Emisarjusz/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗
Kto próbował poleskich dróg jesienią, a lepiej jeszcze w wiosenne roztopy, ten może być pewnym, że go na świecie żadna podróż i żaden gościniec nie zdziwi i nie przestraszy. Drogi te nie wiele się różnią od wyschłych na pół łożysk potoków. Kamienie, dyle, korzenie, kałuże, przepaści, grzęzawice... znajdzie się tam wszystko, co tylko drogę czynić może nieprzebytą... a im ona jest bardziej uczęszczaną, tem gorszą. Koła głębokie ryjąc się, wyrzynają rówczaki, które woda rozrywa... a każdy wóz, unikając starych robi nowe, i w końcu gościniec ów zmienia się w niezgruntowane brózdy, między któremi sterczą bryły ziemi, gałęzie, chróst i połamane drągi, co niegdyś do ratowania z otchłani służyły. Taka grobla piekielna wiedzie zwykle do wysokiego, chwiejącego się, na palach cienkich wzniesionego mostku, pokrytego dylami nieprzytwierdzonemi najczęściej, tak, że koń, który stąpi na końcu, może ciężarem swym podważyć i wyrwać brewiono.

Wiele też z nich braknie... dziury je zastępują. Rumaki przeskakują te przeszkody, do których nawykły, i nie podnoszą uszów, aż przebywszy tę klawiaturę, której znają niebezpieczeństwa. Nie raz bowiem trafia się, że przyprzężkowy urwie się i na pale poleci. Niekiedy na starszych konie i bryczka się zapadają.
W gniewie naówczas podróżny, co się załamał, własnemi rękami most taki rozrzuca, a nieszczęśliwy potem następca musi jako tako łatać lub przez rów objeżdżać mostek...
Gościńce tego rodzaju pełne są niespodzianek, i nie dadzą pewno usnąć ani wędrowcowi ani woźnicy...
Podobną drogą wypadało powracać pułkownikowi Szuwale... Zbyt jednak ważne miał na głowie myśli, aby się przypatrywał... a prawdę rzekłszy, i nie czuł, co się z nim działo.
Bryczka latała, tłukła go, rzucała, zapadała w doły, przechylała się; był pewnym, że urzędnika pierwszego w powiecie wywrócić przecie nie mogą. Ale stało się co innego.
Na przedzie jadący z kagańcem człowiek, znający doskonale tak zwane objazdki, małe drożyny porobione wozami chłopskiemi dla uniknienia rozbitych grobel, poprowadził manowcami, piaskami, które po deszczu, stosunkowo jeszcze wcale nie złą były drogą. Wiodła ona przez las sosnowy, pełen wybojów, korzeni, pni... małych brodów nie grzęzkich. Czterema końmi w poręcz dosyć się było trudno wywinąć.
Na skręcie... woźnica nieuważny o pień zawadził osią, konie szarpnęły, oś pękła, koło spadło... i pierwszy urzędnik w powiecie leżał na ziemi jak najostatniejszy z czynowników. Złość jego nie znała granic, klął woźnicę, sługę... łajał, klął, obiecywał pałki, więzienie... knuty, Syberję, ale to wszystko razem osi naprawić nie było w stanie. Zrozpaczony przewodnik, któremu słusznie należna część kułaków i połajań się dostała, chcąc zapewne udobruchać wściekłego, zaproponował, że go zaprowadzi do bliskiej w lesie karczemki na Rudkach, gdzie miał też być i kowal cygan... coby mógł oś naprawić...
Zostawiwszy więc ludzi z bryczką połamaną w lesie, rad nie rad pułkownik pieszo wskazaną ścieżynką, mającą go wprost do parę wiorst odległej zaprowadzić karczemki... ruszył, przeklinając...
Noc bardzo powoli ustępowała pierwszym dnia brzaskom.. ledwie cokolwiek szarzeć zaczynało. Właściwie nie był to nawet poranek, ale na rozjaśnionem niebie jesiennem, wszedł księżyc w ostatniej kwadrze... on to mdłem światełkiem trochę pomrokę rozświecał.
Zadumany pułkownik, w zbłoconym płaszczu sam jeden szedł przez las... czekając rychło się li pokaże karczemka owa... obiecana.
Była to — jak sam przewodnik mówił — mała budka pachciarza, na rozdrożu niedaleko od Rudek mazurskich... ale zawsze choć dach, pod którym się było można przytulić, wiązka siana lub słomy, i nadzieja znalezienia kowala. Szuwała w głowie już rachował, czy lepiej było posłać po nową bryczkę i czekać na nią, lub batogiem i grozą przyspieszyć spojenie złamanej osi.
Wszystko to zależało wszakże od tego, co miał znaleźć w owej karczemce... na małej drożynie bocznej, wśród lasu, niewiele mogąc się spodziewać. Na traktach niema gospód paradnych, cóż dopiero w takim zakącie!
I trzebaż było nieszczęścia, żeby tu go spotkał ten wypadek!
Jak zwykle, gdy się nie wiedzie, gniew urzędnika na pierwszą przyczynę tych wszystkich wypadków, na niegodziwego emisarjusza, coraz rósł i zwiększał się co chwila... — No! jeśli się dostanie w moje ręce... no! — wołał — dam mu się za wszystko we znaki.
Szedł z głową przepełnioną najdziwniejszemi pomysłami, między innemi zrobienia natychmiast w lasach obławy na zbiega, jak się czasem trafia na rekrutów i więźniów... gdy w półmroku, niedaleko ukazała się owa obiecana karczemka.
Sprawnik nie był pewny, czy ona czy inne jakie zabudowanie, gdyż wyglądała nadzwyczaj licho... ale zawsze było to mieszkanie ludzkie i w maleńkiem jego okienku już się nawet świeciło. Ludzie byli do dnia powstali. Z komina gęsty dym czarny się wznosił.
Wśród olbrzymich sosen, otoczona kołkami oprowadzonym ogródkiem małym... stała budowelka drewniana, pod słomą, szczupła... a dokoła niej jeszcze niższe chlewki i przybudówki. Nie była to karczemka zajezdna... bez szopy i wrót, widocznie składała się cała z mieszkania jednego... dwóch może izdebek i sieni dla kóz i kaczek... Sprawnik szukał już oczyma osady, kowala... ale tego dokoła widać nie było. Strwożył się nieco, czy nie zabłądził... ale w każdym razie trzeba się było choć rozpytać.
Zastukał więc do drzwi, sądząc, że są zamknięte, a w stukaniu jego można było poznać najstarszego urzędnika w powiecie, walił w małe drzwiczki po pańsku, jak ktoś co ma prawo nie prosić, ale kazać sobie otworzyć. Wewnątrz powstał hałas i wrzawa, ktoś przybiegł do drzwi, i sprawnik ujrzał przed sobą wychudłego żyda w śmiertelnej koszuli, z obnażoną i rzemykami obwiązaną ręką, z przywiązanym na głowie przyborem modlitwy... który patrzał nań strwożony.
Chciał widocznie przybysza ofuknąć, ale wśród mroku ujrzawszy wysoką postać i mundur, strwożył się i zamilkł...
Sprawnik popchnąwszy go, wszedł do izby i na wysokim progu w nizkich drzwiach mocno się uderzył w uszak głową. Powiększyło to jego gniew jeszcze.
Izba karczemna, w której piecu i kominie razem właśnie rozpalono ogień, była mała, brudna, i nad wyraz nędzna. Stół ledwie ociosany, ławy pod ścianami, łóżko, kołyska, koza, różne sprzęty gospodarskie zajmowały ją prawie całą... trudno się było w niej obrócić. Dwie brudne żydówki z garnkami w rękach... i żyd, który wprowadził sprawnika, składali całą ludność.
Zaduch i woń cebuli, błota, smarowidła, starych kożuchów i czosnku... dusiła... Sprawnik porwał naprzód żyda za kołnierz...
— Ruszaj po kowala.
Żyd stał osłupiały. Rzadko mu się trafiło spotkać z urzędnikiem, nie pojmował ani tego obejścia się ani rozkazu. Zaczął krzyczeć, żydówki zaczęły mu na różne głosy wtórować, bachory w kołyskach, za piecem poprzebudzane rozkrzyczały się tak, że na chwilę nic słychać nie było oprócz wrzawy.
Sprawnik byłby dobył szabli, ale niestety, w pospiechu zostawił ją na złamanej bryczce.
Żyd ochłonąwszy, instyktowo zmiarkował, że osoba, która się tak porywała śmiało do niego, musiała mieć do tego prawo i siłę... spokorniał.
— Wiesz ty co sprawnik? — zakrzyczał Szuwała — ja cię nauczę! Ja cię do turmy wpakuję i zgnijesz w niej... Idź po kowala...
Żydówka podskoczyła.
— A! jaśnie panie, on nie może iść, kiedy z Panem Bogiem zaczął się modlić... ale ja idę... biegnę...
Pułkownik plunął, ruszając ramionami. Obejrzał się po izbie, nie było kąta, gdzieby mógł siąść i spocząć... ale widać było drzwi do alkierza, w którym na stole paliła się świeczka.
Pułkownik wszedł do niego.
Na tapczaniku narzuconym garścią słomy, obwinięty w płaszcz, odwrócony twarzą do ściany, spał jakiś podróżny... Sprawnik oburzył się, że ktoś śmiał odpoczywać, gdy on nie miał gdzie usiąść — uderzył nogą śpiącego.
Nie skutkowało to odrazu, podróżny poruszył się tylko i zdawał się czegoś pod płaszczem szukać rękami. Sprawnik zawołał po rusku:
— Nu... wstawać!
Na ten głos nakazujący, człowiek obwinięty w płaszcz ruszył się ale nieco leniwo, począł rozwijać się zwolna... wnet jednak poskoczył niespodzianie, odchylił płaszcz szeroki i nim pułkownik miał czas przyjść do przytomności i strachu zarazem, silną dłonią pochwycił go za gardło.
Szuwała przy bladem świetle łojowej świeczki poznał dopiero dawno niewidzianą, ale dobrze sobie pamiętną twarz i rysy Pawła Zeńczewskiego i jego ogniste oczy wlepione w siebie.
Emisarjusz jedną ręką trzymał go za szyję i cisnął, a drugą podniósłszy rewolwer, przyłożył mu do piersi.
Szarpnął się pułkownik ale napróżno, silniejsza ręka trzymała w żelaznym uścisku, a paszcza pistoletu dotykała munduru... bijące serce ją czuło... trwoga śmierci odbierała mu siłę. Nie miał broni... krzyknął o pomoc, ale wiedział dobrze, iż żydzi żadnej mu dać nie mogą. Gospodarz w śmiertelnej koszuli ukazał się wprawdzie w progu, ale podróżny krzyknął: Zamykaj drzwi, bo strzelę... niech nikt wchodzić nie śmie, — i drzwi w istocie piorunem się zamknęły, a cisza złowroga śmierci zapanowała w karczemce. Słychać tylko było stłumione głosy i szamotanie się.
Paweł trzymał ciągle wyrywającego się sprawnika i coraz silniej dusił za gardło... twarz pułkownika zsiniała, oczy wychodziły na wierzch.
— Człowiecze nikczemny, istoto podła niegodna imienia ludzkiego — wołał Paweł przerywanym głosem — poleć duszę, jeśli ją masz... szatanowi, któremu służyłeś za życia... bo cały i żyw stąd nie wynijdziesz... Prześladowałeś siostrę, zatrułeś jej życie i doprowadziłeś ją do grobu, znęcałeś się nad starym, bezbronnym ojcem moim... zniszczyłeś nas, ścigasz mnie... zasadzasz się na życie moje... ale sam Bóg dał cię tu bezbronnego na karę w ręce te, które okuć tak pragnąłeś... przyszła chwila sprawiedliwości wymiaru... zginiesz!
Mówiąc to, miotał nim przestraszonym jak dzieckiem, chcąc go obalić... Sprawnik oderwać się nie mógł i nie śmiał... wyrywał się napróżno... słabo, bo czuł, że rewolwer, który miał na piersiach, za najmniejszym ruchem mógł mu kulę posłać w serce... pochwycić go ręką nie śmiał, by śmierci nie przyspieszyć.
Na myśl mu tylko przyszło, że należało przedłużyć walkę jakimkolwiek kosztem, bo ludzie jego nadciągnąć mogli i położenie się zmienić, postanowił błagać ratunku.
— Pawle — zawołał — Pawle... zaklinam się... ja pełniłem i pełnię powinność moją, ja na nią przysiągłem, jam nie winien, daruj mi życie... puść mnie... Ulituj się... nic ci nie zrobię... pójdziesz wolny... nie będę ścigał... daruj życie.
— Nie — krzyknął Paweł — nie, znam cię, nie wierzę... Gdybyś mnie przepuścił, będziesz innych ścigał i dręczył, dziki zwierz nie pozbywa się natury swojej... tyś do tego stworzony... Jeśli wierzysz w Boga... módl się... bo zginąć musisz... Mam sześć strzałów, a jeden z nich przeznaczony, żeby cię zgładził i oczyścił świat z potwory... Klęknij i módl się — podły.
Sprawnik upadł na kolana... modlitwa mogła go ocalić, ludzie nadciągnąć...
— Pawle, na cienie twej siostry cię zaklinam... przysięgam ci — porzucę ten kraj, służbę, wszystko. Co ci z tego przyjdzie, że mi życie odbierzesz? Ciebie będą potem szukać, ścigać, wezmą, pochwycą... ja cię puszczę... ja ułatwię ucieczkę... klnę się... na honor wojskowy... Pawle, na cienie twojego ojca...
Ale Paweł rozwścieklony jeszcze walką, puścić go nie chciał, rewolwer trzymał nad nim, choć ręka z gniewu i zmęczenia mu drgała... Szuwała poczuł, że nieprzyjaciel mięknie... podwoił modlitwy i prośby.
— Jeszcze raz, przysięgam ci, pójdziesz cały... daruj mi życie... Słowo żołnierskie... Pawle... tyś człowiek...
Paweł słuchał, wzgarda odmalowała się na dumnej jego twarzy; puścił go nareszcie popchnąwszy tak, że runął na podłogę... ale rewolwer trzymał jeszcze podniesiony.
— Nie chcę się plamić bezecną krwią twoją — zawołał, spuszczając broń — Żyj! zobaczę jak też spełnisz uroczystą przysięgę, co ci ocaliła życie. Ale pamiętaj! jeśli ludziom wmięszanym w sprawę moją włos spadnie z głowy... jeśli będziesz śmiał prześladować Radziszew... choćbym ja miał zginąć... znajdzie się ktoś... co ci łeb roztrzaska... nie ja to inny... pamiętaj!
Gdy się pułkownik zbierał podnieść z podłogi, poglądając jeszcze nieufnym wzrokiem na Pawła... głuchy szmer doszedł jego uszów, poznał a raczej domyślił się swoich ludzi przybywających z bryczką złamaną... chodziło może o jedną minutę, ażeby emisarjusz był schwytany i zemsta dopełniona... przysięga go nie wstrzymywała... począł dziękować, ażeby mu jeszcze nie dać odejść, gdyż Paweł płaszczem się owijał.
Nie dosłyszał on gwaru, ale rzuciwszy okiem na wylękłego jeszcze, usiłującego podnieść się na nogi, nie mówiąc nic, porzucił go w alkierzu a sam nie puszczając z rąk rewolweru, wyszedł powoli, zatrzaskując drzwi za sobą.
Na progu tylko rzucił mu jedno słowo ostatnie — Pamiętaj!
Szuwała odetchnął, czując się ocalony jakby cudem, całe zuchwalstwo wróciło mu razem z gniewem, który z niego buchnął, niepohamowany; podszedł ku drzwiom, drżący przykładając do nich ucho, wyczekał aż się Paweł kilka kroków oddali, potem dosłyszawszy wołanie Wańki, który wchodził do karczmy, owładnięty wściekłością, wypadł z alkierza krzycząc:
— Łapaj! łapajcie!
Jeszcze drugi raz nie powtórzył tego wyrazu, gdy z mroku błysnął strzał, i Szuwała trafiony w ramię, zachwiał się i padł zbroczony krwią we drzwiach, nagląc na ludzi... łapajcie go!
Ale Paweł z rewolwerem w ręku nieulękniony przeszedł zwolna wśród ludzi przestraszonych... i nim się ośmielili targnąć na niego, znikł wśród lasu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.