Emisarjusz/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


∗             ∗
Dotychczasowe poszukiwania emisarjusza, którego pobytu w kraju Szuwała był pewnym, spełzły wszakże na niczem — rachuby i roztropność nakazywały milczeć o powziętych poszlakach. Sprawnik, rozesławszy swoich szpiegów po powiecie, powrócił chmurny nazajutrz do stolicy, zastał bułanego rysaka w stajni, zapewnił Paramina, że bądź co bądź on nigdy do żadnej odpowiedzialności pociągniętym być nie może, nakazał mu milczenie i począł głowę łamać, jak Pawła Zeńczewskiego pochwycić.

Wiedział on bardzo dobrze, iż rzecz nie była łatwą, rachował, że w jego powiecie długo znajdować się nie może, a stał o to wielce, żeby wpadł w jego ręce. Moralnie był najmocniej przekonany, iż go widział, i że w Olszowie musieli znajdować się razem. Nie mógł żyda posądzić o zdradę, ale sobie wyrzucał, że natychmiast wprost, przybywszy na miejsce, do dworku nie zajechał.
Na pogrzeb starego pilne miał oko, uwięzić kazał natychmiast pannę Różę i posadził ją w prawosławnym monasterze; Pryskę wsadzono do turmy i na majątek pozostały nałożono sekwestr.
Ale o Pawle nie było ani słuchu...
Tymczasem z Kijowa i Żytomierza szły jedne po drugich pisma sekretne, rozkazujące nadzwyczajną baczność.
W całym powiecie powznoszono na nowo upadłe rogatki, porozstawiano straże włościańskie, nakazano karczmarzom największą baczność na przejeżdżających, i codziennie prawie aresztowano po kilka osób najniewinniejszych.
Włościanie, stojący na straży, nie umiejąc czytać, ani pisać, puszczali tymczasem każdego, kto mógł się złożyć jakimkolwiek papierem z pieczęcią, tak dalece, że niekiedy porządny arkusz papieru od świec stearynowych ułatwił przejazd wybornie. Ale wszystko drżało... dwory noc i dzień narażone były na napaści i rewizje drobnych urzędników, a najlżejsze podejrzenie... o zamożność starczyło do nabycia kłopotu i kosztów. Rozumie się, iż gorliwsi i chcący się zasłużyć rządowi, chwytali i pakowali do kozy — kto się nawinął.
Temu wzburzeniu naturalnie towarzyszyły przy braku wiadomości wiarygodnych najniedorzeczniejsze wieści. Wymieniano nazwiska osób najznakomitszych, wciągniętych do spisku i jakoby uwięzionych w Petersburgu, Kijowie, na prowincjach. Popłoch był powszechny. Po dworkach zakopywano książki zakazane, palono papiery, skrywano starą broń pamiątkową, bo każdy się mógł rewizji spodziewać.
Pewnem jednak było, iż na ślady jakiegoś spisku trafiono... że coś stać się musiało.
Od tego wieczora nieszczęsnego, w którym sekretarz tak drogo opłacone spokojem wziął dwie dwuzłotówki i jednego całkowitego rubla... ani on, ani pułkownik Paramin, ani sprawnik Szuwała nie mieli chwili swobodnej.
Sekretarz czuł, że się to w ostatecznym razie skrupi na jego skórze. Paramin, mimo bułanego rysaka, niepokoił się o swoją dolę... a Szuwała pałał razem i upragnieniem zemsty i chęcią emerytowania się przed rządem. Złapanie emisarjusza co najmniej musiało przynieść krzyż, podziękowanie, a kto wie, czy nie świetny awans. Szuwała miał wprawdzie nad wszystko droższy krzyż św. Jerzego jeszcze z wojny tureckiej, Annę na szpadzie, Włodzimierza w pętlicy, a Stanisława na szyi; ale cóż to było w porównaniu do konstelowanych piersi tych szczęśliwych ludzi... którzy nierównie mniej mieli zasług, a więcej protekcji! Szuwała miał wiele ambicji.
Paramin nie sięgał tak wysoko nadziejami... on lubił żyć, jemu szło o to, aby mu nie zbywało na wygodach, a do tego niema, jak policmajstrowstwo w małem miasteczku. Wszystkie sklepy otwarte, każdy interes opłaca się groszem i w naturze. Stracić taką posadę... i to jeszcze w powiecie, który niedaleko będąc położony granicy, zajmował się kontrabandą, a poszukiwanie jej, sama groźba... tak doskonałym była interesem.
Dla Paramina strata miejsca była groźbą okrutną. Sekretarz także miał w perspektywie sąd, degradację... ruinę... Kto wie? może proste sołdaty! Trwoga panowała w kancelarji. Rozumie się, że od tego dnia żaden podróżny przepuszczonym nie był bez najściślejszego śledztwa; zdala naglądano na dom Nysonowiczów, a Icek rozmyślał nawet, czyby mu nie wygodniej było wynieść się do ojczyzny swej — Dubna?
Jednakże poza temi kołami urzędowemi o historji zegarmistrza mniemanego, nikt prawie nie wiedział, bo i żydzi o niej milczeli i reszta osób wmieszanych rada była zapomnieć. Sprawnik tylko czuwał — ale niestety — napróżno. Przetrząsł on wszystkie spisy obywateli podejrzanych... porozsyłał żydków... nigdzie o żadnym obcym człowieku nic się dowiedzieć nie było można... po wsiach szlachta wogóle i dla tego popłochu i z powodu złych dróg, iż sławnej grobli na Czortku nikt, nie ugrzeznąwszy, nie przebył, siedziała przyczajona po dworkach.
Ale umysł tak czynny i niespokojny, jak Szuwały, dotychczasowem niepowodzeniem zrazić się nie mógł. Jak kanclerz Gorczakow mówił o Moskwie, że siły zbiera (elle se recueille), tak on powiedzieć mógł o sobie... że namyślał się... pracował, przygotowywał... Ale na nieszczęście żadna jasna idea nie zabłysła mu w mózgu; najczęściej bowiem, gdy człowiek ją szuka usilnie, znaleść nie może. Nie przychodzi ona nigdy na zawołanie.

Jedynym przyjacielem i powiernikiem tego nieszczęśliwego sprawnika, któremu taka cudowna zręczność zyskania nowej dekoracji z rąk się wymykała, był niejaki Pratulec, mający — jak wiemy — cząstkę w Olszowie.
Innocenty Afanasowicz Pratulec rodem był Małorosjanin, z tego zakąta uprzywilejowanego za Dnieprem, który tyle wydał znakomitych urzędników. Miał on ten przymiot, wszystkim współziomkom swym właściwy, że potrafił robić równie dobrze swoje interesa u rządu, i rządowe dla siebie, i obywateli z rządem i wszystkich świętych z nieświętymi. U niego zawsze wilk był syty, a koza jeśli nie cała, to przynajmniej żywa. Kieszeń zaś jego bądź co bądź wypełniała się przy każdej sposobności. Pratulec, który już był i policmajstrem i sprawnikiem (nie licząc, że w stopniu kapitana wyszedł z piechoty jako ranny i protegowany przez komitet inwalidów), byłby może służył dłużej, choć nieco kulał, ale go spotkało nieszczęście — coś, gdzieś w jakichś rachunkach zabrakło, poszedł pod śledztwo, okazało się, że był jak dziecię nowonarodzone niewinnym, bo podkomendny jego (który nagle zmarł w więzieniu) popełnił nadużycie... wszelako oddalono go ze służby. Ożenił się potem z córką duchownego, nabył znaczną część Olszowa i zajmował się niby gospodarstwem. W istocie mająteczek swój puścił w dzierżawę, a sam, lubiąc wesołe towarzystwo, zamieszkiwał w Dubnie.
Pratulec był dobry, słodki, grzeczny, wesoły w towarzystwie... pokorny... i z Szuwałą oddawna w najściślejszych stosunkach.
Los nadarzył, iż dla majątkowej sprawy przybył do miasta i odwiedził sprawnika... starym obyczajem. Zastawszy go smutnym, że byli sami, począł go badać.
— Co tobie jest?
— Co mi jest?... Mnie żywcem djabli biorą — rzekł mu Szuwała — posłuchaj — i opowiedział mu całe zdarzenie.
Pratulec był człek praktyczny, bardzo rozsądny, bywalec... zamyślił się.
— Wiesz ty co? — rzekł — czasem i taka rada, jak moja, nie zawadzi... mówili mi zawsze, że ja mam nos. Ja tu w tym kraju służę oddawna, znam ich, jak rude myszy. Ja tobie coś powiem.
— A no mów! — rzekł, wzdychając sprawnik.
— Prosta rzecz: albo on tu się kryje w twoim powiecie, albo poszedł dalej biedy szukać. Jeżeli jest, to nigdzie, tylko na Polesiu. To kraj zapadły, tam się skryć najłatwiej.
— A coby tam robił?
— Naprzód może się przechować przez ten czas niepokoju, bo wie, że u nas nigdy nic nie trwa długo. Za kilka miesięcy rogatki spalą na drwa, a ludziom się sprzykrzy stać na straży. Drapnie w biały dzień. Powtóre, gdzież łatwiej i kogo bałamucić, jak tych Poleszuków, którzy o bożym świecie nie wiedzą? Ja ci mówię, jeśli on tu jest, to na Polesiu. Dlaczegożbyś ty nie objechał sobie powiatu... ot, tak z grzeczności. Ja nie wiem, jak tam teraz u was, ale za moich czasów bywało, gdy urzędnik do obywatela przybył, najlepsze wino na stół, koniom owsa, co wlezie, a wyjeżdżając, zawsze się coś oberwało. Mało — wiele każdy dał, aby się do niego nie czepiać.
Jużbyś na tem nie stracił, żebyś objazd taki po błocie zrobił. A od czego konie pocztowe i pieniądze podróżne? Grosza kosztować to nie będzie i wywdzięczy się pewnie.
Kto wie, możesz dostać języka, lub jeszcze go gdzie spotkać? Ludzi weź sprytnych, niech po dworach i po wsiach rozpytują: Kto bywa, gości, z kim stosunki... czy wiele listów odbierają it. p. Człowiek się więcej nauczy takim objazdem, niż rok siedząc w domu. Weź z sobą kancelistę, a niegłupiego.
— Rada doprawdy nie zła — rzekł Szuwała — kto wie, może za nią pójdę... ale bryczek nałamię.
— Gdyby tyle biedy! — odparł, śmiejąc się chytrze Pratulec — a to błogosławieństwo Boże bryczkę złamać... bo ci bądź co bądź nową dać muszą. Ja tak koczyk zyskałem, którym do tej pory jeżdżę. Złamała mi się najtyczanka stara... przywlokłem się na drągu do Dąbrowicy. Stary hrabia chciał mi pożyczyć bryczki... ja prosiłem, by ją odstąpił i musiał koczobryk darować. Jeszcze posłałem potem po moją starzyznę i odzyskałem ją napowrót naprawioną.
Sprawnik westchnął.
— Kiedy to powiadam ci — odezwał się — jak tylko trzy lata pokoju, a odetchnie ta szlachta, tak butnieje, że gotowa skarżyć na nas. Porobią stosunki z gubernatorami i nosy drą do góry.
— Ależ właśnie teraz drżą wszyscy!... gdzie im ochota przyjdzie do skargi?... dziś ich można dopiero pociągnąć.
— Ha no, popróbujemy.
— Tylko słuchaj, pułkowniku... jak w najzapadlejsze kąty, po takich wsiach, do których się dostać najtrudniej; nie zważaj na drogi... i dotrzyj, gdzie jeszcze nie bywałeś.. rozumiesz?
Szuwała zmilczał, potrząsł głową; widać było, że rozumna rada przyjaciela poszła mu do serca, rozmyślał nad jej wykonaniem.
Jakoż nazajutrz pocztowemi końmi wyruszył na objazd powiatu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.