Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Eliza Orzeszkowa,
jej życie i pisma
Wydawca „Księgarnia Polska“
Data wydania 1907
Druk Wł. Łazarski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Urodziła się Orzeszkowa w roku 1842 we wsi Milkowszczyźnie położonej o sześć mil od Grodna. W Milkowszczyźnie upłynęły jej dziecinne lata.
Ojciec, Benedykt Pawłowski, był człowiekiem bardzo zacnego charakteru i wielkiej nauki. Umarł wcześnie, gdy córka miała zaledwo półtora roku. Pozostawił najlepszą po sobie pamięć w rodzinie i w całej okolicy.
Elizę wychowywały matka i babka. Była jeszcze druga córka, o parę lat starsza, Klementyna. Obie dziewczynki rozwijały się dobrze i wykazywały roztropność i zdolności do nauki. Tylko ze zdrowiem starszej bywało zmartwienie; chorowała często i wogóle sił jej brakło.
Ówczesne życie na Litwie różniło się niepomiernie od obecnych warunków. Dzisiaj są tam, jak i wszędzie, różne powikłania i prądy wśród społeczeństwa, różne sprawy i dążności narazie ze sobą sprzeczne, zanim się wszystko ułoży i dojrzeje do nowego, lepszego porządku rzeczy.
Pomimo tych zatargów i przeszkód postępuje demokratyzacja, czyli równanie się klas społecznych. Nikomu już nie przychodzi na myśl, by jakaś część narodu, jedna poszczególna klasa miała prawo za całość tego narodu działać, rozstrzygać, stanowić. Przeciwnie coraz bardziej odczuwa się i rozumie, że wszyscy obywatele, wszyscy członkowie społeczeństwa powinni być pod tym względem zupełnie równi sobie.
Wówczas inaczej było. To dzisiejsze przekonanie o równości, a także rozmaite, obecnie powstające prądy i zatargi miały się dopiero pojawić. W owym zaś czasie świadomość i pragnienia całego kraju uosabiała tylko szlachta. Zwracała się coprawda nieraz, a z biegiem wypadków coraz częściej, do mieszczan i do włościan, ale tym nie mniej ciągle pozostawała przedstawicielką i kierowniczką.
Pod względem ruchów politycznych, około roku 1850 zapanowało na całej Litwie chwilowe uciszenie. Niedawno jeszcze wstrząsały krajem burze wielkich uczuć i wielkich nadziei, a potym nieszczęścia i rozpaczy.
Na jedenaście lat przed rokiem urodzenia Elizy Pawłowskiej Litwa brała udział w wojnie o niepodległość, zwanej powstaniem listopadowym. Był wtedy ruch, były zjazdy, narady; potym w tej starej, nasiąkniętej krwią litewskiej krainie pochody wojsk i potyczki.
Powstanie upadło. Królestwo utraciło dotychczasową autonomję czyli samorząd. Na Litwie zmiany tego rodzaju nie zaszły, bowiem nie było swobód politycznych, któreby można odbierać. A jednak i ziemię litewską dotknęła niedola. Rozkazano wysiedlić 45.000 szlachty tak zwanej zagonowej t. j. małorolnej, a trybem życia nie różniącej się od włościan. Tych wysiedlonych pognano w dalekie strony, nad Czarne morze, nad rzeki Wołgę i Kubań.
W tymże czasie wyszedł nakaz zniesienia obrządku unickiego. Unitów było dużo na Litwie, jeszcze więcej było na Białej Rusi (w guberniach Mińskiej i Mohylewskiej). Nastały dla nich ciężkie lata.
Burza nie była jednorazową. Jeszcze przez szereg lat po powstaniu listopadowym przychodziły wstrząśnienia, aczkolwiek już nie tak powszechne i głębokie.
W roku 1833 pojawiły się w Królestwie próby wzniecenia zbrojnego ruchu.
Na Litwie w związku z temi próbami Michał Wołłowicz zgromadził włościan i gotował się do uderzenia na załogę rosyjską w mieście Slonimie. Dostał się jednak do niewoli i zginął na szubienicy w Grodnie. Towarzyszących mu włościan zesłano do kopalń w Sybirze. Sprawcą tych srogich wyroków był ówczesny gubernator grodzieński, głośny później i osławiony Murawjew.
Około roku 1839 przybył na Wołyń, a ztamtąd na Litwę, Szymon Konarski. Był on wysłannikiem związku, który się utworzył w Krakowie (potym we Lwowie) pod nazwą: „Stowarzyszenie ludu polskiego“. Konarski prowadził szeroką działalność i zyskiwał wielu zwolenników, ale w dość krótkim czasie dostał się w ręce policji. Uwięziono go w Wilnie i tam komisja śledcza chciała przymusić go do wyjawienia nazwisk współdziałających z nim ludzi. Przetrzymał wszystko, a nie wydał nikogo.
Wkońcu rozstrzelanym został na przedmieściu wileńskim Pohulance. Działo się to w 1839 roku.
W kilka lat później (w 1846), gdy w zaborze pruskim, zaborze austrjackim i Królestwie gotowano się łącznie do nowego wybuchu, Litwa nie pozostała bezczynną. Wyznaczeni byli dwaj kierownicy, na Żmudź Magdziński, na właściwą Litwę — Jan Reer.
W ostatniej chwili zaszły różne zmiany.
W zaborze pruskim aresztowano przywódców.
W Galicji (zaborze austrjackim) rząd namówił część ciemnych włościan do strasznej rzezi szlachty. Siły się rozprzęgły.
Wybuch nastąpił częściowo, nie wszędzie, bo tylko w Krakowie i niektórych miejscowościach Galicji wschodniej, a w obrębie Królestwa w Siedlcach i powiecie Miechowskim.
Na Litwie do wystąpień zbrojnych wtedy nie przyszło, ale pod wpływem ogólnego poruszenia umysłów utworzyło się w Wilnie stowarzyszenie młodzieży, kierowane przez braci Dalewskich.
Po paru latach i wskutek przechodzących po całej Europie wstrząśnień rewolucyjnych dojrzała w owym stowarzyszeniu myśl powstania.
Stało się jednak, że policja wpadła na jakieś tropy, po których postępując, wyłowiła kierowników całego przedsięwzięcia. Braci Dalewskich oraz wielu innych osądzono i zesłano do kopalń w Sybirze.
Był to w owym okresie ostatni wysiłek, zapanowała po nim cisza.
Taka cisza bywa zwykłym następstwem wzmożonego ruchu i gorącej, a nieszczęśliwej, walki. Jest to naturalny objaw wyczerpania, zniechęcenia, znużenia.
Na Litwie po r. 1850 był martwy spokój. I nietylko to, ale zastój. Znękanym trwoga nie dozwalała chcieć i w jakimkolwiek kierunku żywiej działać. Zresztą warunki pracy stawały się coraz trudniejsze. Przygasała oświata, zatamowane już były wszystkie źródła umysłowego rozwoju. Po upadku powstania 1831 roku rząd pozamykał wyższe zakłady naukowe, uniwersytety Warszawski i Wileński, oraz liceum w Krzemieńcu na Wołyniu.
Niebawem rozwiązano Warszawskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, bogatą bibliotekę wywieziono do Petersburga.
Dorastająca młodzież nie miała skąd czerpać nauki; utrudniono jej także kształcenie się zagranicą, wzbraniano wyjazdu osobom nie liczącym jeszcze lat 25‑ciu. Starsi, o ile chcieli wyjechać, płacili za pasport bardzo duże pieniądze, po 200 rubli rocznie. Oczywiście nie każdy mógł sobie na to pozwolić.
Siedziano tedy w kraju jakby odciętym od szerokiego świata. Jeszcze przed tak niedawnym czasem prześwietny uniwersytet wileński rozsiewał wiedzę na całą Litwę. Teraz po światłości zgęszczający się mrok następował. Książki przedostawały się tylko z niezmierną trudnością. Cenzura nie wpuszczała do kraju dzieł historycznej, albo społecznej treści. Surowo zakazanemi były utwory Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Lelewela.
Słowem smutno było, ciężko i źle, a w tej atmosferze wysychały myśli i serca.
Ówczesne warunki ekonomiczne, czyli gospodarcze i majątkowe, także niepomiernie różniły się od dzisiejszych. Dzisiaj na Litwie, jak i wszędzie, wielka trudność w zdobyciu kawałka chleba, a dla rolników nietylko troski, ale nieraz niepodobieństwo utrzymania się na swoim i związania końca z końcem.
W owym zaś okresie, przed laty z górą 50‑ciu, kraj, pomimo tak wielu spadających nań nieszczęść, posiadał jeszcze znaczną zamożność. Zamożność ta była przeważnie udziałem szlachty, która podówczas, jak wiemy, stanowiła jedyną wykształconą i świadomą warstwę narodu.
Chleba przeto nie brakło i to smacznego, a łatwego chleba. I stała się rzecz bardzo smutna, bo gdy wysychały stopniowo myśli i serca, ludzie jakby zapomnieli o nieszczęściu pospólnym, a mając zapewniony dobrobyt, jęli go używać w sposób samolubny i bez troski: jeść, pić, zabawiać się hucznie, szumnie, wesoło.
Rodzina małej Elizy Pawłowskiej należała także do bardzo zamożnych, mających na zawołanie wszelkie przyjemności i wygody. Dom w Milkowszczyznie był obszerny i ogród bardzo piękny. Na zimę wyjeżdżano czasem do Grodna. Eliza z siostrą uczyły się pod kierunkiem nauczycielki, panny Kobylińskiej. Niewiele tam było tej nauki, bo w owym czasie uważano, iż kobiecie zamożnej najpotrzebniejszą jest znajomość obcych języków, muzyki, tańca. Na to więc przy wychowaniu dziewcząt kładziono nacisk, pomijając lub zaniedbując inne, naprawdę pożyteczne rzeczy.
Panna Kobylińska, jako nauczycielka niewystarczająca, posiadała jednak cenne przymioty: lubiła dzieci i potrafiła zdobyć sobie ich przywiązanie.
Umiała przytym, co jest niezmiernie ważne, rozbudzać dusze dziecięce do pięknych, dobrych uczuć. Zazwyczaj o szarej godzinie opowiadała dziewczynkom o wielkich zdarzeniach dziejowych, o wzniosłych i bohaterskich czynach.
Uczyła je ulubionych podówczas, a do dnia dzisiejszego nam miłych, śpiewów historycznych Niemcewicza.
Niejedno ziarno musiało w ten sposób niepostrzeżenie zapaść w duszę małej Elizy.
Prócz panny Kobylińskiej była jeszcze Niemka dla wprawy w tym języku.
Obyczaj sprowadzania guwernantek cudzoziemek rozwielmożniony był wtedy powszechnie. Niestety, i dziś się to często zdarza, chociaż społeczeństwo zmieniło się i poprostu zmądrzało pod niejednym względem.
Mała Eliza, żywa, pojętna, zdolna, niedostateczność pobieranej nauki wynagradzała sobie czytaniem: po nieboszczyku ojcu zostało dużo dobrych książek. Okazywała także wielką chęć i łatwość do układania i opowiadania różnych bajek i powieści. Nauczycielka z tego powodu wróżyła jej na przyszłość zdolności pisarskie.
Tak upływało życie tym dzieciom w zaciszu, w wygodzie wszelkiej, bez chwilowego bodaj zetknięcia się z troską i nędzą ludzką. Młody wiek nie dozwalał im pamiętać i myśleć o minionych, aczkolwiek tak niedawnych burzach krajowych i klęskach.
W roku 1850 Eliza po raz pierwszy odbyła dłuższą podróż, jeździła z babką do Wilna.
Jeśli do niektórych miejscowości na Litwie całkiem słusznie możnaby przystosować wyrażenia Wincentego Pola o kraju „zapadłym, równym, sennym“, to rzecz ma się inaczej, gdy mowa o stolicy, o Wilnie.
Z Grodna ku Wilnu trzeba jechać w kierunku wschodnio-północnym. Odległość dosyć znaczna. Dzisiaj koleją żelazną kilka godzin, ale w owym czasie jechało się oczywiście końmi, a więc daleko dłużej, z przestankami i popasywaniem.
Zielone góry z trzech stron: od zachodu, południa i wschodu otaczają falistą, bardzo piękną dolinę. Od strony północnej widać płynącą skrętem Wilję, rzekę, o której pisze Mickiewicz:

„Wilja naszych strumieni rodzica,
dno ma złociste i błękitne lica“...

WILNO.
Z szumem, gwarem i wód śpiewaniem wpada tu do Wilji Wilenka, wązka rzeczka, ale niezmiernie bystra i rwąca; u podnóża gór Trzykrzyzkiej i Zamkowej po kamieniach leci spieniona.

W takiej to miejscowości, zaprawdę niepospolicie uroczej, powstało przed wiekami prastare Wilno. O początkach miasta nie wiemy nic pewnego. Jest podanie mówiące, że zamek obronny wystawił książe litewski Gedymin w pierwszych latach XIV wieku.
W dziejach Litwy potężnemi rysami zaznacza się ta postać Gedymina. Wielki był mąż i wielki rycerz.
Współczesny temu księciu panował w Polsce niemniej chrobry Władysław Łokietek. Pomiędzy dwoma władcami zadzierzgnęły się pierwsze węzły mającego już wkrótce nastąpić połączenia narodów i krajów. Przymierze Gedymina z Łokietkiem utwierdzone zostało małżeństwem królewicza polskiego Kazimierza z księżniczką Aldoną.
Wilno jako stolica nie utraciło swego znaczenia w wieku następnym XV, po dokonanej już unji Litwy z Polską. Przebywali tu wyznaczeni przez królów zarządzający książęta, przemieszkiwali też bardzo często sami królowie. Ród Jagiellonów, potomków Gedyminowych, miłował litewskie stołeczne miasto.
Gdyby spojrzeć na przeszłość onego miasta, ujrzelibyśmy długie pasmo dni rozmaitych, i świetnych a barwnych, i żałobnych. Ziemia tu pełna wspomnień.
Jako świadectwo najdawniejszej, pogańskiej jeszcze doby, wznosi się na zielonej, dosyć wysokiej, górze szczątek książęcego ongi zamku. Po wprowadzeniu do Litwy chrześcijańskiej wiary zamczysko zamieszkiwali niejednokrotnie królowie. Dzisiaj ostał zrąb jeden ceglastego muru i dolna część potężnej obronnej wieży.
U stóp Zamkowej Góry, na obszernym katedralnym placu, czasy pogańskie pamięta okrągła o grubych murach baszta, która niewątpliwie była przynależnością prastarej litewskiej świątyni.
Zachowane są owej baszty dwa piętra, na których w późniejszym okresie wzniesiono kilka innych; powstała w taki sposób wysoka katedralna dzwonnica.
Świadkami dziejów Wilna od chwili zaprowadzenia chrześcijaństwa są liczne kościoły.
Najwięcej pamiątek zawiera w sobie katedra. Tu jest prześliczna kaplica, poświęcona czci królewicza, patrona Litwy, Kazimierza z rodu Jagiellonów. W kaplicy srebrna trumna z relikwiami świętego, srebrne posągi królów Rzeczypospolitej i cudnej roboty kazalnica, z której przemawiał człowiek wielkiego i proroczego ducha, ksiądz Skarga. W podziemiach katedry pogrzebani król Aleksander Jagiellończyk, królowa Barbara, żona Zygmunta Augusta, i dzielny bohaterski książe Witold.
Osobliwsze znaczenie posiada nietylko dla Wilna, ale dla całej Litwy, niewielka kapliczka, umieszczona nad starożytną głęboką bramą w wązkiej ulicy. Kapliczka, a od imienia jej także ulica, nazywa się Ostrobramską. Wewnątrz kaplicy w ołtarzu znajduje się obraz N. Panny Marji. Jest on drogi sercom wielu tysięcy ludzi i po wszystkich ziemiach z b. Rzeczypospolitej czczony narówni z wizerunkiem Częstochowskiej na Jasnej Górze.
Mickiewicz pisał:
„Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie“...
Obok starożytnego kościoła św. Jana widnieje gmach dosyć obszerny po dawnej akademji i uniwersytecie.
Wilno w przeciągu wieków niejednokrotnie wrzało ruchem i życiem. Trudnoby temu dziś uwierzyć.
Ostatnią a najpiękniejszą dobą takiego ożywienia były pierwsze dziesiątki ubiegłego XIX stulecia.
Rozwijał się wtedy właśnie, jaśniał i działał przesławny uniwersytet wileński.

Nauczali tacy mężowie, jak znakomity historyk Lelewel i głośni na całą Europę Śniadeccy, z których jeden wykładał astronomję i matematykę (naukę o gwiazdach i naukę o liczbach), drugi zaś medycynę. Uczniowie byli tacy, jak Adam Mickiewicz i grono jego przyjaciół: Tomasz Zan, Czeczott,
Ostra Brama w Wilnie.
Domeyko, wszyscy w następstwie ludzie światłego umysłu i zacnego serca, dobrze zasłużeni krajowi.

Wspomina się te czasy, w szczególności mijając kościół św. Jana. Tu bowiem w gmachu przy kościele mieściła się owa zaiste wiekopomna szkoła.
W roku 1850, gdy mała Eliza Pawłowska po raz pierwszy widziała stolicę Litwy, uniwersytet, jak już wiemy, od kilkunastu lat był zniesiony. Pamięć o nim jednakże trwała, blizka jeszcze i żywa. Dziecko zapewne słyszało opowieści o słynnej szkole i dobrodziejstwach, które od niej na kraj płynęły.
Musiało to utkwić w myśli, pozostać we wrażliwej duszy.
Zresztą w owym roku 1850, po wywiezieniu na Sybir braci Dalewskich, zalegała już Wilno i całą Litwę czasowa umysłów i serc martwota.
Doniosłym zdarzeniem i pierwszą boleścią w życiu Elizy była śmierć siostry.
Nastąpiło to w 1852 r. Osamotnioną teraz, dziesięcioletnią dziewczynkę uradzono oddać na pensję do klasztoru Sakramentek w Warszawie. Odwiozła ją tam babka. Przez lat pięć nie zabierano jej wcale do domu, ze względu na odległość i uciążliwość podróży. Kolei żelaznych podówczas w kraju naszym jeszcze nie było.
W klasztorze dziewczynce powodziło się dobrze. Zakonnice troskliwe były i łagodne.
Z miasta przychodzili nauczyciele: historji, geografji, literatury polskiej, rachunków, muzyki i tańca. Na ogół, podobnież jak i w domowym wychowaniu, nauki było niewiele. Niektórych bardzo potrzebnych przedmiotów nie wykładano wcale, np. nauk przyrodniczych, czyli o różnych zjawiskach zachodzących w świecie, o zwierzętach, roślinach i t. d. Według ówczesnych mylnych pojęć to wszystko zbytecznym było dla kobiety.
Natomiast zwracano przesadną uwagę na obce języki. Pensjonarki zmuszano do mówienia pomiędzy sobą kolejno po francusku i po niemiecku.
Eliza Pawłowska uczyła się z łatwością. Szczególniej poczęła się w niej rozwijać przyrodzona zdatność pisarska. Bardzo chętnie i bez trudu odrabiała za koleżanki zadawane ćwiczenia.

Dawny Uniwersytet w Wilnie.
Przytym czytywała dość wiele. Nauczyciel literatury polskiej umiejętnie zachęcał ją do tego. Poznała poezje Mickiewicza, jako też utwory Kraszewskiego, Korzeniowskiego, Syrokomli.

Pięć lat upłynęło.
Na wiosnę w 1857 roku matka przyjechała, by zabrać piętnastoletnią już wtedy córkę. Wychowanie uważało się za skończone. Nikomu nie przychodziło na myśl, że po wyjściu ze szkoły dziewczyna powinnaby w jakim obranym, a odpowiednim dla siebie, kierunku pracować.
Od córek zamożnych domów szlacheckich nie wymagano podówczas żadnej pracy. Żadne troski nie otwierały dziewczętom oczu na życie i jego prawdziwe zadania. Przy istniejącej jeszcze pańszczyźnie gospodarstwo rolne szło trybem dla właściciela łatwym, nie dopuszczającym wielkich kłopotów. Chleb był obfity, a myśl, jak to wiemy, ociężała właśnie i stała się senna.
W odrętwieniu uczuć obywatelskich jadła, piła i bawiła się szlachta.
Eliza Pawłowska, od śmierci siostry jedyna dziedziczka wsi Milkowszczyzny, w klasztornej szkole nieraz poczciwym dziecięcym uczuciem obejmowała dolę tych włościan, o których wiedziała, że przecież na nią pracują. Układała to sobie, jak po dojściu do lat i woli własnej, ową dolę odmieniać i poprawiać będzie.
Jednakże, gdy ją matka zabrała do domu, a ztamtąd na zimę do Grodna, gdzie rychło ją pogrążono w wir zabaw, wszelkie podobne myśli musiały wywietrzeć z młodej głowy. Do zastanowienia się nad czymkolwiek poważnym sposobności nie było. Czas upływał na tańcach i rozrywkach wszelkiego rodzaju.
Dużo zamożnych rodzin mieszkało podówczas w Grodnie, odwiedzano i zapraszano się wzajemnie.
Tejże zimy matka wydała Elizę za starszego od niej o lat dwadzieścia Piotra Orzeszkę, właściciela dużej wsi na Polesiu.
Pierwsze lata małżeńskiego pożycia upłynęły w podobnie lekki, przyjemny sposób. Odwiedziny w sąsiedztwie, albo też podejmowanie u siebie licznych gości, gwar, wesołość, zabawa.
Jednakże od czasu do czasu coś się przejawiało w młodej kobiecie, czego sama pojąć nie mogła.
Mężowska wieś Ludwinowo położona była pośród lasów i łąk wilgotnych, z których przy końcu lata i w jesieni dobywały się białe opary. Zdarzało się dziedziczce wynijść na pole i widzieć w onej mgle ponurzone postacie oraczy — chłopów...
Wówczas robiło się jej bezmiernie przykro i uczuwała chęć nagłą wstąpienia we mgłę, na te zagony, zbliżenia się do tych ciemnych, pochylonych ludzi i uczynienia dla nich — czego? Właściwie nie wiedziała sama.
Serce uczciwe było i gorące, a jeno jeszcze uśpioną tak potrzebna świadomość.
Nadeszło przebudzenie.
Był rok 1860.
Nie można powstrzymać życia. Prześladowania częstokroć ogromnie opóźniają jego rozwój, ale całkowicie zniszczyć nie mogą. Na Litwie znękanej wielu stratami i która, zda się, od lat dziesięciu zapadła była w stan bezmyślności i martwoty, pojawiły się nagle świeże, ożywcze prądy.
Podobnie działo się i w tak zwanym kongresowym Królestwie Polskim. Wszędy powiew — jak wiatr wiosenny po ziemi.
Poruszyły się myśli, zabiły żywiej serca.
Sprzyjały temu wieści o niepowszednim wypadku. Oto w Europie południowej Włochy, od bardzo dawna na części rozdarte i w większości austrjackiemu jarzmu podległe, porwały się do broni.
Przy pomocy Francji uwieńczyły walkę zwycięstwem. Posiadły jedność i niepodległość państwową.
Doniosły wypadek, — zaiste, wywołujący ogromne wrażenie.
Jakieś wiosenne ciepło odczuwało się, jak to mówią, w powietrzu.
W państwie rosyjskim zanosiło się na pewne wewnętrzne zmiany. Chodziło o rzecz ogromnej wagi, o zamierzone nareszcie uwolnienie i uwłaszczenie włościan.
Na Litwie lepsza część szlachty oddawna już odczuwała potrzebę tego kroku. Wszakże przed laty udawali się delegaci litewscy do cesarza Aleksandra I z przełożeniem i prośbą w tej sprawie. Wówczas starania ich odrzuconemi zostały, a to ze względu, że myśl uwolnienia ludu byłaby napotkała niechybny, gwałtowny opór w rdzennej, głębokiej Rosji, oczywiście ze strony tamtejszych właścicieli ziemskich.
Upłynęły lata.
Gdy teraz, w 1860 roku, rząd zajął się odkładaną tak długo, doniosłą sprawą włościańską, rzecz prosta, iż wśród mieszkańców Litwy poruszyło się serc i umysłów wiele. Pojawiły się także sprzeczności i zdań różnice. Toczono ożywione rozprawy. Byli, którzy samolubstwem i chciwością wiedzeni, z niechęcią odnosili się do blizkiej już zmiany, — ale nie brakło rozumniejszych i uczciwszych, wyglądających jej z upragnieniem gorącym.
Do tych ostatnich całą swą młodą duszą przyłączyła się Orzeszkowa.
Szczerym i kochającym swój naród ludziom nie wystarczyło sprzyjanie obiecywanej reformie. Postanowili nie zwłócząc i w miarę całej możności przyczyniać się do podniesienia wśród włościan dobrobytu i do krzewienia oświaty.
Wiele natenczas uczyniono w tym względzie po całym kraju. Na nieszczęście niebawem wszystko to w niwecz miało być obróconym.
Orzeszkowa pospołu ze szwagrem, młodszym bratem męża, założyła w Ludwinowie szkółkę początkową dla wiejskich dzieci.
Mąż, o ile się zdaje, zapału żony swej nie podzielał, raczej niechętnym był całej sprawie. Wychodziły teraz na jaw dobitnie codzień większe między tych dwojgiem przeciwieństwa i nieporozumienia.
Młoda kobieta rozwijała się szybko w ożywczym tchnieniu chwili.
Rychło poznała, jak marnym użyciem czasu jest szukanie li tylko własnej rozrywki i wygody. Rychło zapragnęła kształcić się i oświecać. Więc sprowadzała sobie książki i dzienniki, czytając pilnie i zapisując myśli, które się nastręczały, oraz doznawane wrażenia. Więc gorliwie przysłuchiwała się wszystkiemu, co wkoło niej mówiono, starała się wyrozumieć potrzeby, nędze i nadzieje społeczeństwa swojego.
Zmieniała się, dojrzewała.
Zapał dzieło rozpoczął, ból miał go wkrótce dokonać.
Przyszło powstanie 1863 roku. Trwało ono 16 miesięcy, od stycznia 1863 do sierpnia 1864 roku, a więc dłużej niż dawniejsze wybuchy.
Na Litwie jako przywódca odznaczył się Sierakowski, rozstrzelany następnie w Wilnie. Obok niego ksiądz Mackiewicz, który prowadził do boju włościan żmudzkich. Ujęty przez władze rosyjskie, zginął na szubienicy.
Z Litwy pochodził Romuald Traugut, jeden z członków rządu narodowego, powieszony w cytadeli warszawskiej 5 sierpnia 1864 roku.
Do stłumienia powstania użyci zostali: w Królestwie Berg, na Litwie Michał Murawiew.
Po paru latach rządów Murawjewa kraj litewski wyglądał jak po przejściu najstraszliwszej burzy. Ilość ofiar trudna do policzenia, krwi popłynęło mnóstwo. A z pomiędzy tych, którzy utrzymali się przy życiu, ileż serc zdruzgotanych, zwichniętych myśli, połamanych zamiarów! Zaprawdę, trzeba było niemałej siły, aby się jakoś nie dać, nie oszaleć w tej nędzy, pozostać przecie człowiekiem.
Do szczupłej liczby silnych należała, aczkolwiek jeszcze wiekiem niedoświadczona, Eliza Orzeszkowa. Jeśli się do niej teraz wrócimy myślą, znajdziemy ją zamieszkałą już nie w mężowskim Ludwinowie, ale w rodzinnej wsi Milkowszczyznie. Ujrzymy ją całkiem inną, wyrobioną, świadomą celów swoich i pragnień, oddaną mądrej pisarskiej pracy, która jej odtąd wypełniać miała życie.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.