie tkaniny i ciężkie brokaty, jedna suknia połyskała jak złoto, inna srebrzyście. To znów zdawała się zrobiona z różanych liści, przypominała siatkę z nitek szklannych, białą pianę, lub ciemno-fjoletowy klejnot.
Siały tu przepiękne trzewiczki z marokinu, jedwabiu i łyczka, wisiały wielobarwne pończochy, leżały wstążki, koronki i różne ozdoby antyczne. Zapach wydzielany przez to wszystko sprawiał zawrót głowy. Woniały jakieś maści, cenne olejki, włosy kobiece i skóra.
Amadeusz uczuł tętnienie pulsu, twarz mu poszarzała, wyciągnął bezwiednie ramię, chwycił kunsztownie malowany szal hiszpański, zmiął go w rękach ze złością, chciwie, szaleńczo i drżąc całem ciałem zanurzył w nim nos i usta.
W tej chwili spostrzegła go Zuzanna Rappard i uczyniła gest zdziwienia. Zwróciło to uwagę Ewy, odsunęła zlekka Joannę, wstała i przekroczyła próg. Na widok odrętwiałego z upojenia szaleńca doznała uczucia, że jest w tem coś nieprzyzwoitego i krzyknęła zcicha.
Amadeusz drgnął, upuścił szal i jął patrzeć dziko, świadom przewinienia. Twarz Ewy nabrała wyrazu roześmianej, głębokiej wzgardy i wstrętu od całych miesięcy żywionego, podniosła srebrny biczyk i cięła go w twarz tak silnie, że cała krew z niej odpłynęła a pozostał tylko skurcz rozkosznego upojenia.
Wszyscy zmilkli z przerażenia, a Krystjan podszedł do Ewy i rzekł głosem tak niemal spokojnym jak zawsze:
— Nie Ewo, tego czynić nie wolno!
Wziął biczyk za oba końce, przygiął i złamawszy delikatny metal, rzucił na ziemię.
Spojrzeli na siebie. Wstręt widniał jeszcze w jej oczach, a jednocześnie zdumienie, że Krystjan odważył się na coś takiego.
Krystjan mówił do siebie:
— Kocham ją! Jest piękna!
Podziwiał ją w tym kostjumie o wielkich guzikach, w stożkowatej czapeczce, z pomponem zwisającym od szczytu. Kochał ją, a dusza jego zaczęła dopominać się tych oczu, których go pozbawiła. Zadał sobie też pytanie, czemu się rozgniewała, zaraz uczuł politowanie, oraz dziwną swobodę i uśmiechnął się. Uśmiech ten był, w oczach zebranych nieco głupkowaty.
Amadeusz czytał w Biblji: — Czemuż to niepokoicie lud mój i miażdżycie oblicza biednych? Dumne są, zaprawdę córki Sionu, chodzą wyciągnąwszy szyje, z podmalowanemi oczyma. Idą tanecznym krokiem, mając na nogach obrączki. Toteż uczyni Pan łysemi ich głowę i obnaży ich srom. Usunie wszelaką ozdobę, lśniące łańcuszki, małe słońca i księżyce, zausznice, branzolety i szale, przystrój głowy, pasy, flakony z pachnidłami, amulety, pierścienie, płaszcze, luźne szaty zwierzchnie, woreczki, zwierciadła, koszule i czepce. Miast balsamu rozejdzie się odór zgnilizny, pasy, zastąpią postronki, warkocze łysiny, miast szerokiego płaszcza dostaną ciasny worek, a miast pięknych lic blizny szpetne. Padną męże twoi, licznie od miecza, a bohaterowie twoi w boju. Bramy twe smucić się będą i żalić, i padną na ziemię.
Tegosamego wieczora wyjechał do Berlina.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.