Emisarjusz/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

Pod rozmaitemi pozorami sprawnik kilka razy w czasie gry wychodził, nawet raz przez omyłkę otworzył był drzwi, zostawione bez klucza, do pokoju, w którym leżał Pawłowski, ale się zaraz cofnął. Przymknięta okiennica nie dawała nic dojrzeć.. ale to poszukiwanie jakiegoś wyjścia mogło nie być przypadkowem. Szczęściem, że Załowicki siedział przy kartach wówczas, i sprawnik go nie widział, boby się z bladej twarzy domyślił czegoś, tak, jak się domyśliła panna Celina,
Miała ona już pewne jakieś przeczucia i podejrzenia, że młody ów człowiek nie był tym, za kogo się podawał... tknęło ją to, że na przybycie sprawnika zasłabł... imaginacja i wspomnienie emisarjuszów dopełniło reszty.
Cały dramat zarysował się w jej rozgorączkowanej głowie i sercu. Serce to biło... chciała mieć jakiś udział w tem... niepokoiła się, marzyła... Tymczasem wejście sprawnika, którego poznał z pod kołdry Pawłowski, nabawiło go trwogą, nie o siebie, ale o papiery. Był zdecydowany strzelić, a potem sobie życie odebrać, ale co było zrobić z papierami, których zniszczyć nie chciał i nie mógł?
Szuwała mógł go poznać, mógł się domyśleć, a mając najlżejsze podejrzenie, udawać obojętność, pókiby nie ściągnął żandarmów.
Myśl ta tem mocniej się wbiła w głowę nieszczęśliwego, że Szuwała, wyszedłszy po raz drugi, rozmawiał coś po cichu z sekretarzem i wysłał go niewiadomo dokąd.
Paweł był prawie pewien, że nie wyjdzie cało... ale papiery! O życie mu nie szło wcale, tylko o spełnienie tego, co za najświętszy obowiązek uważał...
Drżąc, rachował i myślał... komu je oddać. Załowicki był najpoczciwszym człowiekiem, ale słabym, tracił przytomność w tych właśnie razach, w których człowiek najwięcej jej potrzebuje. Gospodarza znał mało. Oczy Celiny migały przed nim, jej imię, jej postać... natrętnie mu się narzucały.
Serce mówiło: jej lub nikomu... Rozum odpowiadał: kobieta — przeczucie na szalę rzucało: Polka i bohaterka...
— Jej lub nikomu! — powtórzył Paweł — ale jak? gdzie? jakim sposobem? Tymczasem upływały godziny, a niebezpieczeństwo zbliżać się zdawało...
Pokój, w którym leżał, miał jedne drzwi od sieni, drugie zamknięte na klucz i zastawione komodą dzieliły go od pokoiku, poprzedzającego pomieszkanie cioci i Celiny.
Paweł począł od tego, iż od sieni się zamknął.
Wstał potem z łóżka po cichu, podsunął się pod drzwi zatarasowane i z uchem, przyłożonym do nich, czekał...
Serce mu biło i skronie tętniały.
Usłyszał otwierające się drzwi od salonu i szelest sukni... Zebrawszy się na odwagę, zapukał lekko...
Kroki stanęły... cisza.
Ale nuż to była ciotka?
Zapukał leciuteńko raz drugi.
Szelest sukni zwiastował, że ktoś się zbliżył do komody...
— Panno Celino — szepnął więzień — na miłość Boga!...
Milczenie mu odpowiedziało zrazu, potem nie wiedział, czemu przypisać, że się kroki oddaliły... panna Celina coś nuciła półgłosem... Wytłómaczył to sobie stuknięciem drzwi... od salonu... były bowiem niezamknięte... a sprawnik, grający w wista, siedział o krok. W chwilę później uderzono zlekka we drzwi z drugiej strony.
— Słucham — rzekł głos cichy.
— Nie pytaj pani, nie dziw się, ale zaklinam... na imię Polski... na pół minuty widzieć się z nią muszę, niema chwili do stracenia.
— Otwórz drzwi... klucz jest w nich — odpowiedziano z cicha i nucono znowu.
Paweł nie bez trudności, usiłując jak najmniej robić hałasu, unosząc do góry, drzwi otworzył.
Poza komodą stała blada panna Celina.
— Na miłość Polski, weź pani te papiery, ukryj... albo ja... upomnę się o nie... lub... znajdziesz wskazówkę, komu je oddać.
Dziewczę wyciągnęło rękę odważnie, rumieniec okrył jej twarz, pochwyciła paczkę i skinęła głową tylko, mówić nie mogła... Drzwi zamknęły się natychmiast... klucz obrócił, a Paweł leżał rozgorączkowany w łóżku znowu, już tylko rewolwer jeden cisnąc w dłoni. Powoli twarz jego nabrała spokojniejszego wyrazu... oddychał; wiedział z pewnością, że polskie dziewczę umrze raczej, niż ojczyznę zdradzi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.