Emisarjusz/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

Dzień już był wielki, gdy pułkownik, przebudziwszy się, wypiwszy herbatę, kazał konie zaprządz i niedowierzając żyda roztropności, postanowił sam napaść na dworek. Żandarmów i chłopów wyprawił, aby dokoła obsadzili tę, jak ją nazywał, wilczą jamę, a sam z chmurną twarzą siadł na bryczkę i hałaśliwie zajechał w podwórze. Ale oprócz psa, który wył w progu, nikt się wywołany najazdem nie pokazał.
Pułkownik Szuwała wyskoczył i otworzył drzwi pierwszej izby... ale zamiast iść dalej, stanął zdrętwiały na progu.
Niezwykły widok go raził...
W środku izby ustawiony był tapczan, okryty kilimkiem wytartym... obok na łożu, w białej koszuli, leżał trup starca, z krzyżykiem w skostniałych rękach, panna Róża i Pryska stara, płacząc, unosiły prześcieradło, usiłując ciało przesunąć na tapczan.
Oczy sprawnika padły na twarz zmarłego i jak wkute w nią, nie mogły się od niej oderwać. Oblicze to było takie, z jakiem świętych pańskich i błogosławionych malują, wypogodzone, jasne, dziwnie piękne i łagodne. Zdawał się usypiać i marzyć o niebie.
Jakkolwiek mściwy i gniewny, wobec niespodzianej tej śmierci pułkownik osłupiał, zmieszał się, uczuł złamanym... mimowolnie przypomniał sobie tego dobrego starca... godziny spędzone w jego domu... córkę jego, swe nadzieje... jej zgon... i w tej przynajmniej chwili stał się człowiekiem... Skłonił głowę — zapomniał o zemście.
— Stary umarł! kiedy? — spytał płaczącą pannę Różę.
— Dziś w nocy...
— Chorował?
— Od dawna... ale skonał spokojnie... nad rankiem przybył ksiądz...
— Był ksiądz?
— Tylko co odjechał...
— Czy po północy zachorował?
— Nie było nic... zdawał się, jak zawsze — odparła panna Róża — ale sam w sobie śmierć poczuł... i księdza zażądał.
Sprawnik stanął, wpatrując się w trupa.
— Niech żyd mówi co chce — rzekł w duchu — on tu był... to jego dzieło... ja to wiem...
Nie śmiał jednak rozpocząć badania. Na stoliku przy łóżku oko jego baczne dostrzegło kupkę złota. Były to luidory, przywiezione przez Pawła, a rzucone niebacznie. Zbliżył się do nich.
— Skarżyliście się na nędzę — zawołał — ale widzę, będzie za co pochować... hę?
Panna Róża, która była upuściła prześcieradło, zapłonęła cała i zmieszała się.
— To... to stary... był oddawna schował na pogrzeb...
Sprawnik się uśmiechnął, natura wracała, wrażenie trupa już było zatarte, występował policjant. Zbliżył się i począł po jednemu rozpatrywać luidory.
— A no... prawda, że dawno musiał chować — dodał szydersko — bo oto jeden, jak z pod stempla z 1838 roku.
Panna Róża o mało nie padła.
— Nie wiem, skąd i co to może być? — rzekła.
— Pani nie wiesz? — odparł zimno pułkownik — to ja pani powiem. Dzisiejszej nocy był tu pan Paweł Zeńczewski... on te pieniądze zostawił... a ojciec ze wzruszenia umarł.
Panna Róża oniemiała... w głowie jej splątało się wszystko... łzy trysnęły z pod powiek... oburzona wskazała na trupa.
— Jeśliś człowiek, pułkowniku! — zawołała — szanuj te zwłoki i majestat śmierci... bo kobiety biednej nie poszanujesz pewnie. Nie wiem nic... a mój obowiązek... tu!
Wskazała na łoże i odwróciła się od niego.
Z zimną krwią pułkownik przeliczył luidory, zgarnął je i schował do kieszeni.
— To ślad zbiega i szubienicznika — zawołał — pójdzie do śledztwa... słyszysz pani... spełniam obowiązek, nie biorę dla siebie... sprawa rządowa.
Ale panna Róża nie słyszała już nic... płakała, klęcząc przy łóżku...
Sprawnik, zostawiwszy dworek, siadł na bryczkę i popędził.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.