Elfami i gnomami zaludniony twój mózg, Amadeuszu,
A serce jak zachrypnięta, rozbita zabawka.
Pociągałeś za sznurki marjonetek, które, zamiast śpiewać, piszczały.
Niuchając tabakę czarniejszą od bezgwiezdnej wieczności,
Byłeś rzeczywisty wtedy tylko, gdy na balu dworskim małej rezydencji
Uganiałeś się, starzec poczwarny, za młodą Elfrydą.
Zefir podnosił poły tabaczkowego fraka,
A anioły skrzypiały na fletach, śmiejąc się w kułak.
Dlatego pozdrawiam cię, urzędniku pruskiej komory,
Na rynku warszawskim uciekający przed cieniem kotów w noc księżycową.