Emisarjusz/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

Noc już była zimowa, chłodna; jesień nagle przeszła w mroźną porę, drobny śnieżek prószył niekiedy i pobielał zamarzającą grudę; ziemia przesiąkła długimi deszczami krzepła i tężała od północnego wiatru... niebo od wieczora okrywało się gęstemi chmurami śnieżnemi. W małej wioszczynie wedle obyczaju wiejskiego, światła były pogaszone prawie wszędzie, w niewielu się okienkach świeciło, bo ludzie wolą wstawać na doświtki zimą, niż długo wieczornice przeciągać. W karczmie tylko i kilku dworkach czerwonawo błyskały szyby zakopcone.
Wyprawa na nieszczęśliwego emisarjusza przedsięwzięta została ze wszelkiemi możliwemi ostrożnościami, aby go nie wypuścić i nie spłoszyć znowu. Przed wsią pozostawiono bryczki, ludzie pod komendą znającego miejscowość manowcami nad Styrem wysłani zostali dla osaczenia chaty i lochu. Sam sprawnik opatrzony w pistolety i szablę w towarzystwie żandarmów cicho i ostrożnie wkradał się pod chatami... Szable nieśli w rękach, aby nie szczękały... Pratulec obwinięty ciepło towarzyszył przyjacielowi.
We wsi, oprócz psów czujnych, które się pobudziły i obcych poczuwszy naszczekiwały — żywego głosu słychać nie było. Pochód zwolna szedł, milczący... nareszcie Pratulec ukazał Szuwale ową chatę, okoloną bzami i osłoniętą szkieletem starej gruszy. Oczy przywykłszy do ciemności rozpoznały, że żołnierze przodem wyprawieni już po cichu stanowiska swe zajmowali. Stali oni gęsto w podwórku z bronią nabitą — zachowując jaknajgłębsze milczenie. Nie bez bicia serca pułkownik wszedł w bramkę otwartą, i rozporządziwszy żołnierzami, kazał do chaty zastukać. Światła już w niej nie było. Na hałas u drzwi wyszła nie rychło kobieta w narzuconym na ramiona kożuchu.
Kazano wyjść gospodarzowi, ale go w domu nie było — okazało się, że u asesora w Torczynie stał na tak zwanej stójce — tygodniowej posłudze z kolei odbywanej przez wszystkie wioski, nad którą cięższej pańszczyzny wystawić sobie trudno. Baba wystraszona postrzegłszy w mroku ludzi tyle — drżała mówić nie mogąc i płakała. Ale poza nią wkrótce ukazał się parobek, którego zaraz pochwycili na znak sprawnika żołnierze.
Ściśnięto go, aby prowadził sam do lochu, gdzie się zbieg miał przechowywać.
Parobczak zaklinał się, że o niczem nie wie, zaczynano go już bić kolbami, a sprawnik mordował go pięścią, gdy Pratulec zwrócił uwagę, że darmo czas tracą, bo loszek tuż... widoczny.
Żandarmi już do niego drzwi łamali... jeden z nich zapaloną na prędce niósł latarnię w ręku... W głębi loszku nic słychać nie było. Ale gdy tarcice pękły i drzwi padły a wnijście się otwarło, świsnęła kula i obaliła pierwszego, który na próg nogę stawił. Drugi żandarm widząc to cofnął się. Pratulec stojący z boku uciekł za węgieł. Pułkownik skrył się za gruszę... ale począł krzyczeć i łajać ludzi, ażeby szli i zbiega żywcem lub trupem brali...
Nikt się jednak nie odważył postąpić, ranny żandarm leżał na ziemi i jękiem przypominał grożące niebezpieczeństwo. Napróżno Szuwała się wściekał, groził, łajał — ludzie jego podchodzili ku drzwiom z boku... a na najmniejszy szelest cofali się z trwogą. Chwila tej niepewności, trwała dosyć długo, i Szuwała poczynał się lękać, aby korzystając z ciemnej nocy i popłochu więzień nie uciekł przebojem. Pratulec wpadł na myśl odkomenderowania kilku żołnierzy z karabinami, aby przez szyję lochu, z tarcic zrobioną i nieco wystającą nad ziemię, dali wewnątrz ognia... drugich porostawiał u drzwi. Był to środek na los obrany w braku lepszego, bo ani wielkości tej kryjówki, ani kierunku szyi nikt nie znał... więzień od strzałów mógł się w kąt ukryć. Nieszczęście jednak chciało, żeby się to okazało nadspodziewanie skutecznem.. po wystrzale sześciu karabinów... krzyki i jęk krótki, urwany, słyszeć się dał z głębi... potem nagle wszystko ucichło.
Gdy po upływie półkwadransa nic więcej słychać nie było, najśmielszy z żandarmów, zagrzany nagrodą obiecaną dziesięciu rubli — z pistoletem i latarnią... spuścił się w głąb powoli. Zaledwie kilka kroków uszedłszy począł wołać głosem radości i tryumfu... wszyscy się rzucili razem do drzwi... Przeszyty dwoma kulami przez piersi i biodra, zbieg leżał oblany krwią i już bezprzytomny. Życie jeszcze z niego nie było uszło z potokiem krwi, ale oddech słabnący wskazywał, że go już nie wiele pozostało. Czarne oczy w milczeniu, pogardą niezmierną strzelały na otaczających... nie wydał jęku, nie rzekł słowa... leżał konający, ale nie złamany na duchu. Duże łzy tylko w szklących źrenicach świeciły jak dwa djamenty...
Szuwała z zaciśniętemi zębami, blady, drżący i pomięszany bardziej, niż jego ofiara, przypadł sam teraz... nie rad, że weźmie dogorywającego nieprzyjaciela, po którym ważnych zeznań można się było spodziewać. Rozkazy zwierzchnie wyraźnie opiewały, aby się starać wziąć go żywcem. Dla tego może nie pastwiąc się więcej podniesiono ciało, poobwiązywano rany na prędce i wysłano do najbliższego lekarza... zajmując się przetransportowaniem konającego w milczeniu do wojennego lazaretu.
Szuwała tylko stanął nad nim zwycięzki i wybełkotał: — Dostałeś się psie w ręce moje...
Ale wejrzenie Pawła, które się z jego wzrokiem spotkało... tak było straszne, że sprawnik zabełkotał coś jeszcze i zamilkł.
Nie przez litość ale przez rachubę starano się utrzymać przy życiu nieszczęśliwego... pułkownikowi szło o to, żeby wyzdrowiał i męczył się pod kluczem... kazał więc sporządzić nosze albo zabrać tapczan z chaty, pokryć go żołnierskimi płaszczami i pieszo nieść do miasteczka.
Szuwała i Pratulec dokonawszy wielkiego dzieła swego, wstąpili do karczmy i wychylili po sporej szklance wódki, ale jeden do drugiego słowa nie śmiał powiedzieć. Pratulec, który także spotkał był wejrzenie konającego, przesądny jak małorus, wbił sobie w głowę, że będzie pewnie urzeczony...
Paweł, którego twarz pokryła się zwolna bladością prawie trupią, coraz mniej dawał znaków życia... ale oddychał jeszcze... powieki jego się zamknęły... usta się zacięły z bólu... krew choć zatamowana chlebem, hubką i spalonemi szmatami, sączyła się zwolna przez nie, brocząc drogę, którą go niesiono.
Szuwała zdawał się uszczęśliwiony na pozór, usta skrzywił do uśmiechu, ale jakiś niepokój na zmarszczonem czole i w błysku oczów znać było... Nie tego też się może spodziewał — chciał go mieć zdrowym, żywym a wziął niemal trupa, bezprzytomnego i... może już zamilkłego na wieki. Zrewidowano loszek, chatę, poryto ziemię dokoła... podarto suknie Pawła, popruto odzież, wszystko... ale papierów, których zajadle szukano, nie znaleziono przy nim żadnych... Zeńczewski miał czas podrzeć je i popołykać...
Tak się skończyła ta wyprawa ostatnia, zwycięzka; Szuwała powrócił z niej zmęczony, blady, czując się słabym, i musiał, pisząc raport, wypić całą rumu butelkę, aby nieco siły odzyskać. Czy go dopiero teraz obumarłe ruszyło sumienie, czy nie to otrzymał czego pragnął — to pewna, że smutny był i przybity.
Pratulec zabrawszy konie kare, z nieco rozjaśnioną twarzą pojechał do domu.
Więźnia z powodu stanu jego, nie można było gdzieindziej umieścić tylko w wojskowym lazarecie — lekarze bowiem po pierwszem obejrzeniu zaraz zdecydowali, że za życie ręczyć nie mogą, chyba przy największej pilności. W oddzielnej celi, pod najściślejszą strażą złożony został Paweł. Dwóch lekarzy, jeden miejscowy, drugi wojskowy podjęli się leczenia.
Strzał jeden przeszedł piersi, ale tak szczęśliwie, że żadnego ważniejszego organu nie naruszył — kula przebiegła na wylot i nie pozostała w ranie. Druga utkwiła w biodrach, prześlizgując się po kości, nadwyrężyła ją i za skórą zawisła. Oba postrzały nie były śmiertelne, ale przez spóźniony ratunek wiele krwi uszło, a samo wrażenie wypadku i położenie rannego dalszy przebieg choroby niebezpiecznym czyniło.
W ręku lekarzy Paweł po kilku godzinach odzyskał zupełną przytomność, otworzył oczy... usiłował z piersi zedrzeć bandaże i niedopuścić leczenia, ale głos doktora i groźba, że mu ręce związać każe, jeśliby się miotał — uspokoiła go.
— Jak macie sumienie mnie leczyć? barbarzyńcy — odezwał się — leczyć na to tylko, ażebym dłużej cierpiał, męczył się i konał pod knutami... Gdybyście ludźmi byli, dalibyście mi raczej truciznę...
Zakazano mu mówić — ale doktór Moskal, śmielszy nieco — zwłaszcza, że nikogo nie było w tej chwili przy nich, odezwał się po cichu:
— Dopóki iskra życia w człowieku, póty nadzieja... my spełniamy obowiązek... a co Bóg da... On tylko wie. Zachowaj się pan spokojnie...
Oba lekarze oświadczyli stanowczo władzy policyjnej, że do kilku tygodni zapewne ani myśleć było można o badaniu więźnia, jeżeli życie jego ocalić chciano. Szczęściem z Kijowa i Petersburga nadeszły rozkazy, ażeby jak najtroskliwiej czuwać nad schwytanym, gdyż na nim pokładano nadzieję wykrycia najważniejszych spisku rozgałęzień.
Lekarze miejscowi mieli sobie dodanego umyślnie wyprawionego na miejsce sztab-doktora S..., który przybył dla zbadania stanu chorego i obmyślenia jaknajwłaściwszych środków zachowania go przy życiu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.