Dzwonek świętej Jadwigi/Akt II (Odsłona 3)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Miarka
Tytuł Dzwonek świętej Jadwigi
Wydawca Karol Miarka
Data wydania 1910
Miejsce wyd. Mikołów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Akt  II. (Odsłona 3).
SCENA I.
(Sześć tygodni później).
(Lehman, Wilhelmina, żona jego i Gałka).

Wilhelmina. Jeżeli pan wiesz jaki ratunek, doradzaj, a szczodrze panu nagrodzimy; tyś ziomkiem Kazimierza, znasz jego rodzinę, a jak nam pański sługa Stach powiedział, jesteś zawołanym lekarzem i jużeś mnóstwo ludzi wyleczył.
Gałka. A przecież tu w Berlinie jest niemało profesorów i doktorów.
Wilhelmina. Ej, tutejsi lekarze nic nie rozumią; pamiętam, że kiedy na wsi zwichnęłam nogę, stary owczarz uleczył mnie zupełnie i to w krótkim czasie.
Gałka. Proszę... cóż to za rodzaj choroby?
Lehman. Lekarze nazywają ją chorobą serca.
Wilhelmina. Pozwól, że ja panu chorobę obszerniej opiszę. Nasza córka zaczęła słabnąć, cera zbladła, na miejsce dawnej wesołości nastąpiła jakaś tęsknota i smutek, bo często w ukryciu płakała; co najdziwniejsza, na nasze zapytania odpowiadała zawsze, że żadnego bólu nie czuje. Nareszcie przyłączyła sie febra nerwowa tak gwałtowna, że lekarze zaczęli o jej życiu wątpić.
Lehman. Na kilka dni przed jej ostatnią chorobą nagle bez wszelkiej przyczyny opuścił Kazimierz moją fabrykę i poszedł do fabryki Borsika za dozorcę.
Gałka. I nie oznajmił panu przyczyny.
Lehman. Napisał list do mnie, wyrażając najgłębszą wdzięczność za wszystkie dobrodziejstwa, oświadczając zarazem, że dla ważnych przyczyn, które zostaną tajemnicą, u mnie dłużej pozostać nie może. Żądałem piśmiennie i ustnie bliższego objaśnienia, lecz otrzymałem tylko tę odpowiedź, że go sumienie obowiązuje do tego kroku.
Wilhelmina. Rozważ sobie pan tak dziwaczne postępowanie: u nas jako dyrektor pobierał 1000 talarów pensyi, a u Borsika został za 400 dozorcą. Cóż pan na to?
Gałka. Proszę opowiedzieć mi dalszy ciąg choroby.
Wilhelmina. Ponieważ córka w febrze ciągle marzyła o Kazimierzu i nieustannie dziwną z nim prowadziła rozmowę, uznali lekarze za niezbędnie potrzebne, aby Kazimierza sprowadzić do siebie i pozwolić widzieć go chorej.
Lehman. Cieżki to dla mnie był krok; prosić chłopaka, który moją służbą pogardza, lecz cóż ojciec nie uczyni dla chorej jedynaczki?
Wilhelmina. Przyszedł Kazimierz i od tego czasu polepszyło się Herminie; odwiedza ją codziennie i widocznie powraca zdrowie. Oto właśnie dziś wyjeżdża Hermina z lekarzem po pierwszy raz na świeże powietrze.
Gałka. Więc wyzdrowiała.
Wilhelmina. Lekarze przepowiadają, że jej choroba nie łatwo do uleczenia, czemu wierzymy, ponieważ naprzemian raz się jej polepsza, to znów pogarsza.
Gałka. Jeżeli co doradzić mogę, to koniecznie muszę się z nią zobaczyć.
Lehman. (patrząc w okno). Proszę... oto właśnie odjeżdża. (Wszyscy biegna do okna).
Wilhelmina. Uważaj jak blada.
Lehman. (z przerażeniem). Dla Boga! cóż woźnica robi! (szybko otwiera okno). Wstrzymaj konie!
Wilhelmina. (równocześnie). Ratujcie dziecię moje! (omdlewa, Lehman w rozpaczy biega od okna do drzwi).
Gałka. Upamiętajcie się! konie zatrzymano.
Wilhelmina. (ocuca się). O Boże... moje dziecię!
Lehman. Uspokój się... wszystko dobrze... O zacny młodzieniec!... Patrz, Kazimierz rzucił się do koni i w największym pędzie zatrzymał je.
Gałka. To zuch! po ojcu wziął odwagę. I dla czegoż woźnica nie pomaga? konie się spinają... mogą go zabić!...
Wilhelmina. Panie lekarzu, pomagaj Kazimierzowi!
Lehman. Nieszczęście! Kazimierz pod końmi!
Gałka. Bieżmy sami na ratunek. (Wybiegają).

SCENA II.
(Gałka i Lehman wprowadzają poranionego Kazimierza i usadzają go na krześle).

Gałka. Oj żebym tu miał ze sobą balsam pustelnika, wyborne to lekarstwo na wszystkie podobne wypadki. Tymczasem dajcie octu.
Lehman. Octu, octu! (wybiega).
Gałka. Pokaż ranę (rozpina rękaw i okłada rękę). Dzięki Bogu, niezłamana, ciało poranione, ale żyły i kość nienaruszona.
Lehman. (przynosi ocet). No cóż, jakże tam? oto ocet.
(Wilhelmina i córka wbiegają; Hermina załamuje ręce).
Wilhelmina. Czy prawda, że Kazimierz bardzo potłuczony, że rękę złamał?
Gałka. Ej, niema tam wielkiego niebezpieczeństwa; młodemu to się prędko zgoi. Podajcie octu, może są jakie bandaże, przynajmniej chustka płócienna?
Hermina. Oto (podaje swoią chustkę).
Gałka. A... to szkoda, kawałek starego płótna.
Hermina. Proszę, panie Gałka, zawiążcie prędko.
Gałka. (macza w occie i zawięzuje rękę). Zanim ocet obeschnie, to się rana zagoi pod chustką takiej pieknej panienki.
Wilhelmina. (do córki). Dziecię, tyś taka zmęczona, idź do swojej stancyi, prędzej się uspokoisz.
Hermina. Mnie nic nie jest ale on taki blady, potrzebuje opieki.
Lehman. Bądź spokojna, my się nim będziemy opiekować.
Hermina. On dla mnie życie na niebezpieczeństwo wystawił, uznaję za świętą powinność pielęgnować jego rany dla mnie poniesione.
Lehman. Hermino!
Gałka. Dajcie spokój. Gdy ciężko chorowała. Kazimierz przyczynił się do jej wyzdrowienia, pozwólcie jej się odwdzięczyć.
Kazimierz. Rozczula mnie wasza troskliwość, nie jestem tak słaby, pozwólcie mi wracać do domu.
Hermina. To pan Kazimierz nie przyimuje mojej usługi?
Gałka. (ciągnie Lehmana i Wilhelminę na stronę, półgłosem). Nie sprzeciwiajcie się, niech go pielęgnuje; ja wam tymczasem odkryję przyczynę choroby waszej córki i podam jedyne lekarstwo, które ją uleczyć może.
Lehman. I cóż było przyczyną choroby?
Gałka. (tajemniczo). Córka wasza cierpi na sercową chorobę.
Wilhelmina. A wy znacie na to lekarstwo?
Gałka. Tylko Kazimierz tę chorobę uleczyć może, bo on jest jej przyczyną.
Lehman. Nie rozumiem pana.
Gałka. Córka wasza zakochała się w Kazimierzu, a ponieważ Kazimierz opuścił dom wasz i znikł jej z oczu, uważała go za straconego i to też było przyczyną jej choroby.
Wilhelmina. Ja to już dawno poznałam.
Lehman. A mnieś ani słówka o tem nie powiedziała?
Wilhelmina. Nie chciałam cię martwić, znając twój popędliwy charakter.
Lehman. W tak ważnej sprawie zamilczać przed ojcem, kiedy chodzi o życie dziecięcia?...
Wilhelmina. Czyżbyś ty zezwolił na taki związek?
Lehman. Nigdy!... O rękę mojej córki starają się hrabiowie, a ja miałbym ją wydać za prostego rzemieślnika.
Gałka. Więc ją wolicie wpędzić do grobu, aniżeli widzieć przy boku poczciwego młodzieńca? Choroba wam pokazała, że bez niego żyć nie może i przekonaliście się, że sam widok jego wyprowadził ją z choroby. Jeżeli ich rozłączycie, stratę jedynego dziecka będziecie mieć na sumieniu.
Lehman. O biedny ojciec, cóż ja pocznę. Moja droga wyprowadź Herminę, muszę z Kazimierzem cokolwiek sam nasam pomówić. (Matka wyprowadza córkę ze sobą, Kazimierz chce także odejść).
Lehman. Zostań chwilkę Kazimierzu, mam do ciebie ważny interes.
Kazimierz. Jeżeli mogę służyć?
Lehman. Chciałbym się wywiązać z wdzięczności, na którą sobie zasłużyłeś.
Kazimierz. Proszę pana...
Lehman. Nie przerywaj mi. Jeżeli względem mnie wielkie sobie zjednałeś zasługi przez odkrycie łotrów, którzyby mnie z czasem może byli zniszczyli, dzisiejsze wybawienie mojego dziecięcia z niebezpieczeństwa daje ci prawo do jeszcze większej wdzięczności. Powiedz otwarcie, czem chcesz być wynagrodzony. Żądaj śmiało, choćby połowę mojego majatku.
Gałka. (szepce mu do ucha). Wygrałeś, żądaj córki.
Kazimierz. Ale... za cóż mnie panie chcesz wynagradzać. Jeżeli byłem dziś tyle szczęśliwy zatrzymać konie, to toż samo uczyniłbym i dla każdego obcego, a tem więcej dla najłaskawszego dobrodzieja mojego.
Lehman. Któregoś bez najmniejszej przyczyny niedawno opuścił.
Kazimierz. Panie... wierzaj, że mnie do tego ważna przyczyna spowodowała, ale to zostanie tajemnicą.
Lehman. Ubolewam nad tem, lecz moje sumienie świadczy mi, żem ja do tego nie dał powodu.
Kazimierz. Broń Boże! nie mówię tego, może przyjdzie czas, w którem pan poznasz, żem go tylko z życzliwości opuścił.
Gałka. Jabym to panu wyjaśnił; mnie się zdaje, że pan Kazimierz uciekł przed panną Herminą.
Lehman. l jakże się to zgadza panie Gałko z doniesieniem twojem o przyczynie choroby.
Gałka. Kazimierz uczynił to z delikatności, lękając się podejrzenia.
Lehman. Panie Kazimierzu, prosi cię ojciec chorującego dziecięcia, żebrze twój najwierniejszy przyjaciel, powiedz mi szczerą prawdę: „Kochasz Herminę?“
Kazimierz. Zasłużyła na mój szacunek.
Lehman. Dalej nie sięga twoje przywiązanie?
Kazimierz. Panie... jestem prostym rzemieślnikiem, synem ubogiego pracownika; czyż miałbym być zuchwałym i mieszać spokój rodzinie zacnego pana?
Lehman. Więc nigdy nie mówiłeś z córką o miłości?
Kazimierz. Na honor, ani słówka.

(Wilhelmina wchodzi)

Lehman. Słuchaj żono, płonne są domysły pana Gałki. Poczciwy pan Kazimierz świadczy się honorem , że nie był przyczyną do niepokoju naszej Herminy.
Wilhelmina. (z cicha do męża). Lecz Hermina się przyznała.
Lehman. Proszę, zawołaj Herminę, a wy panowie bądźcie łaskawi na chwilkę ustąpić do pobocznego pokoju, aż z córką pomówię.

(Kazimierz i Gałka wychodzą do przybocznej stancyi, Wilhelmina idzie po córkę).

Lehman. Jak sobie tu postąpić? Hermina jeszcze słaba, nie można jej drażnić, a z drugiej strony, czyż ja, pierwszy fabrykant miasta i nadworny liwerant króla mam dać córkę ubogiem u rzemieślnikowi, do tego katolikowi?
Hermina. (wchodząc z matką). Wołaliście mnie ojczulku?
Lehman. Wiesz dziecię moje, jak ja cię kocham?
Hermina. Czy to nie świadczą o tem tysiączne dowody twojej miłości. Obsypujesz mnie nad miarę dobrodziejstwami, i nie miałam dotąd życzenia, któremubyś dobrowolnie zadosyć nie uczynił.
Lehman. (pieszcząc się z córką). A kiedy mnie kochasz, pewnie wypełnisz moją prośbę.
Hermina. Czyż ojciec może o tem wątpić?
Lehman. Wiesz o tem, że szczęście twoje jest mojem szczęściem, i że przedewszystkiem staram się o zapewnienie twojej przyszłości. W ostatnich dniach prosił mnie o twoją rękę fabrykant Wiebert.
Hermina. Ach, to człowiek nieznośny.
Lehman. A baron Bomsdorf? lub bankier Iglitz, to świetne partye!
Hermina. (smutnie). Ale nie dla mnie.
Lehman. Dziecię, zastanów się, podobne partye nie częso się zdarzają. Chcesz zostać starą panną?
Hermina. Ojcze, alboż to koniecznie muszę iść za mąż? mnie tu tak dobrze u ciebie.
Lehman. Córko, ja i matka starzejemy się i dla tego pragniemy przed śmiercią w poczciwym mężu dać ci opiekuna; a nadto: zabiegi i troski około fabryki za ciężkie już na mnie, i potrzeba młodego umysłu, któryby tem wszystkiem kierował.
Hermina. Jeżeliby się tatuś nie gniewał, udzieliłabym rady: oddaj fabrykę w zarząd Kazimierzowi, a ja tatusia pielęgnować będę i nigdy go nie opuszczę.
Lehman. Kiedy on nie chce.
Hermina. Uproszę go.
Lehman. Widzę, że Kazimierz ma w tobie troskliwą adwokatkę.
Hermina. Alboż to nie zasłużył na nasze względy i wdzięczność?
Lehman. Dziecię, obawiam się, bo twoja wdzięczność przechodzi granice. Czyliżby te pogłoski prawdziwe być miały, że między wami powstała miłość? Córko badź otwartą!
Lehman. Ojcze, on mi jeszcze nic o tem nie mówił.
Wilhelmina. Powiedz ojcu prawdę.

(Hermina rzuca się w objęcia ojca i milczy).

Wilhelmina. Ona go kocha.
Lehman. (odpychając córkę od siebie). Ona go kocha? poniża się tak dalece, że go kocha bez wzajemności! Córka moja kocha ubogiego rzemieślnika! Córko! cóż świat na to powie? u dworu królewskiego stracę wszelką łaskę, gdy się dowiedzą, że katolik... nie... to nigdy być nie może... na to nigdy nie zezwolę. Nieszczęśliwa godzina. która w mój dom wprowadziła chytrego Polaka!
Hermina. Ojcze, nie ubliżaj mu!
Wilhelmina. Uważaj mężu, że on jej nie oświadczył swojej miłości.
Lehman. Ale stawiał na jej serce sidła.
Hermina. Nigdy! Jeżeli to grzech kochać najpoczciwszego i najszlachetniejszego młodzieńca, który twój majątek ocalił i mnie z największego wyrwał niebezpieczeństwa, to karz mnie, niech twój gniew na mnie spadnie, a nie na niewinnego.
Lehman. Dziecię, przed tobą stoi ojciec, błaga i żebrze o wysłuchanie tej jednej prośby: zapomnij o nim, bo inaczej przed czasem wpędzisz mnie do grobu.
Hermina. (w rozpaczy). Boże, cóż mnie!
Lehman. Więc wcale nie zważasz na prośbę ojca?
Hermina. (słabym głosem). Wyrzekłam się go! (zemdlona upada na krzesło).
Wilhelmina. Dziecię, upamiętej się, Hermino! (do męża). Zadałeś jej sercu cios śmiertelny.
Hermina. (ocucając się). O mój Boże!
Lehman. Cóż pocznę nieszczęśliwy ojciec, (namyśla się). Niech świat mówi co chce, czyż mi córkę wskrzesi, lub uszczęśliwi. Córko, ojciec ci przynosi największą ofiarę. Pomówię z Kazimierzem, a jeżeli się przekonam, że jest dla ciebie wzajemnym, niech się stanie wola twoja.
Hermina. Dobry ojcze, nigdy nie pożałujesz tego zezwolenia.
Lehman. Zostawcie mnie samego. (Matka z córką odchodzą). Kazimierzu! pójdź do mnie, proszę i pana Gałki.

SCENA III.

Lehman. (do Gałki). Jestem w wielkim ambarasie. Hermina bez Kazimierza żyć nie chce, a Kazimierz zapewnia mnie na swój honor, że jej się nie oświadczył.
Gałka. Ej co tam po długich ceregielach, chodź Kazimierzu, spotkało cię wielkie szczęście: jeżeli pana Lehmana poprosisz, dostaniesz jego córkę i będziesz sobie panem całą gębą.
Kazimierz. (W największem podziwieniu spogląda to na Lehmana to na Gałkę).
Gałka. I cóż stoisz jak drewniany posąg?
Kazimierz. Jest to rzeczą nader ważną i wymaga dlugiego namysłu.
Gałka. Cóż się tu długo namyślać? dziewczyna jak malina, przytem bogata. Trzymaj szczęście, kiedy ci się samo ciśnie do ręki.
Kazimierz. Bez rodziców nie mogę uczynić tak ważnego kroku.
Gałka. Cóżby rodzice przeciwko temu mieć mogli? O zezwoIenie rodziców ja się postaram, a ty nie czekaj wieczora, lecz bierz kiedy pora.
Lehman. Okropne poniżenie dla ojca wpraszać się ze swem dziecięciem, kiedy hrabiowie starają się o jej rekę. Kazimierzu! czyż możesz żądać większego upokorzenia?
Gałka. (trącając Kazimierza). I cóż czekasz?
Kazimierz. Jeżeli się to zgadza z wolą rodziców, przyrzekam panu Lehmanowi, że całe życie swoje skieruję ku uszczęśliwieniu Herminy, aby się przez to odwdzięczyć tobie, szlachetny panie. Wyznaję ci szczerze, że od pierwszej chwili Hermina była jedyną, na którą moje oczy ciągle patrzeć chciały, do której serce moje przylgnęło i która cała moją duszę zajęła. Nie możesz przecież panie mieć tego za złe, żem musiał ukrywać swoje uczucia. Nie równo nas Bóg uposażył; jam biedny, ona bogata, to też ta różnica stała mi w myśli tą ogromną przestrzenią, która ukochaną przeze mnie Herminę zawsze ode mnie oddzielała. Pragnąłem ją widzieć, a unikałem jej widoku; pokochałem ją wprzód może jak ona mnie, a nie mogłem jej tego powiedzieć. Zanadto szanowałem twoją życzliwość, zacny panie, abym mógł czemkolwiek zamieszać spokój twojej rodziny. Dlatego też to opuściłem nawet twój dom, aby Hermina pozbawiona mego widoku, prędzej o mnie zapomniała. Bóg chciał inaczej. Dziś, dzięki ci panie, żeś dla naszego szczęścia tak wielka z siebie zrobił ofiarę. (całując go w rękę). Bądź przekonany, że Hermina, jeżeli mnie prawdziwie kocha, znajdzie szczęście w pożyciu ze mną. Otoczę ją najczulszą opieka, każda chwila słodko nam przeminie, za którą cię panie wspólnie błogosławić będziemy. Pozwól mi tylko panie, abym tego nie uczynił bez wiedzy rodziców moich.
Lehman. (ocierając łzę). Im dłużej z tobą jestem, tem lepiej poznaję twoją szlachetność, dobry młodzieńcze! Pisz co prędzej do twoich rodziców, niech przyjeżdżają, pragnę ich widzieć. Wieczne im błogosławieństwo za to, że w swoim synu takiego szlachetnego zięcia dla mnie wychowali! Przyprowadźmy Herminę, niech jej powtórzy to, co mnie powiedział.

(Lehman wychodzi).

Kazimierz. Biedna Hermina! ona pewnie myśli, że Kazimierz nie poznał jej uczuć, że jak zimny głaz nieczuły.
Gałka. Co za bieda, kiedy tak tęgiego dostaje chłopca. Od takiej biedy jeszcze żadna dziewczyna nie umarła. Ej znam ja się na kobietach! hę!
Lehman. (wchodząc z żoną i córką, oddaje jej rękę Kazimierzowi). Dzieci żyjcie szczęśliwie!
Hermina. Mój drogi ojcze! (rzuca się w jego objęcia, Kazimierz całuje rękę matki).
Lehman. Poznawszy szlachetność Kazimierza, nie dziwię się, że zdobył twoje serce. (Do Kazimierza). Chętnie oddaję ci mój skarb (podaje jej rękę Kazimierzowi, Kazimierz i Hermina rzucają się wspólnie w objęcia).
Hermina, Kazimierz (razem). Kazimierzu! Hermino!
Lehman. Kazimierzu! oddaję ci wszystko, co posiadam, córkę, jedyną pociechę moją i cały mój majątek, a tylko jeden stawiam warunek, który łatwo wypełnić możesz.
Kazimierz. Cóżbym tak dobremu ojcu mógł odmówić? Lehman. Wiesz, że od dwóch lat jestem nadwornym dostawcą, i że to dla mojej fabryki jest wielką korzyścią, której mi zazdroszczą wszyscy fabrykanci i szukają przyczyny, aby mi jakimkolwiek sposobem zaszkodzić. Ty jesteś katolikiem. Skoroby się świat dowiedział, że fabrykę oddałem zięciowi katolickiej wiary, to mogłoby się przyczynić do wielkiego uszczerbku.
Kazimierz. Spodziewam się więcej sprawiedliwości od naszego króla. Katolicka rodzina ksiąrząt Radziwiłłów jest z nim spokrewniona, katolicki książę raciborski był prezydentem ministeryum, generał Falkenstein, wierny katolik należy do najznakomitszych generałów.
Lehman. O króla nie chodzi, lecz o nadwornych intendentów, którzy z nami zawierają kontrakty.
Kazimierz. Od wiary mojej nigdy nie odstąpię!
Hermina. (prosząc). Kazimierzu! zgódź się na prośbę ojca.
Kazimierz. Hermino! spodziewasz się ode mnie wierności, a równocześnie przypuszczasz, żebym mógł złamać wiarę Bogu mojemu. Nikczemnego wiarołomcę chcesz mieć za męża?
Lehman. Ale wcale nie potrzebujesz wiary łamać! W sercu zostań katolikiem, a tylko powierzchownie udawaj ewangelika. Widzisz mnie też policzają miedzy dobrych ewangelików, choć przez cały rok nie zajrzę do kościoła! Wierzymy wszyscy w jednego Boga.
Kazimierz. Nie pozwala na to mój charakter, żebym coś obłudnego przed światem udawał.
Lehman. Kto się tam o wiarę będzie w Berlinie pytał. Pójdziesz do pastora, zamówisz zapowiedzi i przytem mu oznajmisz, że przestępujesz na ewangelicką wiarę. Sam go odwiedzę, aby cię nie fatygował nauką, ani ceremonią publicznego przyjmowania wyznania.
Kazimierz. Sumienie moje nigdy się na to nie może zgodzić.
Hermina. Więc dla mojej miłości nie chcesz żadnej uczynić ofiary?
Wilhelmina. Nie pojmuję przyczyny takiego oporu.
Gałka. (odprowadzając go na stronę). Ej zgódź się na to, czego chcą od ciebie, po ślubie możesz uczynić, co ci się podoba. Gdy z Herminą zagarniesz majątek, to sobie będziesz znowu katolikiem.
Lehman. Ciężki mnie los prześladuje! Córkę zamiast milionerowi, oddaje ubogiemu młodzieńcowi, a teraz tracę u dworu całą reputacyę.
Wilhelmina. Kazimierzu, więc i najmniejszej nie chcesz spełnić prośby ojca, który ci wszystko ofiaruje.
Kazimierz. Proszę o kilka dni do namysłu.
Gałka. Nie troszczcie się, ja go przerobię. Chodź Kazimierzu!

(Odchodzą, zasłona zapada).




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Miarka (ojciec).