Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla | |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) | |
| Data wyd. | 1918 | |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego | |
| Miejsce wyd. | Lwów | |
| Tłumacz | anonimowy | |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
GASTON LEROUX
DZIWNE
PRZYGODY MIŁOSNE
ROULETABILLA
LWÓW. 1918.
G SEYFARTH (JÓZEF GEORGEON)
Z DRUKARNI W. A. SZYJKOWSKIEGO, ZIMOROWICZA L. 14.
|
Działo się to dnia 21. września 1913. wśród gór Bałkanu i ponurych wąwozów Istrandża Dagu. Wieczór zapadał.
Poprzedzając pierwsze oddziały wojsk bułgarskich, zalewające właśnie północną Tracyę i posuwające się na Almadżik, pędził mały oddział jeźdźców, na złamanie karku.
— Naprzód! Naprzód! — wykrzykiwał Rouletabille.
Słynny sprawozdawca „Epoki“, znajdywał się wraz ze swoim oddziałkiem, dosłownie, pomiędzy dwiema nieprzyjacielskiemi armiami i pędził naprzód, opętany jakąś dziwną u niego, nieokiełzaną pasyą. Rzucał słowa zachęty naprzemian z przekleństwami, co było u niego rzeczą bardzo rzadką.
Ale dziwić się temu nie można, jeśli się zważy, w jakiem się znajdywał nastroju. Oto, on, niedościgniony odkrywca przeróżnych zawikłanych tajemnic kryminalnych, znalazł się nagle wobec nierozwiązalnej zagadki, wobec zagadki serca kobiecego.
Utracił zdolność rozumowania, on, który w najdziwaczniejszych okolicznościach, w najgroźniejszych sytuacyach, zdolny był myśleć trzeźwo i znajdywać zawsze radę i wyjście.
Do tego zaś stanu doprowadziła go jedna, jedyna dziewczyna, dla której zaryzykował tyle. Kochał ją jeszcze przed chwilą, teraz czuł jednak, że ją nienawidzi z całej duszy.
Iwana Wilczkow. Ją goni właśnie Rouletabille, a pędząc za zbiegłą, przemyśliwa rzeczy dawniejsze, chcąc na tej podstawie dojść do rozwiązania dziwnej tajemnicy:
Uczyńmy, jak on i przejdźmy pokrótce wypadki minione.[1] Otóż, tak było. Wysłany przez swój dziennik „Epokę“, udał się Rouletabille do stolicy Bułgaryi, celem śledzenia wypadków, jakich oczekiwano powszechnie. W Sofii spotkał reporter młodą pannę, bratanicę generała Wilczkowa, którą poznał w Paryżu, kiedy uczęszczała na medycynę i do której zapłonął niekłamanym afektem.
Rouletabille bywał w Sofii w domu stryja Iwany i nie krył się z tem, że ją kocha, oraz, że pragnie ją poślubić. Iwana ma dla niego także pewne uczucie sympatyi, ale usiłuje odwrócić jego umysł od swej osoby, a to z powodu, że podpada, wraz z swoją rodziną, zemście rodowej. Oboje jej rodzice i siostra, zginęli śmiercią tragiczną. Iwana pewną jest, że takasama śmierć jej grozi, z ręki wrogów rodziny. Mścicielem tym jest Gawłow, Bułgar, wygnany z kraju, który przyjął Islam, czyli stał się pomakiem. Gawłow mieszka w fantastycznej wprost fortecy, w samym sercu gór północnej Tracyi, w Istrandża Dagu i stamtąd przybywa od czasu do Bułgaryi, znacząc każdą swą bytność, jakimś okrutnym, krwawym czynem. Nikt nie zdołał go dotąd poskromić. Gawłow drwi sobie ze świata, z poza obecnych fortów swej twierdzy, z wyżyn swego „Czarnego Zamku“ (Kara Kule).
Wszystko to jednak nie może oziębić miłości Rouletabille. Przeciwnie, gotów jest pokonać Gawłowa i uwolnić rodzinę Wilczkowów od wroga, który w Tracyi nosi także imię Kara Selim, czyli czarny basza.
Reporter żąda jednak wzamian ręki Iwany. Pyta jej. Dziewczyna nie odmawia, ale nie zgadza się także. — Czyż pani jest może z kimś zaręczoną? — pyta Rouletabille. Ale Iwana odpowiada: — Nikt na świecie niema prawa zwać się moim narzeczonym.
Odpowiedź ta napełnia serce młodego człowieka nową nadzieją, roi plany, ale nagle tejżesamej nocy następuje straszny dramat, przypominający historyczną tragedyę konaku belgradzkiego, Gawłów wraz ze swoją bandą napada dom Wilczkowa, morduje generała i służbę, Iwanę zaś uwozi ze sobą do Czarnego Zamku.
Rouletabille przysięga pomścić i uwolnić Iwanę, a jednocześnie podejmuje się odebrać z rąk Gawłowa kuferek, pokryty rysunkami w stylu bizantyńskim, zawierający cenne dokumenty państwowe, mianowicie, plany mobilizacyjne armii bułgarskiej. Przyrzeka to wyraźnie generałowi Władysławowowi, szefowi sztabu generalnego.
Reporter zabiera z sobą swego wiernego pomocnika i przyjaciela, Candeura i pewnego Rosyanina, imieniem Włodzimierz. Towarzyszy im kuzyn Iwany, niejaki Atanazy Kietew. Kietew kocha się w swej kuzynce i jest z tego tytułu rywalem Rouletabille. Chciałby oczywiście również zabić Gawłowa i uratować Iwanę. Obaj rywale powstrzymują się jednak od rozprawy osobistej, w celu dopięcia zamierzonego dzieła.
Całe towarzystwo udaje się do Czarnego Zamku, gdzie Kara Selim, czyli Gawłow, sposobi się do zaślubienia branki swej, Iwany. Podają, że są dziennikarzami, którzy zabłąkali się w górach i biorą się odrazu do dzieła. Niema godziny do stracenia. Iwana zgodziła się zostać żoną Gawłowa, mordercy swej rodziny, aby wejść w posiadanie kuferka bizantyńskiego, w którym mieszczą się plany mobilizacyjne. Należy tedy uwolnić Iwanę i porwać kuferek.
Rouletabille dokonywa czynów przechodzących poprostu siły ludzkie i udaje mu się wreszcie porwać Iwanę i ukryć ją w bastyonie fortecy, który zabarykadował w tak genialny sposób, że może wytrzymać oblężenie. Nie mógł jednak dostać w swe ręce kuferka. Przekonał się tylko, że tajna szuflada, którą zdołał otworzyć w sposób nadspodziewany, zawiera owe cenne dokumenty wojskowe. Gawłow nie wie tedy o tem, że tam są i nie może z nich uczynić użytku zgubnego dla Bułgaryi.
Rouletabille namawia teraz Kietewa, by poszedł zanieść tę wiadomość generałowi Władysławowowi i uspokoić go odnośnie do tajemnicy mobilizacyjnej. Wojsko bułgarskie może, wedle planu, z całem bezpieczeństwem pójść przez Istrandżę Dag, na Kirkilissę. Wróg nie spodziewa się tego marszu zgoła, gdyż góry są zdawna uważane za niemożliwe do przebycia.
Atanazy przyrzeka pójść i powrócić z wojskiem bułgarskiem dla ocalenia Iwany, oraz dziennikarzy. W ostatniej chwili, przed wyruszeniem, udało się jeszcze Kietewowi pochwycić podstępem Gawłowa, którego zostawia w rękach Iwany. Mają go zabić oboje po powrocie Kietewa, do tego czasu Gawłow ma służyć za zakładnika.
Następuje oblężenie, pełne scen tragicznych i komicznych jednocześnie, a kończy się w sposób zgoła nieoczekiwany. Oto, Iwana, która zaprzysięgła zemstę, nietylko nie zabija Gawłowa, ale przeciwnie — uwalnia go, własną ręką spuszczając na dół windę z bastyonu — i to w chwili, kiedy Gawłow ma ponieść zasłużoną karę, w chwili, gdy na widnokręgu zjawia się armia bułgarska, idąca oblężonym z odsieczą.
Straszliwa tajemnica. Rouletabillowi wydaje się teraz, że Iwana kocha tego potwora, który wymordował jej rodzinę i który ponadto zaprzysiągł zgubę własnemu krajowi.
Bandyci z Karakule uciekli, Gawłow z nimi, a Iwana, pod pozorem schwytania Gawłowa, dopadła konia i popędziła za rozbójnikiem. Iwana nie wie zresztą, że Rouletabille był świadkiem tego, jak spuszczała Gawłowa z bastyonu.
Rouletabille porywa konia i pędzi za Iwaną, a towarzysze jego pędzą w jego ślady. Oto sytuacya jasno skreślona.
— Czekaj! Dopadnę cię! — mruczy Rouletabille, zgrzytając ze złości zębami.
Nagle przypomniał sobie słowa, wypowiedziane po turecku przez Gawłowa, w chwili, gdy był na dole, pod bastyonem. Obrócił się tedy na siodle i spytał Włodzimierza.
— Co znaczy: Benem ile guch?
— To znaczy — odparł Włodzimierz — Chodź ze mną... pojdź ze mną!
— Do kroćset! — wrzasnął Rouletabille. — I ja będę na tej schadzce! Bezemnie się nie obejdzie...
| — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — | — |
Była mniejwięcej piąta godzina, gdy wynurzyły się przed nimi dachy większej jakiejś wsi, leżącej tuż pod Almadżikiem. Spostrzegli też odrazu to, co odtąd widzieć mieli zawsze, ile razy przyszło im przejeżdżać przez wsi, osady, czy miasteczka, położone nad granicą. Wydało się jadącym, że domy wiesniaków nawiedził jakiś straszliwy cyklon. Okna i drzwi powyrywane z ramami, gęste ślady ognia, wokół tych smutnych resztek siedzib ludzkich, widniały trupy kobiet i dzieci, zmasakrowane, leżące w kałużach krwi.
Także wzdłuż drogi leżały teraz coraz częściej zwłoki ludzkie, tak, że konie jeźdźców rzucały się ze strachu.
Wszystkie te trupy świeże, były to zwłoki chłopów bułgarskich, co poznać było łatwo po stroju. Jedni pokryli się w domach, czekając przyjścia, zapowiedzianego niezawodnie, wojsk bułgarskich, od strony północnej. Inni włościanie wybiegli na powitanie nadciągającej armii. Ale jednych i drugich doścignięto w innej wsi, lub najbliższej okolicy i wymordowano. Dotychczasowi panowie tego terytoryum, zmuszeni usuwać się przed najeźdźcami, oczyszczali pole mieczem i wygładzali przedstawicieli wrogiej rasy.
Chociaż żaden z jadących nie miał złudzeń odnośnie do wojny i wyobrażał sobie do czego jest zdolny człowiek w takim czasie, jednak przy wjeździe do wsi z ust wszystkich wyrwał się jeden okrzyk grozy, na widok zwłok pozbawionych głów, rozprutych brzuchów i krwawych ochłapów porozrzucanych po ziemi.
— To okropne! — biadał Candeur, kryjąc się za Rouletabilla.
Rouletabille milczał, nie był zaskoczony wcale tym widokiem. Widział może straszniejsze obrazy czasu podróży swej po Marokku i Kaukazie, zwłaszcza w Baku i Bolakani podczas walk Tatarów z Armeńczykami.
Nagle przebiegł go prąd elektryczny. Oto tam w dali na skręcie uliczki wiejskiej ujrzał postać kobiecą na koniu. Iwana! Tak to ona. Nie ulegało żadnej wątpliwości. Ale czyż dostrzegła jadących? Niewiadomo, dość, że nagle rzuciła swego konia w szalony galop, przesadziła kilka wielkich kup ciał ludzkich, wydała dziki okrzyk i wymachując ponad głową wielkiem jakiemś szabliskiem sypiącem wokół skry, znikła jak widmo w drugiej uliczce wiodącej ku meczetowi, którego wysokie minarety osnute płomykami ognia widać było zdaleka.
Rouletabille pocisnął swego konia ostrogami nagląc do wysiłku największego, mimo, że wierzchowiec od niejakiego już czasu okazywał silne znużenie. Chciał go zmusić do galopu, ale zmęczone zwierzę potknęło się o stos trupów i zwaliło się na ziemię. Reporter stoczył się w trawę, a za nim runęli również jego towarzysze, gdyż konie ich wpadły na wierzchowca Rouletabille. Candaur, Włodzimierz i Tondor legli na ziemi i podnieśli się trochę potłuczeni.
Ale Rouletabille nie czekał na nich. Zaczął biedz co sił w nogach w kierunku, w którym znikła Iwana. Towarzysze pospieszyli za nim kulejąc i postękując.
Zabrzmiały strzały, a od strony gdzie leżał plac targowy wioszczyny rozległa się wrzawa. Już mieli dotrzeć do owego placu, gdy nagle zjawiła się niespodziewanie Iwana. Biegła pieszo ku nim. Jej wierzchowiec spieniony leżał o kilka kroków na ziemi. Nogi biednego zwierzęcia poruszały się w powietrzu spazmatycznymi ruchami konania. Dostał kulę w brzuch.
Wrzawa bitewna nie ustawała, grzechotały wokół strzały karabinowe, a kule zaczęły teraz na dobre świstać koło ich uszu.
Iwana znajdywała sie w stanie niezmiernego podniecenia.
Podniosła w górę obie ręce i ruchem tym wstrzymała wszystkich w miejscu.
— Tam biją się na dobre. Turcy są jeszcze we wsi. Ani kroku dalej. Nie uszedłby nikt z nas wszystkich.
— A Gawłow? — spytał Rouletabille.
— Połączył się z Turkami! — odparła głosem ponurym. Pędziłam w jego tropy i chwila jeszcze, a byłabym go dopadła...
— A więc Gawłow uciekł? — spytał tuż obok znany głos.
Wszyscy się odwrócili. Atanazy Kietew znalazł się właśnie przy towarzystwie w chwili gdy Iwana domawiała słów ostatnich.
Kietew zaklął, udając, że klnie swego konia okrytego pianą, stojącego obok na drzących nogach. Potem spojrzał z pogardą po dziennikarzach.
Iwana zabrała głos:
— Padliśmy ofiarą zdrady katerdżibaszy (przodownika mulników). On to dostarczył Gawłowowi liny, po której spuścił się z bastyonu na dół. Gdyśmy tylko odkryli ucieczkę Gawłowa, podążyliśmy jego śladem, nie czekając nawet na pana, Atanazy Kietewie. Nie czekaliśmy, mimo pragnienia ujrzenia pana, podziękowania ci i złożenia gratulacyi.
Iwana przemawiała głosem słodkim, przychlebnym, dziwnie odbijającym od tonu, jakim się dopiero odezwała.
— A więc, odwet! — rzekł Atanazy, który patrząc na Iwanę, poczerwieniał, jak wiśnia.
— Trzeba zaczynać na nowo! — wykrzyknęła niemal wesoło, wyzywająco.
— Żal pani pewnie, że nie ucięłaś mu głowy w chwili, gdym go przyniósł? spytał przytłumionym głosem Kietew i spojrzał dziwnie przenikliwie na Iwanę.
— Naturalnie... mój drogi!
Wykrzyknąwszy to głośno, odwróciła się do niego plecami i zajęła się niezwłocznie czem innem. Kietewa nurtowała widocznie złość, której nie mógł opanować. Rouletabille patrzył na oboje i słuchał, ale nie rozumiał dobrze o co idzie. Czuł tylko, że są tutaj niedomówienia, w których właśnie kryje się cała tajemnica. Sam zresztą trząsł się od pasyi wobec niesłychanego cynizmu Iwany, spojrzał na Kietewa; wejrzenia ich się skrzyżowały. Czy się zrozumieli wzajem, niewiadomo! Atanazy rzekł:
— Dostaniemy w ręce Gawłowa!
— Oczywiście! — potwierdził Rouletabille. I postaramy się, aby nam już poraz drugi nie uszedł.
Iwana zadrżała na całem ciele. Ale powiedziała głosem, który niedwuznacznie świadczył, że sili się na spokój.
— Cóż mamy teraz robić?
— Udacie się państwo ze mną. Taki jest rozkaz generała, komendanta dywizyi. Nie może dopuścić, by go ktoś poprzedzał. Obawia się, że byle nieostrożność a nieprzyjaciel dostrzeże nasze ruchy. Wziąłem za was odpowiedzialność. Pójdziecie, gdzie was zaprowadzę, to jest tam, gdzie mi generał kazał zaprowadzić.
— Drogi Atanazy! — zawołała Iwana. — Pójdę z tobą na koniec świata!
Rouletabille zbladł. Ale Iwana nie spostrzegła tego wcale. Nie zwracała nań zgoła uwagi.
— Gdzież mamy się udać? — spytał reporter, lodowatym tonem.
— Zrobimy małą wycieczkę, proszę panów, — odparł Atanazy — udamy się tam...
Wskazał pasmo gór, w kierunku wschodnim.
— Potem zejdziemy przełęczą, wygodnie na stronę południową, nie narażając się na spotkanie z armią.
— O, tego jestem pewny! — rzekł Rouletabille. — Nie zobaczymy napewne ani jednego żołnierza!
— Cóż panu na tem zależy? Daję zresztą słowo honoru, że wyprowadzę panów na pole bitwy w chwili najbardziej interesującej.
— Wybornie! — krzyknął Włodzimierz.
— Wolałbym nie być wyprowadzonym wcale, o ile będzie tam niebezpiecznie... — zauważył melancholijnie Candeur.
Rouletabille odparł:
— Trudno. Musimy się zastosować do pańskiej woli. Jesteśmy w tej chwili jeńcami, czy czemś w tym rodzaju, prawda?
Dostrzegł w pewnej odległości za Atanazym niewielki oddział konnicy, pod wodzą podoficera.
— Jesteście moimi przyjaciółmi! — rzekł Atanazy spokojnie. Uczyniłem, co trzeba, abyście odzyskali z powrotem swe namioty, muły i inne bagaże, pozostawione w Karakule. Widziałem je tam w przejeździe. Pozatem potrzeba wam świeżych koni.
— Pan nie zapomina o niczem... — zauważył ironicznie Rouletabille.
— Pyszny z pana człowiek! — entuzjazmował się Włodzimierz.
Wrócili w kierunku, skąd przybyli i około zmierzchu znaleźli się na przełęczy. Zanim zaczęli spuszczać się w dolinę, mieli sposobność widzieć przemarsz armii bułgarskiej, a nawet słyszeć ją, gdyż żołnierze śpiewali, maszerując.
Piękny był to dzień 21. października, 1913. Armia bułgarska wkroczyła 20 kilometrów w głąb kraju nieprzyjacielskiego, i to w miejscu, które znanem było tylko pasterzom trzód i mulnikom. Szły kolumny piątej dywizyi, nie czując wcale zmęczenia, mimo przebycia gór, uchodzących za nieprzekraczalne, szły bez odpoczynku, godzinnego bodaj, ku polom bitew Estri-Polos, Pitra, Kara-Kof, ku słynnym stepom, po których nastąpić miał grom: wzięcie Kirkilissy. I oto, rzecz dziwna i niezapomniana! Mimo, że działo się to przecież współcześnie, w wieku kolei żelaznych, telefonów, telegrafu bez drutu, nikt nie przypuszczał, by armia posuwała się tą drogą. Ogólnie mniemano, że znajduje się daleko na wschodzie, nad Maricą. Wojska szły, jak fala, a nad kolumnami płynęła pieśń narodowa, o tej rzece słynnej Maricy, gdzie od wieków mieszała się krew Bułgarów i Osmanlisów.
Ale piękna ta wizya znikła niebawem z przed oczu podróżnych, którzy posuwać się musieli w ślad za Atanazym, w krainę górską, dziką, najeżoną skałami, poćwiartowaną przepaściami, przypominającą na ogół krajobraz alpejski, ale owianą dziwną melancholią smutku. Atanazy i reporterzy, opowiedzieli sobie w krótkich słowach swe przejścia dni ostatnich. Zarówno Kietew, jak i Rouletabille, myśleli o Gawłowie.
W dogodnym miejscu rozbito namioty i zabrano się ochoczo do prowiantów, przywiezionych przez Atanazego. Po jedzeniu, Iwana, pożegnawszy towarzystwo, krótkiem i oschłem: dobranoc, udała się do swego namiotu, a Rouletabille zabrał się do dyktowania Candeurowi artykułu do „Epoki“. Trwało to dość długo. Po skończeniu, Candeur wsunął artykuł w kopertę i napisał na niej datę i tytuł. Następnie, koperta umieszczona została w teczce z czerwonej skóry, mieszczącej już kilka innych prac Rouletabilla. Candeur nie rozstawał się z tą teczką ani na chwilę i chował w nią wszystko, od czasu, gdy opuścili Sofię i wstąpili na teren Istrandża Dagu.
Gdy Candeur schował teczkę, Włodzimierz zawołał:
— Już widzę, w jaką pasyę wpadnie Marko Wołoch, gdy nasz dziennik ogłosi szereg korespondencyi Rouletabilla. Jestem pewny, że się biedaczysko rozchoruje.
Marko Wołoch, był to dziennikarz przygodny, bez kwalifikacyj, jeden z wielu, jacy wynurzają się z mętów społecznych, w chwilach wielkich wydarzeń światowych. Zawodowcy pogardzali nim i słusznie, miał on bowiem już rozliczne zajęcia i zawody, a w żadnem nie objawił nawet średnich zdolności. Jednak zarozumiałości mu nie brakowało i uważał się za człowieka, któremu czasu tej wojny przypadło odegrać nader ważną rolę. Piastował narazie zastępczo — aż do przybycia rzeczywistego sprawozdawcy „Nouvelle Presse“, funkcye reportera tego pisma, posiadającego rzeczywiście bardzo szerokie koła czytelników i to go napełniało dumą niesłychaną. Wymienione pismo było rywalem „Epoki“, pisma, dla którego pracował Rouletabille, toteż, redakcya, znając zdolności Rouletabilla, przykazała Markowi Wołochowi, by się nie dał zdystansować i trzymał się ostro. Marko puszczał tedy sensacyjne telegramy, czyste kaczki dziennikarskie, od których trzęsły się giełdy całego świata. Marko był zmorą Włodzimierza, który go nienawidził i obwiniał wprost o brak wszelkich zasad moralnych.
— Dajże nam spokój z twoim Markiem! — oburzył się Candeur. — Myślisz o nim nawet przez sen. I cóż nam on może zrobić złego?
— Któż to może wiedzieć! — rzekł Włodzimierz uroczystym głosem. — To pewne, że nas śledzi. Zaręczam ci, że wieczór, poprzedzający dzień naszego wyjazdu na terytoryum Gawłowa, gdyśmy koczowali w namiotach, widziałem postać podejrzaną, wymykającą się z namiotu Candeura. Za chwilę Candeur zaczął desperować, że skradziono mu teczkę z artykułami. Dałbym sobie uciąć rękę, że była to sprawka Marka.
— Owa tajemnicza postać istniała jednak w twojej tylko wyobraźni! — odparł Candeur tonem pogardliwym. — Teczka, której szukałem w walizie, znalazła się w namiocie, obok posłania, gdzie ją prawdopodobnie sam położyłem przed zaśnięciem.
— A są wewnątrz artykuły moje? — spytał trochę niespokojnie Rouletabille, który się przysłuchiwał w milczeniu rozmowie.
— Oczywiście... oczywiście... — odparł Candeur. — Wszystkie artykuły są w teczce.
— Uspokój się tedy Włodzimierzu! — powiedział Rouletabille. — Uspokój się i nie sądź, że każdy Wołoch musi być drabem.
— O, panie! — zaręczał Włodzimierz. — Nie znasz pan Marka. Jest on zdolny do wszystkiego. Nie zdziwi mnie żadne jego łajdactwo. Jest on w stanie sprzedać własnych rodziców za byle co, miał pozatem brzydkie sprawki z kobietami. Zaręczam panu, że ten człowiek nie posiada śladu zasad moralnych!
— Już dość tego!! — zakomenderował nagle Rouletabille. — Wszyscy spać... natychmiast spać! Ja obejmuję straż.
Stanął na warcie. Cisza wnet zapadła wokół, pustka go otoczyła i ciemność. Tylko gdzieś w dali wybuchały czasem, jakby snopy płomieni, otoczone dymem i zapadały natychmiast z powrotem. Wsparty na lufie karabinu, Rouletabille, spoglądał na biel płótna namiotu, pod którym spoczywała Iwana. Czy spała? Czy śniła? A jeśli i śniła... o kim? Było to tajemnicą zupełną. Rouletabille nie umiał rozwiązać tej zagadki.
Rouletabille udał się do namiotu, gdy został zluzowany przez Włodzimierza, jedynego jak wiemy służącego, jaki mu pozostał po śmierci Teodora i biednego przewodnika multańskiego, zgładzonego przez Iwanę. Namiot dzielił reporter z Kietewem, a Bułgar spał głęboko zawinięty w swój płaszcz w chwili gdy Rouletabille wślizgnął się ostrożnie do środka. Przy migotliwym blasku świecy utkwionej we flaszce Rouletabille długo wpatrywał się w rysy swego rywala. We śnie twarz Bułgara była zupełnie spokojną. Wyglądał na spoczywającego snem sprawiedliwych, poczciwca nietrapionego najlżejszym wyrzutem sumienia. Nie pozostało na niej śladu przeżytych utrapień, wygładzały się zmarszczki, które w ciągu ostatnich lat dziesięciu żłobiły tę twarz młodą i pełną życia. Rouletabille przyznać musiał, że Kietew godzien jest miłości. Jednocześnie jednak przyszło mu na myśl, że Iwana nie kocha nikogo, że jest to zdrajczyni, oszukująca wszystkich wokół.
Rozmyślając nad tem rozebrał się, zagrzał wodę na maszynce naftowej, dokonał skrupolatnie oblucyi, jakby się znajdywał u siebie w domu, poczem zgasił maszynkę i wśliznął się pod kołdrę swego polowego posłania. Przez ostrożność położył tuż obok siebie nabity karabin, tak, by mógł go chwycić każdej chwili. Wreszcie zasnął spokojnie i marzył o św. Zofii chorej na oczy.
Spał może z godzinę, gdy nagle zbudził go wyraźny odgłos rozmowy. Usiadł na posłaniu wytężając słuch.
Głosy dochodziły z poza płóciennej ściany namiotu. Ktoś mówił szybkim, nerwowym szeptem. Czasem rozbrzmiewały stłumione wykrzyki. Rozpoznał głosy, mówili na przemian Candeur i Włodzimierz. Ale podczas gdy w głosie Włodzimierza wybuchało dzikie wzburzenie i podniecenie, wydawało się, że Candeur jest w humorze wyśmienitym.
— Ty dajesz!
— Nie, to ty dajesz!
Chwila milczenia. Potem wykrzyki przyciszone.
Rouletabille sięgnął omackiem po swe pantalony. Chciał się dowiedzieć co się tam dzieje obok i czemu ci dwaj jegomoście, którzy zaraz z wieczora mieli miny tak bardzo znużonych drogą, nie śpią do tej pory.
Po cichu, nie budząc Atanazego, który chrapał, z cicha wyszedł z namiotu i zbliżył się do sąsiedniego. Przez szpary pozostałe między płatami płótna przesiewało się nikłe światło.
Rouletabille rozwiązał zręcznie taśmy przymocywujące zasłonę wejścia i nagle zjawił się jak duch pomsty przed rozpromienionym Candeurem i zbolałym Włodzimierzem. Spostrzegł zaraz, że Candeur był czerwony jak ćwik, podczas gdy twarz Włodzimierza posiadała trupio bladą barwę.
— A, to tak... — powiedział do nich. — To wy gracie moi panowie.
Rzeczywiście, pomiędzy oboma kompanionami widniał mały składany stolik, na którym leżała talia kart i kartka papieru pokryta zapiskami nakreślonymi pospiesznie ołówkiem.
Rouletabille rzucił się na karty. Skonfiskował im już dwie talie od początku podróży i był pewny, że nie mają ich więcej. Nałóg karciarski nie dawał im wypocząć co było rzeczą niezbędną.
— Gracie zamiast spać? Czyście powaryowali? Nie wstyd wam? Wszakże zakazałem jak najsurowiej... zapomnieliście... co? Od pierwszej chwili zakazałem stanowczo. Przysięgliście, że nie tkniecie kart... No, gadajcie! Przysięgliście, czy nie?
— Rouletabille! Nie gniewaj się! — zaczął Candeur prosząco, — chcieliśmy spać, próbowaliśmy, ale w żaden sposób zasnąć nie byliśmy w stanie.
— Kłamstwo bezczelne! — krzyknął reporter. Posłania wasze nie tknięte nawet! — Nawet nie zaczęliście się rozbierać! Nie rozumiem tylko skąd karty? Nie pojmuję? Przecież wam zabrałem już dwie talie!
— Podoficer, który towarzyszył panu Kietewowi, zgubił tę talię... wypadła mu z kieszeni... — tłómaczył Candeur nie patrząc na Rouletabilla.
— Odkupiłeś od niego gałganie! — wrzasnął Rouletabille, — albo skradł mu je Włodzimierz!
— O, proszę pana... za co mnie pan uważa! — obraził się Włodzimierz.
— W coście grali? — inkwirował dalej.
— W co? Oto w tę ruską grę, o której ci wspominałem. Rzecz całkiem niewinna.
— O cóż to gracie? — badał dalej Rouletabille, biorąc w rękę papier, leżący na stoliku. — Bony? Bon Włodzimierza na 500 franków? Jakto? Ty bierzesz ten bon, Candeur? Bon z podpisem Włodzimierza Petrowicza? Wiesz co, że głupszy jesteś jeszcze, niż myślałem!
— Musi brać bony, bo wygrał całą moją gotówkę! — użalał się Włodzimierz, dotknięty widocznie do żywego.
— Ile przegrałeś? — spytał Rouletabille poszkodowanego.
— Spytaj pan, proszę, Candeura! — odparł ponuro.
— Otóż, to tak było... mruczał, czerwieniejąc jeszcze bardziej Candeur. — Z początku ja nie miałem pieniędzy, ale wiedziałem, że Włodzimierz ma sporo. Straszna to rzecz, podróżować bez pieniędzy. Zaproponowałem tedy, jako stawkę moją szpilkę do krawatki. To ostatnia pamiątka po mojej siostrze. Co prawda, przeklęła mnie przed śmiercią.
— I za cóż cię przeklęła?
— Za to, że zostałem dziennikarzem. Otóż, pojmie pan, nie wiele mi zależało na tej pamiątce. Chciałem się tego pozbyć, jak innych rzeczy. Ale nie straciłem tej szpilki....
— I przy jej pomocy, ograłeś Włodzimierza! Gadaj zaraz, ileś wygrał od niego?
— Zaraz powiem, zaraz... — bąkał Candeur. Zaczęliśmy zrazu bardzo tanio. Ot, tak, dla zabawy. Moja szpilka warta w każdym razie 75 franków... prawda? Otóż, stawiałem jej wartość częściowo. Włodzimierz przegrał z początku dwadzieścia pięć franków, potem pięćdziesiąt, potem sto... A wszystko tylko dlatego, że się chciał odegrać. Mówiłem mu to ciągle! Wreszcie przegrał wszystko, co miał w kieszeni. Teraz... nie jestem ja tak głupi, jak się zdaje... teraz przyjmuję jego bony, bo należy mu się jeszcze dużo pieniędy, za wynalazek pancerza kulotrwałego!
— Candeur! — krzyknął Rouletabille. — Gadaj zaraz, ile wygrałeś gotówką od Włodzimierza!
— I cóż ci z tego przyjdzie?
— Chcę wiedzieć, skąd on miał pieniądze! Nie wiem, skąd je wziął!
— Dostał zaliczkę na wynalazek..
— Dość tego! Ile?
Candeur stał się wprost fioletowy.
— Sam dobrze nie wiem... Doprawdy...
Ale pod surowem spojrzeniem Rouletabilla, zaczął wyciągać z różnych kieszeni banknoty stufrankowe.
— Prędko! — przynaglał go Rouletabille.
— Dobrze, już dobrze! — powiedział i wyjął paczkę banknotów pięćsetfrankowych.
— No, proszę... interes ci się powiódł, jak widzę! szydził reporter. — Dalej... wyjmuj resztę!
— Już wszystko! — jęknął biedny olbrzym i spuścił oczy.
— Kłamstwo! — wykrzyknął Rouletabille, rzucił się ku Candeurowi i począł opróżniać jego kieszenie.
Nie mógł wyjść z podziwu, znajdując niezliczoną moc banknotów. Candeur osłupiały, czerwony pozwolił się obszukiwać jęcząc tylko zcicha.
Rouletabille policzył. Było wszystkiego razem 40.000 franków. Wpatrzył się wzrokiem srogim w Candeura, który nie śmiał podnieść głowy.
— Pierwszy raz w życiu miałem szczęście...
— Poczekajno! Niebawem pomówimy o tem szczęściu i dodał:
— Więc te 40.000 franków ofiarowałeś tym drabom w Czarnym Zamku jako okup?
— Oczywiście! — odparł Candeur. — Przecież wiesz, że mam dobre serce!
— Łatwo jest mieć dobre serce za cudze pieniądze! — zauważył cicho Włodzimierz. Kiedy proponował okup, pieniądze te były jeszcze moją własnością, a Candeur dysponował już wówczas nimi, jakby były jego.
— Szło o życie nas wszystkich! — odparł Candeur.
— Masz dobre serce Candeur! — powiedział Rouletabille. — Ale w gruncie rzeczy jesteś taki sam gałgan, jak Włodzimierz.
— Proszę pana! — obraził się Włodzimierz. — Pan mnie dotyka.
Wstał i zwrócił się do wyjścia.
Ale Rouletabille go zatrzymał i spytał ostro, tak, że Włodzimierz zbladł jeszcze bardziej.
— Skąd masz te pieniądze?
— Zapewniam pana uroczyście — powiedział Włodzimierz — że pochodzą ze sprzedaży mego wynalazku, mojej zbroi kulotrwałej! Właściwie wynalazku dokonał mój przyjaciel z Kijowa. Ulepszał tę zbroję, poprawiał, uczynił z niej prawdziwe dzieło sztuki technicznej i wydał na to cały swój majątek. Ale gdy czasu ostatniej wojny japońsko-rosyjskiej, rząd rosyjski nie chciał kupić wynalazku, przyjaciel mój popadł w rozpacz i wstąpił do biura cenzury w Odessie. Przedtem zaś podarował mi owoc całej swej długoletniej pracy i wysiłków, a zarazem to, co było powodem wszystkich jego utrapień. Mnie powiodło się lepiej...
Rouletabille przerwał mu.
— Dość tego Włodzimierzu! — krzyknął. — Jeśli mi natychmiast nie powiesz skąd masz te pieniądze, każę cię związać i wydam cię władzom bułgarskim. Będziesz im mógł opowiedzieć szczegółowo dzieje twego wynalazku.
Włodzimierz poznawszy, że sprawa przybiera zły obrót zaczął jęczeć żałośnie. Wreszcie powiedział:
— A więc opowiem wszystko. Rzecz doprawdy dużo błahsza jak pan sądzi. A stało się to, słowo daję, jakby samo przez się, tak, żem się spostrzegł gdy już było po wszystkiem.
— Więc...
Rouletabille pomyślał: Zdolny jest do wszystkiego. Byle tylko nie zamordował kogo, o resztę mniejsza...
Candeur spoglądał melancholijnie na te piękne bilety bankowe, które go niedawno jeszcze tak cieszyły i dumał nad sposobami, by je odzyskać. Tymczasem Włodzimierz zaczął opowiadać:
— Pamięta pan zapewne, że dnia pewnego w Sofii bezpośrednio przed naszym wyjazdem zastał nas pan okrytych w ciepłe okrycia, ponieważ było bardzo zimno. Candeur owinięty był kołdrą, ja zaś miałem na sobie wspaniałe futro. Sam pan podziwiał to futro...
— Tak, było to futro twej przyjaciółki, pewnej księżniczki... — odparł Rouletabille robiąc srogą minę.
Włodzimierz przeraził się.
— Przecież nie sądzi pan chyba, że sprzedałem cudze futro! — zawołał.
— Hm... nie sprzedałeś? Więc cóż dalej?
— Panie! Za kogo mnie pan bierze?
— Cóżeś więc zrobił? — badał Rouletabille dalej.
— Przedewszystkiem, — powiedział Włodzimierz, oryentując się w sytuacyi, — raczy pan łaskawie zauważyć, że mogłem je sprzedać. Czy pan zna księżniczkę?
— Tak... trochę, bardzo ekscentryczna, zdaje mi się, ale cóż dalej?
— Otóż, powiedziała mi raz: jeśli ci się podoba to futro, mój drogi, możesz je sobie wziąć. Pan nie zna księżniczek rosyjskich... one są bardzo ekscentryczne i hojne...
— Acha!... Więc korzystałeś z tej hojności!
— Proszę pana! — zawołał Włodzimierz tonem oburzenia. — Nie ma pan prawa obrażać mnie. Wszystko jest w zupełnym porządku. Otóż, w samym dniu naszego odjazdu z Sofii, gdy nam pan objawił, że udajemy się w dalszą podróż, pierwszą moją myślą było biedz do księżniczki i zwrócić jej to futro, które stanowiło przedmiot zazdrości jej wszystkich przyjaciółek. Nie chciałem go dłużej trzymać na swoją odpowiedzialność. Kiedym biegł do księżniczki z futrem, przypadek zdarzył, że znalazłem w ulicy, przy której mieści się bank zastawniczy. Nagle przyszła mi myśl: Doskonała sposobność dla dowiedzenia się, ile warte to futro. Wszedłem. Ofiarowano mi 43.000 franków pożyczki.
— I wziąłeś?
— Nie! Powiedziałem: Nie!
— I cóż dalej!
— Fatalność. Urzędnik banku był widać bardzo roztargniony tego dnia. Wydało mu się, że powiedziałem: tak. No i wypłacono mi gotówką 43.000 franków, zanim miałem czas zaprotestować.
— Ale wziąłeś pieniądze?
— Naturalnie, niech pan jednak o mnie źle nie sądzi! — rzekł Włodzimierz z godnością. Pierwszą rzeczą była myśl, że muszę odnieść księżniczce pokwitowanie zastawu.
— Ach, tak? — zdziwił się Rouletabille, osłupiały, wobec tej bezczelności.
— Oczywiście! — dodał Włodzimierz. — Futro jest jej własnością, przeto będzie, je mogła wykupić.
— Wykupić!
— Wykupi z pewnością. Ręczę panu.
— Ależ w ten sposób winien jesteś jej 43.000 franków, człowieku! — wrzeszczał Rouletabille.
— Oczywiście! — powiedział Włodzimierz. Czyż ja się tego wypieram?
— Przywłaszczyłeś sobie cudze pieniądze, drabie! — wrzasnął reporter, oburzony.
— Nie, proszę pana! — odparł chłodno Włodzimierz. Nie jestem drabem. Proszę spytać Candeura. Pożyczyłem mu z tego 1.500 franków, na sprawienie przyzwoitego wyekwipowania w drogę, czyż nie świadczy to o mojem dobrem sercu, potem pożyczyłem sobie takąż sumę na wyekwipowanie. Te pieniądze, to depozyt, rozumie pan, depozyt!
— A jednak przegrałeś je do Candeura!
— To mnie właśnie martwi! — westchnął ciężko Włodzimierz. Niema nic przykrzejszego, jak przegrać cudze pieniądze! O, to rzecz okropna... okropna!
Rouletabille zwrócił się do Candeura.
— Nie możesz przecież zatrzymać pieniędzy skradzionych!
— I dlaczegóż to? — jęknął Candeur płaczliwie. — Przecież ja ich nie skradłem! Zarobiłem je uczciwie!
Rouletabille nie odrzekł nic. Szybkim ruchem zwinął plik banknotów i schował je do kieszeni.
— Oj!... jęknął Candeur. — Już po wszystkiem!
— Tak jest! — odparł Rouletabille. Tych pieniędzy nie ujrzy żaden z was, moi zacni panowie! Zwrócę je księżniczce, za powrotem do Sofii.
— Tak będzie najlepiej! — zauważył rozweselony Włodzimierz. — Niech ten mój depozyt pozostanie u pana.
— Twój depozyt?! — krzyknął Candeur. To moje pieniądze!
Rzucił się na Włodzimierza z pięściami, tak, że Rouletabille musiał interweniować. Zwymyślał obu i wyszedł surowy, jak sama sprawiedliwość.
W namiocie spostrzegł, że Kietew nie śpi.Musiał słyszeć wszystko.
— Dobrześ pan zrobił, — rzekł Bułgar, — odbierając im te pieniądze! Mogą się nam przydać w naszych tarapatach!
Obrócił się do ściany i za chwilę zasnął snem sprawiedliwych.
Rouletabille stał, jak słup soli. Zdumienie unieruchomiło go na chwilę.
Wreszcie wsunął się pod kołdrę, mrucząc do siebie:
— Zaiste, daleki jestem od zrozumienia duszy, słowiańskiej rasy.
Następnego ranka, podróżni nasi ruszyli dalej, ku południowemu wschodowi.
— Wydaje mi się, — zauważył Rouletabille, — że zbytnio oddalam y się od armii.
— Dałem panu słowo na to, że odnajdziemy ją w swoim czasie.
— A Gawłow? — spytała Iwana.
— Znajdziemy Gawłowa także, Iwano, — zapewniał Kietew. — Wysłałem oddział konnych, by wybadali, gdzie może znajdywać się Kara Selim. Doniosą mi z pewnością.
Iwana pocisnęła konia i ruszyła przodem w milczeniu.
Atanazy jechał także bez słowa dalej.
Nagle Rouletabille zauważył postać nieznaną sobie dotychczas; był to starzec, okryty łachmanami, ale majestatyczny i zatopiony, jakby w rozmyślaniach jakichś. Przyłączył się do podróżnych, niewiadomo kiedy. Kroczył, z głową na piersi zwieszoną.
Rouletabille zbliżył się do Atanazego i spytał, co to za człowiek.
— To jest ojciec Cyryl, słynny ze swoich nieszczęść.
— O, tak! — Wygląda rzeczywiście rozpaczliwie! — odparł reporter.
— Przeciwnie! Teraz czuje się szczęśliwym! — rzekł Bułgar. — Ojciec Cyryl zdołał uciec z więzienia anatolijskiego i wrócił do rodzinnego kraju, którego nie widział od czasu wojny o niepodległość.
— Czemuż przyłączył się do nas?
— Ponieważ ma ku temu swoje powody! — odrzekł Atanazy tajemniczo i dodał: — ojciec Cyryl umie kochać wolność. Pracował swego czasu z Lawińskim, przy organizacyi komitetu rewolucyjnego, aby zaś być zupełnie niezależnym, zabił swą żonę, która sprzeciwiała się jego patryotycznej działalności.
— Czemu go pan nie wsadzisz na jednego z naszych mułów? — spytał Rouletabille.
— Muły są i tak przeciążone, — odpowiedział Kietew. — Zresztą, właśnie przybyliśmy na miejsce.
Podróżni znaleźli się na obszernej polanie, otoczonej lasem czarnych jedlin.
Gdy się pochód zatrzymał, ojciec Cyryl upadł na kolana i wyciągnął ręce ku wsi, widnej opodal. Z promiennym wyrazem twarzy, wpatrywał się w to zbiorowisko nędznych dymnych chałup, o ścianach, lepionych z błota i płaskich dachach. Tuż pod wsią widniał nędzny mostek, rzucony przez potok.
Nagle ojciec Cyryl zerwał się na nogi, na widok starca pochylonego wiekiem, który wstępywał z trudem na wzgórek. Starzec miał strzelbę na plecach.
— Iwon! — zawołał ojciec Cyryl.
Starzec zbliżył się, nie poznając wołającego. Po chwili jednak poznali się obaj i padli sobie w objęcia.
W tej chwili zjawił się niewielki oddział wojsk bułgarskich. Komendant, podoficer, zbliżył się do Kietewa i podał mu list.
Nastąpiła krótka rozmowa, poczem Kietew powiedział towarzyszom:
— Zjawię się niebawem. Jedźcie powoli tą drogą, w kierunku Almadżiku. Nawet, gdybym nie wrócił na czas, zanim przebędziecie dwa kilometry, znajdziecie się pośród armii bułgarskiej. Wystarczy przedstawić się w pierwszym spotkanym sztabie.
Powiedziawszy to, odjechał spiesznie.
Iwana przybiegła galopem.
— Co się stało z Kietewem, gdzie odjechał? — spytała.
Była bardzo zaniepokojona.
— Nic się nie stało! — odrzekł sucho Rouletabille. Jakiś ułan oddał mu pismo, a ponieważ jest oficerem, przeto udał się gdzieś, po służbie.
— Mamy jechać prosto do Almadżiku! — rzekł Włodzimierz. — Atanazy Kietew nas dopędzi.
— Którędy odjechali? — pytała nerwowo Iwana.
— Przez las! — Włodzimierz wskazał ręką ku południowi.
— Pędźmy za nim i starajmy się go dogonić! — krzyknęła Iwana, dając koniowi ostrogi.
— W jakim-że to celu? — krzyknął za nią Rouletabille.
— Przynieśli mu niezawodnie wieść o Gawłowie! Pewna jestem! Pędźmy za nimi.
Rouletabille nie opierał się Iwanie, albowiem droga przez las biegła także ku południowi i zbliżała ich do armii, o co mu szło przedewszystkiem. „Zobaczę, jak daleko posunie się w zdradzie“, mruczał pod nosem. Jechali tak z godzinę po skalistym gruncie, aż wreszcie na prośby mulników, musieli się zatrzymać. Muły były strasznie znużone. Uczyniła się czarna noc. Nie było widać na kilka kroków.
Stali tak przez czas jakiś, niepewni, gdzie rozbić obóz, gdy nagle w dali rozbłysły liczne pochodnie i niebawem spostrzegli, że są dokoła otoczeni bandą pomaków, wyglądających, jak bandyci. Na plecach mieli długie fuzye, za pasami mnóstwo nożów.
Rouletabille krzyknął, by każdy wziął broń do ręki, sam też pochwycił karabin. Ale Włodzimierz uspokoił go gestem, oddalił się o kilka kroków, i rozpoczął rozmowę z drabem, który wyglądał na przywódcę przybyszów.
Po chwili wrócił.
— Co on powiada? — spytał.
— Powiada, że uprzedzeni o naszym przejeździe, przybyli ze swojej wsi, położonej na szczycie góry, w tym celu, by nas przestrzedz, że podróż w tych okolicach bywa czasem niebezpieczną.
— To widać wyraźnie! — odparł Rouletabille.
— Powiada, że sprawiłoby mu to niezmierną przykrość, gdyby nam się miało coś złego przydarzyć. Jesteśmy właśnie na ich terytoryum i aga pociągnąłby go do surowej odpowiedzialności.
— Więc?
— Więc zdecydował się wraz ze swoimi ludźmi pospieszyć nam z pomocą i obronić nas przed złodziejami i rabusiami, oczywiście, o ile damy mu pewną sumę.
— Tak? No, a ile żąda?
— Umówiłem się z nim na tysiąc piastrów.
— Tysiąc piastrów?! — zawołał Rouletabille. — To tyle, co dziesięć liwrów tureckich.
— Tak, to wynosi około dwieście trzydzieści franków. Nie jest to wcale wielka kwota.
— Nie wielka kwota? Przecież taki nocleg w hotelu, nie kosztowałby nawet połowy.
— Prawda! — powiedział Włodzimierz. — Ale nie znajdujemy się w hotelu. Wolno się zresztą zgodzić lub nie zgodzić.
— A gdybym się nie zgodził?
— Kosztowałoby to pana bezporównania drożej.
— Do licha!
— Prócz tego przywieźli nam jaja, trzy kury i jagnię i myślą, że zakupimy od nich te zapasy.
— Kupię jaja i kury. Ale cóż mamy zrobić z jagnięciem?
— Jagnię posłuży im na kolacyę. O ile bierzemy tych ludzi dla własnej obrony, musimy ich, naturalnie, żywić. Postanowili strzedz nas przez całą noc, aż do rana.
— Wszystko zatem przewidziane. Musimy tedy rozłożyć się obozem.
— Naturalnie. Pozatem droga jest tak zła, a noc tak ciemna, że nie posunęlibyśmy się daleko. Muły i konie odpoczną, a rano podróż pójdzie żwawiej. To także kazał dowódca panu powiedzieć.
— A więc rozpocznij z tymi poczciwcami układy, skoro być inaczej nie może! — zgodził się Rouletabille.
Traktat pokoju szybko został zawarty. Wkrótce też, pomacy, nie troszcząc się wcale o podróżnych, rozpoczęli przygotowania do uczty. Rozpalili wielkie ognisko i krzątali się wokół niego. Przy tem świetle dziwacznie rysowały się na tle czarnej nocy ich twarze. Zwłaszcza Candeur nie był tym widokiem zachwycony. Gryzło go to, że stracił uczciwie zarobione pieniądze. Podobnie też, Iwana, nie miała dobrego humoru. Szybko znikła pod płótnem swego namiotu.
Candeur i Włodzimierz postanowili spać w jednym namiocie z Rouletabillem i rzucili się oczywiście w ubraniu na posłanie, stawiając między sobą skrzynkę, pełną wszelakiej broni.
Tondor pierwszy objął straż.
Czas jakiś panowała cisza i wszyscy pozamykali oczy do snu, gdy nagle zagrzmiały strzały. Rozegrzmiała się noc strzelaniną, która stawała się coraz żywszą, a kule świstały tak blizko, że Rouletabille co chwila oczekiwał, że dosiągną któryś z namiotów.
Reporter rzucił się ku wyjściu.
W tejsamej jednak chwili zjawił się Tondor i rzekł:
— Niech pan śpi spokojnie. To nasi strażnicy strzelają, by dać nam znać, że czuwają i dla odstraszenia złodziei.
— Powiedz im, by strzelali trochę dalej! — rozkazał Rouletabille.
Nie skończył zdania, gdy nowa salwa rozdarła powietrze. Candeur leżał brzuchem na ziemi.
— Nie ulega wątpliwości, — jęknął, — wymordują nas!
— To nieznośne! — krzyknął Rouletabille.
— Chcą uczciwie zarobić swe pieniądze, — zauważył Włodzimierz.
Nikt nie zmrużył powiek tej nocy. Rano, gdy zwijano obozowisko, pomacy wystąpili z nowemi żądaniami. Powiedzieli, że odparli wielką bandę rabusiów, którzy, gdyby nie oni, dostaliby się aż do namiotów, korzystając z ciemności. Skończyło się na tem, że trzeba było znów dodać pewną ilość piastrów.
Droga, jaką im tego dnia odbywać przypadło, była nad wyraz męcząca.
Musieli wspinać się po stromych zboczach, iść zygzakami ponad przepaście, wdrapywać się często po skalnych ścieżkach, dostępnych chyba tylko kozom. Przytem ludność była wrogą. Często posyłano ku karawanie, z jakiejś przyczepionej do skał wsi, grad kul na oślep. Tego rodzaju oznaki nie były zgoła przyjemne i nie zachęcały do dalszej podróży.
— Cóż za zawód! Cóż za kraj! — wołał co chwila biedny Candeur.
Powtarzał to co chwila i jechał z głową ukrytą w grzywę swego wierzchowca, a podnosił głowę tylko wówczas, gdy mu przysiągł Włodzimierz, że w pobliżu niema żadnej podejrzanej postaci.
Iwana jechała na przodzie, często nawet oddalała się znacznie, nie bacząc na wołanie i przedstawienia Rouletabilla. Widać było, że nią miota niepokój dojmujący.
Odbiła się od oddziału i znikła im z oczu, około południa, w chwili właśnie, kiedy Rouletabille zatrzymał pochód, by nieco spocząć i rozprostować nogi.
— Panna Wilczkow znikła! — zawołał Włodzimierz. — Trzebaby ją znaleźć!
— Nieznośna kobieta! — jęknął Candeur.
— Co ty gadasz?! — wrzasnął wołał nań Rouletabille, czerwony, jak kogut.
— Panowie! — krzyknął Włodzimierz. — Nie sprzeczajcie się, ale raczej spojrzyjcie przed siebie!
Spojrzeli przed siebie, spojrzeli potem w prawo i w lewo i skamienieli. Otaczała ich nowa banda rabusiów. Tym razem nie byli to nawet rabusie, ale nieregularne wojsko tureckie. Podróżni ujrzeli skierowane na siebie lufy karabinów.
Candeur wyciągnął zaraz z kieszeni swą wielką białą chustkę i począł dawać znaki, by rozpoczęto parlamentować.
Ale nie było mowy o tem. Podróżni zostali niebawem wzięci w niewolę i zaprowadzeni do mieszczącego się opodal obozu. Obóz właśnie zaczęto urządzać, na niewielkim placu widniał piękny, pokryty czarnymi znakami biały namiot, przeznaczony widocznie dla dowódcy oddziału. Zaprowadzono ich do tego namiotu. Pośrodku na miękkich poduszkach siedział człowiek w białym turbanie, wysokim jak komin. Niebieski jego kaftan połyskiwał od srebrnych haftów, za pasem sutym i połyskującym również widniał cały arsenał nożów i jataganów o srebrnych głowicach, dwa olbrzymie pistolety kryły się napoły we frendzlach pasa, u boku zaś zwisała mu szabla na czerwonych pendentach zdobnych w złote ozdoby. Człowiek ten miał minę bardzo dumną i palił z nieopisanym spokojem wonny tytoń z nargilu wielkiej wartości.
Jeńcy skłonili się przed nim, ale on nie raczył zwrócić na nich uwagi.
Tuż obok siedzącego stał człowiek, wyglądający na sekretarza i trzymał w ręku rodzaj tacy. Był to tłumacz.
Przemówił do nich po francusku.
— Panowie, pan nasz, aga, został wezwany przez padyszacha, aby ujął i uwięził mały oddział cudzoziemców, dziennikarzy francuskich, którzy pełnią funkcye szpiegowskie w górach Istrandży Dagu, a którzy bez pozwolenia przekroczyli granicę państwa otomańskiego.
Rouletabille zadrżał. Nie spodziewał się, że o nich władze wiedziały tyle i tak dokładnie, zabrał jednak zaraz głos i zaprotestował kategorycznie przeciwko zarzutowi szpiegostwa. On i jego towarzysze wysłani zostali zupełnie jawnie przez dziennik paryski, w celach reporterskich i właśnie ukończyli swe prace w Bułgaryi. Zaręczył, że nie mają wcale zamiaru powracać do Sofii. Zapewnił agę, że mają właśnie zamiar uczestniczyć we wojnie po stronie armii otomańskiej, żaden tedy człowiek rozumny nie może się w tem dopatrywać szpiegostwa.
Ku wielkiemu swemu zdziwieniu Rouletabille usłyszał jednak, że aga wie bardzo dobrze, iż pan... Rouletabille (a więc znano nawet jego nazwisko) wraz z towarzyszami otrzymali polecenie tajne od generała Władysławowa, u którego byli na audyencyi przed wyruszeniem w drogę.
— Tam do licha! — pomyślał Rouletabille — są doskonale poinformowani.
Wiedzieli istotnie wszystko, tak, że tłumacz nie tłumaczył nawet adze co mówią. Uważał to za zbyteczne, a aga palił dalej spokojnie swój nargil i milczał.
Rouletabille zwrócił się do Włodzimierza.
— Umiesz po turecku, więc przemów do agi!
— Jedyna przemowa jakiejby posłuchał chętnie to mowa o monecie. Jeśli pan chcesz, to daj mi tysiąc lewów.
Rouletabille wyjął z kieszeni żądaną sumę w monecie francuskiej, a Włodzimierz wziął pieniądze i złożył je na małym stoliczku, obok nargilu.
— Ale aga ani drgnął.
— No i cóż? — spytał Rouletabille.
Nic! Aga nie słyszał mojej mowy. Daj mi pan jeszcze tysiąc franków.
— Oto masz pięćset. Jest to reszta ze sumy, którą podjąłem w banku przed wyjazdem. Nie Imam już ani grosza.
Włodzimierz złożył pięćset franków obok sumy poprzedniej.
Aga ani drgnął, siedział jak posąg.
Ale tłumacz, który podczas wszystkich tych operacyi finansowych zachowywał powagę pełną dostojeństwa, rzekł wreszcie tonem wyrzutu:
— Zaiste, moi panowie, nie oryentujecie się, widzę w sytuacyi, bierzecie mego dostojnego pana za żebraka.
— Widzisz Włodzimierzu coś zrobił! — rzekł Rouletabille. Aga się pogniewał!
— Pogniewał się, bo nie widzi przed sobą sumy dostatecznie poważnej, aby wogóle módz zacząć traktować w sprawie naszego oswobodzenia. Jest pewny, że mamy pieniądze.
— Słowo honoru daję, że nie mam ani grosza! — zawołał Rouletabille.
— Przeciwnie! — odparł poważnie Włodzimierz. — Masz pan przeszło 40.000 franków.
— Te pieniądze nie są ani moją, ani twoją własnością! — powiedział Rouletabille.
— To prawda! — zgodził się Włodzimierz. — Te pieniądze są własnością Candeura.
— Rzeczywiście! — powiedział Rouletabille i uczuł ogromną ulgę. — Rzeczywiście! Zapomniałem!
— Naturalnie! Daj mu pan te 40.000 franków i niech nam da spokój. Zresztą gdybyś pan mu ich nawet nie dał, zabierze je sobie sam, to rzecz całkiem pewna! Wie doskonale co mamy w kieszeni, podobnie, jak wiedział, cośmy robili w Sofii.
Rouletabille wręczył Włodzimierzowi zwitek banknotów, a Włodzimierz położył pieniądze na stoliku.
To odniosło nareszcie skutek. Aga położył na kolanach węża ogromnym bursztynem, sięgnął ku stolikowi, wziął banknoty i uśmiechnął się.
Policzywszy pieniądze, kazał przez tłumacza powiedzieć dziennikarzom, że są wolni, że mogą jechać gdzie chcą, zaś aga zanosi modły do Ałłacha, by ich strzegł przed złymi przygodami.
Pierwszą myślą Rouletabilla, było teraz, dopędzić Iwanę, która gdzieś przepadła. Był bardzo zadowolony, ze Iwany nie było, gdyż nie wiadomo, czy odnośnie do córki generała Wilczkowa, sprawa nie przyjęłaby zgoła innego obrotu. Teraz jednak naglił swych towarzyszy do pośpiechu, pragnąc przed nocą doścignąć Iwanę.
— Prędzej, prędzej! — wołał, — nad czemże to dumasz, Włodzimierzu?
— Dumam nad tem, że, jeżeli oni tak dobrze wiedzą, cośmy robili w Sofii, to jest to sprawka Marka Wołocha!
— Znowu wyjeżdżasz z tym Markiem! — krzyknął Candeur.
— Nie byłby chyba zdolny do takiego łajdactwa, — zauważył Rouletabille.
— Ba... nie znacie go, panowie! — odparł Włodzimierz.
— Ależ nie mógł przecież wiedzieć, że Włodzimierz ma przy sobie tyle pieniędzy! — powiedział Candeur:
— Wiedział, — rzekł ponuro Włodzimierz. Przypadek chciał, że zastałem go w banku zastawniczym. On dostał dwadzieścia lewów za jakąś drobnostkę, mnie zaś, przy nim wypłacono wiadomą kwotę.
— Do licha! — zawołał Rouletabille. Teraz rozumiem, dłaczego krążyło coś złowrogiego wokoło nas w górach Istrandża Dagu.
— Marko Wołoch! — rzekł grobowym głosem Włodzimierz. Wpędził nas w zasadzkę, wprost, oddał nas w ręce Turków, by przejąć naszą korespondencyę. Posłał anonimową denuncyacyę do władz w Adryanopolu, czy Kirkilisse i w ten sposób dowiedział się wszystkiego, ten dureń, aga. To jasne, to nie ulega wątpliwości!
— Wieczór zapada, a niema panny Iwany! — zawołał głośno Rouletabille, dając ostrogi swemu koniowi.
— Niech ją dyabli porwą... mruknął pod nosem Candeur.
— Raczej, niech ją sobie odbierze Kara Selim... — dodał Włodzimierz.
— Cicho!... Gdyby Rouletabille dosłyszał, zabiłby cię niezawodnie.
Nagle, tuż, przed nimi, zagrzmiały gęste strzały. Znajdywali się u wylotu wązkiego wąwozu i nagle buchły, od strony, gdzie się rozstępywały skały, płomienie. Paliła się wieś turecka. Rouletabille i towarzysze, ruszyli żwawiej naprzód. Nie ubiegli jednak daleko, gdy nagle ujrzeli Iwanę. Czekała na nich.
Kazała im zsiąść, ukryć konie i powiodła ku domowi, zbudowanemu z kamienia. Posłusznie weszli do tego domu, przebiegli kilka komnat, wreszcie znaleźli się na tarasie. Ukryli się za baryerą z kamienia, by ich nie dosięgły kule syczące i gwiżdżące wszędzie i patrzyli.
Zobaczyli bitwę. Bułgarzy walczyli z baszybożukami tureckimi. Tuż zaś, przed sobą, ujrzeli podróżni, rodzaj pojedynku. Atanazy walczył z Gawłowem.
Zachowanie się Iwany było dalej bardzo dziwne. Nie wiadomo bowiem, czemu ta gorąca patryotka, widząc, że Atanazy walczy z Gawłowem, nie sprowadziła mu pomocy w osobie Rouletabilla i towarzyszy, ale przeciwnie, zawiodła ich tutaj, skłoniła, by przyjęli rolę widzów tylko. Czyżby się obawiała, że inaczej pospieszą z sukursem?
Noc zapadła. Płomienie palących się domostw, jaskrawo oświecały plac, pośrodku którego, walczył Atanazy, z Kara Selimem. Obaj najeżdżali na siebie końmi i starali się dosięgnąć, to szablą, to nożem, a konie, jakby je ogarnął również szał bitewny, gryzły się, rwały i wierzgały nogami. Wokoło nich ścierali się Bulgarzy z Turkami. Strzelano do siebie z blizka, cięto nożami, ludzie zwarci w pojedynkę, szamotali się w zapasach wściekłych.
Zdawało się, że zarówno Atanazy, jak i Gawłow, są nietykalni. Mimo nadludzkich wysiłków, strzałów z pistoletów repetyerowych, rąbaniny na szable, żaden nie miał rany.
Iwana patrzyła na nich rozpłomienionym wzrokiem, drżała całym ciałem, zdawało się, że zemdleje lada chwila. Pochwyciła dłoń Rouletabilla i ściskała ją mocno, w miarę postępów, toczącego się tam, opodal, śmiertelnego pojedynku.
Rouletabille zrazu nie rozumiał tego wszystkiego, wkrótce jednak poznał z przerażeniem, że ilekroć uczuwał uściski silniejsze, tyle razy Gawłow był górą. Stała tedy po stronie Gawłowa. Wszystkie jej uczucia posiadał Kara Selim. Gdy pod niespodziewanym ciosem zachwiał się Turek, Iwanę ogarniało, jakby omdlenie, chwiała się na nogach, wydawała jęki. Nagle, broń Gawłowa upadła na ziemię, pociągając jeźdźca. Iwana wydała okrzyk trwogi i rzuciła się naprzód, jakby chciała biedz na ratunek. W tej chwili Atanazy skoczył ze swego konia i rzucił się z nożem na leżącego. Turek chciał się bronić, ale nie mógł wydostać się z pod swego wierzchowca. Atanazy zadał mu cios straszliwy, jeden, drugi, nóż błyskał krwawo w powietrzu.
Czarny pasza, legł, jakby martwy, na placu, a Bułgarzy wydali okrzyk tryumfu. Baszybożuki zaczęli się cofać i wnet rzucili się do bezładnej ucieczki.
Candeur, Włodzimierz i Tondor, bili brawo i biegli winszować Atanazemu, ale Rouletabille musiał zostać przy Iwanie. Była bardzo wyczerpana, chwiała się na nogach, wreszcie padła mu na ręce i ukryła twarz na jego piersiach.
— Iwano... — prosił — zbierz siły, nie trzeba się tak poddawać. To, widać, z radości tak ci słabo? Co? Zbierz siły....
Iwana podniosła głowę i uśmiechnęła się boleśnie i nie odpowiedziała ni słowa.
Walka ustała. Kotłowali się ludzie, jeszcze tylko koło meczetu, w którym skryli się baszybożukowie, w liczbie kilkunastu. Meczet podpalono, a zamknięci starali się wydostać, aby nie spalić się żywcem. Ale Bułgarzy czuwali, zaledwie który zjawił się na placu, chwytali go, nieśli i z dzikimi okrzykami wrzucali w płomienie.
— Chodź winszować Atanazemu! — wołał do Rouletabilla Candeur.
— Idź sam, ja zostanę przy pannie Iwanie — odparł. Czyż nie widzisz, że zasłabła?
— Idźcie wszyscy... — prosiła Iwana — zostawcie mnie samą!
— W tej chwili stało się coś dziwnego. Zwycięzcy Bułgarzy zaczęli się grupować, siadać na konie, ustawiać w szeregi. Trąbka wzywała raz poraz tych, którzy się opóźniali.
— Cóż to takiego? — dziwił się Candeur.
— To znaczy, — odrzekł Rouletabille, że Turcy nadciągają w znaczniejszej sile.
— Nagle, oddział się uformował, zabrzmiała komenda i Kietew, ze swoimi, opuścił wieś, ruszając w stronę północną.
— Widzicie, że miałem racyę! — powiedział Rouletabille. — Teraz kolej na nas. Uciekajmy, o ile jeszcze czas!
— Zwracając się do Iwany, dodał:
— Droga panno Iwano, zbierz siły. Trzeba teraz jechać, nie mamy chwili czasu.
Uśmiechnęła się boleśnie, ale uczyniła wysiłek i poszła przodem, ku miejscu, gdzie zostawiono konie.
Rouletabille uczuł wprost nienawiść do Iwany: Więc ona kocha tego mordercę swej rodziny myślał. — Cierpi, nie starając się nawet ukryć swego bolu. Myśli tylko o tem czarnem, okrwawionem ciele, które żołnierze włóczyli w tryumfie, po placu, a potem unieśli ze sobą, jako łup wojenny.
— Prędko, prędko! — wołał Włodzimierz. Patrzcie, baszybożuki wychodzą z meczetu. Teraz sprawa z samymi Turkami!
Ale nie stało już czasu na odwrót.
Baszybożuki wrócili z regularnem wojskiem tureckiem, które zajmowało nanowo wieś, wśród okrzyków i klątw, pod adresem ustępującego nieprzyjaciela.
Podróżni nasi postanowili ukryć się i przeczekać do nocy, poczem, pod jej osłoną, ruszyć dalej. Opuścili tedy terasę i udali się do piwnicy tego samego domu, gdzie było nierównie bezpieczniej.
Iwana szła obok Rouletabilla, jak cień. Ruchy jej były sztywne, automatyczne, napoły tylko świadome. Zdawało się, że wraz ze śmiercią Gawłowa, postradała zmysły.
Ukrycie naszych podróżnych, okazało się jednak niebawem bardzo mało bezpiecznem. Oto, ludność wsi, zachęcona przybyciem wojska regularnego, powracać zaczęła do opuszczonych domostw. Podróżni widzieli przez okna, powracających. Spostrzegli niebawem właściciela domu (jakąś, widać, wybitną i znaczną osobistość miejscową), wracającego wraz z rodziną, dziećmi, kobietami, służbą i dobytkiem.
Spotkanie z agą i inne poczynione doświadczenia, pouczyły ich, że nie bardzo można ufać gościnności tutejszej ludności. Przytem mieli przy sobie paszporty i przepustki bułgarskie, mogli lada chwila zostać zrewidowanymi, potem zaś, groziło im, bez wątpliwości, rozstrzelanie. Próbowali wyjść, ale za każdym razem musieli wracać. Sytuacya stawała się z każdą chwilą tragiczniejszą. Armia bułgarska nie mogła tu w najlepszym razie przybyć rychło, a gospodarz mógł lada moment zejść do piwnicy.
— Gdyby tu było przynajmniej wino, — biadał Candeur — wówczas, byłoby tak z nami, jak z Atosem, w „Trzech Muszkieterach“, oblężonym w piwnicy... ale bez wina... cóż poczniemy?
Nagle, rozbrzmiała ponownie palba karabinowa, podniosły się krzyki, płacz i zawodzenie kobiet. Zawrzała nowa bitwa. Podróżni widzieli przez okienko piwniczne, sylwetki uciekających ludzi, ruch wozów, słowem, całą panikę ludności.
— Bułgarzy wracają! — zawołał Włodzimierz i chciał już wyjść, ale Rouletabille wstrzymał go.
Rzeczywiście, nie było wskazanem, albowiem do wsi weszły właśnie kolumny trzeciej armii. Oficerowie byli bezsilni, żołnierze rozhulali się na dobre i zabijali w przystępie pierwszej wściekłości, na prawo i lewo. Najwięcej dokazywali komitadzi.
Słychać było śmiertelne wrzaski kobiet i dzieci, tak, że podróżni drżeli w głębi swej kryjówki.
Musieli patrzeć przez okienko piwnicy na wszystkie okrucieństwa wojny, na krew, płynącą w odwet przelanej krwi. Widzieli już biednych chłopów bułgarskich, mordowanych przez Turków, teraz patrzeć musieli na mord ludności tureckiej przez Bułgarów. Daremnie mówili sobie, że tak być musi, że są to nieodzowne konsekwencye wojny. Widok ten, przejmował ich grozą. Wspomnienie tej okropnej nocy, ścigało ich potem długo i nie mogli zapomnieć tego nieszczęsnego skrawka ziemi, gdzie nagromadziło się przez wieki tyle fermentu niezgody, gdzie rozegrało się tyle walk i tyle krwi popłynęło.
Iwana obróciła się twarzą do ściany, by nie patrzeć, a Rouletabille widział, jak zatyka uszy, by nie słyszeć.
Nagle spostrzegli małą dziewczynkę. Wyrwała się z rąk komitadżich i biegła z krzykiem po placu. Znaleziono ją pod stosem trupów — zapewne trupów jej własnej rodziny. Uciekała, a za nią biegł ogromny Bułgar z nagą szablą w ręku.
Rouletabille nie mógł powstrzymać okrzyku zgrozy, a Candeur wydał jęk przeciągły.
Bułgar już doganiał dziecko, które uciekało przerażone, z oczyma szeroko otwartemi.
Rouletabille powiedział:
— Muszę chyba strzelić do tego draba.
Wyjął z kieszeni pistolet repetyerowy.
Na dźwięk tych słów, zerwała się Iwana i chwytając Rouletabilla za rękę, zawołała:
— Nie popełnisz pan chyba tej zbrodni!
— Jakiej zbrodni? — spytał, starając się wyrwać rękę. To przecież jest dzieciobójca!
— On jest Bułgarem! W mojej obecności przynajmniej, nie ośmielisz się pan zabić Bułgara!
— Dobrze, — odparł, — posłucham, o ile pani ma odwagę patrzeć na śmierć tego dziecka.
Nagle, uciekająca dziewczynka potknęła się na czemś i upadła, tuż przed progiem piwnicy. Żołnierz zamachnął się, i, podniecany okrzykami towarzyszy, ciął straszliwie. Ale szabla jego świsnęła tylko przez powietrze.
— W tej sekundzie, gdy mała upadła, Iwana rzuciła się ku wejściu i wciągnęła szybko dziecko do piwnicy.
Żołnierzowi wydało się, że ofiara jego zapadła się nagle pod ziemię. Stanął osłupiały. Dziennikarze byli także zdumieni.
Dziecko tuliło się do Iwany. Drżało na całem ciele.
Przed piwnicą utworzyła się grupa żołnierzy. Rozmawiali żywo. Z gestów ich można było wnosić, że są rozwściekleni tem, co się stało. Za chwilę wpadli do domu. Słychać było ich kroki po schodach.
— Ładnieśmy się urządzili!... — jęknął Candeur.
— Za chwilę przyjdą, by nas rozstrzelać! — powiedział Rouletabille. Trzeba wyjść stąd koniecznie. Wezmą nas niewątpliwie za Turków.
— Jeśli wyjdziemy z dzieckiem, — powiedziała Iwana, — będzie jeszcze gorzej.
— Niech pani zostawi tę małą, — rzekł Włodzimierz, — może zdoła gdzieś się ukryć.
— Nie! — krzyknęła. — Nie zostawię jej, wyjdźcie wszyscy, ja tutaj zostanę. Mówcie do nich, wyjaśnijcie... ja zostaje!...
Dziewczynka objęła za szyję swą zbawczynię.
— Zabiją was obie w piwnicy, — zauważył chłodno Rouletabille.
— Dobrze! — odparła Iwana, — wszak chciałeś pan ocalić to dziecko. Nie zostawię tej małej.
— Nie damy się przecież wymordować przez tę Turczynkę! — zawołał Candeur, który, zrazu zachwycony czynem Iwany, wpadł teraz w rozpacz i zdecydowany bronić swego życia, wyszedł z piwnicy, powiewając chustką:
— Francis, Francis! — wołał, chcąc dać w ten sposób poznać, że jest Francuzem.
Otoczyli go w tej chwili komitadżi i zaczęli wypytywać, a nie mogąc się z nim dogadać, poczęli go nawet szarpać. Sprawa przybierała zły obrót, bo Caudeur zaciskał już pięści. Widząc to Rouletabille, wyszedł wraz z towarzyszami z piwnicy. Włodzimierz wystąpił naprzód i wygłosił mowę. Oświadczył, że jest przyjacielem generała Władysławowa, jego zaś towarzysze, są to najsłynniejsi dziennikarze europejscy, a schowali się do piwnicy przed Turkami. Powiedział dalej, że mają z sobą siostrzenicę generała Wilczkowa, zamordowanego przez pomaków. W zakończeniu zażądał, by ich zaprowadzono do oficera sztabowego.
Komitadżi, pod wrażeniem tej mowy, naradzali się między sobą i po chwili przyrzekli, że nie tkną nikogo.
Rouletabille uwiadomił o tem Iwanę, która zgodziła się wyjść z piwnicy.
Ukazała się u wejścia z dzieckiem na ręku.
Komitadżi zaczęli jej robić wyrzuty:
— Nie jesteś prawdziwą siostrzenicą generała Wilczkowa, zamordowanego przez pomaków. Inaczej, czyż mogłabyś ratować dziecko tych, którzy pomordowali twoich rodziców i wuja. Oddaj nam to dziecko, a pomścimy cię, ponieważ nie masz odwagi uczynić tego sama.
Iwana odpowiedziała:
— Jestem siostrzenicą generała Wilczkowa i rozkazuję wam zaprowadzić nas, do waszego komendanta.
— Nie mamy komendanta, jesteśmy wolni obywatele, komitadżi! — odpowiedzieli i chcieli ją pochwycić.
Uczynił się zgiełk straszliwy, dziennikarze chcieli Iwanę bronić, komitadżi chcieli ją dostać w swoje ręce. Candeur wołał ciągle:
— Francis, Francis! — i machał chusteczką, zaś Włodzimierz groził karą ze strony generała. Rouletabille pewny był, że za kilka minut wszyscy zostaną rozstrzelani.
Iwana sama, jakby z rozmyślną i zamierzoną niezręcznością, drażniła komitadżich, rzucała im złożeczenia i przekleństwa w rodzimym języku. Jeden z nich wreszcie, odtrącił Rouletabilla, rzucił się na Iwanę z ogromnym nożem i pchnął ją w pierś.
Ostrze trafiło w dziecko, które jękło, zamknęło oczy i wysunęło się z ramion Iwany, na ziemię. Iwana stała z rękami opuszczonemi, przerażona, obryzgana krwią.
Natychmiast jednak, jakby krew przelana posiadała władzę uśmierzenia nienawiści i gniewu, nastała cisza zupełna...
Komitadżi zaprzestali hałasować i napastować i oddali się na usługi podróżnych, proponując, że ich zaprowadzą do sztabu generalnego, czwartej kolumny, trzeciej armii, stojącego w Almadżiku.
Rouletabille zgodził się natychmiast i wszyscy udali się tam, otoczeni bandą komitadżich, niby jeńcy wojenni.
Postępowali w milczeniu. Nagle, Rouletabille spostrzegł, że Iwana płacze. Myśląc, ze żal jej zabitego dziecka, powiedział na ten temat kilka słów pocieszających.
Odpowiedziała mu:
— Nie opłakuję tej małej. Taki los był jej pisany. Zginęło wiele dzieci bułgarskich i tureckich, podobnie, jak zginąć musiała Irena. Płaczę z żalu, że nóż tego człowieka nie trafił we mnie... tego tylko żałuję i dlatego płaczę.
Rouletabille zadrżał. Więc tak strasznie cierpiała z powodu śmierci tamtego człowieka? Nie ozwał się już ni jednem słowem, szedł obok Iwany, jak zupełnie obcy człowiek, pewny, że wszystkie węzły zerwane raz na zawsze i że ich nic już zbliżyć nie zdoła.
Zostali doprowadzeni w ten sposób do przednich straży wojsk, stacyonujących w Almadżiku, gdzie zastali sztab generała Dymitra Sawowa, oraz jego samego. Przyjęci zostali gościnnie i z wielką radością. Zdarzyło się bowiem, że Atanazy właśnie do Sawowa zwrócił się swego czasu z przedstawieniem rzeczy i że odeń dostał oddział kawaleryi, z którym ruszył przodem, uprzedzając armię bułgarską, na ratunek, zamkniętym w Karakule dziennikarzom, oraz siostrzenicy generała Wilczkowa.
Sawow wiedział tedy, jakie zasługi położyli wszyscy nasi podróżni dla sprawy armii bułgarskiej i czuł się w obowiązku dostarczyć wszystkich wygód możliwych, pupilce generała Władysławowa.
Uszczęśliwiony był przedewszystkiem Candeur, wydawało mu się, że teraz ma za sobą wszystkie przygody i okropności i że może się oddać słodkiemu odpoczynkowi.
Rouletabille przyjął także z wdzięcznością życzliwe propozycye generała, ale prosił go ponad wszystko, by mu ułatwił pełnienie funkcyi reporterskich przy armii. Oświadczył przytem, że będzie się czuł zupełnie wynagrodzonym za wszystko, co wycierpiał w Karakule i potem, jeśli generał zechce przesłać w sposób zupełnie bezpieczny, obszerny skrypt, który powstał z artykułów, jakie pisał od czasu swego pojawienia się w górach Istrandża Dagu.
Generał oświadczył, że ma doń najzupełniejsze zaufanie, że przeto oszczędzi mu przykrości i opóźnienia przez, cenzurę, o ile oczywiście zobowiąże się nie pisać, ani telegrafować wiadomości, któreby mogły szkodzić poruszeniom armii. Potem wręczył mu dokument, upoważniający go do podróżowania wraz z towarzyszami, gdziekolwiek będzie sobie życzył, oraz do używania wszystkich potrzebnych mu środków lokomocyi.
Generał nie ukrywał przed reporterem trudności, niepodobieństwa niemal komunikacyi z Paryżem, zanim armia bułgarska nie osiągnie linii Kirkilisse-Sylio-Lou, to znaczy, dopóki nie wydostanie się z Istrandża Dagu. Turcy zniszczyli bowiem całą sieć telegraficzną tych okolic na kilkaset kilometrów wokół, a pochód Bułgarów był tak szybki, że nie miano czasu zabrać się do naprawy połączeń.
— Nie może pan telegrafować ani z Almadżiku, — mówił generał, — ani z Kodikeu, gdzie staniemy jutro, ale naznaczam panu rendez-vous w Akmadży. W tym punkcie tworzymy węzeł komunikacyjny dla całej armii, aż do Mustafa-Pasza, do kwatery głównej, a dopiero potem rozpoczniemy działanie ofenzywne na turecką linię obronną Kirkilisse.
— Doskonale, generale! — odrzekł reporter. Pójdziemy tam niezwłocznie, gdyż w ten sposób pewni będziemy, że zajedziemy na czas i nie rozminiemy się z panem.
— Dobrze, jak panowie chcecie, — odpowiedział, — ale ostrzegam, że droga to bardzo dna, przytem podróż taka dla małej grupy osób cywilnych, wcale nie jest bezpieczna.
— Pan generał ma racyę! — wtrącił Candeur. Rouletabille, ja mam, słowo daję, już dość tego wiecznego narażania się i to w kraju, gdzie ciągle deszcz pada. Pomyśl, Rouletabille, wojna trwa dopiero coś z dziesięć dni, a dwóch już z naszego grona nie żyje: Modest i Katardżibasza!
— Dobrze, — odparł Rouletabille, — Candeur tedy zostanie przy pannie Wilczkow!
— Ja pojadę! — oświadczyła Iwana.
Zwróciła się do generała z prośbą, by jej dał strój Czerwonego Krzyża. Postanowiła widzieć wszystko, być blizko frontu i nieść pomoc rannym.
Candeur był w rozpaczy.
Nazajutrz, koło południa, podróżni nasi znaleźli się równocześnie z jedną brygadą, piątej dywizyi, w Kodikeu. Ale Candeura nie było z nimi.
Rouletabille dał mu tylko trzy godziny spoczynku, ale, gdy Tondor chciał go zbudzić, Candeur wpadł w wściekłość i oświadczył, że mu kości połamie, jeśli się poważy przerwać mu sen.
Rouletabille tedy, kazał swej małej karawanie gotować się do odjazdu, bez troszczenia się dalszego o Candeura, sam tylko udał się do jego miejsca spoczynku i zabrał tekę, pełną artykułów, która służyła Candeurowi zawsze za poduszkę.
Zjedli śniadanie w Kodikeu i ruszyli do Demirkapu.
Posuwali się zwolna, w ponurym nastroju.
Pierwszy jechał Tondor, niby szpica oddziału, potem Włodzimierz, dalej Iwana, w końcu zaś, Rouletabille. Wszyscy byli smutni, chociaż z rozmaitych powodów. Włodzimierzowi dolegała nieobecność Candeura.
Ze ścieżki swojej, widzieli posuwające się przez góry liczne oddziały armii bułgarskiej, była to awangarda którejś dywizyi. Żołnierze szli luźno, z trudem, po wązkich, skalistych drożynach. Czasem, rozległ się strzał, potem wszystko zapadało w ponure milczenie. Wokół nie było żywej duszy z pośród mieszkańców, wszyscy uciekli, nauczeni doświadczeniem pierwszych dni wojny. Gdzieniegdzie snuły się dymy, to dogasały zgliszcza popalonych domostw pojedyńczych.
Podróżni usłyszeli nagle za sobą tentent konia, a Włodzimierz wydał okrzyk radości, rozpoznawszy w dali postać Candeura. Jeździec zbliżał się szybko, nie szczędząc wierzchowca. Toteż, gdy dopadł towarzyszów, koń Candeura zwalił się na ziemię. Candeur zeskoczył i rzucił się na Rouletabilla, krzycząc:
— Czy masz tekę z artykułami? Gadaj!
Otrzymawszy odpowiedź, odetchnął głęboko z ulgą i powiedział:
— Wyobraź sobie, śnił mi się Marko Wołoch. Przyszedł cichaczem w nocy i ukradł mi tekę. Budzę się, szukam... niema teki!... Wy odjechaliście także! Wpadłem w rozpacz. Jakże mogłeś mnie zostawić samego w tym dzikim kraju.
— Nad spoczynkiem twym czuwała cała dywizya wojsk bułgarskich! — odparł chłodno Rouletabille.
— Wiedziałem jednak, że, choćbyś mógł opóścić mnie, nie mogłeś porzucić swej teki z artykułami. Jak widzisz, nie straciłem wcale czasu na to, by was dogonić.
— Przykro mi, że zadawałeś sobie ten trud! — rzekł Rouletabille. Zresztą, nie będę cię już fatygował piastowaniem tej teki.
Nie będziesz fatygował? Cóż to znaczy?
— To znaczy, że nie oddam ci tej teki!
— A komuż ją oddasz?
— Komuś, godniejszemu od ciebie. Ty, już przestałeś, mój drogi, być moim sekretarzem. Nie jesteś już moim pomocnikiem, możesz sobie spać, jak długo chcesz, możesz jechać, wrócić do Paryża, uczynić, co ci się podoba... jest mi to całkiem obojętne. Włodzimierzu, weź tę tekę, mianuję cię moim kajmakanem, moim sekretarzem.
I podał mu tekę, na znak nowej godności.
Candeur wydał ryk desperacyi. Włodzimierz uniósł się z radości w strzemionach, a twarz jego, rozbłysła, jak słońce.
Zapadła cisza. Rouletabille pogrążył się na nowo w cierpkich rozmyślaniach. Iwana jechała dalej obojętna, milcząca, jakby nie znała reportera zupełnie.
Rouletabille czuł się zranionym w samo serce. Daremnie silił się na to, by przyjmować obojętnie to, co czyni ta dziwna, niepojęta dziewczyna. Gryzł się straszliwie i nie mógł przestać myśleć o swej krzywdzie. Czasem wzbierał w nim gniew i wtedy rzucał dzikie spojrzenia wokoło siebie.
Spojrzenie takie padło właśnie na Candeura, który po chwilowej rozpaczy, przyszedł do siebie szybko i kroczył obok konia Włodzimierza, wesoły, poświstując sobie nawet czasem.
Rouletabille uczuł oburzenie, że ex-sekretarz pozwala sobie na rodzaj kpin z niego. Było to wielką bezczelnością i reporter czekał tylko na sposobność, by Candeurowi powiedzieć coś niemiłego. Nagle osłupiał. Candeur niósł najspokojniej pod pachą tekę z artykułami.
— Candeur! — zawołał.
— Ha? A co tam takiego? — odparł Candeur, nieco arogancko.
— Chodź tutaj!
— O co idzie?
— Powiadam, chodź tutaj!
Candeur podszedł i spojrzał naiwnie na Rouletabilla.
— Czy znowu zrobiłem co złego? — spytał.
— Czy możesz mi powiedzieć, co niesiesz pod pachą? — spytał go surowo reporter.
— Naturalnie! To jest teka z artykułami.
— Skradłeś ją Włodzimierzowi?
— Ja? Broń Boże! Nie jestem złodziejem!...
— Jakże mógł Włodzimierz, któremu tekę powierzyłem, oddać ci ją z powrotem?
— Wziąłem ją od niego z litości, gdyż ma za dużo do dźwigania? — odrzekł Candeur.
— Za dużo do dźwigania? Przecież nic nie dżwiga.
— To było tak: ja dźwigałem zrazu, idąc pieszo, swoje pakunki. Więc Włodzimierz ulitował się i wziął na konia pakunki. Ponieważ potem miał za dużo, bo swoje i moje pakunki, i tekę, przeto tekę wziąłem od niego.
— Dobrze! Zawołaj mi Włodzimierza.
Przysunął się Włodzimierz z miną zaambarasowaną i równie naiwną, jak Candeur.
— Włodzimierzu! — rzekł Rouletabille, uczyniłem cię moim sekretarzem. Zdaje mi się, że jest to misya zaszczytna...
— Naturalnie, proszę pana... — odparł.
— Wiesz, że uczyniłem to, by ukarać Candeura, któremu bardzo zależy na tej tece.
— Naturalnie, proszę pana... — powtórzył.
— Więc jak się mogło stać, że Candeur nosi tekę, którą ci powierzyłem? — spytał reporter, zdumiony.
— Candeur kupił odemnie tę tekę, proszę pana! — odrzekł ponuro Włodzimierz.
— Kupił?! — zawołał oburzony Rouletabille. Powiadasz spokojnie: kupił; jakimże sposobem sprzedałeś rzecz, która nie była twoją własnością... jakże śmiałeś odstąpić za parę groszy pierwszemu lepszemu?...
— O, nie sprzedałbym jej pierwszemu lepszemu za kilka groszy! — oburzył się Włodzimierz.
— Idzie tedy, jak widzę, o cenę!
— Proszę pana! — zawołał. — Pan mnie źle sądzi. Nie byłbym sprzedał pierwszemu lepszemu tej teki. Zresztą nikt nie byłby mi tyle za nią zapłacił co Candeur. Nie kryję się z tem wcale. Tylko tak poważna kwota, skłoniła mnie do tej sprzedaży.
— Co też ty opowiadasz! — rzekł reporter. Przecież Candeur niema ani grosza!
— Candeur jest bogaty... Przynajmniej był bogatym!
— Przypuszczam, że nie dał swych słynnych 40.000 franków. Z nich już niema ani śladu.
— Proszę pana, dał mi sto tysięcy franków... — odparł z dumą Włodzimierz.
— Sto tysięcy?
— Candeur, który się dotychczas przysłuchiwał, rzekł poważnie:
— To nie jest wcale drogo, za zaszczyt noszenia teki, z artykułami, pierwszego reportera „Epoki“.
— Kpisz sobie ze mnie! — krzyknął Rouletabille.
— Nie kpię z nikogo! — zauważył Candeur. Uważam zresztą, że zrobiłem doskonały interes.
— Skądże wziąłeś pieniądze? — pytał Rouletabille, już bez gniewu. Wytłumacz się.
— Dobrze. Oto, kiedy nam skonfiskowałeś pieniądze i karty, musieliśmy z konieczności zacząć inną grę.
— Z konieczności?
— Naturalnie...
— W czasie, wolnym od służby! — zauważył Włodzimierz.
— Teraz ja zacząłem przegrywać.
— Nareszcie...
— I niebawem Włodzimierz posiadał bony moje, na dość pokaźną kwotę. Nie miałem bowiem gotówki. Ale te bony nie dawały mi spokoju, gdyż płatne były w terminie dosyć krótkim. Postanowiłem się tedy odegrać.
— I szachrowałeś?
— Po trochu. Dosyć na tem, że wkrótce nie tylko się odegrałem, ale Włodzimierz musiał mi wystawić za sto tysięcy franków swoich bonów. To go bardzo gryzło.
— Nie zauważyłem tego wcale.
— O, proszę pana! — rzekł Włodzimierz, — jestem człowiekiem dobrze wychowanym, pochodzę ze znakomitej rodziny kijowskiej. Zaręczam, że bony moje, to, jakby gotówka. Toteż, byłem w niejakim kłopocie.
— Tak, rozpaczał nawet, gdy byliśmy sam na sam. Wobec tego, powiedziałem mu dziś: oddaj mi tekę, a ja oddam bony. Dał mi tekę, a ja mu najuczciwiej wypłaciłem sto tysięcy franków bonami, czyli gotówką. I zaraz Włodzimierz przestał się martwić. Widzisz, jaki wesoły!
Rouletabille miał ochotę śmiać się, ale rzekł poważnie:
— W gruncie rzeczy, teka powinna być oddana Włodzimierzowi, albowiem wygrałeś tę kwotę przez szachrajstwo.
— O, co do tego... — rzekł Candeur, spoglądając z pod oka na Włodzimierza, — to jestem zupełnie spokojny.
— On ma racyę! rzekł sprawiedliwy Włodzimierz. Wyznam panu, że i ja trochę szachrowałem.
— Widzisz! Włodzimierz wyznaje sam, jak przystoi człowiekowi dobrze wychowanemu...
— Tylko on szachruje lepiej odemnie! — westchnął Włodzimierz.
— W cóż wy jednak gracie? — pytał reporter, — skoro nie macie kart?
— A... proszę pana... to jest już nasza rzecz! — zauważył Włodzimierz i oddalił się nieco, by poprawić juki na swoim koniu.
Rouletabille, zostawszy z Candeurem, rzekł do niego:
— Nie wstydzisz się grać w karty, Candeur, i w dodatku jeszcze szachrować... powiedz!
— Rouletabille! — odparł Candeur, nie pogardzaj mną! Karciarstwo, to ostatnia namiętność, z trzech moich namiętności, jakim ongiś podlegałem...
— Wymień te dwie, Candeur.
— Wino i kobiety... — odparł ponuro.
— Co?... Nie pijesz przecież, a kobiet, o ile wiem, nie cierpisz nawet...
— Dawniej, piłem z rozpaczy!..
— Rozumiem! Kochałeś bez wzajemności...
— Ale, gdzie tam. Miałem zawsze, tak zwane szczęście, do kobiet. Wystarczyło pokazac się tylko i sprawa była załatwiona.
— Wobec tego... nie pojmuję...
— Miałem za dużo powodzenia u kobiet i w tem całe nieszczęście!... — jęknął Candeur. Nietylko miałem kobiety, które pożądałem, ale dostałem kobietę, która mnie pożądała, a której ja nie chciałem widzieć na oczy.
— Ba... Czasem tak bywa...
— Nie była wcale brzydka. Nieszczęście chciało tylko, że była mała... rozumiesz, maleńka... rzadko się zdarza spotkać taką maleńką kobietę. Mogłaby się pokazywać w cyrku, ale nie wypadało, gdyż była hrabiną.
— Ładnie się prowadziłeś... — zauważył reporter.
— Słuchaj, Rouletabille... Opowiadam ci rzeczy z mego życia, których nikt nie zna, ale proszę cię o sekret, gdyż z tą hrabiną przytrafiła mi się naprawdę straszna historya...
— Cóż to takiego, na miły Bóg?!
— Ożeniłem się z nią!... — jęknął Candeur.
— Doprawdy? Brawo! Będę cię odtąd nazywał hrabią!
— Nie czyń tego! Błagam! Nie czyń tego, jeśli ci zależy coś na mojem życiu.
— Zaciekawiasz mnie, Candeur. Opowiedz mi, w jaki sposób, ty, olbrzym, mogłeś ożenić się z małą kobietą, mogącą występować w cyrku, w dodatku z osobą, której nie mogłeś cierpieć. Czy ci szło może o pieniądze?
— Ależ, nie! Słuchaj. Wsiadłem raz do wagonu. Jechałem przez czas jakiś, nie wiedząc, czy jest tam jeszcze ktoś, prócz mnie. Tego maleństwa, tej hrabiny, nie zauważyłem nawet. Zasnąłem sobie w najlepsze... Nagle, budzi mnie wrzask nieludzki. Zrywam się. Przedemną jakaś maleńka osóbka, w podartych sukniach. Wrzeszczy, rzuca się, woła konduktora i oświadcza mu, że chciałem nadużyć jej niewinności, że chciałem ją zgwałcić...
Przysięgam... Nikt mi nie wierzy...
— Biedaku!..
— Nie powiedziałem ci jeszcze, że działo się to w Anglii...
— Aj!... Teraz rozumiem!
— Nie długo trwała cała rzecz. Spisano protokół, który mnie tak obciążał, że musiałem ożenić się, aby nie pójść do więzienia.
— Ostrzegano mnie zawsze przed podróżami koleją, po tamtej stronie kanału. Ale cóż ty robiłeś w Anglii?
— Zrobiłem poprostu wycieczkę, krótką wycieczkę, ale miałem taki pech, że kilka godzin wystarczyło, bym wpadł w nieszczęście.
— No, nie przesadzaj. Nie jest to znowu takie nieszczęście, ożenić się z hrabiną.
— Była nawet bogata...
— Tembardziej!
— Ale wszystko na nic... Była za mała! Poprostu, za mała... Podczas ślubu, w kościele (była bowiem katoliczką), nie mogłem jej prowadzić pod rękę, ale musiałem trzymać za rękę, jak małe dziecko... Śmiano się w głos... ach, co ja przeszedłem! Ludzie biegli za nami, po ulicach, po sklepach, gdzie tylko się z nią pokazałem. A była przytem okropnie zazdrosna i nie opuszczała mnie ani na chwilę. Ile razy brałem kapelusz i laskę, mówiła zaraz: „wyjdę z tobą, „my love“. No, i szła, włóczyła się ze mną. Doszło do tego, że nie chciałem wychodzić wcale. Ale zmuszała mnie!...
— Jakże, taka karliczka, mogła zmusić do czegoś, takiego olbrzyma, jak ty?
— Biła mnie!...
— To niesłychane! Ha, ha, ha...
— Śmiej się, śmiej... Dawno już nie widziałem cię śmiejącym się. Cieszy mnie to, ale ja nie śmiałem się, wierzaj mi!
Candeur miał rzeczywiście łzy w oczach.
— Więc biła cię?... — pytał rozbawiony Rouletabille.
— Biła, jak w bęben!
— A ty nie oddawałeś jej kiedy?
— Nie mogłem. Byłbym ją zabił jednym, jedynym policzkiem, i zostałbym napewno powieszony...
— Ale to pewnie nie bolało... prawda?
— Gdzież-tam! Szczypała mnie, że krzyczałem w niebogłosy; szarpała mnie za włosy...
— Więc chyba musiałeś klękać?
— Nie... Ona wyskakiwała na stoły, na szafy, wszędzie. Bywało, wchodzę, ostrożnie uchylając drzwi, i widzę, że niema w pokoju mojej żony... Nagle... bęc!... dostaję w twarz, albo znowu czuję, że demon wisi u moich włosów. Czekała na mnie, ukryta za drzwi, stojąc na krześle, albo konsoli...
Zrozumiesz, że takie życie było niemożliwością...
— Przyznaję!
— Przytem, zdradzała mnie!...
— Coraz, to lepiej...
— Zdradzała mnie z innym olbrzymem, z trębaczem, z oddziału hajlenderów, z którym do spółki zmarnotrawiła cały majątek. Oczywiście, znienawidziłem ją, jak zresztą i wszystkie inne kobiety....
— Czemuż nie chwyciłeś ją na uczynku i nie podałeś o rozwód?
— Myślisz, że to łatwo?
— Przecież ów hajlender był olbrzymein, więc zwracał uwagę, nie trudno go było przeto śledzić.
— Oczywiście! Zdarzało się z dziesięc razy, żem przychwycił trębacza, ale cóż z tego... był zawsze sam... O, wściec się było można! Bywało, podchwytuję rozmowę, dowiaduję się o schadzce... wybornie, biorę komisarza, idziemy. Otaczam dom, zatykam wszystkie szczeliny, każę pilnować nawet dachu, komina, piwnic. Wchodzimy i zastajemy hajlendera w pobieżnym kostyumie. Skarży się na gorąco... Szukamy za nią, przewracamy wszystko...
daremnie... nigdy nie było można jej znaleźć... Hrabina znikała, przemykała pomiędzy nasze nogi, jak mysz, czy przelatywała nam ponad głowy, jak wróbel... Wracam do domu, a ona siedzi przy herbacie i sendwiczach i wita mnie: „How do you do my love?“ (jak się masz, mój drogi?). Powiadam ci, że mało nie zwaryowałem!
— Prawda... prawda! — przytakiwał Rouleatabille, — jakże to długo trwało?
— Całe dwa lata... pomyśl tylko... Dwa lata! Dziwię się, żem nie umarł.
— A jakże się skończyło?
— Zrezygnowałem z pomysłu przychwycenia jej z trębaczem, zrezygnowałem ze świata i zamknąwszy się w gabinecie, czytałem ciągle „Trzech muszkieterów“. To była moja jedyna pociecha. Stamtąd dowiedziałem się, że Atos, mając awanturę miłosną, zaczął szukać pociechy w winie. Uczyniłem, jak Atos. Piłem tak, że przez cały dzień byłem pijany. I to mnie ocaliło!
— Jakże to?
— Całkiem poprostu. Pewnego dnia tak się spiłem, że nie dostrzegłszy jej wcale, usiadłem na niej.
— Biedaczka!
— Masz racye, — powiedział Candeur, z miną skruszoną. Na drugi dzień, gdym się zbudził, zostały z mojej żony tylko resztki. Uczyniłem, co było w mojej mocy, by ją przywrócić do życia. Ale wszystko spełzło na niczem. Wobec tego przeprawiłem się jak najprędzej na drugą stronę kanału, by ujść przed sprawiedliwą karą ustaw angielskich. Stanąwszy w Paryżu, przysiągłem, ze nigdy nie pokażę się w Anglii!...
— I nie miałeś żadnych dochodzeń, żadnych przykrości?
— Nie. Żona moja, od śmierci swej, dała mi nareszcie pokój. Oczywiście, musiano mnie tam szukać, prawdopodobnie zostałem skazany na powieszenie. Ale nie wiem o niczem i nie chcę wiedzieć. Zmieniłem nazwisko; mąż pani hrabiny umarł...
— Więc jakże się nazywasz naprawdę?
— Cóż ci z nazwiska biedaka, którego może skazano na śmierć?
— To prawda. Przykro mi, żem cię wyciągnął na tę smutną opowieść...
— Ty jeden ją znasz! — powiedział i dodał po ciężkiem westchnieniu: Oto masz kobiety! Strzeż się;
Rouletabile udał, że nie słyszy...
— Musisz być zmęczony! — powiedział — Wsiądź na mego konia, ja sobie trochę rozprostuję nogi.
— Z przyjemnością! — zgodził się Candeur.
Wsiadł na konia w ten sposób, że z ziemi przełożył jedną nogę przez siodło. Koń przysiadł w jednej chwili na kolana.
— Widzisz, jak się ugiął koń? — spytał reporter. Cóż się więc musiało stać z hrabiną? Łatwo sobie wyobrazić. Takby trzeba zgnieść wszystkie baby...
Rouletabille przyspieszył kroku; bał się instynktownie dalszej rozmowy. Ale Candeur go dogonił.
— Nie spiesz się tak, — prosił, — mój koń ma i tak co dźwigać. Wybacz, ale muszę ci coś powiedzieć dla twego dobra, choćbyś się miał nawet gniewać. Mówię, jako przyjaciel......Powiadam ci, ta kobieta, to twoje nieszczęście! Oczyma wskazał Iwanę, jadącą o kilka kroków dalej.
Rouletabille zadrżał i znów przyspieszył kroku.
— Słuchaj, mówił Candeur, — Powiadam ci, że ona cię nie kocha... nie kochała cię nigdy i nie pokocha w przyszłości. Jeśli ktoś uczynił dla kobiety tyle, ile ty dla niej uczyniłeś, nie zasłużył chyba na taką nagrodę. Mój drogi, nie jestem głupi i mam oczy. Tę dziewczynę porywa drab, morderca; ty pędzisz na złamanie karku, wyzwalasz ją w sam dzień ślubu... Potem morderca ginie. Oczywiście, powinnaby się radować, powinna cię okryć pocałunkami, zasypać podziękowaniami. Dzięki tobie, nietylko ocalała sama, ale, oddała wielką przysługę swej ojczyźnie. I cóż się dzieje. Zamiast wszystkiego, wygląda na umarłą na poły... Oczywiście, żałuje swego mordercy i nie może ci przebaczyć, żeś jej zepsuł noc poślubną.
Rouletabille milczał uparcie, ale słowa Candeura padały mu ołowiem na serce.
— Nie odpowiadasz?... Powiedz, czy pytałeś przynajmniej, dlaczego jest tak smutna?
— Nie! — odparł Rouletabille, nie śmiejąc nawet podnieść na Candeura oczu.
— Otóż, to właśnie. Nie pytałeś, a więc sam dobrze wiesz, że tak się rzecz ma, jak mówię. Wspomnij, jak ona pędziła za tym swoim drabem, jak mdlała, kiedy mu groziła śmierć, omal się nie rozchorowała, kiedy padł nareszcie.
— Więc to zauważyłeś? — rzekł Rouletabille.
— Oczywiście, zauważył też Włodzimierz i jest tego samego, co i ja, zdania. Ty kark kręcisz dla dziewczyny, która sobie z ciebie drwi... Pomnij, ona nosi żałobę po mordercy swej rodziny... Pomyśl tylko sam!
— Głupstwa gadasz! — przerwał mu szorstko reporter. — Gdyby tak było, to pocóż uciekała ze mną z haremu. Mogła przecież pozostać z tym swoim, jak mówisz, drabem.
— Mój Boże! — zauważył Candeur. — W każdem stadle trafiają się sprzeczki i nieporozumienia. Pamiętasz, jak cię odesłała z kwitkiem, gdyś dostał się do jej wieży... naturalnie, chciała zostać. Na drugi dzień posprzeczali się, więc uciekła. W każdym razie, mieli czas pogodzić się znowu, w czasie, kiedy ten drapichrust był naszym więźniem. O, mieli na to dość czasu, byli ciągle razem.
— Kłamiesz! — krzyknął reporter.
— Kłamię? Spytaj Włodzimierza, czy ja kłamię! Spytaj Tondora! Tosamo powiedzieliby ci, biedny Modest i Katerdżibasza, gdyby żyli. Wszyscy o tem tylko gadali w „Hotelu przejezdnych“.
— Kłamiesz, kłamiesz! — wołał z wściekłością Rouletabille, a łkanie wstrząsało jego piersiami. — Milcz! Nie chcę słuchać ani ciebie, ani Włodzimierza, ani nikogo! Oddaj mi zaraz mego konia, rozdusisz go jeszcze!
Nie czekał, aż Candeur zsiędzie, ale pchnął go kułakiem w bok, wskoczył na siodło, dał koniowi ostrogi i popędził przed siebie, byle jaknajdalej być od Iwany, jaknajdalej od wszystkich.
Słowa Candeura dotknęły go tem boleśniej, że były jeno echem własnych jego myśli, któremi się gryzł od dawna.
Gdyby jeszcze Candeur wiedział, że Iwana uwolniła Gawłowa i zabiła Katerdżibaszę, byłby chyba musiał nim pogardzać, bo, zachować uczucie dla kobiety, zdolnej uczynić takie rzeczy, mógł chyba tylko człowiek podły.
Rozpacz Iwany wzrastała z każdą chwilą i osiągnęła, zda się, swój punkt szczytowy, w dniu, kiedy cztery kolumny trzeciej armii bułgarskiej, stanęły frontem na przestrzeni Kirkilissy-Demirkapu-Schiolu i zaatakowały wojska otomańskie z zapadnięciem nocy.
Podróżnicy nasi znajdywali się na skrajnem lewem skrzydle i mieli sposobność widzieć dnia tego kilka mniejszych utarczek. Posuwali się wraz z armią, tak, że wieczorem znaleźli się pod skałami Demirkapu. Te skały i wogóle górzystość terenu, sprzyjały bardzo Turkom, tak, że wieczorem nie mógł być jeszcze przez Bułgarów osiągnięty żaden sukces decydujący.
Noc właśnie zapadła. Ukryte za skałami, wymieniały strony wojujące strzały. Grzmiały armaty, grzechotały salwy karabinowe.
Natrafiwszy na jakiś wąwóz, Rouletabille dostał się bezpiecznie z towarzyszami w pobliże miejscowości Akmadża, gdzie generał wyznaczył mu spotkanie, celem wysłania korespondencyi. Ale Akmadża znajdywała się jeszcze w tureckiem ręku i szło o to, by stamtąd wyprzeć nieprzyjaciela. Sztab bułgarski postanowił atak nocny, który miał uprzedzić atak turecki, a który mógł, w razie powodzenia, posunąć front, aż pod same forty Kirkilissy. Dwu batalionom piątej dywizyi, polecono rozpocząć ten atak ze skalistej Kara Kaja, na prawo, od Akmadży. Udało im się to nadspodziewanie łatwo, a wówczas rzucono do ataku czwartą kolumnę. Reporterzy właśnie kończyli posiłek, wypróżnili kilka puszek konserw, ofiarowanych im przez Sawowa, gdy tuż, obok nich, przebiegły, idące w bój, bataliony pierwszej brygady, piątej dywizyi.
Iwana zerwała się biedz razem z żołnierzami. Popołudniu już uzbroiła się w karabin, wyjęty z rąk zmarłego, przepasała się ładownicą i oświadczyła, że przy pierwszej sposobności, weźmie udział w walce. Rouletabille zwrócił jej uwagę, że, jako siostra Czerwonego Krzyża, walczyć nie może. Usłyszawszy to, odrzuciła odznaki samarytańskie. Dotąd, chociaż nie kryła się przed kulami tureckiemi, nie walczyła jeszcze bezpośrednio. Rouletabille zrozumiał, że powstrzymać się nie da.
Wybiegła bez słowa na siekący gwałtownie deszcz. Rouletabille wstał także, Candeur położył mu rękę na ramieniu.
— Co chcesz czynić? — spytał.
— Nie dozwolić, by ta szalona dziewczyna poniosła śmierć! — odparł.
— Ostrzegam cię, że zginiesz sam. Zginiesz napewne! — nalegał Candeur.
— Może i zginę! — odkrzyknął.
— To twoja rzecz, — powiedział Candeur ponuro, ale wiedz, że będziesz sprawcą także i mojej śmierci. Ja idę także!
I ja także! — powiedział Włodzimierz. — Nie opuszczę Candeura.
Candeur i Włodzimierz! — rozkazał Rouletabille. — Zostaniecie mi tutaj, aż do końca bitwy. Potem udacie się do biura pocztowego w Akmadży. Ja tam będą czekał!
— Nie będziesz czekał!...
— W każdym razie masz tekę. Oddasz ją generałowi i powiesz, że było moją ostatnią prośbą, by wysłał artykuły w drodze zupełnie pewnej do Paryża. Tak chcę! Rozumiecie?!... Aha! Poprosisz jeszcze generała, by ci pozwolił wysłać krótką depeszę o bitwie, do „Epoki“. Powiesz mu, że tę drobnostkę winien dla mnie uczynić sztab bułgarski.
— Rouletabille! jęknął Candeur. — Widzę dobrze, o co ci idzie! Ty chcesz zginąć! — Oszalałeś!... Niemam najmniejszej ochoty umierać. Zostańcie! Przyrzekam wam, że będę ostrożny. Do widzenia Candeur, do widzenia Włodzimierzu!
Zdaleka pożegnał ich skinieniem, nie podając ręki. Bał się wzruszenia, bo chwila była rzeczywiście groźna. Wybiegł śladem Iwany.
— Przeklęta baba! — warknął Candeur. — Nie pozwoli nawet zjeść człowiekowi! Ale go wzięła! Życzę jej, aby padła od pierwszej kuli.
— Zobaczysz, że wyjdzie cało, dyablica, a kopyta wyciągnie Rouletabille. Tak bywa zawsze!
— Stul gębę, idyoto! — wrzasnął Candeur — Skończ jeść i chodźmy. Nie możemy go przecież zostawić samego.
— Gdy się znaleźli na dworze, ujrzeli zaraz Rouletabilla i Iwanę, stojących za skałą; oświetlały ich raz poraz strzały armatnie. Nie mogli iść dalej, wstrzymani naporem szeregów.
Iwana okręciła głowę welonem, który powiewał z wiatrem, jak sztandar.
Nagle rozległ się krzyk Rouletabilla.
Przybiegli do niego.
— Czyś ranny? — spytał Candeur.
— Nie... Ale Iwana... gdzieś znikła.
Zaczął wołać, ale głos jego utonął w grzechocie karabinów maszynowych.
Iwana dała nagle nura w tę falę ludzką, płynącą ku śmierci i fala ta poniosła ją z sobą, gdzieś daleko, aż na sam front bojowy, skąd dobiegały wrzaski:
— Na noże, na noże!
Turcy bronili się zażarcie.
Z natury niedostępne skały obwarowali jeszcze, otoczyli przejścia siecią drutów, otoczyli wilczymi dołami. Z tyłu artylerya turecka odpowiadała dzielnie bułgarskiej. Wszystko skąpane było w jakiemś piekielnem świetle. Zgiełk i tumult szatański ogłuszał. Kotłowało w dali, jakby orkan się rozszalał straszny. Z góry sypały się kule pekających szrapneli, oderwane strzałami kawałki skał, latały w powietrzu, raniąc tylne szeregi. Ale nic oprzeć się nie mogło prącej naprzód ludzkiej fali.
Rouletabille nie wiedział, w jaki sposób znalazł się nagle tuż, obok Iwany, w samym zgiełku bitwy. Iwana miała bagnet na lufie karabinu.
Jak się stało, że oboje byli nietknięci wśród tego deszczu ołowiu i żelaza?..
Koncentryczny ogień turecki siał zniszczenie. Pociski padały w sam środek kolumn atakujących. Nagle, tuż, obok nich, padł oficer, granat rozszarpał go w kawałki, a członki zabitego rozleciały się na wszystkie strony, obryzgując ich krwią. Podbiegł zastępca i padł za kilka sekund. Turcy byli wstrzelani znakomicie.
Ale fala szła dalej.
— Naprzód! Marsz! Do ataku! — brzmiała komenda.
Iwana szalała:
— Na noże, na noże! — krzyk nieludzki wyrywał się z jej piersi.
Atakujący, nie bacząc już na porządek, parli przed siebie. Szli, depcząc po trupach, nie zważając na ginących towarzyszów.
Nieprzyjaciel nie wytrzymał. Rozpoczęła się ucieczka. Łamały się zastępy obrońców, rzucały się w tył całe oddziały, pozostawiając wszystko zwycięzcom, rannych, zabitych, amunicyę, armaty i zapasy.
Niepodobieństwem było zresztą sprostać temu zalewowi, który szedł w dół, z wyżyn Istrandża Dagu.
Rouletabille nie spuszczał z oczu Iwany.
Nagle spostrzegł, że pada. Podbiegł, otoczył ją ramieniem. Oblana była krwią, nie wiadomo jednak, czy to była krew z jej rany, czy krew tych, których kłuła swym strasznym bagnetem.
Mówił do niej. Nie odpowiadała.
Wyrywała się, chciała, by ją puścił.
— Chcesz więc zginąć?... — spytał rozpacznie.
— Tak... tak!... Puść mnie! — krzyknęła.
Wydarła mu się z rąk i rzuciła się nanowo w zamęt bitwy, a Rouletabille odwrócił głowę, by już nie patrzeć na tę furyę i na tę rozpacz dziką, dziewczyny.
Tej nocy wziętą została Akmadża i Karakai.Gdy zwycięzkie wojska legły na krótki spoczynek, oczekując dnia, Rouletabille miał wiele trudu, zanim zdołał powstrzymać Iwanę, by nie szła przez linię frontu tam, gdzie czuwały placówki nieprzyjacielskie.
Chciała dalej walczyć, szukać śmierci, która przed nią uciekała.
Ranna była w prawe ramię i utraciła dużo krwi. Broniła się przed opatrunkiem i trzeba było przemocą nałożyć jej opaskę. Nakoniec wyczerpana, padła w rów strzelecki i zasnęła.
Rouletabille czuwał nad nią, aż do świtu.
Po dokonanem zwycięstwie, Bułgarzy zatrzymali się, w przeświadczeniu, że osiągnęli bardzo wiele. Zresztą, spodziewano się kontrataku tureckiego, do odparcia którego, należało się przygotować.
Nie wiedzieli zwycięzcy sami, jaka panika zawładnęła armią nieprzyjacielską.
Rouletabille widząc, gdy się rozwidniło, że Iwana ciągle śpi głęboko, udał się do poblizkiej Akmadży, gdzie się umówił z Candeurem i Włodzimierzem. Znalazł ich tam pod biurem pocztowem, ale niestety, w opłakanym stanie. Byli zupełnie podobni do tegoż biura, wpółrozwalonego, które nie nadawało się zgoła do wysyłania czegokolwiek. Candeur bił się potężnemi pięściami w piersi, jak penitent przy spowiedzi. Wyglądał, jak widmo, jak cień. Oskarżał się, że winien jest śmierci Rouletabilla, a Włodzimierz nie mógł go w żaden sposób pocieszyć. Zgubili go w nocy podczas bitwy i szukali, aż do rana, pomiędzy trupami.
— Ach, czemuż go odstąpiłem? — jęczał. — Czemuż go nie broniłem? Czemuż nie zasłoniłem go własnemi piersiami? Włodzimierzu, ty nie wiesz, ile ja mu zawdzięczam! Pomagał mi zawsze! Takiego przyjaciela niema drugiego na świecie!
— Nie płacz, jestem! — krzyknął Rouletabille.
— Padli sobie w objęcia. Radość dławiła Candeura. Nagle, wyprostował się i krzyknął:
— Nieszczęsny! Oto twoja klątwa, która cię ściga!...
Rouletabille obejrzał się i spostrzegł Iwanę.
— Nie kochasz mnie Candeur, jak widzę! — powiedział z wyrzutem.
Candeur zadrżał.
— Już dobrze... już dobrze! — mruczał. — Widzę, że chcąc kochać ciebie, trzeba kochać także i ją... ha, trudno, spróbuję!...
— Czuwaj tedy nad nią, jakgdybyś nademną czuwał...
— Dobrze... będę czuwał! — westchnął Candeur.
— Mogę na ciebie liczyć?
— Naturalnie! Zapewnienia zbyteczne.
— Zbliżyła się Iwana. Była blada, jak upiór, a oczy jej błyszczały gorączkowo. Welon na głowie był potargany, krew przeciekła przez opatrunek i czerwieniła się na ramieniu. Iwana miała na sobie fałdziste spodnie bułgarskie, przepasane ładownicą. Była straszna i piękna jednocześnie.
Rouletabille chciał spytać, jak się czuje, ale Iwana powiedziała, uprzedzając pytanie:
— Wojsko otrzymało rozkaz marszu. Przednie straże posuwają się już. Czy pan idzie zemną?
I odeszła.
— Znowu się zaczyna! — jęknął Candeur.
Rouletabille spojrzał nań smutnie.
— Dobrze... już dobrze... idę — zapewniał Candeur z pośpiechem i ruszył ku Iwanie. Miał ciągle pod pachą tekę i dziwnie wyglądał teraz, na polu bitwy, w długim surducie, jedynym, jaki mu pozostał i jasnej krawatce. Wydawało się, że to notaryusz, zbierający testamenty konających.
Udali się w kierunku Raklicy, pierwszego większego fortu, broniącego Kirkilissy, od strony północno-zachodniej i wnet znaleźli się na linii straży przednich, które posuwały się ostrożnie, pewne, że lada chwila forty otworzą ogień na Kara-Koi i Kara-Kaję.
Ale Raklica nie dała ani jednego strzału
Stała się rzecz dziwna. Oto, dziennikarze, wraz z Iwaną, pierwsi weszli do fortu. Znaleźli tam zaraz u wstępu, cztery działa wielkiego kalibru. Ale działa milczały, gdyż obsługa ich uciekła wraz z piechotą.
Dziennikarzom przypadło tedy w udziale zawiadomić komendantów, że mogą iść bez przeszkody. Oficerowie nie chcieli wierzyć, ale niebawem przekonali się naocznie.
Odtąd, w miarę zbliżania się do Kirkilissy, coraz bardziej rzucały się w oczy oznaki nieopisanej paniki, jaka ogarnęła nieprzyjacielską armię.
Pod fortem znaleziono przeszło pięćset armat bez koni, z wiszącymi u orczyków rzemieniami, mnóstwo skrzyń z amunicyą, całe góry prowiantów, stosy pocisków armatnich, żółtych, eksplodujących po uderzeniu i czerwonych, szrapnelowych, wybuchających w powietrzu, które wydawały się kwiatami, wyrosłymi na tej glebie, uprawionej krwią.
Na drogach leżały karabiny, pistolety, paki, tornistry, w ogromnej liczbie, a cały ten materyał, nietknięty, wpadł w ręce zwycięzców.
Żołnierze wydawali radosne okrzyki. Podobnie, jak do fortu, dziennikarze weszli też pierwsi do miasta. Właściwie, objęła je w posiadanie Iwana, nie napotkawszy żadnego oporu, gdyż miasto było puste. Mijali szańce, reduty... nigdzie ni żywego człowieka... Reszta mieszkańców, jacy pozostali, udała się inną drogą, naprzeciw armii, z zawiadomieniem, że miasto opuszczone, oraz koszami kwiatów, dla zwycięzkich żołnierzy.
Dziennikarze udali się pustemi ulicami do pałacu gubernatora. Chodzili po komnatach, po podworcach, znajdując wszędzie ślady pospiesznej ucieczki.
Dostali się wreszcie do wielkiego, pięknie urządzonego gabinetu, który mógł być gabinetem samego szefa armii tureckiej. Wszystko stało na miejscu. Gdy Rouletabille oglądnął się w koło, usłyszał w sąsiednim pokoju dźwięk srebra.
Pobiegł tam i znałazł Włodzimierza, napełniającego sobie kieszenie łyżkami i widelcami
Zwymyślał go srodze.
— Więc nie wolno sobie wziąć nawet pamiątki? —żalił się Włodzimierz.
— Czy będziesz widelec nosił, jako pamiątkową szpilkę w krawatce? — powiedzał mu.
Zabrał go do gabinetu, nie chcąc zostawić w niebezpiecznem sąsiedztwie z srebrem.
Gdy tylko wszedł do gabinetu, Włodzimierz zaraz rzucił się na leżące na biurku pieczątki i papier.
— Czy to także na pamiątkę? — spytał go reporter.
— Nie, to na coś innego! — powiedział dumnie Włodzimierz — Może się panu niebawem spodoba spacerować pośród szeregów armii tureckiej, a wówczas przyda się bardzo papier i pieczęć tegoż sztabu.
Na to zgodził się Rouletabille bez wahania, a nawet musiał uznać spryt Włodzimierza.
Żołnierze dowiedzieli się z ust dziennikarzy, że miasto puste. Oba wielkie forty, Reklica i Skope, połączone z sobą podziemnymi chodnikami, mogące stawić czoło tygodniami całymi, zaopatrzone we wszystko, uważane nawet przez pierwszorzędnych znawców niemieckich, za znakomite, wpadły bez strzału w ręce Bułgarów. Nieprzyjaciel opuścił wszystko i cofał się tak szybko, że trudno go było dopędzić. Stracono kontakt. Generałowie złożyli radę i postanowiono zatrzymać się tutaj aż do czasu, kiedy rozesłane patrole kawaleryi nie dadzą dokładnych wieści, gdzie znajdują się nieprzyjaciele.
Kirkilissa została obsadzoną, ale uniknęła splądrowania. Żołnierze przedewszystkiem żądni byli snu, do czego mieli prawo po pięciodniowym marszu, w uciążliwym, górskim terenie, oraz po bitwie, trwającej, bez mała, dwa dni.
Dziennikarze nasi zaś, pożądali nietyle łóżek, co dobrego śniadania.
Mijali właśnie jakąś oberżę, pustą do niedawna, teraz pełną gości, których jednak zatrzymał oddział prowiantowy, odbierający zapasy za spisem i rozdzielający wiktuały.
Już mieli wejść w podwórze, ale Iwana nie chciała być w tej ciżbie, więc Rouletabille poszedł z nią, krzyknąwszy tylko, że niebawem wróci.
Włodzimierz wpadł w wyśmienity humor. Zamęt był jego żywiołem, niebawem też miał pod pachą ogromną szynkę i spory salceson, a w drugiej ręce niósł bochen chleba. Szukał po podwórzu Candeura, z którym się tu miał spotkać.
Zaczął się już niecierpliwić, gdy nagle ukazała się głowa olbrzyma w oknie wielkiego, starego dyliżansu, stojącego pod daszkiem, umyślnie dlań, widać, zbudowanym.
— Cóż ty tam robisz?
— Czekam! Właź... Czekamy na ciebie...
— Jakto czekacie? — zdziwił się.
— Mamy gościa... tutaj spokojnie, będzie nawet można popić.
— Cóż to za gość?
— Zobaczysz sam, chodź już raz!
Zaintrygowany Włodzimierz, wsadził głowę w okno.
Jakiś człowiek ustawiał na ławkach dyliżansu talerze, kładł noże i widelce, słowem, sposobił wszystko do uczty. W kącie widniało nawet kilka butelek.
Naraz człowiek obrócił się.
— Pan Priski! — krzyknął Włodzimierz, a chleb wypadł mu z ręki, na widok tego kata ich wszystkich, z czasu pobytu w Karakule, czyli Czarnym Zamku, kiedy to dał im się tak okrutnie we znaki.
— Więc pan nie zginąłeś? — spytał wreszcie, podniósłszy chleb. — Przecież Candeur zabił pana! — dodał rozczarowany.
— Byłem pewny! — potwierdził Candeur.
— I ja także! — dodał pan Priski. — No, ale pan Candeur poprzestał na zabiciu mego jednego ucha. Coprawda, zobaczyłem wtedy, jak to mówią, sto tysięcy świeczek.
Majordomus z Karakule, miał głowę obandażowaną, ale nie pozbawiło go to wcale dobrego humoru.
— Miałem szczęście i panowie także, nie każdemu było danem wydobyć się z Czarnego Zamku! — gadał pan Priski z uśmiechem.
— Pan nie ponosi żadnej winy, panie Priski, że się tak stało! — powiedział złośliwie Włodzimierz.
— Dosyć tego! — rozkazał Candeur. — Co było, to było! Teraz pan Priski jest naszym przyjacielem. Prawda, Priski?
— O, na śmierć i życie! — wykrzyknął Priski. — Nic nas już nie rozłączy.
— A w dowód przyjażni, ofiaruje nam pan Priski, tę oto, pieczoną kurę!
— Cudownie! — krzyknął Włodzimierz, spoglądając łakomie na śliczną kurę tuczoną, którą Candeur ukazał na stole.
— Jest ją też czem pokropić! — powiedział Candeur. — Popatrz tam, przyjacielu. Widzisz te trzy butelki burgundu? To jest burgund, jak się patrzy, zdobyczny!
— Panie Priski! — zawołał Włodzimierz, — daj pan pyska!
I rzucił mu się na szyję, wołając:
— Przez całe życie piłem tylko burgunda krymskiego! Gdzieś pan to znalazł?
— Przedewszystkiem siadajmy do jedzenia! — powiedział Candeur, patrząc rozbłysłemi oczyma na wiktuały. — Zaczynamy od szynki... prawda?
— Nie, naprzód salceson!
— Na końcu przyjdzie kura!
— Napijmy się przedtem! Należy otworzyć butelkę, ale tylko jedną... pomału, pomału... — doradzał Włodzimierz.
— Lepiej wszystkie trzy naraz! Każdy będzie miał swoją! — zauważył Priski.
— Jakto? — zdziwił się Włodzimierz. — A, Rouletabille, trzeba schować coś dla niego.
— Rouletabillowi nie chce się pić, — oświadczył Candeur, — ludzie zakochani nie jedzą, ani nie piją. Panowie, strzeżcie się miłości, radzę wam, poczem piję za waszą pomyślność.
Wypili i zamilkli, tonąc w rozkoszy.
— A co? — spytał Priski.
— Oświadczam, — zawyrokował Candeur, — że wojna zaczyna mi przypadać do gustu!
— Jak to dobrze, żeś nie zabił Priskiego! — rzekł poważnie Włodzimierz.
— Nigdybym tego nie odżałował! — odparł Candeur, dokończywszy szklanki.
— Ale powiedzcież mi nareszcie, skądeście wzięli to wino? — pytał ciekawie Włodzimierz.
— Ano, łaziłem tu i ówdzie, — zaczął Candeur, — szukałem jakiejś piwniczki, gdy nagle słyszę głos, jakby z pod ziemi:
— Szkoda fatygi, panie Candeur, już mam to, czego pan poszukuje.
Zrazu cofnąłem się wstecz, myślałem, żem spotkał ducha. Ale to był zacny Priski, żywy i cały. Podawał mi butelki przez okienko piwniczne, ostrzegając, abym nie zmącił wina. Potem wylazł i przyniósł kurę. Poprzyjaźniliśmy się rzeczywiście zaraz. Wytłumaczyłem mu potem, jak się to stało, że moja strzelba sama wypaliła wówczas w bastyonie, gdzie byliśmy oblęgani i jak tego żałowałem.
— O, zawołał Włodzimierz, — jakie to szczęście, że Candeur źle trafił.
— Oczywiście, wcale nie chciałem trafić! Czysty przypadek! — gadał Candeur pełnemi ustami, łykając szybko salceson, aby się nie spóźnić do szynki.
— Ale gdzież-to właściwie jesteśmy? — dodał Włodzimierz.
— W hotelu „pod Wielkim Mogołem“. Jest to znana instytucya, gdzie także byłem swego czasu tłumaczem.
— Ach, teraz rozumiem! — powiedział Włodzimierz. — Więc pan tutaj, jak w domu.
— Naturalnie! Spiżarnia i piwnice nie mają dla mnie tajemnic.
— Teraz, rozumiem! — mówił Włodzimierz.
— Nie wszystko jeszcze rozumiesz, mój drogi! — odezwał się Candeur. — Dowiedz się, że pan Priski nas szukał...
— Szukał nas? Jak to? Po co?..
— Przedewszystkiem poto, aby się dowiedzieć, jak się nam powodzi, powtóre zaś, poto, aby... — tu pochylił się do ucha Włodzimierza, — aby... rozumiesz, idzie o to, by oswobodzić Rouletabilla od Iwany!...
— O, to rzecz poważna! — rzekł Włodzimierz.
— Naturalnie, że ważna! — potwierdził Candeur kończąc swoją butelkę, co mu dodawało wiele animuszu w rozmowie. Naturalnie, że ważną rzeczą jest ocalić człowieka, który się zabija.
— To prawda! — przytakiwał Włodzimierz. Od chwili spotkania z tą kobietą Rouletabille zmienił się zupełnie.
— Nie uśmiechnie się nigdy...
— Nic nie je...
— Nic nie pije... — zakończył Candeur, zapożyczając się z butelki Włodzimierza.
— Marnieje, ginie w oczach! — zaopiniował Włodzimierz. Ale to rzecz poważna, trzeba ją dobrze rozważyć... nie robić nic na oślep...
— Już wszystko rozważone! — zawyrokował Candeur. — Ja ocalę Rouletabilla!
— Ja także, ale wszystko zawisło od...
— Od czego?
— Mój Boże... — zawachał się nieco Włodzimierz — oczywiście od... od ceny, jaką pan Priski naznaczy.
— Co? — skoczył Candeur. — Co ty pleciesz?
— Pan mnie rozumie, panie Priski — zwrócił się do Priskiego. — Jesteśmy tu w kraju obcym, bez grosza, wśród wojny...
— Gałganie jakiś! — krzyczał Candeur — każesz sobie płacić za przysługę oddaną przyjacielowi?
— Idyoto! — odparł Włodzimierz. — Czyż bierzesz mnie za szubrawca? Za przysługę oddaną Rouletabillowi nie biorę i nie chcę brać ni grosza. Ale za przysługę uczynioną panu Priskiemu mogę żądać zapłaty. Mam powody służyć darmo Rouletabillowi, ale nie mam tych powodów odnośnie do pana Priskiego! Nie zapominaj, że pan Priski kazał nas rozstrzelać swego czasu!
— A, to prawda! — przyznał Candeur, nieco zachwiany. — Rzeczywiście niema sensu oddawać Priskiemu przysług darmo!
— Cieszy mnie to! — Przyznał Włodzimierz. — No, panie Priski, cóż pan na to?
— Wydaje mi się, że już ofiarowałem panom kurę i trzy butelki wina...
— I uważasz pan, że to dosyć za przysługę tej miary? — zaprotestował Włodzimierz.
— Mój Boże! — powiedział pan Priski. — Idzie tutaj właściwie o drobną przysługę.. o podanie pannie Iwanie listu w ten sposób, by tego nie zobaczył pan Rouletabille. Nic więcej. Reszta jest rzeczą panny Iwany... Widzicie więc panowie, że jest to rzecz zupełnie prosta i łatwa.
— Właśnie ta prostota i ta łatwość pociągnęły mnie od pierwszej chwili! —powiedział Candeur gryząc łeb kury i wysysając móżdżek.
— I sądzisz pan, że przeczytanie tego listu wystarczy, by rozłączyć na zawsze pannę Wilczkow z Rouletabillem?
—Jestem tego pewny! — zapewnił pan Priski.
— Pan Priski wyjaśnił mi — powiedział Candeur — że jest to list miłosny, który pewien wielki magnat turecki napisał do Iwany i który przysyła za pośrednictwem tego eunucha, nazwiskiem Kasbek, któregośmy widzieli w Karakule.
— Tak jiście! — potwierdził pan Priski. — Kasbek przybył z tym listem do Karakule w sam dzień ślubu panny Iwany z Kara Selimem, którego wy zwiecie Gawłowem. Sprawa wtedy spełzła na niczem, ślub się odbył, ale to małżeństwo nie stało się jeszcze faktem, panna młoda uciekła...
— Prawda... nic jeszcze nie stracone! — zauważył Candeur zapożyczając się z flaszki Priskiego.
— I cóż takiego u licha może ten magnat pisać pannie Iwanie, by sam list mógł ją skłonić do porzucenia wszystkiego i do puszczenia się w daleką, niebezpieczną drogę? — dziwił się Włodzimierz.
— Tego już nie wiem! — powiedział pan Priski. To rzecz nie moja. Podobno ofiaruje jej rzeczy niesłychane. Kasbeck powiedział mi sam: Priski, oddaj jej list i nie troszcz się o nic więcej. Ona przybędzie niewątpliwie! Zróbcie, jak ja, i nie pytajcie, co nastąpi. Cóż ryzykujecie właściwie? Zwróciłem się do was, gdyż jesteście blizko niej i także dlatego, że narzekacie na to, że przez nią cierpi wasz przyjaciel. Powiedziałem sobie: oto moi sprzymierzeńcy...
— Panie Priski! — zadecydował Włodzimierz — Dasz pan za to 2.000 lewów.
— Oto tysiąc, — rzekł Priski, wyciągając portfel i wyliczając pieniądze w ręce Candeura. — Drugi tysiąc wypłacę po oddaniu listu.
— Weź te pieniądze, — rzekł Candeur do Włodzimierza. — Palą mi ręce!
— Masz racyę! — potwierdził Włodzimierz — Tobie nie wypada... — i schował pieniądze do kieszeni.
— Oto list! — rzekł Priski, podając opieczętowaną kopertę.
— Daj pan to Candeurowi, — powiedział Włodzimierz. — Z nim stanął układ, zresztą ja jestem jego sługą.
Ale Candeur wymawiał się grzecznie:
— Pan zrozumie, panie Priski, że nie mogę nawet dotknąć tego listu, gdyż przysiągłem Rouletabillowi, że będę czuwał nad Iwaną. Nigdyby mi nie przebaczył, że mogłem list taki, mimo przysięgi, podać pannie Wilczkow.
— Gdyby się zaś dowiedział, że to ja zrobiłem, niewątpliwie zabiłby mnie na miejscu! — dodał Włodzimierz.
— Osobiście jest obojętnem, który z panów odda ten list. Ponieważ jednak wzięliście pieniądze, przeto powinniście dotrzymać układu.
— Oczywiście. Jestem tego samego zdania! — potwierdził Candeur.
— Więc weź list! — rzekł Włodzimierz.
— Nie brałem pieniędzy, — odparł Candeur — nie widzę tedy powodu, bym miał brać list!
— A więc, jakiż będzie koniec? — niecierpliwił się pan Priski. — Zdecydujecie się nareszcie?
— Już jestem zdecydowany! — oświadczył Włodzimierz. — Nie biorę listu!
— Ani ja! — dodał Candeur.
— Więc zwróćcie mi moje tysiąc lewów! — krzyknął Priski.
— Czyś pan oszalał? — powiedział Włodzimierz. — Mamy panu zwracać tysiąc lewów? Ależ to teraz cały nasz majątek! Nie mamy ani grosza więcej... Idźże pan z takiem gadaniem do licha!
— Ależ dałem je panu, pod warunkiem, że pan odda list! — wołał Priski, zaczynając się już gniewać naprawdę.
— Przepraszam bardzo!... Tak nie było. Mówiło się tylko o ułatwieniu w doręczeniu listu...
— No, tak!
— A to rzecz zmienia zasadniczo!
— Ułatwić doręczenie, — wyjaśniał Włodzimierz, — to całkiem co innego, jak doręczyć. Gdybym był na miejscu pańskiem, panie Priski, wie pan, cobym uczynił? Otóż doręczyłbym list sam, a wówczas byłbym pewny, że list dostał się w właściwe ręce.
— Doskonale, — powiedział Priski, — zgoda! Ale pan Rouletabille ciągle towarzyszy pannie Iwanie! Jakże mam się zbliżyć, by mnie nie widział?
— Widzi pan, tu zaczyna się nasza rola! — odparł Włodzimierz. — I w ten sposób możemy uczciwie zarobić pieniądze. My odwrócimy uwagę Rouletabilla, a pan tymczasem sam doręczysz list...
— Zgoda! — powiedział Priski. — Nawet wolę sam doręczyć.
— Więc pozostaje tylko omówić szczegóły! — zakończył Włodzimierz.
— I Rouletabille będzie ocalony! — wykrzyknął Candeur, potrącając ze smutkiem puste butelki.
Rouletabille znalazł dla siebie, Iwany i towarzyszów, niewielki domek, przy drodze, prowadzącej na zachód, gdzie mogli spocząć, nie narażając się na natręctwo żołnierzy, zdala, od ruchów wojsk.
Rzecz dziwna, Iwana przestała nagle interesować się wojną i wojskiem i to właśnie w chwili, kiedy miała sposobność pracy w szpitalach przy opatrywaniu rannych, jako siostra Czerwonego Krzyża. Prócz tego, poleciła Rouletabillowi, by nie mówił generałowi Sawowowi, gdzie mieszka, na wypadek zaś, gdyby generał spytał, miał ją Rouletabille niezwłocznie zawiadomić, że podał jej adres.
— Wówczas zmieni pani mieszkanie? — spytał reporter.
— Tak! — odrzekła nerwowo, — zmienię mieszkanie! — i zaczęła biegać po niewielkim pokoiku, tak prędko, że Rouletabille był pewny, że straciła zmysły.
Nie odstępował jej tedy i pisał przy niej depesze, wysławszy Tondora na poszukiwanie Candeura i Włodzimierza, którzy niebawem przybyli, w stanie nieco podnieconym.
Gdy noc zapadła, Rouletabille przechadzał się smutny i zachmurzony, przed domkiem. Iwana nie wyszła z pokoju przez cały dzień. Wymienił z nią, tylko kilka, nic nie znaczących słów, potem zaś, pisał korespondencye do swego dziennika. Ale nie było nadziei wysłania ich, gdyż generał otrzymał rozkaz z głównej komendy, aby nie przedostała się żadna wiadomość o ruchach armii, a nawet narazie żadna wiadomość o dotychczasowych zwycięstwach.
Chodził tedy bardzo ponury, gdy nagle zjawił się Candeur i rzekł, biorąc go poufale pod ramię.
— Chodź, pokażę ci coś ciekawego.
— Cóż takiego? — Zobaczysz... to ciekawe.
— Nie chcę się stąd oddalać. Iwana przez cały dzień była tak dziwną, że boję się o nią. Jest poprostu chora, biedaczka.
— To blizko!
— Cóż mi takiego chcesz pokazać?
— Zobaczysz.
— Więc zawołaj Włodzimierza, by pilnował domu.
— Kiedy właśnie chcę ci pokazać Włodzimierza.
— Znam go, to nie ciekawe! — Tak, ale nie wiesz, co robi...
— Cóż takiego?
— Rozmawia tutaj, niedaleko, z nieboszczykiem...
— Tyś pijany, Candeur!
— Nie jestem pijany. Jadłem śniadanie i piłem, ale jestem trzeźwy.
— Więc cóż to za historya?
— Historya z sobowtórem... chodź!
Pociągnął go parę kroków za sobą. Rouletabille ulegał powoli i szedł z Candeurem.
— Wyobraź sobie. Włodzimierz rozmawia z panem Priskim, czyli z jego sobowtórem.
— Z marszałkiem Karakule?
— Z nim właśnie! Moja kula nie zabiła go widocznie i z tego jestem zadowolony, bo nie zawsze dobrze postępowaliśmy wobec tego zacnego Priskiego. Alę chodźże raz!
— Jakim sposobem może się tutaj znajdywać Priski?
— Nie wiem. Musi nam to powiedzieć sam, skierował, mówiąc to, Rouletabilla, w stronę przeciwległą domowi, — przytem, — dodał, trzebaby się dowiedzieć, o czem rozmawia z Włodzimierzem.
— Dobrze! Gdy skończy rozmowę, niech tu przyjdzie Włodzimierz i opowie, co usłyszał. Nie pójdę ani kroku dalej. Sam jeden mogę tylko ją obronić, a tyle woj wszędzie.
Usiadł nad rowem tak, że mógł widz jeszcze domek, słyszeć wołanie i w razie potrzeby przybiedz natychmiast.
— Ciągle więc jeszcze jesteś taki głupi... to jest chciałem powiedzieć: zakochany? — rzekł chrapliwym głosem Candeur, siadając obok niego w ten sposób, by mu zasłonić domek.
— Candeur! Cuchniesz winem i gadasz głupstwa! — odparł Rouletabille, odsuwając się od niego.
— To możliwe, przyznał Candeur, — gdyż piłem trochę. Mieliśmy z Włodzimierzem doskonałe śniadanie w hotelu „pod Wielkim Mogołem“ i żal nam było bardzo, że ciebie niema. Ale, oto i Włodzimierz! Jest sam... Dobry wieczór, Włodzimierzu... właśnie, opowiadałem Rouletabillowi o twej rozmowie z sobowtórem Priskiego.
— Widziałeś nas? — spytał Włodzimierz. — To nie był sobowtór, ale Priski, we własnej osobie. Priski nie poległ, — Włodzimierz usiadł po drugiej stronie Rouletabilla, zasłaniając domek do reszty, — ale zdumiony byłem bardzo jego widokiem.
— Czegóż on tu szuka? — spytał Rouletabille. — Poco przybył?
— Słowo daję, nie mogłem wybadać! Między nami mówiąc, pytania, jakie mi zadawał, były bardzo dziwaczne.
— Więc zadawał pytania?
— Tak. Wypytywał szczegółowo o naszą obronę w bastyonie, o ucieczce... Wszystko to wydało mi się podejrzane, więc byłem ostrożny. Widząc, że ze mie nic nie wyciągnie, poszedł sobie.
Rouletabille wstał i spytał:
— Gdzież on jest? Muszę się z nim rozmówić, sam, natychmiast.
— Nie może być daleko, uszedł, conajwyżej, pięćdziesiąt kroków, tą oto ścieżką, popod drzewami.
— I Włodzimierz wskazał kierunek.
Rouletabille ruszył przed siebie.
Gdy zostali sami, Candeur powiedział drżącym głosem:
— Nie będzie nam mógł niczego zarzucić. Uprzedziliśmy go, że Priski plącze się koło Iwany.
— Doskonale! I sam sobie będzie musiał przypisać winę, jeśli Priski mu ją porwie, — odparł Włodzimierz.
— Czy sądzisz, że Priski już tam jest? — spytał Candeur, wzdychając.
— Zdaje się...
Powinien się pospieszyć...
— O, tak, bo Rouletabille zaraz wróci, nie znalazłszy go.
— Czuję wyrzuty sumienia! — westchnął Candeur.
— Wyrzuty?
— Tak ledwie mogę wytrzymać. To, co robimy, jest, zdaje się, szkaradne!
— To dla jego dobra...
— Pierwszy raz w życiu oszukuję go. Wydaje mi się to zbrodnią!
— Nie dowie się nigdy...
— Tak, ale ma serce wrażliwe przy wielkim rozumie, boję się o niego...
— Lepiej, że ty go oszukasz jak ta Iwana, z którą się chce żenić.
— Mój Boże! Wraca... widzisz go? Nie odważę się spojrzyć mu w oczy.
Rouletabille wrócił.
— To dziwne! — powiedział. — Nigdzie ani śladu Priskiego! Wracajmy prędko do domu!
Nagle zwrócił się do Candeura i biorąc go za ramiona rzekł:
— Candeur, co to wszystko znaczy? Pamiętasz coś mi obiecał? Powiedziałeś, że będziesz nad nią czuwał jakby to szło o mnie samego. Przecież nie zechcesz mi sprawić przykrości? Prawda? Nie jesteś do tego zdolny! Wiem, że jej nie lubisz, ale mnie kochasz. Odpowiadaj!
— Nie... nie, tobie żadnej przykrości... bąkał Candeur.
— Dziwnie jakoś obaj wyglądacie, jakoś mi się to wszystko wydaje nienaturalne. Cóż to za historya z tym Priskim, który krąży tu koło Iwany? Czyż byłaby z tej strony jeszcze zagrożoną? W takim razie mówcie prędko;
— Mój Boże! — zawołał Candeur. — Nie mogę patrzyć na twój stan. To prawda, Priski wygląda podejrzanie.
— Tak! Chciałbym wiedzieć gdzie znikł tak prędko. Odpowiecie mi obaj za to, żeście mi nie przyprowadzili Priskiego, jeśli się coś złego stanie Iwanie!
— Rouletabille! — zawołał drżąc cały Candeur. — Może nas ten Priski oszukał... Może udał tylko, że idzie ścieżką a poszedł prosto do domu?
— Jeśli tak jest — biada wam! — krzyknął Rouletabille i pobiegł ku domowi.
We wnętrzu świeciło się, tak że Włodzimierz i Candeur, którzy dla pewności nie weszli do środka, zobaczyli cień Rouletabilla, wrzucający się na drugi cień, którym był zapewne Priski.
— Oto twoja robota! — rzekł Włodzimierz.
— Priski jest łajdak! — odparł Candeur. — Nie żal mi, żem go wydał w ręce Rouletabilla. Ciekawym tylko czy zdążył oddać list Iwanie.
— Wątpię! — powiedział Włodzimierz.
— Zobaczymy...
Weszli do wnętrza i zaraz się przekonali, że Priski nie zdążył oddać listu. Iwana właśnie ukazała się w progu swego pokoju, zaintrygowana hałasem.
Pan Priski podnosił się z ziemi, a Rouletabille stał nad nim z rewolwerem.
— Cóż to takiego? — spytała Iwana głosem znużonym, świadczącym, że zobojętniała już na wszystko.
— Nie wiem. Ale może ten pan będzie umiał wyjaśnić co tu robi. Nie zna go pani prawie, jest to były marszałek dworu Karakule i nazywa się Priski — odpowiedział reporter.
Pan Priski oczyszczał tymczasem swoje ubranie, potem zaś poprosił Rouletabilla, by schował rewolwer, skłonił się Iwanie i rzekł:
— Chciałem rozmówić się z Iwaną Hanum, dowiedziawszy się od tych oto panów — wskazał na Candeura i Włodzimierza, którzy nie wiedzieli co ze sobą zrobić — o adresie pani. Udałem się przeto do tego domu i wszedłem do pokoju bez żadnych złych zamiarów, zaręczam.
— Czego pan chce? — spytała Iwana.
— Proszę pani, zostałem wysłany przez jednego z przyjaciół Kara Selima, przez pana Kasbecka znanego zaszczytnie męża z Konstantynopolu i całym świecie, który żywi wobec pani najlepsze chęci.
Rouletabille przypomniał sobie nagle dziwną rozmowę podsłuchaną w Czarnym Zamku pomiędzy Kasbekiem a Gawłowem, potrząsnął tedy Priskim jak wiechciem i powiedział:
— Dziwna i bezczelna rekomendacya! Więc masz pan czelność przychodzić tutaj i opowiadać pannie Wilczkow o Kasbeku?
— Proszę państwa! Zaznaczam, że jestem jeno skromnym wysłańcem. Jeśli więc byłem niezręcznym, to tylko skutkiem szczerości. Tyle jest mojej winy w całej sprawie.
Iwana pobladła jeszcze bardziej, podczas kiedy Rouletabille był czerwony jak ćwik. Ale reporter nie przerywał, chciał wiedzieć, jak się to skończy.
— Rozumiecie więc państwo, że ja osobiście o niczem nie wiem. Polecono mi misyę i zapewniono, że zostanę przez panią życzliwie przyjęty. Zaczynam jednak wątpić w tę życzliwość.
Pan Priski obejrzał swe ubranie i starł plamę na łokciu.
— Jakaż to misya? — zapytał Rouletabille.
— Zdaje się, że pani zależy bardzo na pewnym kuferku pochodzenia bizantyńskiego, który znajdywał się podczas plądrowania Karakule w komnacie małżeńskiej.
— Tak, to prawda! — powiedziała Iwana i nabrała odrazu kolorów. — Zależy mi bardzo na nim, jest to rodzinna pamiątka.
— Właśnie. Ten kuferek wpadł przypadkowo w ręce pana Kasbeka, któremu nie obce są przejścia pani, i który wyraził swe wielkie ubolewanie. Powiedział, że wydaje mu się, jakoby odzyskanie tego kuferka było dla pani wielką pociechą...
— Rzeczywiście! — odparła Iwana.
— Polecił mi tedy oddać go pani w stanie w jakim go znalazł.
— A jakże go znalazł? — spytał Rouletabille.
— Znalazł go w komnacie małżeńskiej, ale na nieszczęście nie było już w nim klejnotów i pamiątek, jakie prawdopodobnie musiał zawierać dawniej.
— Jeśli tedy niema w nim klejnotów — powiedział Rouletabille — nie zależy nam już na nim wcale!
— Panu nie zależy! — odparła pospiesznie lwana — ale mnie zależy na nim bardzo, choćby był pusty!
Rouletabille odprowadził ją w róg pokoju.
— Co to znaczy? Boję się tego człowieka, boję się Kasbeka, czemu się pani opiera przy posiadaniu tego mebla? Wie pani przecież, że dokumenty mobilizacyjne w tajnej skrytce nie mają już teraz żadnej wartości, ponieważ Bułgarzy weszli do Kirkilissy.
— Ten kuferek sam w sobie jest dla mnie cenną pamiątką — odrzekła Iwana — więc chcę go mieć, koniecznie chcę go mieć!
Zwracając się do Pri iego dodała:
— Gdzież jest ten kuferek? Czy może mi go Pan przynieść panie Priski?
— Pani, — odparł Priski szarmancko — za pół godziny znajdzie się w posiadaniu pani!
— Dobrze tedy! — zadecydował Rouletabille — zrób użytek. Ja nie opuszczę pani, panno Iwano, gdyż wszystko to wydaje mi się niejasnem. Ale Candeur i Włodzimierz pójdą z panem Priskim i przyniosą kuferek.
— Doskonale! — odparł Priski. — Domagam się tylko stanowczo, abym ja sam wrócił tu razem z kuferkiem.
— Czy to jest konieczne? — spytał Rouletabille.
— Niezbędne proszę pana! — odpowiedział Priski. — Czegoż ja chcę? Ni ego więcej, jak oddać powierzony mi przedmiot do rąk właściwych, jak mi to zostało zaleconem, potem zaś zniknę. To wszystko! Widzi pan, że nie było powodów przewracać mnie na ziemię...
— Cóż pani na to? — spytał Rouletabille.
— Jest to jakaś tajemnicza rzecz. Aby ją jednak rozjaśnić, wystarczy wykonać plan, nakreślony przez pana samego. Niech więc wszyscy trzej pójdą po kuferek i przyniosą go tutaj.
Przez ten cały czas Candeur był na mękach, walczyło w nim sumienie z nienawiścią do Iwany, wzrastającą z każdą sekundą niemal. Poszedł wreszcie stosownie do rozkazu wraz z Włodzimierzem i Priskim. W pół godziny później wrócili, niosąc ostrożnie kuferek, a Candeur ledwo się trzymał na nogach.
Priski powiedział:
— Pani, oto kuferek. Mam zaszczyt pożegnać panią!
Wyszedł.
W tejże chwili Candeur rzucił się na kuferek, wołając:
— Nie otwierajcie, nie otwierajcie! Wzruszenie jego było tak wielkie, że Rouletabille zauważył.
— Cóż to znowu? Ty coś musisz wiedzieć?
— Nic nie wiem, ale nie otwierajcie tego przeklętego kuferka! Może tam jest maszyna piekielna. Ten Priski zdolny jest do wszystkiego!
— Więc biegnij i przyprować go tu. Otworzymy kuferek w jego obecności.
Obaj wybiegli, wołając:
— Panie Priski, panie Priski!
— Ale nie mieli zamiaru go odnaleźć. Woleli oskarżać go w jego nieobecności, gdyż mógł zdradzić, że byli z nim w zmowie.
Candeur wrócił, nibyto zadyszany i powiedział:
— Znikł, jak duch, nigdzie go niema, ale pewny jestem, że kuferek kryje w sobie coś niedobrego. Muszę ci wyznać teraz, że Priski łaził za nami od rana.
— Jakto?! I dopiero teraz mi to mówisz? — oburzył się Rouletabille.
— Nie chcieliśmy cię niepokoić! — odparł. — Priski ofiarował mi, ni stąd ni zowąd, tysiąc franków... — dodał cichym głosem.
— A mnie chciał dać zlecenie! — powiedział Włodzimierz.
— Jakież to zlecenie, szybko rzekł Rouletabille.
— Bym doręczył pannie Iwanie list, w ten sposób, by pan tego nie spostrzegł. Oczywiście, odprawiłem go z kwitkiem.
Rouletabille, zaniepokojony, odtrącił obu, i szybko otworzył kuferek. Był całkiem pusty. Podniósł go, przewrócił, zażądał igły, posunął kataraktę św. Zofii,[2] otwarł w ten sposób tajny schowek, ale i ten schowek okazał się pustym. Ale reporter sięgnął w głąb szufladki i wydobył list. Nie patrząc nań nawet, rzekł:
— Oto list do pani, panno Iwano! — i podał jej. — Właściwie, tego listu nie chcieli ci dwaj panowie doręczyć pani przed południem. Tak, teraz widzę, — dodał, wstając. — Kuferek był tylko pretekstem, którego użył Kasbek, by pani doręczyć list na wypadek, gdyby jego wysłannik nie mógł się zbliżyć sam, potajemnie.
Iwana drżącą ręką złamała pieczęć i zaczęła czytać list.
Przez ten cały czas, Candeur kręcił się, jak w ukropie. Ustawicznie chodził dokoła Iwany. Wreszcie, zaczął próbować, czy okna i drzwi dobrze się zamykają.
— Cóż to nowego? — spytał Rouletabilie podejrzliwie.
— Przyobiecałem przecież czuwać nad panną Iwaną!
— Boisz się, by nie uleciała w powietrze?
— Czy ja wiem?... odparł Candeur. Ten przeklęty Priski, powiedział nam, że, gdy tylko przeczyta list, odjedzie od ciebie...
— Gałganie! — krzyknął Rouletabille. — Więc jesteś wspólnikiem Priskiego! A, teraz rozumiem twe wykręty, twe wyrzuty sumienia, twe dziwne zachowanie się! Candeur, przestałeś być moim przyjacielem! Idź precz! Candeur padł na kolana z łkaniem.
— Łaski, łaski! — jęknął.
Ale Iwana położyła wnet koniec tej patetycznej scenie i podała ze swym, wiecznie bolesnym uśmiechem, list, Rouletabillowi.
— Ależ to pisane po turecku! — powiedział — Włodzimierzu, przetłumacz!
Włodzimierz wziął list i czytał:
— „Pani! Od samego Kara Selima dowiedziałem się, jaką wartość przywiązuje pani do tego pamiątkowego kuferka. Dla odzyskania go nie zawachała się pani połączyć węzłem małżeńskim, z mordercą swego ojca, swej matki, swego stryja. Wszedłszy, po zniknięciu Kara Selima, w jego posiadanie, odkryłem tajemnicę jego skrytki. Odsyłam go pani pusty, ale zatrzymuję w stanie nietkniętym wszystkie papiery, które znalazłem. Nie otwarłem dotąd kopert i nie naruszyłem pieczęci, pewny, że pani zależy na tem, by te rzeczy posiadać i że pani zechce sama przybyć je odebrać. Oczekuję pani najpóźniej do dnia 27. października, w Dedeagaczu“.
Rouletabille wybuchnął szalonym śmiechem, aż przykro było słuchać tego.
—Za późno! — wrzasnął. — Już za późno!...
— To prawda! — odrzekła Iwana i poszła do swego pokoju. — Więc nie odjedzie ? — rzekł Candeur radośnie. Więc można otworzyć drzwi i okna? Roułetabille, czy mi przebaczysz?
— Nie! — odrzekł reporter surowo.
— Józef Rouletabille! Rozkaz generała-majora Władysławowa!
Oficer sztabowy wymówił te słowa donośnym głosem po francusku, wyskakując jednocześnie z automobilu, który się zatrzymał przed domkiem.
— Czego pan sobie życzy? — spytał Rouletabille po przywitaniu.
— Nadszedł rozkaz z kwatery głównej, równocześnie z automobilem sztabu generalnego. Generalissimus Władysławow, życzy sobie pomówić z panem, jaknajprędzej. Mam polecenie dostawienia pana, razem z panną Iwana Wilczkow, która się tutaj znajduje.
— Tak, panna Wilczkow bawi tutaj! — odparł reporter. — Jesteśmy gotowi jechać z panem. Ale pozwolę sobie zapytać, gdzie przebywa generał?
— W Starej Zagorze.
— To daleko!
— Będziemy tam jutro! — Drogi są w stanie okropnym! — zauważył Włodzimierz melancholijnie.
— Gdyby były lepsze, stanęlibyśmy dziś w nocy jeszcze na miejscu. W każdym razie, pojedziemy jaknajprędzej. Panowie, stawię się tu za pół godziny i liczę na odjazd niezwłoczny. Proszę uprzedzić pannę Wilczkow.
— Rozumie się! — odparł Rouletabille i pożegnawszy oficera, zapukał do drzwi Iwany.
— Proszę! — zabrzmiał głos Iwany.
Stała przy drzwiach, trzymając się Ściany. Była przerażona, nawpół żywa.
— Mój Boże! Co pani jest?... — spytał.
— Słyszałam wszystko!... — szepnęła.
— Czy przeraża panią tak perspektywa zobaczenia się z generałem?
— Czegóż on chce odemnie?
— Nie wiem! Ale po wszystkiem, coś pani uczyniła dla swej ojczyzny, niema pani chyba powodu przerażać się...
Okryła się szczelnie płaszczem, usiadła i czekała powrotu oficera z miną taką, jakgdyby została skazana na śmierć. Drżała na całem ciele. Rouletabille spytał, czy jej nie zimno, ale nie otrzymał odpowiedzi.
Zerwała się na głos trąbki samochodu i wbiła we wchodzącego oficera, przerażony wzrok. Oficer wymienił swe nazwisko, pocałował Iwanę w rękę i oświadczył, że przyjaciele rodziny cieszą się nadzieją przybycia jej do Zagory. Wymienił kilka nazwisk.
Słuchała go bezprzytomna, ledwie żywa.
Rouletabille prawie wnieść ją musiał do automobilu.
Przyjechali. Podróż była okropna. Mijały godziny za godzinami pełne trudów niewysłowionych. Nie wypowiedziała ni słowa skargi. Popołudniu, nazajutrz, po niezliczonych przeszkodach, które zdawały się czynić dalszą podróż daremną, po utrudnieniach, spowodowanych ruchami wojsk, przybyli nareszcie do Starej Zagory.
Samochód udał się wprost na dworzec, gdzie generalissimus mieszkał w pociągu, by módz każdego czasu udać się na dany punkt frontu bojowego, stosownie do potrzeby chwili. Tam dowiedzieli się, że generał Władysławow wyszedł do miasta, na przyjęcie, jakie dawał bogaty przemysłowiec, Anastazy Argełow.
Pojechali tam, ale okazało się znowu, że generał — pojechał samochodem w kierunku Mustafa Paszy gdzie właśnie odniesiono znaczny sukces.
Po drodze jednak natknęli się na generała Sawowa, który ich zawiadomił, że generał Władysławow oczekuje ich z niecierpliwością i prosił, by się koniecznie zatrzymali w Starej Zagorze na wypadek, gdyby przybyli tutaj przed jego powrotem.
— Generale! — rzekł Rouletabille, — zależy mi równie na złożeniu swego uszanowania generalissimusowi, jak na widzeniu się z panem. Żałuję bardzo, żem go nie zastał. Mam zamiar prosić go o wielką przysługę, mianowicie, by zechciał wyprawić niezwłocznie do Francyi moją korespondencyę i moje telegramy.
— To już moja rzecz! — odparł Sawow. — Mam zupełne zaufanie do pana. Generalissimus nie ukrywał przedemną, ile panu zawdzięcza nasz sztab generalny. Przeto sprawi mi to przyjemność osobistą, jeśli panu oszczędzę cenzury. Proszę o papiery, a zaopatrzę je moją pieczęcią i zezwoleniem.
— Dziękuję, generale! — odparł reporter.
Rouletabille obejrzał się za Candeurem, ale Włodzimierz powiedział, że Candeur udał się na pocztę, gdyż pilno mu było dostać swą korespondencyę osobistą.
— Generale, — powiedział Rouletabille. — Napiszę jeszcze parę słów i za godzinę stawię się z całą móją przesyłką. Liczę na pańską uprzejmość.
— Rozumie się! — odparł. — Przez ten czas zajmę się panną Wilczkow. Jest bardzo znużona i trzeba jej jakie takie wygody zapewnić. — Bardzo wdzięczny za to będę.
Rouletabille i Włodzimierz pożegnali generała.
— Znajdziecie tutaj, panowie, mnóstwo kolegów! — zawołał za nimi generał.
Włodzimierz podskoczył w górę z radości.
— Zobaczymy kolegów! Marka Wołocha, będą nas wypytywać... Powiedziano mi u Anastazego Argełowa, że są wściekli, trzymają ich krótko, nie wolno im nic wysyłać.
— Pilno mi dowiedzieć się czegoś o naszej budzie! — powiedział Rouletabille, poweselały odrazu i rzeźwiejszy.
Przyspieszył kroku. Stara Zagora jest to ładne miasteczko, położone u stoku gór, nierówne jej ulice pełne wybojów i zakrętów znamionują, że tutaj panuje już wschód i jego obyczaje, oraz urządzenia. Kawiarnie, na wolnem powietrzu, pod portykami, otoczonymi winoroślą, mają wygląd czysto oryentalny, spokojny i leniwy.
— Zdaje się człowiekowi, że stąd jest conajmniej tysiąc mil do frontu. Jeśli tyle tylko pozwalają korespondentom widzieć z całej kampanii, to nic dziwnego, że są niezadowoleni — mówił reporter.
Natknęli się na pewnego znajomego korespondenta.
— Nic nie wiemy — narzekał — komunikują nam dokument donoszący o zwycięstwie i na tem koniec. Jakże możemy dać na tej podstawie co dnia tysiące słów, na które czekają nasze pisma. A w telegrafie... Boże zmiłuj się. Trzy panny siedzą przy trzech starych naszych aparatach Morsego i szaleją z wściekłości. Niema tu nawet nowożytnych aparatów Hughesa. Co za straszny zawód. Wszyscy rozpaczają. Jeden tylko, Marko Wołoch, jest zadowolony.
— Z jakiegoż to powodu? — spytał Włodzimierz, który nienawidził Marka.
— Posłał cudowną korespondencyę do swojej budy. Powiadam wam, coś niesłychanego!
— Niepodobna! Jakże do niej doszedł?
— Niewiadomo!
— Dobrze! Już czas posłać coś dobrego do „Epoki“. Muszą się tam dławić z wściekłości wobec tego, że konkurencya otrzymała takie wiadomości.
Dostali się do biura pocztowego. Koledzy powitali ich okrzykami radości i zdumienia. Pytania się krzyżowały: Co porabiali od dwu przeszło tygodni? Jakich doznali przygód? Byli zrazu, znając Rouletabilla, zaniepokojeni jego podróżą po Istrandża Dagu, ale pocieszyli się, nie napotkawszy w „Epoce“ artykułów, przezeń sygnowanych.
— Tylko Marko Wołoch umie sobie radzić! — mówili. — Dziwny człowiek, dziwny człowiek! I przez niego-to właśnie, tak nas wzięli na postronek.
Rouletabille odebrał swoją pocztę i otwartł naprzód list z „Epoki“. Wszyscy obserwowali go, podczas czytania.
Rouletabille zbladł.
— Niezadowoleni?... Co?
— Niezadowoleni!... — odparł reporter. — Ależ to niepojęte!
Zaczął czytać głośno:
— „Milczenie pańskie jest tembardziej niezrozumiałe, że nie możesz pan zasłaniać się niemożnością przesłania korespondencyi, z podróży swej, po Istrandża Dagu, wobec tego, że kolega pański z „Nouvelie Presse“, opublikował wiadomości niezmiernie interesujące. Skutkiem tych publikacyi, podniósł się nakład wymienionego pisma, o przeszło 400.000 egzemplarzy. Korespondencye te, sygnowane „Marko Wołoch“, omawiają: zdarzenia, które, chociaż może nie są historycznie wierne, jednakowoż olśniewają oryginalnością koncepcyi, a także autentycznością tła, na którem się rozgrywają. Krótko mówiąc, jest to nietylko „kłapa“, ale, co gorsza, zwycięstwo konkurenta, a nasza przegrana i wstyd. Dyrektor jest rozgniewany i kazał mi wyrazić panu swe wielkie zdziwienie...“
— Ale ci wsypał?!.,
Dostał i on za swoje! Włodzimierz był zrozpaczony, jakgdyby wszystkie te wyrzuty dotyczyły osobiście jego samego. Gryzł wargi do krwi.
— Więc Marko podróżował też po Istrandża Dagu? — spytał Rouletabille.
— Mój drogi... — odpowiedział mu ktoś, — my tego nie wiemy, ale jest to pisane w ten sposób, że niepodobna przypuścić, by autor nie przeżył osobiście tych przygód.
— Czy długo był nieobecny?
— Najwyżej tydzień. Ale, co prawda, powiedzieć można, że nie zmarnował tego tygodnia.
— A macie tu panowie te korespondencye „Nouvelle Presse“?
— Oczywiście. Idź do hotelu „pod złotym AA lwem“, tam stoimy wszyscy razem, tam je znajdziesz.
— Dobrze... dobrze.
Przykro było patrzeć na Rouletabilla.
— Chodź, Włodzimierzu! A gdzież jest Candeur?
— Pobiegł do hotelu pod „złotym lwem“, chciał przeczytać korespondencye.
— Gdzież ten hotel?
— Zaprowadzimy cię.
Porażka Rouletabilla cieszyła ich, toteż postał nowili wszyscy towarzyszyć mu do hotelu.
Pierwszą osobą, jaką Rouletabille spostrzegł w czytelni hotelu, był Candeur. Pochylony nad stołem, pożerał oczyma korespondencye „Nouvelle Presse“, a twarz jego była sina. Na odgłos kroków Roułetabilla podniósł głowę i zachwiał się na nogach. Zdawało się, że padnie trupem.
— Czytaj... — powiedział, nie mogąc wymówić ni słowa więcej.
Rouletabille rzucił się do czytania. W kilka sekund przekonał się nareszcie o zbrodni. Tak, to były jego artykuły. Artykuły Rouletabilla, podpisane „Marko Wołoch“.
— A mówiłem wam! — powiedział Włodzimierz, — że ów gość, który był w naszym namiocie, w nocy, to Marko Wołoch! Krążył ciągle dokoła nas, by ukraść pańskie artykuły. Sam nie potrafi napisać dwu wierszy. Znam ja go dobrze... o, znam! Ale z tem wszystkiem sprawa się przedstawia paskudnie!
Rouletabille czytał dalej. Była tam cała pierwsza część — ich podróży po Istranaży Dagu, którą dyktował Candeurowi. Nie brakło jednego ustępu, ni przecinka, ni kropki.
Reporter, blady z wściekłości, odezwał się do Candeura:
— Dawaj tekę!
Było to pierwsze słowo, z jakiem się do niego zwrócił, od chwili sceny, w domku, w Kirkilisse. Candeur otworzył tekę I rzekł omdlałym głosem:
— Nie pojmuję. Wszystkie artykuły są tutaj...
Wydobył plik papierów. Każdy artykuł posiadał osobną okładkę, z numerem i datą.
— Pokaż-no!...
Candeur, drżący coraz bardziej, wydobył artykuły z okładek i rozłożył je. Okazało się, że to nie artykuły, lecz czysty papier! Artykuły powędrowały do kieszeni Marka.
— Bandyta! — wrzasnął Włodzimierz. — Dawać go!
— Tak... daj go tu! — powiedział ponuro Candeur, zaciskając pięści. — Czuję, że muszę go zadławić.
— Jest niedaleko! — odpowiedzieli koledzy. — Mieszka w tym hotelu.
Koledzy nie posiadali się z radości. Coś podobnego nie zdarzyło im się dotąd.
— Jakto... — pytali, — więc ty, Rouletabille, dałeś się w ten sposób wykpić... to zadziwiające, to niepojęte!
Rouletabille zamknął im usta:
— Tak, zostałem okpiony i nie przynosi mi to hańby. Nie mogłem uwierzyć, by, człowiek, który zwie się dziennikarzem, który wam codziennie podaje rękę i z którym obcujecie, jako z kolegą, mógł być złodziejem i rozbójnikiem.. Podniosły się głosy oburzenia. W kilku słowach objaśnił ich Rouletabille, jak się rzecz miała. Marko Wołoch szedł ich tropem, przez Istrandżę Dag, zaintrygowany, czemu odbywają tę podróż, podczas, gdy wszyscy korespondenci zostają w Sofii. Po nocy wśliznął się do namiotu reporterów i porwał korespondencyę, którą potem wysłał do Paryża i ogłosił pod swojem nazwiskiem. Nie koniec na tem. Aby się pozbyć konkurencyi reporterów „Epoki“, nie zawahał się zadenuncyować Rouletabilla i jego towarzyszów władzom tureckim, jako szpiegów generała Władysławowa, tak, że omal nie zostali rozstrzelani.
Opowiadał, jak zostali aresztowani przez agę.
Gdy skończył, podniósł się krzyk oburzenia i posypały się przekleństwa pod adresem Marka:
— To nędznik! Trzeba się na nim pomścić!
— Należy go wydać władzom, jako złodzieja i szpiega tureckiego.
Nagle powiedział Włodzimierz:
— Właśnie idzie! Uwaga, panowie!
— Zostawcie mnie to! — prosił Rouletabille. — Jest moją rzeczą załatwić się z nim! Co do ciebie zaś, Candeur, oświadczam uroczyście i całkiem seryo, że nie wolno ci się mieszać w moje sprawy. Nic ci do tego; z nami wszystko skończone, raz na zawsze!
Schował szybko numery „Neuvelle Presse“ do teki, wziętej z rąk Candeura, który stał blady, jak ściana.
Matko Wołoch wszedł do sali, nie spodziewając się niczego. Nagle spostrzegł Rouletabilla. Zbladł trochę, ale szybko odzyskał równowagę i zbliżając się do reportera, powiedział:
—Co widzę? Rouletabille! Cóż się z panem działo... Wszyscy byliśmy zaniepokojeni!
Rouletabille uścisnął jego dłoń w sposób zupełnie naturalny.
— Opowiadano mi już, żeście panowie byli zainteresowani. No, dzięki Bogu nie przydarzyło się nam nic złego. Zrobiliśmy małą wycieczkę po Istrandży Dagu i po kilku drobnych przygodach bez znaczenia, mieliśmy sposobność widzieć zbliska zdobycie Kirkilissy.
— Doprawdy? — zawołali wszyscy chórem.
— Winszuję! Winszuję! — dodał Marko, który nagle spochmurniał. — Musiał to być piękny dla pana dzień. Słyszałem, że bój był zażarty.
— Straszliwy! — zawołał Rouletabille. Nie widziałem w życiu nic podobnego. Walka trwała przeszło dobę, bito się na noże po ulicach, krew płynęła, dosłownie, potokami... o... było to straszne!
— Opowiedz nam to! — zakrzyknęli chórem. — Możesz nam przecież udzielić kilku szczegółów. To nie przeszkodzi ci zachować pierwszeństwa w podaniu wiadomości.
Zawsze starałem się być dobrym kolegą. Nie odmawiam przeto przysługi. Otóż słuchajcie. Wojska Machmuda Mukdera oszańcowały się silnie na linii fortów Kirkilissy, a Bułgarzy musieli rzucać w ogień całe brygady, by sforsować forty Raklicę i Skopos. Oba zostały wzięte po walce na noże, która przeniosła się potem aż w ulice Kirkilissy. Turcy bronili się cofając się krok za krokiem w sposób iście bohaterski, zmieniając każdy dom w mały bastyon. Musiano szturmem brać pałac gubernatorski... musiano...
Rouletabille mówił w tym duchu przeszło kwadrans, malując imaginarną walkę o Kirkilissę, która nie miała nigdy miejsca. Było to wręcz sprzeczne z prawdą. Rouletabille rozwodził się szeroko, dawał szczegóły, sypał nazwiskami, przesuwał i cofał całe brygady, strzelał z ciężkich dział, walił domy, masakrował dzieci i kobiety, wieszał starców. Wymieniał nazwy pułków, które się znajdywały w danej chwili daleko od Demir Kapu i Petry, wkładał w usta generałów bułgarskich historyczne słowa, które musiały potem okazać się śmiesznemi i okryć niesławą idyotę, który je podaje. Wszystko zaś było piękne, barwne, wprost żywe...
— Wydaje się człowiekowi, że tam był! — zauważył jeden, z notujących szybko, reporterów.
— Czyś to już wysłał? — spytał drugi.
Rouletabille, skończywszy opowiadanie, obejrzał się wokoło i spostrzegł, że Marko uciekł już ze zdobytym skarbem notat o zdybyciu Kirkilissy.
— Nie panowie! — powiedział. — Nie posłałem ani słowa, gdyż wszystko to jest fałszem i wierutnem kłamstwem. Nic podobnego nie miało nigdy miejsca. Nie telegrafujcież, broń Boże, ani słowa z tego, co powiedziałem, a co zapełni najmniej trzy szpalty „Nouvelle Presse“ i pod czem będzie paradował podpis Marka Wołocha. To, co należy zatelegrafować i co Candeur doniesie odemnie „Epoce“, to wam wszystkim mogę podyktować. Piszcie! „Kirkilissa została zajęta przez wojska bułgarskie bez strzału. Wojska Radki Dymitriewa nie znalazły w mieście żywej duszy. Wojsko tureckie i ludność, opuścili miasto w panice nieopisanej, jakiej nie zna historya wojen“.
Zrazu, zdumieni, pojęli reporterzy niebawem, że Rouletabille w ten sposób chciał się zemścić na Marku. I udało mu się wspaniałe! Dostał huczne brawo.
— Już po nim! Zostanie okrzyczany za blagiera i kłamcę. Stanie się niemożliwym i żaden poważny dziennik nie zechce go przyjąć. Nareszcie uwolniłeś nas od tej kanalii! — A teraz pora brać nam się do roboty i to ostro, Candeur i Włodzimierzu! Czy jest tu jaki wolny pokój?
— Więc chcesz bym z tobą pracował? — zawołał radośnie Candeur.
— Naturalnie, idyoto jakiś, — powiedział.Tylko tekę będzie nosił Włodzimierz. Nie jest tak straszliwie głupi, jak ty!
— Dziękuję ci! — odrzekł uszczęśliwiony Candeur.
— Dziękuję! — powtórzył Włodzimierz.
Znaleziono im pokój i pięć minut po tem, Rouletabille zaczął dyktować Włodzimierzowi artykuł, wysławszy Candeura do urzędu telegraficznego, z wiadomą depeszą o zajęciu Kirkilissy, a potem do Atanazego Argełowa dowiedzieć się, co słychać u generała Władysławowa.
Artykuł zaczynał się w ten sposób:
„Nouvelle Presse“ zaczęło publikować seryę bardzo ciekawych artykułów i korespondencyi z podróży po Istrandża Dagu, sylwetek ludzi i rzeczy, oraz początku działań wojennych na tym terenie. Artykuły te nosiły podpis „Marko Wołoch“. Czytelnicy „Nouvelle Presse“ zapewne z wielkim żalem stwierdzić musieli, że owa serya urwała się nagle i niespodziewanie w najciekawszem miejscu, bez dostatecznego powodu. Pospieszamy pocieszyć ich. Będą mogli teraz czytać dalszy ciąż na łamach „Epoki“, znajdą tam przygody dramatyczne trzech reporterów, w kraju, nawiedzonym wojną, przygody istotnie przeżyte. Tylko ten ciąg dalszy będzie nosił sygnaturę naszego współpracownika Józefa Rouletabilla, albowiem on to właśnie był autorem rzeczywistym części pierwszej jak jest autorem drugiej części. Nasz współpracownik poczynił odpowiednie kroki, by pan Marko Wołoch nie skradł mu rękopisu tej drugiej części jak to uczynił z pierwszą“.
Po tym zabójczym wstępie, Rouletabille zagłębił się w bogatym materyale przeżyć własnych i kreślił żywemi barwami przygody swej ekspedycyi w kraju Gawłowa, opisał dowcipnie „Hote! Przejezdnych“ i zabrał się właśnie do opisu przygód w haremie i walk w bastyonie, gdy nagle wszedł Candeur, zaniepokojony i zdenerwowany.
— Cóż tam słychać? — spytał Rouletabille.
— Wrócił... Wrócił w kilka minut po naszym odjeździe
— Spieszmy więc!...
— Zbyteczne... Odjechał znowu.
— Jakto? Odjechał?
— Tak, odjechał autem. Kazał ci powiedzieć, że oczekuje cię wieczór, albo w nocy, gdy tylko wróci.
— To prawdziwa komedya! — zawołał reporter. — Sprowadza mnie tutaj, ponieważ koniecznie chce mnie mieć, a zmyka natychmiast, gdy się dowiedział, żem przybył. Jeśli mu nie zależy na mojej wizycie, niechże mi da święty spokój i nie przeszkadza w pracy! Na czem stanęliśmy, Włodzimierzu?
— Rouletabille! — powiedział Candeur, coraz bardziej zdenerwowany, — generał nie pojechał sam!...
— A cóż mnie to obchodzi, niech sobie jedzie z samym szatanem!
— Pojechał z panną Wilczkow!
— Co?!...
— Mówię, co mi powiedziano. Panny Wilczkow niema już u Anastazego Argełowa.
— Więc generał ją zabrał? Ale po co i dokąd?...
— Nie wiem... Nie pojmuję!
Rouletabille porwał kapelusz i wybiegł na miasto. W domu Argełowa zastał właśnie generała Sawowa.
— Iwana Wilczkow? — spytał.
— Pojechała z generalissimusem.
Sawow, widząc zmartwienie Rouletabilia, zaczął go uspokajać. Generał Władysławow zatrzymał się tylko na krótką chwilę w miejscu. Miał rozmowę ze swoją pupilką i odjechał na front. Panna Wilczkow prosiła go, by ją z sobą zabrał. Chciała zblizka obejrzeć teatr wojny.
— Zbliska teatr wojny? — zdziwił się reporter. — Przecież wraca z samego pola walki, przecież sama brała udział w boju!
— Ot, kaprys kobiecy! — uspakajał go zacny generał. — Zresztą, zdaje mi się, że mieli z sobą do pomówienia, więc ją zabrał z sobą. Uspokój się pan, generał uważa ją za swoją córkę i kocha ją bardzo. Odda ją panu całą i zdrową, jeszcze dziś wieczór... — dodał z uśmiechem.
Rouletabille wrócił do hotelu „pod złotym lwem“, nieco uspokojony i w dalszym ciągu, przez cały dzień, dyktował Włodzimierzowi artykuły do „Epoki“.
Rouletabille wychodził od czasu do czasu, dowiedzieć się, czy generał i Iwana nie wrócili. Ale nie przybyli ani tego dnia, ani w nocy, a czas ten upłynął reporterowi na pracy i niepokoju, rano, nazajutrz, także nie zastał nikogo. Daremnie mówił sobie, że Iwana jest pod opieką generała, że się jej nic stać nie może. Niepokój i troska nie dawały się odpędzić.
Aby zapomnieć o tej nieobecności, która przedłużała się w sposób niewytłumaczony, rzucił się z zapałem do pracy i ślęczał nad korespondencyami.
Około godziny pierwszej, dnia następnego, reporterzy mieli właśnie siadać do obiadu, w hotelu „pod złotym lwem“, gdy powstał nagle tumult, w pustej jeszcze sali jadalnej. Zjawił się Candeur, z twarzą czerwono-siną, co mu się przydarzało tylko w chwilach najwyższego wzruszenia.
— Rouletabille! — wołał, — gdzie jest Rouletabille...
— Cóż takiego. Czemu wrzeszczysz? Czy Władysławow...
— Nie, to Marko Wołoch!
— No, cóż mu się stało?
— Dostał telegram gratulacyjny, z dodatkiem, że podwajają mu pensyę i dyety, z powodu relacyi o zdobyciu Kirkilissy.
— Niemożebne!
— Przysięgam! On tańczy z uciechy! Kpi sobie z nas wszystkich! Rzeczywiście, to coś niesłychanego!
— Nieszczęście! — jęknął Włodzimierz. — Można się wściec ze złości!
— Pokazuje wszystkim depeszę... Ale to nie wszystko!
— Cóż jeszcze?
— Wszyscy inni są wściekli na ciebie! — powiedział Candeur. — Dostał każdy depeszę z besztaniną. Niektórym zagrożono wyrzuceniem za tę depeszę o obsadzeniu Kirkilissy bez strzału, podczas gdy „Neuvelle Presse“ zamieściła szczegóły z walk i ataków.
— Depesza dla pana Rouletabilla! oznajmił lokaj.
Rouletabille otworzył telegram i przeczytał głośno:
— „Jeśli pan jesteś chory, proś o zastępstwo Marka Wołocha; relacya jego o wzięciu Kirkilissy jest wspaniała. Redaktor naczelny“.
Rouletabille stał pod wrażeniem depeszy, gdy drzwi się otwarły i weszli wszyscy reporterzy razem, którzy przeklinali jednocześnie Marka, że wysłał tak piękną relacyę i Rouletabilla, że im odradził zrobić tosamo.
— Ależ, powiadam wam, że to fałsz! — tłumaczył Rouletabille.
— A cóż nas to obchodzi! Masz, czytaj...
Podano mu depeszę z redakcyi „Dziennika przedpołudniowego“, obszerną, do swego przedstawiciela: „Nie wysyłaliśmy pana do Kirkilisse po to, by się dowiedzieć, że tam się nic nie dzieje“.
Oświadczyli chórem, potrząsając ołówkami, że odtąd nie będą tak naiwni i ciągle coś się dziać musi koniecznie.
Jeden z korespondentów wziął na bok Candeura i szepnął mu do ucha:
— Powiedz-no, Candeur, co się jemu, do licha, stało? Jakoś mu nie służy ta wojna bałkańska!
— Co mu jest!... odparł Candeur. To mu jest, że się zakochał... Widzisz... zakochał się!
— O, teraz rozumiem. To wystarczy, by ogłupić zupełnie człowieka!
W tej chwili wszedł oficer; powiedział do Rouletabilla:
— Generał-major powrócił i prosi pana do siebie.
— Spieszę! — odparł Rouletabille, przychodząc nagle do siebie. — Generał-major wrócił zapewne z panną Wilczkow?
— Nie... Zdaje mi się, że wrócił sam. To jest, wrócił, o ile wiem, tylko z oficerem ordynansowym.
— Masz tobie! To ci bal! — wrzasnął Candeur do siebie.
Ale Rouletabille posłyszał to odezwanie się i rzekł, zwracając się do Candeura.
— Proszę pana, może pan zechce mnie opuścić i nie pokazywać mi się więcej na oczy! Chodź, Włodzimierzu.
I poszedł z oficerem, blady, jak śmierć.
Włodzimierz rzekł w przechodzie do Candeura, który padł na krzesło:
— Nie trap się, Candeur. Możesz ofiarować teraz swe usługi Markowi Wołochowi!...
W dziesięć minut potem, stanął Rouletabille przed generałem-majorem Władysławowem, który nie szczędził mu jaknajgorętszych gratulacyj i pochwał, oraz podziękowania za to, co uczynił dla armii.
Reporter skłonił się i rzekł:
— Wybaczy ekscelencya, ale radbym dowiedzieć się, co się stało z panną Wilczkow.
— Pana to niepokoi? — zapytał generał, z lekkim uśmiechem, gdyż domyślał się uczuć Rouletabilla dla Iwany.
— Muszę wyznać, że panna Iwana była w dniach ostatnich tak wyczerpana przebytemi przygodami i przejściami, o których zapewne opowiadała...
— Tak, mówiła mi!
— I w stanie tak głębokiego przygnębienia moralnego...
— Co?! Nie zauważyłem tego wcale! Przeciwnie, wydała mi się rzeźką, zdrową i pełną energii.
— Gdym ją widział po raz ostatni — powiedział Routabille, była niezmiernie przygnębiona, poprostu pół żywa. Dlatego to zdziwiłem się niezmiernie, czemu chce towarzyszyć ekscelencyi na front. Zaniepokoiłem się bardziej jeszcze na wieść, że nie wróciła.
— Panna Wilczkow istotnie wybrała się w drogę, na jakiś tydzień czy nawet dłużej może, ale wróci niezawodnie tutaj, lub do miejscowości, gdzie się będę ja znajdywał.
— Dziękuję ekscelencyi za te słowa, ale wyjazd ten wydaje mi się wprost niewytłumaczalnym...
— Proszę pana... — rzekł generalissimus, podając Rouletabillowi krzesło proszę pana, to są sprawy sekretne! No, ale wobec pana nie mam tajemnic, prawda!
— O, ekscelencyo!
— Wezwałem pana przedewszystkiem, by panu powinszować i zapewnić, że tej przysługi nigdy nie zapomnę...
Rouletabille siedział jak na rozżarzonych węglach. Nie po to przyszedł, by mu gadano o zasługach, chciał się czegoś dowiedzieć o Iwanie.
— Właśnie, dzięki panu mogliśmy działać z zupełną pewnością siebie, wiedząc dość wcześnie, że o naszych planach mobilizacyjnych przeciwnik nie wie nic.
— Odnaleźliśmy je w skrytce kuferka bizantyńskiego. Były nietknięte.
Rouletabille cierpiał męki niewysłowione zmuszając się do odpowiedzi.
— Opowiadała mi to panna Wilczkow, którą zastałem po powrocie i nakreśliła dramatyczne okoliczności, w jakich pan dokonałeś dzieła.
— Panna Wilczkow pewnie musiała powiedzieć ekscelencyi, że nie mieliśmy czasu zabrać tych dokumentów, ale stwierdziwszy, że są nietknięte zatrzasnęliśmy napowrót skrytkę, w której były nadal bezpieczne.
— Tak, wiem to. Ale panna Wilczkow uwiadomiła mnie także o tem, że przedwczoraj przyniesiono jej ten kuferek, że pan go sam otwarł i że nie było w nim już owych dokumentów.
— To prawda! Ale nie trapiliśmy się już tem ich zniknięciem, ponieważ jasne jest, że przeciwnik odkrył skrytkę za późno dla siebie, albowiem te plany są dzisiaj znane całej Europie i stwierdzoną została ich genialność, przez świetne zwycięstwa armii bułgarskiej.
— Całe nieszczęście w tem — powiedział generał poważnym tonem — że ten pakiet zawierał nietylko same plany mobilizacyi i pochodu wojsk...
— A cóż takiego jeszcze? — zapytał nagle Rouletabille. przerażony coraz bardziej kierunkiem rozmowy.
— Niektóre z tych dokumentów — ciągnął dalej Władysławow — zawierały najdokładniejsze wskazówki, odnoszące się do naszego systemu służby wywiadowczej wojskowej w Turcyi, a zwłaszcza w samym Konstantynopolu. Najgorsze, że znajdują się tam spisy imienne wszystkich naszych szpiegów. wraz z szyframi, służącemi do korespondencyi z nami.
Rouletabille zerwał się.
— Nie wiedzieliśmy o tem! — zawołał.
— Jeśli nieprzyjaciel otwarł ten pakiet, to nietylko zachodzi niezwłoczna konieczność zmiany całego systemu, co jest w czasach obecnych niezmiernie utrudnione, ale oznacza to jednocześnie pewną śmierć kilkudziesięciu wiernych i oddanych sprawie ojczystej osobistości, których utrzymujemy w Konstantynopolu.
Wiadomość ta nie wywarła zbyt wielkiego wrażenia na Rouletabilla. Myślał o Iwanie.
— I cóż powiedziała, ekscelencyo, panna Iwana, dowiedziawszy się o tem? — spytał.
— Z początku była tak przerażoną jak i ja sam, potem jednak oświadczyła, że jest w jej mocy. by te dokumenty wróciły napowrót w stanie nietkniętym do moich rąk. Powiedziała, że może się to nawet stać wkrótce i nieprzyjaciel nie dowie się, co było w pakiecie. Oświadczyła, że wie gdzie się dokumenty znajdują i że je odzyska, o ile sama po nie pojedzie.
— Ach, mój Boże! — krzyknął reporter — więc to tak?... Teraz rozumiem... ach, to rzecz straszna! Pojechała!
— Tak, pojechała i powiedziała mi, że wróci niedługo...
— Niedługo? — spytał złamanym głosem.
— Nie wróci, ekscelencyo! — powiedział nagle twardo. — Nie wróci.
— A więc skłamała?
— Nie. Ekscelencyo! Dokumenty wrócą, wywiadowcy zostaną ocaleni, ale ona nie wróci!
— Jakto? Dlaczego? — pytał zaniepokojony generał.
— Wyjechała do Dedeagaczu? Prawda?
— Tak, do Dedeagaczu. Żądała auta, dałem jej najlepszy wóz generalnego sztabu i dodałem jej trzech jeńców tureckich, notablów wysokich z okręgu Istrandży, którzy znali Kara Selima, męża Iwany Wilczkow, bo Iwana jest teraz Iwaną Hanum, jak mi to powiedziała.
— Tak, ekscelencyo!
— Ale mąż jej zginął...
— Tak jest.
— Ci notable obiecali mi, za cenę wolności, zaopiekować się Iwaną, która jest teraz tego samego co oni wyznania i oprowadzić ją w Dedeagaczu, gdzie trzeba.
— Ekscelencyo! — zawołał reporter. — Powtarzam dokumenty przybędą, ale nie zobaczysz ekscelencyo więcej Iwany Wilczkow!
Wieść ta nie zdołała wzruszyć umysłu metodycznego ekscelencyi. Przeważał w nim patryotyzm. Wolał dostać z powrotem w ręce fatalne dokumenty, jak odzyskać Iwanę. Ale rozpacz Rouletabilla wzruszyła go nakoniec i zapytał z wyraźnem współczuciem, dlaczego sądzi, że Iwana nie powróci.
— Albowiem zaproponowano jej zamianę tych dokumentów za jej własną osobę, za jej osobiste szczęście, za życie!
Opowiedział przygodę w domku w Kirkilissie, zacytował list włożony przez Priskiego do kuferka, przez Priskiego, który był posłańcem Czerkiesa Kasbeka.
— Co za szlachetna dziewczyna! — zawołał generał.
— Ekscelencyo! — powiedział reporter. — To jest czyn rozpaczy. akt bolu strasznego!
— Przepiękne poświęcenie! Byłoby to zupełnie zbyteczne ekscelencyo, gdybym był wszystko dość wcześnie wiedział... ale teraz... teraz... kiedy panna Wilczkow może przybyć do Dedeagaczu? —spytał nagle Rouletabille.
— Sądzę, że już tam jest!... Tak myślę przynajmniej!
— Więc wszystko przepadło! — jęknął Rouletabille. — Nie da się nic zrobić!
Skulił się w fotelu i zaczął płakać.
Generał zbliżył się, wziął go za rękę, starał się go pocieszyć, ale Rouletabille płakał i nie słyszał nic. Przeprosił za swe znalezienie się niewłaściwe i chciał odejść.
Ekscelencya odprowadził go aż do progu gabinetu i powiedział:
— Wspominał pan, że gdybyś wiedział o wszystkiem dość wcześnie, poświęcenie Iwany byłoby niepotrzebnem. Cóż to znaczy? czy możesz mi pan wytłumaczyć?
— Ekscelencyo! Gdybym był wiedział, to wprawdzie system wywiadowczy musiałby był zostać zmieniony, ale panna Iwana byłaby ocalała. Szpiegom nic by się nie stało, gdyż byłbym ich sam na czas uprzedził, byłbym zdążył i oni uciekliby przed odkryciem ich nazwisk. Czyż w tych warunkach nie byłbyś, ekscelencyo, sam powstrzymał panny Iwany?
— Niewątpliwie! — rzekł generał — żałuję bardzo, żem się zobaczył z panem dopiero teraz.
Powiedział mu jeszcze kilka słów pocieszenia i wyekspedyował go delikatnie za drzwi.
Rouletabille szedł jak pijany, Włodzimierz musiał go podtrzymywać. Nie daleko uszli gdy ich dogonił oficer sztabu generalnego.
— Proszę pana! — powiedział. — Szukam pana wszędzie! Mam panu oddać list od panny Wilczków.
— Kiedy go panu dała? — wrzasnął.
— Wczoraj rano, przed odjazdem!
— I dopiero teraz go otrzymuję?
— Było to życzeniem, a nawet rozkazem panny Wilczkow, bym wręczył panu list dopiero dzisiaj wieczorem.
Rouletabille rozerwał kopertę i przeczytał:
— Drogi Zo, żegnam cię na zawsze! Kochałam cię i ty wiedziałeś o tem.
Ten krótki list wystarczył w zupełności, by w najdziwniejszy rozstrój pogrążyć Rouletabilla. Aż do chwili przeczytania tych dwu wierszy sądził on, że postępowanie Iwany w czasach ostatnich wywołane zostało rozpaczą z powodu tragicznej śmierci Kara Selima.
Wszakże właśnie od chwili tej śmierci objawiać zaczęła zupełne zobojętnienie do życia. Wszak w oczach jego szukała śmierci, wszak sama to powiedziała. Nagle natrafia się sposobność oddania przysługi ojczyźnie przed zniknięciem ze świata, a Iwana chwyta ją, może jeszcze dlatego, by się podnieść we własnej duszy, odnośnie do motywów tego postępowania.
Sprawa przedstawiała się w ten sposób reporterowi i chociaż tragiczna dlań, była jednak logiczna i zrozumiała.
Nagle pisze mu Iwana, że go kochała i że on o tem wiedział.
Kobieta idąca w grób, która ma przepaść dla świata teraz w haremie Abdul Hamida, kobieta taka chyba nie kłamie!
Przeto Iwana go kocha! A więc pocóż ucieka i czemu rzuca się w śmierć? Skąd ta rozpacz? Skąd to szaleństwo?
Jak już wyjaśnił generałowi, nie zachodziła absolutna konieczność takiego poświęcenia, a cała ta awantura ze szpiegami... czyż warta aby przez nią marniała ich miłość?
Pozostawało jedno przypuszczenie. Oto miłość ich dotknął jakiś cios, stanęła pomiędzy nimi jakaś przeszkoda, której nie znał. Co to za przeszkoda? Kto stanął między nimi?
Tu było jądro całej sprawy i to objaśniać mogło rozpacz Iwany.
Pewny, że jest kochanym, Rouletabille zaczął znów trzeźwo rozumować. Przychodził zwolna do siebie, odzyskiwał swój „zdrowy rozsądek“. Ta pewność przywróciła mu bystrość umysłu, łatwość oryentacyi, która mu dotychczas zapewniała stanowisko w świecie.
Wracając do domu, zaczynał się już po trochu oryentować, macał niejako rękami w ciemnościach. Zamknął się na dwie godziny i siedział tak z twarzą ukrytą w dłoniach, starając się rozwiązać problem.
Tymczasem Candeur krążył dokoła niego jak pies wyrzucony kopnięciem z domu. Szedł za nim do generała, towarzyszył w drodze powrotnej, ale nie zdradził niczem swej obecności. Patrzył weń tylko zdaleka, ale Rouletabille go nie widział wcale.
Włodzimierz, idąc na kolacyę, chciał go zabrać ze sobą. Candeur jednak odburknął tylko coś, potem poszedł i położył się pod drzwiami pokoju Rouletabilla na słomiance, wydając od czasu do czasu jęk, nie mający już w sobie nic ludzkiego.
Nagle z pokoju doleciał krzyk rozpaczy.
Candeur jednem pchnięciem wywalił drzwi i wpadł do środka.
Zastał Rouletabilla łamiącego ręce i wyrywającego sobie włosy z głowy.
Przypadł i otoczył go ramieniem.
— Co ci to? Co ci to? — pytał.
— Kocha mnie! — jęczał Rouletabille, potem zaś zaczął płakać.
— Więc dlatego płaczesz? — uspokajał go Candeur. — Ależ to bardzo dobrze właśnie, że cię kocha! Niema czego płakać!
Rouletabille objął za szyję olbrzyma i położył mu głowę na ramieniu.
— Kocha mnie, ale jesteśmy na wieki rozdzieleni... rozumiesz... rozdzieleni przez jedną straszną rzecz... O biedna Iwano! Biedna! I ja mogłem ją obwiniać? Umrzeć! Umrzeć! Nie pozostaje mi już nic innego!
— Nie gadaj głupstw! Przestań! Powiedzże mi po ludzku, rozsądnie, czemu nie możesz się z nią ożenić skoro się kochacie? Przecież małżeństwo z tym drabem jest nieważne i nie wchodzi w rachubę!
— Naturalnie, nie to jest przeszkodą... nie! Główną przeszkodą jest to właśnie, że ten jej mąż zginął!
— Jakże to? Nie możesz ożenić się z kobietą ukochaną dlatego, że jej mąż umarł? Nie rozumiem!
Nie mógł pojąć, złożył przeto Rouletabilla na fotelu, sam zaś poszedł, siadł na kanapie i zaczął szlochać głośno, był bowiem pewny, że reporter oszalał, czuł straszne wyrzuty sumienia i oskarżał się, że on to właśnie wszystkiemu winien.
— Moja wina! Moja wina! — mówił bijąc się potężnie w piersi.
Sam Rouletabille musiał go uspokajać.
— Ależ nie możemy tak siedzieć bezczynnie! — zauważył wreszcie Candeur. Musimy
koniecznie coś przedsięwziąć!
— Nic się zrobić nie da! — oświadczył reporter. — Nawet gdyby tu Iwana w tej chwili była, nic by to nie zmieniło sytuacyi... sam musiałbym jej zezwolić na odjazd!
— Biedaku!...
— Mój drogi Candeur...
Objęli się serdecznie.
W tej chwili rozległo się pukanie, wszedł tłumacz hotelowy i powiedział:
— Jakiś zakonnik chce pomówić z panem Candeurem.
— Zakonnik? Nie znam żadnego zakonnika!
— On powiada, że pana zna!
— A jakże się nazywa?
— Powiedział, że niema nazwiska ziemskiego, albowiem wszystkie swe aspiracye umieścił na tamtym świecie. Tak powiedział dosłownie.
— To niech wróci tu, gdy będzie miał nazwisko! Ja nie mam nic do roboty z duchami.
Ale w tej chwili drzwi uchyliły się zdaleka i ukazał się w nich zakonnik w wielkim kapiszonie na głowie. Suknia zakonna we fałdach spływała po jego ciele, różaniec wisiał u pasa.
Nagle kapiszon spadł a Candeur zawołał:
— Pan Priski! Pan Priski we własnej osobie!
— Pan Priski! Przychodzę, oddając się na pańskie usługi zarówno w tym, jak w tamtym świecie — odparł Priski.
Candeur odrazu wpadł w złość.
— Wolałbym, by to nastąpiło w tamtym świecie. Mam wielką ochotę połamać panu kości. W ten sposób okupisz pan może swe łajdactwa!
— Przedewszystkiem racz pan odebrać swoje pieniądze! — powiedział Priski, podając mu zwitek banknotów.
— Bezczelność! — wrzasnął Candeur. Przecież ja nie chciałem nigdy przyjąć od pana ni grosza!
— Taka wola pańska! — zgodził się szybko Priski chowając pieniądze do kieszeni.
— Dam biednym moim!
Rouletabille zbliżył się.
— Więc pan wstąpiłeś do klasztoru panie Priski? — zapytał.
— Tak proszę pana! — powiedział, cofając się o kilka kroków, gdyż nie spodziewał się widać zastać tu reportera. — Tak, wstąpiłem do klasztoru... było to zawsze mojem marzeniem...
— A do jakiegoż to klasztoru wstąpiłeś pan?
— Mam zamiar wstąpić w poczet braci solennych góry Athos.
— I pocóż wobec tego przybyłeś pan do Starej Zagory? Czy po to, by nam to oznajmić..
— Proszę pana... — bąkał pan Priski — to zdaje się moja rzecz.
— Może i moja...
Rouletabille pociągnął go w głąb pokoju, zamknął drzwi, zaparł je sobą i dodał:
— Nie wyjdziesz pan stąd panie Priski, zanim nam nie wyjaśnisz swej obecności. Dyabeł jakiś stawia pana ciągle na naszej drodze, więc muszę z tem raz skończyć!
— Zaręczam panu, że nigdy nie miałem zamiaru sprawiać panom przykrości...
— Dosyć tego! Gadaj pan! Inaczej żandarmerya generała Władysławowa uwięzi pana, potem zaś, zostaniesz rozstrzelany, jako turecki szpieg.
— A więc wyznam całą prawdę... jeśli panu tak na tem zależy... Jest to rzecz bardzo prosta! Rzeczywiście, pragnąłem zawsze wstąpić do klasztoru. Ale mnisi góry Athos żądają wkupu, czyli posagu, stąd moja żądza posiadania pieniędzy, toteż, gdy pan Kasbek, którego panowie znacie, zaproponował mi zarobek, zgodziłem się. Zarobek ten, pozwalał mi właśnie zapłacić wkup do klasztoru. Polecił mi oddać list. Zaręczam, że nie wiedziałem, co list zawiera.
— A jednak wiedziałeś pan, że panna Wilczkow opuści mnie, przeczytawszy ten list?
— Powiedział mi to pan Kasbek. I tak się stało. Panna Wilczkow udała się do Starej Zagory, a stąd dalej.
— Pocóż pan tedy przybyłeś tutaj?
— Pan Kasbek dał mi połowę sumy z góry, drugą zaś połowę przyobiecał wypłacić, gdy panna Wilczkow wyjedzie. Przybył więc, aby się przekonać, że wyjechała.
— Podejmujesz pan więc teraz drugą połowę?
— Niezwłocznie...
— I wstąpisz do klasztoru?
— Naturalnie!
— Sumę tę podejmiesz pan w Dedeagaczu... prawda? — zawołał Rouletabille.
— Tak... ale skąd pan to wie? Mniejsza z tem. Spiesz się pan jednak, myślę, że pan Kasbek niedługo zabawi w Dedeagaczu!
— A to dlaczego?
— Bo pan Kasbek czeka na pannę Wilczkow, nie na pana, ponieważ zaś panna Wilczkow już tam przybyła, więc może się zdarzyć, że oboje wyjadą, nie oglądając się na pańskie przybycie!
— Boże wielki! — wrzasnął mnich i rzucił się ku drzwiom.
— Panie Priski! — powiedział Rouletabille. — Jeśli pan chcesz, bym ci przebaczył to wszystko, coś mi zrobił, musisz mi oddać małą przysługę.
— Dobrze! Mów pan, mów pan!
— Pan umiesz oddawać listy pokryjomu.
— Zawsze to było poniekąd moim zawodem.
— Oddaj przeto mój list Iwanie Hanum.
— Z wielką ochotą, panie Rouletabille! — zawołał mnich. — Sprawa załatwiona! Może pan na mnie w zupełności liczyć.
— Więc zaczekaj pan chwilkę....
Rouletabille zbliżył się do stołu i napisał szybko: „Najdroższa! Wszystko rozumiem. Wybacz mi. Twój Zo żegna cię na wieki. Nie przeżyje ciebie“.
Nagle usłyszał ryk straszliwy. To Candeur zawył ogromnym głosem, przeczytawszy poprzez ramię, co pisze.
— Rouletabille, Rouletabille! Ty chcesz śmierci!
Rouletabille podał mu rękę i uścisnął serdecznie.
— Ano, zobaczymy, mój drogi, czy się umiera z miłości! — —powiedział.
— Broń Boże, broń Boże! — zawołał nagle pan Priski. — Zaklinam pana, nie czyń pan nic nierozważnego! Religia zabrania! Religia!... Oo... niema nic ponadto, na tym doczesnym świecie!
— Więc tam dobrze, w tym waszym klasztorze, panie Priski? — zapytał Rouletabille, podając mu list.
— Na Boga! — krzyknął Candeur. — Czy zamierzasz wstąpić do klasztoru?
— Przewybornie! — zachwycał się Priski. — To istny, ziemski raj! Ogrody, pałace... Powiadam panom, czysty raj! A co za jedzenie! Oczywiście, gdyby klasztor przyjmował każdego obdartego, który chce zostać mnichem, nie długoby trwała jego wspaniałość, toteż trzeba mieć posag, zapłacić wkup.
— Więc nie będzie panu żal Karakule?! — powiedział Rouletabille.
— O, nigdy! — zapewniał Priski. — Kara Selim był hojny, ale czasem był brutalny i okrutny. Toteż go Pan Bóg pokarał. On, taki dumny, został teraz niewolnikiem Atanazego Kietewa.
— Kara Selim nie jest niczyim niewolnikiem! — powiedział uroczyście Rouletabille. — On zginął!
— Zginął? Nie może być, widziałem go na własne oczy, nie dawniej, jak przedwczoraj.
— Co pan gada! krzyknął reporter. — Kara Selim padł, w moich oczach, przebity przez Kietewa. Pan się myli!
— Nie, łaskawy panie, — zapewniał słodkim głosem Priski, — to pan się myli. Spotkałem pana Atanazego z małym orszakiem. Wypytałem jednego z żołnierzy i dowiedziałem się, że on szuka wszędzie pana i panny Wilczkow. Z tyłu, przywiązany do konia, jechał Kara Selim, ubrany czarno i pokrwawiony. Ale żywy był, zamieniliśmy nawet kilka słów...
Rouletabille przyskoczył do mnicha i potrząsnął nim silnie.
— Jeśli panu miłe życie, powiedz pan prawdę! — zawołał ogromnym głosem.
— Na moje życie i to drugie, które mnie tam... — wskazał w niebo, — czeka, przysięgam, że Kara Selim był przedwczoraj żywy. Wiem też, dlaczego nie zginął. Oto, pod swoją czarna szatą, nosił zawsze pancerz, misternie splecionych łańcuszków stalowych. Sam mi to powiedział. Więcej niczego się dowiedzieć nie zdołałem, gdyż z obawy, by nie wpaść w oczy panu Atanazemu, wziąłem nogi za pas.
Priski nie zdołał jeszcze skończyć, a już go Rouletabille objął ramionami i serdecznie przycisnął do piersi.
— Oddaj mi n list, kochany, drogi Priski! Oddaj mi go!
— Oto jest! — rzekł Priski. — Ale czy nie może mi pan przypadkiem powiedzieć, gdzie mogę napewno spotkać pana Kasbeka?
— W Salonikach... Będzie tam niewątpliwie, będzie tam za dni parę. Ale teraz już żaden list niepotrzebny. Dlaczego zaś niepotrzebny, bo oto jedziemy razem do Salonik, ja, ty drogi Priski, Candeur i Włodzimierz... Będzie nam weselej razem! Jedziemy, jedziemy! W drogę! Candeur, Włodzimierzu! Pakować rzeczy... Chodźże tu, Candeur... dajże pyska... Oszaleję chyba z radości!
— Cóż to takiego, na miłość Boską? — dziwił się Candeur, otwierając usta na oścież.
— To znaczy, mój drogi, że nic nie jest jeszcze stracone, że istnieje możliwość mego połączenia się z Iwaną, ponieważ mąż jej żyje! Rozumiesz?
— Ja... oczywiście... to jest... Zresztą, wszystko jedno... byleś ty był zadowony! — zgodził się Candeur.
Odwrócił głowę, westchnął i powiedział do siebie ponurym głosem:
— Jakaż szkoda tego człowieka! Boże, Boże! Jakiż to był umysł, co za talent...
Podróżnicy nasi, wraz z panem Priskim, wyruszyli wieczorem w drogę. Dobry czas wybrali, wojska bowiem spoczywały po bardzo szybkich marszach pierwszych dni wojny i nadspodziewanie pospiesznych zwycięstwach na wszystkich punktach frontu. To bardzo ułatwiało podróż, bo nie było przemarszów, a list generała-majora Władysławowa sprawił, że w ciągu kilku godzin stanęli w Demotice. Nie mogli stąd jechać pociągiem do Dedeagaczu, gdyż brzegi Maricy zajęte były przez wojska tureckie, ściągnięte z całej Macedonii, które miały przejść południową Tracyę i połączyć się pod Rodosto z armią główną, która przegrupowała się już na linii Czerlu-Burgas-Serai.
Wyjazd nastąpił tak szybko, że Rouletabille nie miał czasu zatelegrafować do „Epoki“ po pieniądze. Oddał tylko pakiet z korespondencyą na pocztę i ruszyli w drogę.
Byli tedy prawie bez grosza, a jedynym ratunkiem była im tylko sakiewka pana Priskiego, który nie mógł chyba odmówić zaliczki na koszta podróży.
W Demotice próbowali kupić sobie w sposób uczciwy konie, ale nikt nie chciał sprzedać, ku wielkiej radości pobożnego mnicha.
W tych warunkach, Rouletabille musiał jąć się rekwizycyi i polecił Tondorowi i Włodzimierzowi, którzy nie mieli skrupułów, wystarać się o wierzchowce. Niebawem przyprowadzili pięć wspaniałych koni. Zabrali je poprostu z podwórza jakiegoś starego zamku bułgarskiego, gdzie się pasły spokojnie, podczas kiedy mały patrol wojskowy obsiadł kocioł pełen jadła i pożywiał się przy dźwiękach bałabajki.
Konie były posiodłane, skoczyli tedy na nie i ruszyli galopem. Zatrzymali się aż po godzinie, w miejscu, gdzie im nietyle już groził pościg bułgarski, co spotkanie przednich straży tureckich.
Rouletabille ukrył teraz głęboko w kieszeni list generała, a wydobył ściągnięty w Kirkilissie przez Włodzimierza papier z nagłówkiem generalnego sztabu tureckiego i pieczęcią Muktara Paszy. Zabezpieczywszy się w ten sposób dali koniom wytchnąć.
Rouletabille dowiedział się w drodze wiele od pana Priskiego. Zależało mu na szczegółach, gdyż zbliżali się do Salonik, gdzie mieszkał zdetronizowany Abdul Hamid. Wypytywał też o Kasbeka i jego stosunek do nowego rządu tureckiego. Kasbek był rodzajem pośrednika pomiędzy Abdul Hamidem a rządem tureckim i pozycya jego z tego powodu była silnie ugruntowaną. Zdradzał Abdul Hamida rządowi, a rząd byłemu władcy, który marzył o powrocie na tron przy sposobności zamieszek wojennych.
Pan Priski opowiedział przy tej sposobności kilka faktów, świadczących o okrucieństwie starego władcy. Wpadłszy raz w pasyę bez żadnego powodu, kazał zawołać ulubioną swą odaliskę. Czerkieskę cudnej urody i zastrzelił ją z rewolweru. Innym razem, dziecko małe, w charemie, dotknęło rewolweru, leżącego obok niego na poduszce. Zastrzelił to dziecko natychmiast, twierdząc, że chciało go uśmiercić.
Wogóle, Abdul Hamid nie odznacza się wysoką kulturą, jest złośliwy, podejrzliwy, niesłychanie skąpy i cierpi na manię prześladowczą. Zapomina łatwo o wszystkiem tylko nie o sobie. Przez cały dzień spaceruje po ogrodach willi Allatini, przeznaczonej mu na mieszkanie, paląc wonne, specyalnie dla niego robione papierosy. W przerwach naradza się z kuchmistrzem nad doborem potraw. Jest wprawdzie pilnie strzeżony przez nowy rząd, ale mu na niczem nie zbywa i bajką jest to wierutną, jakoby go męczono i głodzono.
Opowiadanie pana Priskiego zostało nagle przerwane salwą karabinową.
Kilka kul świsnęło koło uszu jadących, którzy wydobyli natychmiast chustki i powiewając nimi, zaczęli wołać.
— Francis! Francis!
Otoczył ich po chwili oddział przednich straży tureckich, ale ponieważ wylegitymowali się jako reporterowie francuscy, przydzieleni do sztabu generalnego Muktara Paszy, którzy cofali się właśnie z pod Kirkilissy, przeto doznali wcale uprzejmego przyjęcia i odesłano ich do kaszefa. Ten odesłał ich znów do kaimakana, który ich odesłał z dodaniem eskorty do Dedeagaczu, gdzie właśnie zdążali.
Tutaj było nagromadzonych mnóstwo wojsk i tędy miała przebiegać nowa linia obronna. Należało się spieszyć, gdyż zachodziła obawa odcięcia od Konstantynopola, wobec krążących pogłosek, że widziano już pod Rodosto oddziały konnicy nieprzyjacielskiej. Teren walki zmieniał się zresztą i zacieśniał ustawicznie, skutkiem niesłychanie szybkiego pochodu wojsk bułgarskich.
Prędko załatwili się w Dedeagaczu. Rozbiegli się po mieście szukać Iwany i Kasbeka i niebawem mieli pewność zupełną, że oboje dnia poprzedniego wyjechali z „Hotelu Egejskiego“, w kierunku Salonik, ze świtą, złożoną z kilku kawalerzystów albańskich. Pojechali konno, bo kolej zapchana była transportami wojsk. Rouletabille nie mógł marzyć o dopędzeniu Kasbeka w drodze. Przedewszystkiem wyruszył 36 godzin po nim, powtóre zaś reporterom groziło co krok aresztowanie, śledztwo, meldunki i t. p. rzeczy. Tymczasem Kasbek najspokojniej zbliżał się z Iwaną do charemu w willi Allatini.
W porcie nie zdołał reporter znaleść najnędzniejszego nawet statku, któryby chciał, z uwagi na patrole floty greckiej, podjąć się drogi morzem, do Salonik.
Rouletabille wściekał się z niecierpliwości.
Nagle zwrócił się do Candeura.
— Dawaj prędko konie!
— Dokąd jedziemy? — pytał olbrzym.
— Do Konstantynopola!
— Jakto? Przecież to wręcz przeciwny kierunek?
— Mój drogi, — tłumaczył mu szybko po drodze. — Ponieważ nie możemy dojechać do Iwany, przeto Iwana wyjedzie naprzeciw nam.
— Do Konstantynopola?
— Tak jest.
— Oszalałeś?
— Nie! Posłuchaj! Iwana jedzie z Kasbekiem, Kasbek jedzie do Abdul Hamida. Sprowadzę tedy Abdul Hamida do Konstantynopola, a Kasbek z Iwaną przybędą tam niezwłocznie.
— Wyśmienicie! Ale jakże sprowadzisz Ab dul Hamida?
— Oczywiście, wsadzi się go na okręt obcy, angielski lub niemiecki, który nie będzie miał powodów bać się patrolów floty greckiej.
— Mój drogi, pozwól sobie powiedzieć, nie leży w interesie rządu sprowadzać teraz do stolicy dawnego władcy, gdzie ma wielu zwolenników.
— Tak jest, ale jeszcze niebezpieczniej zostawiać go zdala od władz centralnych, blisko teatru wojny, gdzie może zostać obwołany przy sposobnej chwili sułtanem.
— Rząd zdaje sobie z tego sprawę i nie byłby chyba czekał na Rouletabilla, by tenże przewiózł byłego władcę przez Bosfor. Oni nie ruszą go z Salonik, dopóki będą panami południowej linii obronnej.
— To samo myślę. Tedy należy spieszyć do Konstantynopola i uprzedzić rząd, żeby nie po; zostawiał Abdul Hamida w Salonikach, gdyż bitwa pod Kargas może wypaść źle, więc w interesie Machometa V., leży, mieć pod ręką swego poprzednika, gdyby jego zwolennicy mieli podnieść głowę.
— Czyż cię posłuchają?
— Tak jest!
— Skądże ta pewność?
— Powiem im, że istnieje spisek mający na celu reintronizacyę Abdul Hamida.
— Powiesz, ale gdzie dowody?
— Mam je w kieszeni! Dam szereg nazwisk spiskowców, którzy chcą proklamować go w Salonikach. Zobaczysz, że w jednej chwili Abdul Hamid znajdzie się w Konstantynopolu, będzie to kwestya nie dni, ale godzin, może nawet minut. Ale my, naturalnie, także nie możemy stracić ni chwili.
— Rouletabille! Ty nie zrobisz tego, ty nie zadenuncyujesz tych ludzi.
— Oto Tondor i Włodzimierz! zawołał Rouletabille, gdzież jest Priski.
— Stara się dostać przepustkę do Salonik. Rozdaje pieniądze, ale daremnie.
— Gdzie konie?
— W hotelu „Egejskim“!
— Przyprowadź je. Włodzimierzu, pobiegnij zawizować nasze papiery u Ali beja i powiedz mu, że, stosownie do jego życzenia, udamy się do Konstantynopola.
— Doskonale! Uwiadomię też pana Priskiego.
— Nie czyń tego! Priski nam niepotrzebny w Konstantynopolu.
— No, a jego koń?
— Zabierz go razem z naszymi. Przyda nam się, zawsze, co pięć koni, to nie cztery. Poprowadzi go Tondor. Spieszcie się, za kwadrans musimy opuścić Dedeagacz.
Pobiegli, a Rouletabille zwrócił się do Candeura, który miał minę dziwną.
— Biegnij na telegraf i daj depeszę do „Epoki“, że wyjeżdżamy do Konstantynopola. Ale, cóż ci to? Cóż za mina?
— Nie blaguj, Rouletabille, ty tego nie uczynisz? Prawda? To byłoby paskudnie. Przytem nie znasz nazwisk spiskowców!
— Znam, mój drogi, a nawet znam ich adresy i cały plan.
— Skąd je masz?
— Sam Gawłow mi je dostarczył. On sam należy do spiskowców! Spisał wszystko ślicznie w małym notesiku, który zgubił w Sofii tej nocy, kiedy wymordował generała Wilczkowa i jego służbę. Teraz wiesz... co? Czy ci się to jeszcze wydaje blagą?
— Rouletabille! — zawołał Candeur. — Ależ tych ludzi przyaresztują...
— Oczywiście! I przy tej sposobności znajdą się dowody spisku!
— Więc ich powieszą...
— Spodziewam się! Ale Iwana zostanie ocaloną!
— To prawda, to prawda!... Ale...
— Co „ale...“ Więc wolisz, bym wstąpił do klasztoru? Co? Albo, bym się zastrzelił?
— Ach!...
— No, więc przestań lamentować i biegnij do urzędu telegraficznego.
Candeur poszedł, ale w drodze nie mógł się powstrzymać, by nie przeklinać losu, który na drodze Rouletabilla postawił Iwanę.
W pół godziny potem, wszyscy czterej pędzili gościńcem do Konstantynopola. W okolicach Rodosto natknęli się na oddział kawaleryi bułgarskiej. Nic nie pomogły wybiegi, zostali otoczeni i przeprowadzeni do stacyi straży przednich w Hejarboli, gdzie Rouletabille pokazał oficerowi papiery, naturalnie bułgarskie, w pierwszej linii list generał-majora Władysławowa.
Przybyli o zmroku do Hajorboli, małej wioski, zajętej przez oddział straży przedniej. Przyjęto ich bardzo życzliwie skutkiem listu głównodowodzącego generała i nakarmiono ich, czego bardzo potrzebowali. Dostali też osobny pokój. Rouletabille był nawet dosyć zadowolony, bo przecież bez odpoczynku ani sami, ani konie, byliby nie mogli odbyć tej dalekiej podróży. Włodzimierz i Candeur, zabrali się do otrzymanych prowiantów i zaczęli gotować wyśmienitą zupę; Tondor zajął się końmi.
Rouletabille wyszedł rozejrzyć się po okolicy, gdyż chciał w nocy po cichu przemknąć się przez linię placówek bułgarskich i ruszyć dalej. Mimo podwójnych dokumentów, sprawa nie była łatwą, należało więc zachować ostrożność.
Pochodził po podwórcu domu, gdzie oddział wojska spożywał wieczerzę i podszedł do Tondora, przykazując mu nie wprowadzać koni w obejście, ale przywiązać je w miejscu niewidocznem, do drzew. Wokół były wąwozy, ciągnące się przez puste rozłogi pól. Rouletabille spędził godzinkę na tem badaniu terenu. Wracał właśnie, idąc wzdłuż muru otaczającego podwórze, gdy nagle natknął się na dwóch oficerów. Z ust jednego z nich padło w tejże chwili nazwisko... Atanazego Kietewa.
Rouletabille przystąpił do nich i spytał po francusku:
— Panowie wspomnieli nazwisko, znane mi dobrze. Co panowie wiedzą, jeśli wolno spytać, o Atanazym Kietewie.
— Atanazy Kietew szuka pana wszędzie!
— Szuka?! — wykrzyknął Rouletabille.
— Naturalnie. Pan jesteś zapewne reporter Rouletabille, a w towarzystwie pańskiem znajdywać się ma, jak nam mówił, panna Iwana Wilczkow, bratanica generała Wilczkowa, zamordowanego w przededniu wybuchu wojny.
— Tak jest! Wszystko w porządku! Panny Wilczkow narazie niema z nami, ale opuściła nas niedawno.
— Powiedziano Kietewowi, że biła się w pierwszych szeregach, pod Demirkapu...
— To prawda, widziałem to sam...
— I od tej pory ciągle znajduje się w pierwszych szeregach walecznej armii. Tak powiedziano, przeto Kietew szuka jej po całym froncie naszych wojsk. Ucieszy się bardzo, gdyż pan poda mu zapewne wiadomość, gdzie się teraz znajduje. Niezadługo przyjedzie z powrotem.
— Z powrotem?
— Tak. Wyjechał tylko do Baba Eski i powróci o świcie.
— Czy to zupełnie pewne?
— Oczywiście, proszę pana. Zostawił nam nawet swego jeńca.
— Co? — powiedział reporter, starając się całą mocą ukryć wzruszenie, jakiego doznał. — Cóż to za jeniec?
— Jest to jeniec, na którym mu widać bardzo zależy, gdyż go nie spuszcza z oka. Zresztą może go pan zobaczyć!
Podprowadził Rouletabilla pod małe, silnie okratowane okienko.
Spojrz pan!
Rouletabille ujrzał niewielką izbę. W kącie jej, ze związanemi rękami i nogami, siedział na ławce Gawłow, a dwu strażników pilnowało go z prawej i lewej strony. Drzwi były otwarte, a tuż pod nimi ujrzał reporter grupę żołnierzy, grających przy świetle ogniska w kości, ulubioną grę narodową, ludów bałkańskich.
Rouletabille obrócił się i rzekł:
— Znam go dobrze! To ów słynny Gawłow, dawny władca Karakule. Rozumiem teraz dlaczego, Atanazemu Kietewowi zależy tak na tym jeńcu.
— Nie byłby go też opuścił, ale wezwany został do Baba Eski przez komendanta pierwszej brygady kawaleryi generała Sawowa.
— Dziękuję panom za informacye! — powiedział Rouletabille. — Przepraszam bardzo, ale idę coś przegryść.
— Smacznego! — odpowiedzieli obaj.
Wszedł w obręb podwórza i spostrzegł z radością, że izba, gdzie mieścił się jeniec, przytykała do stancyi, oddanej im do użytku.
— W chwili, gdy otwierał drzwi, usłyszał wyraźnie wymówione, metalicznym głosem Włodzimierza, słowa:
— 36 rouge pair et passe!
— A to co? — zawołał Rouletabille. — Zupełnie, jak w Monte Carlo?
Wszedł do środka.
Na stole stała gotowa zupa, z której ulatywał wonny słup pary, a tuż obok, siedzieli Włodzimierz i Candeur. Gdy wszedł, Candeur odwrócił szybko kartę geograficzną, Włodzimierz zaś patrzył bardzo pilnie na swój zegarek.
— Znowu powtarzacie dawne głupstwa! — powiedział, śmiejąc się[3]. Był tego wieczoru w doskonałem usposobieniu. — Znowu te same hece z kartą geograficzną i zegarkiem.
Zbliżył się i nagle podniósł kartę.
Cofnął się olśniony. Na stole leżała spora kupka złotych i srebrnych monet. Winowajcy stali jak posągi, nie wiedząc co czynić.
Spojrzał na kartę. Była podzielona na 36 numerowanych pól.
— Więc gracie w ruletę?
— Konfiskujesz nam karty, więc jakże mamy grać?
— Pokaż no ten zegarek, Włodzimierzu! — powiedział reporter.
Włodzimierz musiał podać zegarek, a Rouletabille przekonał się, że zegarek ten nie wskazywał godzin, ale posiadał pręcik kręcący się na osi, który przebiegał przez 36 pól, a zatrzymywał się za naciśnięciem uszka. Igła obracała się tak szybko, że nie można było przewidzieć na którem z pól się zatrzyma.
— Acha! Teraz rozumiem wasze zamiłowanie do geografii, które mnie tak dziwiło jeszcze czasu pobytu w Karakule, a także ciekawość Włodzimierza, który ciągle patrzył która jest godzina.
— Czy dawno masz ten zegarek? — spytał, chowając go do kamizelki.
— Proszę pana! Na zegarku tym zależy mi bardzo. Otrzymałem go od osoby, która mi jest drogą...
— Od księżniczki?
— Właśnie od niej. Był to jej pierwszy upominek. Miałem wyjeżdżać do Tomska, gdzie trzeba było czekać wraz z innymi reporterami na automobile, przedsiębiorące podróż światową Paryż-Pekin. Poczciwa księżniczka obawiała się, że się będę nudził i podarowała mi tę ruletkę w zegarku, która mi zawsze przynosi szczęście. Przez całą drogę grałem. Ile razy pękła guma, zapraszałem towarzyszy podróży, siadaliśmy na gościńcu i ciągnęliśmy bank, podczas gdy szoferzy pocili się nad naprawą. Trafiały się gumy, które mi przynosiły sto franków, inne dwieście, na niektórych traciłem... bo, naturalnie, trzeba było czasem przegrać. Ale biorąc przeciętnie guma na gumę tak wypadło, że po powrocie do Paryża mogłem sobie kupić automobil.
— Winszuję...
— Zrozumie pan przeto, że zegarek, z którym związanych jest tyle wspomnień....
— Tak, rozumiem... — odparł. — A te pieniądze? Jest tego przynajmniej na tysiąc franków. — Tu schował pieniądze do kieszeni. — Skądże wy macie te pieniądze? Sądziłem, że jesteście obaj bez grosza!
— Proszę pana — powiedział Włodzimierz, pod wpływem spojrzenia reportera, —to są pieniądze od pana Priskiego.
— Jakto? Przecie nie przyjęliście tych pieniędzy.
— Przepraszam! —rzekł Candeur. To ja nie przyjąłem pieniędzy!
— A ja przyjąłem, — dodał pospiesznie Włodzimierz, — ale odrzuciłem potem propozycyę dopełnienia zlecenia.
— O, Włodzimierzu, jesteś uczciwym człowiekiem! — powiedział Rouletabille. — Zauważyłem to już kilka razy! No, mniejsza z tem, siadajmy do jedzenia!
— Proszę pana! — powiedział ponurym głosem Włodzimierz. — Zależy mi bardzo na moim zegarku, jak także na tych pieniądzach!
— To nie twoje pieniądze, to pieniądze Priskiego, — odparł. Przecież nie dopełniłeś zlecenia.
— To przemawia za nim Rouletabille, — wstawił się Candeur, — proszę cię nie oddaj ich Priskiemu!
— Ani mi się śni. Mam myśl, obrócę je na cel inny!
— Cóż takiego?
— Powiem wam po jedzeniu.
Jedli w dosyć ponurym nastroju, chociaż Rouletabille był bardzo wesoły.
Gdy skończyli, powiedział:
Zwrócę wam te pieniądze!!
— Ach! — zawołali z uciechą.
— Ale pod warunkiem, że uczynicie dosłownie to, co powiem.
— Licz na nas!
— Będziecie grali, temi pieniędzmi.
— Doskonale!
— I przegracie je...
— Czyż to konieczne? — spytał Włodzimierz ze smutkiem w głosie.
— Niezbędne!
— A do kogo mamy je przegrać?
— Uprzątnijcie stół i urządźcie tu swą ruletę. Zaczniecie grać, wykrzykując głośno stawki, by usłyszeli żołnierze, grający tu obok, w kości. Można też uchylić drzwi, niby z powodu zaduchu.
Gdy to przywabi żołnierzy, dacie im wygrać!
— Wszystko?
— Gdybyście ich ograli z wszystkich pieniędzy, jakie posiadają, odeszliby rychło i nie zajmowali się wami. Tu idzie o przytrzymanie ich przy grze jaknajdłużej, gdy będziecie przegrywać, rozochocą się na dobre.
— Rozumiem! — powiedział Candeur.
— Ale tysiąc franków — jęknął Włodzimierz.
— Jest to bardzo mało, gdy idzie o rzecz, jaką mam na myśli. Chcę wyswobodzić pewnego jeńca, który znajduje się tuż obok mnie, w sąsiedniej izbie.
— Cóż to za jeniec? — spytał Candeur.
— To poprostu Gawłow, moi panowie!
— Gawłow?
— Jeniec Atanazego!
— Mąż Iwany!
— Jakto, chcesz wyzwalać człowieka, który pomordował rodzinę twej ukochanej?
— Poświęcając na to moje tysiąc franków?
Zapadło milczenie. Rouletabille spoglądał po nich, potem wziął nóż ze stołu i skierował się ku wyjściu.
— Dobrze, uwolnię go sam!
— Stój, stój! — zawołał Candeur.
Skoczył i zastąpił mu drogę.
— No, i cóż? — spytał reporter.
— Uczynimy, co chcesz!
— Ciężka to rzecz! — powiedział Włodzimierz ponuro. — Ale z chwilą, gdy pan żąda, nie należy się wahać, bo musi pan wiedzieć dobrze, o co idzie.
— Idzie o szczęście mego życia! — zawołał.
— Jeśli do tego szczęścia potrzebnem jest wyswobodzenie męża, twojej ukochanej, z niewoli, jeśli ma cię to doprowadzić do małżeństwa z nią, to, u licha, wyswobodźmy go! Ale kiep jestem, jeśli rozumiem choć odrobinę, z tego wszystkiego! — powiedział Candeur.
Wyjaśnię ci to później! Weź ten nóż i chodź ze mną;
Poszli razem i znaleźli się za domem.
Rouletabille pokazał Candeurowi okienko, a Candeur rozpoznał Gawłowa.
— Siedzi tuż pod oknem. Wystarczy wsadzić rękę i pchnąć go nożem w piersi. Skończyłaby się cała awantura.
— Nie czyń tego, Candeur, proszę cię!
— Więc ten drab, jest teraz twoim przyjacielem?
— Przysięgnij, że go nie tkniesz.
— No, dobrze już! Cóż mam robić?
— Zaczniesz grać z Włodzimierzem, aż się zbiegną żołnierze. Potem wmieszam się ja, a ty wyjdziesz. Potem, gdy się strażnicy oddalą, zwrócisz na siebie uwagę więźnia. Pokażesz mu nóż i dasz na migi znak, że chcesz rozciąć jego więzy.
Zrazu będzie się dziwił, ale wnet poda ci związane ręce. Rozetniesz postronki i dasz mu nóż, którym już sam oswobodzi nogi, tak, by mógł uciec tym okienkiem.
— Ale jest krata! — zauważył Candeur.
— Bałwan jesteś! Gdyby nie było kraty, nie potrzebowałbym twej pomocy! Ty ją musisz wyłamać. Ale zrób to jaknajciszej.
Candeur pochwycił kratę w swoją łapę i zaczął ciągnąć ku sobie.
— Czuję, że się poddaje! — powiedział.
— No, to dobrze! Zostawiam cię. Za kwadrans ma być gotowe! W tym momencie, ja wykrzyknę tak, byś mnie słyszał:
— 36, para, czerwone, pas! — to będzie znaczyło, że żołnierze są bardzo zajęci grą i że możesz działać z całą pewnością siebie. Pomożesz jeńcowi wyjść oknem, zaprowadzisz go pod drzewa do konia, którego każę Tondorowi osiodłać niezwłocznie. Właśnie, mamy jednego więcej. Doskonale się składa!
— A co potem?
— Potem, gdy ten człowiek pojedzie, wrócisz najspokojniej do izby i przyłączysz się do partyi. Reszta cię nie obchodzi!
— Rozumiem! Ale nie rozumiem nic a nic! — przyznał Candeur.
— Pamiętaj! 36, para, czerwone, pas!
— Już wiem, już wiem!
Rouletabille poszedł do Tondora, który zaraz osiodłał wszystkie konie dla pewności i wrócił do Candeura. Olbrzym zdążył już uporać się z kratą i uczynił to tak cicho, że nie spostrzegli tej manipulacyi ani żołnierze, ani nawet jeniec. Wrócili razem do domu.
W izbie, Włodzimierz przygotował tymczasem wszystko. Gdy weszli, zaproponował im partryę. Rouletabille wydał wesoły okrzyk, rzucił wszystkie pieniądze na stół i oświadczył, że trzyma bank.
Przybiegli natychmiast żołnierze, a nawet dwaj strażnicy ukazali się w progu. Zaczęła się gra. W ciągu pięciu minut, bank tracił ciągle. Każdy numer obstawiony, nakrywał Rouletabille złotymi monetami i tracił. Podoficerowie, zachęceni tem, zaryzykowali parę lewów i... wygrali. Według umowy, oddalił się Candeur, a miejsce jego zajął oficer. Wygrał odrazu. Dokoła stołu uczynił się w jednej chwili ścisk, a dwaj strażnicy weszli do stancyi. Po chwili zapatrzyli się na grę i znaleźli się w pierwszym rzędzie gapiów. Rouletabille dał znak Włodzimierzowi, by obstawił numer 36 i wykrzyknął bardzo głośno:
— 36, para, czerwone, pas!
Bank przegrał!... Oficerowie i podoficerowie zaczęli klaskać w dłonie, Włodzimierz i żołnierze wtórowali im.
Rouletabile polecił Włodzimierzowi objąć bank, ale zatrzymał w ręku ruletkowy zegarek i sam wygłaszał numera, które powtarzali po bułgarsku oficerowie. Oczywiście, przy tej metodzie, wszystko złoto Włodzimierza, znalazło się niebawem w ich kieszeniach. Radość panowała w stancyi ogólna, żołnierze, chociaż w grze udziału nie brali, nie posiadali się z uciechy.
Niedługo wrócił Candeur i nieznacznie skinął głową na znak, że sprawa skończona. W ostatniej stawce uporał się z resztą pieniędzy biednego Włodzimierza i wstał.
— To kiepski interes trzymać bank! — zauważył któryś z oficerów.
— To zależy! — odrzekł Candeur. — Czasem na jeden numer bank ściąga wszystko, co jest na stole.
— A więc obejmij pan bank! — odparł oficer.
Ale w tej chwili przybiegł Tondor, wołając:
— Panie, panie! skradziono nam konia!
— Jakto?! — krzyknął Rouletabille. — konia? Więc nie dość że nas ogrywają, jeszcze kradną nam konie!
— Zobaczymy! Nie krzyczcie panowie! powiedział oficer.
— Konie, nasze konie! — desperował Włodzimierz.
Wszyscy wybiegli za Tondorem, który udzielał objaśnień. Powiedział, że się zdrzemnął, a nie spał ani pięciu minut i to wystarczyło, by skradziono najlepszego z pięciu koni.
— Rzeczywiście, moi panowie! — mówił Rouletabille. — Widzieliście wszyscy, że mieliśmy pięć koni. Poskarżę się generałowi!
— Proszę pana, — prosił oficer, — niechże pan da spokój. Zaraz zarządzę śledztwo i ręczę, że znajdę konia pańskiego. Przysięgam!
Nagle usłyszano przeraźliwe wrzaski strażników!
— Jeniec, jeniec!
Oficer skoczył.
— Cóż z tym jeńcem?
Zbiegli się żołnierze, pokazywali wyrwaną kratę i tłumaczyli, że korzystając z tego, że strażnicy odeszli, jeniec wyrwał kratę i uciekł. Oficer przybiegł do Rouletabilla.
— Wie pan, kto skradł pańskiego konia? Oto jeniec Atanazego Kietewa. Uciekł przez okno i wskoczył na pierwszego napotkanego wierzchowca.
— Nędznik! Drab! — wołał Rouletabille. A w jakimże kierunku pojechał?
— Niewątpliwie, w kierunku Konstantynopola! Zdaje się, że miał już dość Bułgarów. Ale cóż ja powiem Atanazemu Kietewowi? Nie mogę go nawet ścigać. Mam wyraźny rozkaz, nie ruszać się z miejsca.
— Panie! — zawołał Rouletabille. — Nie martw się pan! Pochwycimy pańskiego jeńca i oddamy go panu! Wsiadać, Candeur! Wsiadać wszyscy! Galopem!
Rouletabille wskoczył na swego konia i popędził galopem, a za nim Tondor i Włodzimierz. Lecieli tak ze dwa kilometry, zanim reporter spostrzegł, że Candeura niema przy nich. Pędzili za Gawłowem z taką szybkością, że Włodzimierz nie mógł się powstrzymać od pytania:
— Czy pan go chce rzeczywiście schwytać?
— Naturalnie! — odparł Rouletabille. Musimy tylko zaczekać pięć minut na Candeura. Gdzie ten osioł został?
Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Ale nie mógł wysiedzieć na siodle, kręcił się, jak na rozżarzonych węglach.
Wreszcie rozległ się tętent i na równi zatopionej w półcień nocy niezbyt czarnej, zarysowała się sylwetka jeźdźca Ziemia pod nim dudniła, cień wzrastał, aż dopadł ich olbrzym, wyrażając radość, że się nie rozminął z towarzyszami.
Chciał wyjaśnić przyczynę spóźnienia, ale Rouletabille nie dał mu przyjść do słowa.
— W drogę! W drogę!
Poleciał, jak wiatr.
— Pocóż my tak pędzimy? — zapytał Candeur Włodzimierza.
— Bo ja wiem? — oswobodził męża swej narzeczonej, a teraz go lapie. Sam mi to powiedział!
Nagle Rouletabille zatrzymał się na rozstaju. Przyszło mu na myśl, że możnaby zbadać według śladów którędy pojechał Gawłow, ale to badanie zabrałoby dużo drogiego czasu, rozkazał tedy:
— Candeur! — zmarnowaliśmy przez ciebie dużo czasu. Musisz to naprawić. Pędź tą drogą na lewo z Tondorem, ja jadę w prawo. Spotkać się musimy w Czorlu, które leży na naszej drodze. Punkt zborny przy linii kolejowej. Staraj się unikać oddziałów tureckich. Zresztą tu dosyć pusto.
— Więc naprawdę chwytamy Gawłowa?
— Tak. Proszę cię, staraj się go schwytać koniecznie! Uczyń co w twojej mocy!
— A gdy schwytam?
— Zastrzel, jak psa, zabij, jak jadowitą gadzinę tego rozbójnika!
— Czyś oszalał? — Wszakże kazałeś mi przysięgać, że go nie tknę!
— Teraz proszę cię i zaklinam, jeśli mnie kochasz, zabij go!
— Słuchaj! Słuchaj!...
Candeur wołał, ale Rouletabille, nie czekając dalszego ciągu, pomknął z Włodzimierzem, drogą w prawo.
Candeur musiał ruszyć tedy na lewo.
Pod samem Czorlu zatrzymali się. Nie spotkali Gawłowa, chociaż byli już blizko linii kolejowej, w miejscu, dziś opuszczonem, gdzie stykały się trzy linie. Z oddali dolatywały nawoływania placówek tureckich. Od strony Sarai migała biała smuga reflektora, przeszukującego teren. Teren ten, położony pomiędzy Bunarhissar, Burgas, Sarai i Czorlu miał się stać za czas krótki widownią straszliwej czterodniowej bitwy, która zadecydowała o losach Turcyi europejskiej.
Rouletabille i Włodzimierz zsiedli z koni i skryli się za przydrożnymi krzakami, z poza których obserwować mogli gościniec na znacznej przestrzeni.
— Jeśli Candeur nie złapie Gawłowa, to znaczy, że raz jeszcze udało mu się zemknąć! Ale idzie mi teraz o co innego. Pragnę, Włodzimierzu, abyś nigdy nikomu nie wspominał, w jakich warunkach odbyła się ucieczka Gawłowa. Mogę liczyć na ciebie?
— Z całą pewnością, proszę pana! — odparł. — Przedewszystkiem, nie sprawia mi zaszczytu cała ta przegrana, a powtóre nie wyniosłem z tej afery żadnych przyjemnych wspomnień.
— Radbym, by Candeur wrócił! — powiedział reporter. Moglibyśmy w ciągu nocy posunąć się jeszcze ku południowi i wyminąć posterunki. Jutro przybylibyśmy na Czataldżę do Konstantynopola.
— Cóż tam będziemy robili?
— Odbiorę tam listy! — odrzekł wymijająco reporter. — Potem wrócimy popatrzeć na bitwę, która się tu odbędzie, prawdopodobnie.
— Słyszę galop! — powiedział Włodzimierz.
— Dwa konie idą!
— To oni! — poprawił reporter.
W dwie minuty później przybyli Tondor i Candeur. Reporter i Włodzimierz siedzieli już na koniach.
— Nie złapaliście? — spytał Rouletabille.
— Widzieliśmy go? — odpowiedział Candeur, bardzo zasapany.
— No i cóż?
— Opowiem ci potem. Stała się rzecz straszna! Uciekajmy!
— Nie zabiłeś go?
— Nie, ale zabiłem innego!
— Kogo?
— Atanazego Kietewa... Ale mówię ci, uciekajmy!
— Co? — wrzasnął Rouletabille, podskaku — Zabiłeś Atanazego?
— No, tak! To rzecz okropna!
— Ale jakże się to stało?
— Powiadam.. opowiem ci później. Teraz uciekajmy, co tchu. Nie uspokoję się, aż będziemy pośród wojsk tureckich. Zrozum, że zabiłem oficera bułgarskiego! Uciekajmy!
— Tak! Uciekajmy! To rzeczywiście straszna rzecz!
— Przedewszystkiem niezwykła!
I rzucili konie w szalony galop. Zwolnili dopiero biegu, gdy w dali dostrzegli na tle nieba czarne sylwetki gór Czataldży. Wówczas Rouletabille zwrócił się do Candeura!
— Opowiadaj! Prędko! Spotkałeś Kietewa i wziąłeś go za Gawłowa?
— Nie! O, to rzecz dużo dziwniejsza! Zaręczam ci, że jeśli to dłużej potrwa, to ja także zwaryuję.
— Nie gadaj głupstw! Pędzimy drogą z Tondorem i mówimy sobie właśnie, że, albo wy, albo my napewne, dopędzimy Gawłowa, bo Tondor dał mu najgorszego konia, gdy nagle spostrzegamy w dali sylwetkę jego samego. Jedzie galopem, ale my sadzimy za nim i nie ulega kwestyi, że zaczynamy się zbliżać. Gawłow obrócił się kilka razy. Zwalnia. Dopędzamy. Nagle słyszymy za sobą szalony galop. Obracamy się, a, że noc stała się zupełnie jasną, poznajemy obaj Atanazego Kietewa. Leci, jak piorun. Zapewne, musiał się dowiedzieć w Hajorboli, co się stało, myślimy sobie i goni jeńca razem z nami.
Wołam do niego przeto:
— Mamy go! Mamy go!
Przypominam sobie w tej chwili, żeś mi kazał zastrzelić Gawłowa, jak psa, daję tedy jesz cze koniowi ostrogi, mierzę w biegu i palę raz po raz do Gawłowa, najwyżej na jakieś siedmdziesiąt kroków. Potem wołam raz jeszcze do Atanazego:
— Nie ucieknie! Nie ucieknie!
Nagle Atanazy nadlatuje i zamiast rzucić się za Gawłowem, wpada na mnie z szablą i tnie od ucha! Świsnęło mi ostrze koło głowy i ocalałem tylko dzięki temu, że koń mój rzucił się w bok. Rozciąłby mnie był na dwoje, prawda, Tondor?
— Święta prawda! — zaręczył Tondor poważnie.
— I cóż dalej?
— Co dalej? — kończył Candeur. — Rozwścieklony tą niesprawiedliwością ze strony człowieka, któremu pomagam łapać jeńca, a zarazem nie chcąc otrzymać drugiego cięcia szablą, palnąłem mu prosto w piersi i koniec. Miałem zupełne prawo. No i okazało się, że o ile chybiłem Gawłowa, o tyle nie chybiłem Atanazego. Zwinął się na siodle i spadł jak snopek siana z wozu.
— Zupełnie, jak snopek — potwierdził Tondor. — Nawet nie krzyknął.
— Zeszliśmy z koni, gdyż nie było już mowy o ściganiu Gawłowa, który zyskał bardzo na czasie i zniknął wśród pól. Zbadaliśmy leżącego na drodze i przekonaliśmy się, że nie żyje.
— Nie żyje? Naprawdę nie żył już? — pytał natarczywie reporter.
— Jest to rzecz całkiem pewna! — potwierdził Candeur. — Badałem serce, przestało bić. Umarł na pewne. Czy mi to masz bardzo za złe, Rouletabille?
— Wszystko to jest rzeczywiście straszne! — rzekł reporter. — Wolałbym jednak, żebyś był zabił Gawłowa.
— Mój drogi, zrobiłem, com mógł..
— Tak, tak... — potwierdził Rouletabille, raczej zamyślony, jak zmartwiony. — Ale sądzę, że nie będziesz się tem chlubił?
— Oczywiście. Zamilczę, jeśli tak chcesz. Ale mnie osobiście nie przynosi to żadnej ujmy, jeśli zabiłem człowieka, który mnie chciał rozciąć szablą na dwoje. To jakiś drab, ten Kietew, to człowiek szalony!
Włodzimierz, który dotąd milczał, odezwał się nagle:
— Człowieka tego spotkał los zasłużony!
Zamilkli wszyscy i odtąd nie było już mowy o Atanazym Kietewie.
Rouletabille jechał w milczeniu, ale Włodzimierz zaczął sławić Konstantynopol, jako miejsce rozkoszy wszelakich. Malował stolicę barwami z tysiąca i jednej nocy.
— Czy jest tam jaka dobra piwiarnia? — spytał Candeur.
— Wyśmienita i to niejedna! W Konstantynopolu znajdziesz wszystko, czego dusza zapragnie.
— Ja chciałbym tylko dobry bifsztyk i bombeę piwa. To mi wystarczy zupełnie.
— Tak, ale trzeba mieć pieniądze na zapłacenie! — zauważył Rouletabille, który, w miarę zbliżania się do stolicy, coraz bardziej zaczynał się niepokoić, z powodu zupełnego braku środków pieniężnych.
— Mniejsza o pieniądze! — mruknął Candeur.
— Nie mniejsza, mój chłopcze, — zaprzeczył Rouletabille, — bo, zanim nam nadeśle „Epoka“, potrzebujemy zaraz pieniędzy. Przedewszystkiem, musimy wysłać depeszę.
— Nie trap się, mój drogi! odrzekł Candeur z lekceważeniem. — Mam przy sobie dwa tysiące franków!
— Masz dwa tysiące? — zdziwił się Rouletabille.
— Rozumiem! — powiedział Włodzimierz, znalazłeś je w kieszeni Kietewa.
— Mam obrzydzenie do ciebie, ty, najmłodszy ze Słowian, — powiedział Candeur i odwrócił się od Włodzimierza.
— Więc skądże wziąłeś pieniądze?
— Od pana Priskiego.
— Jakto? Wszakże odmówiłeś i to przy mnie.
— No, oczywiście, odmówiłem. Ale, na drugi dzień, spotkawszy pana Priskiego, powiedziałem mu: Proszę pana, ja, jak wiadomo, nie przyjmę tej sumy, jaką nam pan obiecał wypłacić, natomiast przyjmie ją chętnie Włodzimierz. Włóż pan w kopertę tysiąc franków, a ja mu je doręczę; a pan Priski, jako człowiek uczciwy i w dodatku mający zamiar wstąpić do klasztoru, powiedział: Słowo, rzecz święta! I dał mi tysiąc franków. Nosiłem to przy sobie i nie spieszyłem się z doręczeniem, gdyż wiem, że Włodzimierz jest utracyusz, a zresztą miał swoje tysiąc franków. Kiedy Włodzimierz przegrał pieniądze z Bułgarami i był smutny, wyjąłem kopertę z kieszeni i właśnie miałem mu ją podać, gdy zaczęła się ta awantura ze skradzionym koniem. Nie było czasu na nic innego. Włodzimierz wybiegł, a ja zostałem w stancyi. Wtedy krzyknął jeden z oficerów: Trzymasz pan bank? Żal mi się zrobiło przegranych pieniędzy, bo i na cóż pieniądze tym oberwańcom, więc siadłem i pociągnąłem raz i drugi. Wszyscy powrócili po waszym wyjeździe i gra się rozpoczęła. Poszczęściło mi się i tym tysiącem Włodzimierza, odegrałem sobie tamten tysiąc.
— Wiwat, Candeur! — zawołał Włodzimierz.
— Teraz rozumiem twe opóźnienie! — zawołał Rouletabille, również bardzo ucieszony postępkiem przyjaciela.
W ambasadzie francuskiej było przyjęcie. Zgromadzili się tutaj tylko ludzie zaufani, rozmawiano też otwarcie o najświeższych wydarzeniach, a zwłaszcza o ostatniej klęsce tureckiej pod Burgas.
Rouletabille, który od kilku dni bawił w stolicy, zdołał się wydobyć stąd i był obecny na polu walki. Opowiadał ciekawe szczegóły czterodniowej, zaciekłej walki, a wszyscy przysłuchiwali się z wielkiem zainteresowaniem... Rouletabille opisywał, co się działo z głównodowodzącym armią turecką, Abdulach paszą. Zamknięty został w małym domku, w Sakiskei, gdzie się mieściła główna kwatera. Tam to znalazł go Rouletabille po wielu przejściach. Generał ginął dosłownie z głodu. Oficerowie wygrzebywać musieli korzonki z ziemi i żywili się zupą gotowaną z nich, z dodatkiem odrobiny mąki, jaka im pozostała jeszcze. To było całem pożywieniem komendanta ogromnej armii.
Rouletabille dał generałowi kilka puszek konserw i żywił go swymi zapasami przez kilka dni.
— Tak, ale zato byłeś pan na samym froncie, miałeś wiadomości z pierwszej ręki.
— Ani mowy, nie miałem żadnych wiadomości! — odparł. — Ten biedny generał dowiadywał się zawsze o wszystkiem na samym ostatku. Nie posiadał ani telegrafu, ani telefonu, ani aeroplanów... nic! Drogi były tak złe, że nie mógł nawet wysyłać sztafet. To ja, po przezwyciężeniu strasznych trudności, przyniosłem mu wiadomość o klęsce jego wojsk pod Turkbey.
— A więc, jest to ruina państwa!
— Ruina? Nie przesadzajmy, proszę państwa. Należy umocnić teraz linię obronną Czataldży. Wszystko może się jeszcze odwrócić!
— W każdym razie stoimy wobec blizkiej rewolucyi, — zawołał ktoś z obecnych.
— Krążą wieści, że Abdul Hamid wstąpi ponownie na tron! — powiedział inny.
Zbliżył się ambasador.
— Winszuję panu! — rzekł uprzejmie. — Właśnie otrzymałem telegram, gdzie jest wzmianka o pańskich, nader ciekawych, sprawozdaniach wojennych.
Rouletabille poczerwienial z uciechy.
W tej chwili wszedł do salonu Candeur, zaplątał się w dywan, nastąpił na suknię ambasadorowej, wziął ją za rękę i całował, jak to czynić zwykł był Rouletabille. Aby nie upaść, ręką trzymał się rękawa, któregoś z gości. Potem stanął ogłupiały i patrzył. Spostrzegłszy Rouletabilla, przystąpił doń czerwony, jak ćwik i powiedział.
podając mu pakiet: Tondor wrócił....
— Doprawdy? — odezwał się reporter. — Państwo wybaczą, — oświadczył najbliżej stojącym, — wieści z Paryża...
Naprzód otwarł list od dyrektora „Epoki“, czytał i z trudem jeno mógł utaić radość, wobec powinszowań, jakie zawierał. „Epoka“ zarobiła tylko na tej całej awanturze z Markiem Wołochem, albowiem czytelnicy „Nouvelle Presse“ przerzucili się tłumnie do „Epoki“, dla czytania dalszej seryi, zaczętych tam artykułów i korespondencyi. Znano też już fakta odnośne do rzekomego zdobycia Kirkilissy. Dyrektor kończył: „Pisz pan więc, drogi Rouletabille i nie puszczaj w dalszym ciągu żadnych kaczek. Zostawmy to indywiduom, w guście Marka Wołocha“.
— Cóż słychać w Paryżu? — pytano reportera.
— W Paryżu, — odparł, — opowiadają sobie, że Bułgarzy będą tu za tydzień i że odprawią nabożeństwo u Świętej Zofii.
— To sprawka Młodoturków! — powiedział ktoś.
— Proszę państwa! — ozwał się pewien oficer marynarki. — Czy wiecie, że oczekujemy powrotu Abdul Hamida? Otrzymaliśmy na pokładzie „Leona Gambety“ radyogram, że ex-sułtan wraz z haremem znajduje się w Salonikach na pokładzie okrętu „Loreley,“ a okręt ten ma lada chwilę podnieść kotwicę, z przeznaczeniem jazdy do stolicy.
Rouletabille wziął na bok Candeura:
— Czy Włodzimierz jest na swojem stanowisku?
— Tak, widziałem go. Niema nic nowego!
Jeden z dziennikarzy zauważył:
— Rząd uczynił dobrze. Zrazu nie chciano cierpieć Abdul Hamida w stolicy, ale nadeszło zawiadomienie, że w Salonikach istnieje sprzysiężenie na jego rzecz. Natychmiast kazano go dostawić tutaj.
— Czy przyaresztowano spiskowców?
— Bagatela. Będziemy mieli dla rozrywki małe przedstawienie z katem w głównej roli! — powiedział młody, jeszcze gołowąsy dyplomata.
— Okropne rzeczy! — odparła ambasadorowa.
Candeur pobladł i patrzył na Rouletabilla, który zachowywał się, jakby go to wszystko wcale nie obchodziło.
Ale oficer odezwał się znowu:
— Niech się pani uspokoi. Tym razem nie będziemy nic takiego mieli. Rząd otrzymał wprawdzie wiadomości i znalazł dowody spisku, ale sami spiskowcy znikli gdzieś, jakby się zapadli pod ziemię...
— Czyś pan pewny?
— Najzupełniej. Jednocześnie z zawiadomieniem rządu musieli zostać i oni zawiadomieni, gdyż zdołali, jak wiadomo, uciec do Trebizondy i odjechać stamtąd statkiem do Odessy.
Candeur odsapnął głośno, a Rouletabille uśmiechnął się nieznacznie.
— Całem nieszczęściem Abdul Hamida jest, że nie wie, co się dzieje, że może przyjdzie stracić stolicę i Ildis-Kiosk. Inaczej, zapewne odniechciałoby mu się tronu!
— A co się stanie ze skarbcem?
— Ach tak... z tym słynnym, bajecznym skarbcem! — zawołali wszyscy chórem.
— Czyż on istnieje naprawdę? — spytała ambasadorowa.
— Istnieje niewątpliwie! — zapewnił pewien młody dragoman. — Nietylko, że sam w to wierzę, ale jeszcze mnóstwo osób, między innemi sam dzisiejszy rząd, który nie szczędził zabiegów, by skarbiec ten odkryć.
— Niepodobieństwo! — zawołała ambasadorowa.
— I znaleźli co? — spytał Rouletabille, którego ten temat zainteresował nagle.
— Dowiedziano się, przy pomocy szpiegowania pewnej damy tureckiej, blisko Abdul Hamida ongiś stojącej, dawnej Kadiny Ildis Kirku....
— Założę się,— zawołał młody attaché, że mowa o Kanende Hanum!
— Tak jest! Kanende Hanum jest ową damą. To niesłychana kobieta. Dokazała tej wielkiej sztuki, że postarzała się, zachowując dalej sympatyę i zaufanie Abdul Hamida. Otóż Kanende Hanum pewną jest, że skarbiec istnieje!
— Czy widziała go?
— Nie, nie widziała!
— To bajki!
— Ale widziała kilkanaście razy, jak ex-sułtan udawał się do skarbca i wówczas przechodził zawsze chodnikiem Durdane. Wracał także tamtędy.
— I szukano w tem miejscu?
— Szukano, nie znalazłszy jednak nic.
— Tak! Mówił mi to Zeki bey, sekretarz ministeryum spraw wewnętrznych. On jest przekonany, że wszystko polega na bajce!
— Gdzie się kończy ten chodnik? — spytał sekretarz ambasady.
— Tuż koło domu, ukrytego pośród wielkiej cieplarni. Przewrócono go do góry nogami i nic nie odkryto.
— Mnie zaś — oświadczył oficer marynarki, — mówiono co innego. Pewnego dnia jeździłem kajakiem po Bosforze i nagle w pobliżu ruin Czeraganu ujrzałem rodzaj pomostu pływającego na wodzie. Na tym pontonie była budka gdzie mieściły się przyrządy nurków, t. zw. skafandry. Ponieważ ponton ten stał tuż pod ogrodami sułtańskimi, powiedziałem żartem do Mahomeda Machmuda effendiego, z którym robiłem tę małą wycieczkę. — A może oni szukają skarbca pod wodą? — Machmud effendi kazał bliżej podjechać by się przyjrzeć skafandrom i budce, gdy nagle zbliżył się do naszego kajaku bacik rządowy z komisarzem policyi, który nas prosił byśmy się oddalili z tego miejsca.
— To jest ciekawe! — zawołał ktoś z obecnych!
— A może Kanende Hanum ma racyę? — dodał ktoś drugi.
— Chciałbym widzieć tych nurków, a nawet chętnie spuściłbym się na dno! — rzekł Rouletabille.
— Czy po skarby?
— Nie, nie po skarby, ale po to, by widzieć co tam jest na dnie. Muszą tam leżeć skarby pamiątek i dokumentów. Pomyślcie państwo, ile ludów przeszło przez Bosfor w ciągu lat niezmiernie długich. Tam musi być prawdziwe...
— Śmietnisko! — wtrącił swe trzy grosze Candeur.
— A zarazem złoże skarbów dla uczonego, dokończył reporter dla badacza i wogóle kulturalnego człowieka!
— To grób straszny, zbiorowisko szkieletów! — powiedział ktoś. — Pomyślcie państwo, ilu to ludzi wrzucono do Bosforu, z kamieniem, przywiązanym do nóg, w worku skórzanym. Otóż worki pogniły, a te trupy, raczej szkielety, tkwią w mule dna i chwieją się wraz z prądem w te i ową stronę. To musi być coś przerażającego!
— Skafander dzisiejszy — objaśniał ktoś, to nie dawny niezdarny przyrząd. Nurek może się zupełnie swobodnie poruszać i nie jest połączony rurą z powierzchnią wody. Na plecach ma magazyn ze zgęszczonem powietrzem, które wystarcza na kilka nawet godzin.
— To coś wspaniałego! — zachwycał się Rouletabille.
Nagle rozległo się ze wszystkich stron:
— Kermorek! Kermorek!.. skądże pan tutaj. Sądziliśmy, że pan stale w Salonikach.
— Dopiero co przybyłem... a to jak... razem z Abdul Hamidem, ale o tem jeszcze ni słowa!
— Abdul Hamid w Konstantynopolu? — krzyknął nagle ze zdziwieniem Rouletabille. — Ach, wybaczcie państwo łaskawi! Ale obowiązki reporterskie tego wymagają... moje uszanowanie... muszę pchnąć depeszę...
W minutę potem biegli obaj z Candeurem w kierunku wielkiego mostu; minęli go. Zostawiwszy za sobą Złoty róg, zagłębili się w labirynt ulic Stambułu. Ale co chwila musieli teraz przystawać. Natłok emigrantów był taki, że komunikacya została zatamowaną. Wózki ciągnione przez woły, pełne sprzętów domowych i pierzyn, wśród których widniały kobiety i dzieci, szły całemi karawanami. Nieboracy, uciekający z spalonych i zdewastowanych wsi, spadli, jak szarańcza, chmurą, na stolicę. Nocowali pod gołem niebem, po ulicach.
placach, w meczetach, zalali całe dzielnice wzniecając zamieszanie i budząc panikę. Rouletabille i Candeur dostali się jednak jakoś do Serai, niedaleko linii kolejowej, gdzie ich oczekiwał Tondor.
— Gdzie Włodzimierz? — spytał Rouletabille.
— Odjechał kajakiem, gdy tylko sygnalizowano „Loreley“ w porcie. Naznaczył punkt zborny a przystani Dolma Bagdże.
Rzucił okiem wokoło, widocznie zadowolony.
Właśnie zapalano światła na stacyi kolejowej, na morzu migotały liczne latarki kajaków, krążących od brzegu azyatyckiego do europejskiego i z powrotem.
Rouletabille był zamyślony, nie miał czasu cieszyć się długo widokiem nowego życia na Bosforze. Zabrał Tondora i wszyscy trzej poszli w stronę Galaty. Wstępując w górę Pary, nie zwracał uwagi na muzykę, pełne kawiarnie, oświetlone teatry i cały ruch uliczny stolicy państwa, które otrzymało niebezpieczną ranę, od której mogło zginąć. Myślał tylko o jednem: czy Iwana wpadła już w szpony Abdul Hamida. Wydawało mu się, że dość wcześnie doniósł o spisku i miał nadzieję, że Abdul Hamid opuścił Saloniki przed spotkaniem się z Kasbekiem i Iwaną.
Candeur chciał koniecznie wstąpić do piwiarni, ale Rouletabille zmusił go do pospiechu i niebawem znaleźli się w Dolma Bagdże. U samego wstępu do portu usłyszeli wołanie. Był to Włodzimierz. siedzący w kajaku.
— No, i cóż? — spytał reporter wskakując do kajaku.
Włodzimierz wskazał czarną sylwetę wielkiego okrętu na kotwicy.
— To „Loreley,“ — powiedział..
— I cóż? Mów prędko!
— Widziałem go...
— Widziałeś Kasbeka? — zapytał popędliwie.
— Tak, wysiadł z „Loreley“.
— Sam?
— Sam!
— Boże Wielki — zawołał Rouletabille, chwytając się za głowę.
Była to dla niego katastrofa... a cóż dopiero dla Iwany. Nie mógł wymówić ni słowa, rozpłakał się tylko. Nie ulegało teraz żadnej wątpliwości, Kasbek zdążył na czas, oddał Abdul Hamidowi Iwanę i uczyniwszy ten prezent ex-sułtanowi, wysiadł sam z okrętu.
Towarzysze otoczyli Rouletabilla i milczeli. Nareszcie reporter podniósł głowę i spytał:
— Gdzie jest Kasbek?
Włodzimierz ponownie wskazał „Loreley“.
— Jakto? — spytał reporter. — Przecież mówiłeś, że wysiadł?
— Pojechał na ląd, a potem wrócił.
— Czy cię spostrzegł?
— Nie!
— Dowiedziałeś się czego?
— Tyle tylko, ile wszyscy wiedzą, to jest, że za parę godzin wysadzą Abdul Hamida i jego świtę na ląd, by go zamknąć w pałacu Belerbeya, po stronie azyatyckiej. Wiem też, że Abdul Hamid ma ze sobą jedenaście kobiet.
— To prawda, to prawda! Miał tylko dziesięć, jedenastą znamy wszyscy.
— Jedenaście kobiet, dwóch eunuchów i najmłodszego swego potomka, noworodka.
— Koniecznie muszę się zobaczyć z Kasbekiem! — wykrzyknął Rouletabille z energią.
— Przed kwadransem mogłeś go pan spotkać na tym oto debarkaderze.
— Cóż robił na Perze?
— Szedłeś może za nim?
— Oczywiście. Zwrócił się bez namysłu ku placowi Top Hane. Po drodze zatrzymał się w małym domku, obwarowanym, jak forteca, otoczonym potężnym murem i zabawił tam najwyżej przez pięć minut. Potem zawrócił, przywołał kajak i odjechał zaraz na „Loreley“.
— Czy trafisz do tego domu?
— Oczywiście. Dom ten zresztą zamieszkuje bardzo wpływowa i znana osobistość, dowiadywałem się..
— Kto taki?
— Kanende Hanum.
— Ach, tak! Dziękuję ci, drogi Włodzimierzu! — zawołał Rouletabille, ściskając jego dłoń. Może jeszcze nie wszystko stracone! W każdym razie musimy tak postępować, jakgdyby istniała jeszcze możliwość ratunku. Potem... jakikolwiek byłby stan rzeczy, musimy wydostać biedaczkę z tego, przeklętego miejsca! Wszak prawda, przyjaciele? Czy chcecie wraz ze mną uczynić ostatni wysiłek?
— Rouletabille, — odpowiedzieli mu chórem. — Jesteśmy ci oddani z duszą i ciałem! Wyzwolimy ją, wyzwolimy! Może jeszcze tej nocy nie będzie za późno! Musi się nam udać tej nocy!
— Przypuszczam, tej nocy nie przepędzisz znowu w Ildis-Kiosku? — protestował Candeur.
— To ostatnia noc, Candeur.. przysięgam ci, że nam się powiedzie tej nocy!
Candeur zaprzeczył ruchem głowy.
— Sam wiesz, żeśmy wszystko przetrząsnęli, wszystko zbadali... wszystko. I na cóż jeszcze szukać dalej. Tyle jest skarbów w Ildis-Kiosku, co w mojej kieszeni, słowo ci daję! Jeśli zresztą chcesz, to raczej spróbujmy szczęścia na samym „Loreley,“ albo, ostatecznie, w pałacu Berberleya paszy.
— To absurd, Candeur! Nie brak wojska w otoczeniu Abdul Hamida, strzegą go i jego haremu, jak oka w głowie. Uprowadzać kobietę, w chwili lądowania? Głupstwo, zatrzymałyby nas natychmiast te kajaki, których pełno na wodzie! Szaleństwo! Wracajmy do Ildis-Kiosku. Powiadam ci, że mi się powiedzie tej nocy! Gdy będę miał w ręku skarby Abdul Hamida, odda mi bez wahania Iwanę!
Włodzimierz potrząsnął głową.
— Jestem tego samego zdania, co Candeur.
Reporter, stanąwszy na stałym lądzie wraz z Candeurem, polecił Włodzimierzowi nie wysiadać z kajaku, ale udać się pod dom Kanende Hanum.
— Przypuszczam, że Kasbek wróci tam jeszcze, lepiej zaś czekać go tam, niż w porcie, gdyż nie wiadomo, w którem miejscu wysiądzie. Pilnuj go, Włodzimierzu! Nie spuszczaj z oczu!
Powiedziawszy to, pociągnął Candeura za sobą, w labirynt uliczek, wijących się w górę, w kierunku Ildis-Kiosku. Candeur szedł posłuszny, ale naraz zdziwił się bardzo, bo Rouletabille skręcił nagle w prawo i zawrócił ku wybrzeżu, tuż, obok ruin Czeraganu. Zaułek ten był teraz pusty i ciemny.
Znaleźli się niebawem, tuż, nad wodą. Candeur zapytał przyjaciela, co ma dalej czynić, ale nagle zobaczył, że Rouletabille ciągnie za łańcuch jedno z czółen, stojących tu na kotwicy. Gdy stuknęło o brzeg, reporter kazał wsiąść Candeurowi, odczepił łańcuch z haka, wziął wiosło i pchnął silnem uderzeniem łódź na morze.
Po cichu przemknęli koło ruin i ogrodów Ildis-Kiosku i trzymając się brzegu, sunęli ku Orta Keui.
Nie dojeżdżając do stacyi parowców, zatrzymali się. Ukryci w oparze, podnoszącym się z wody, zataili się pod łukami jakiejś starej budowli, schodzącymi aż ku wodzie.
Bosfor, o tej godzinie, był czarny i pusty. Zdala tylko świeciły oczy latarń okrętowych, nieruchome teraz, jak gwiazdy na niebie. Cisza panowała zupełna, czasem tylko powiał silniejszy prąd wiatru, idący od Morza Czarnego.
Rouletabille wpatrzył się w jeden punkt, a gdy Candeur poszedł za jego spojrzeniem, zobaczył rodzaj pomostu, pływającego po wodzie, uczepionego do łańcuchów, które zgrzytały z cicha. Minął tak dobry kwadrans.
— Nie słyszałeś nic? — spytał reporter pochylając się do ucha Candeura.
Candeur zaprzeczył ruchem głowy.
Rouletabille wziął wiosła i podpłynął bliżej pomostu zachowując wszelką ostrożność: Ale pomost zdawał się opuszczony i bezpieczny.
Przybyli, wydostali się na pomost, i poczęli iść na czworakach. Po chwili znaleźli się pod czemś, w rodzaju budki. Miała okno, które było na pół otwarte.
Księżyc wypłynął w tej chwili z chmur — a obaj wędrownicy instynktownie położyli się na brzuchach. Rouletabille, gdy tylko księżyc zatonął napowrót za chmurą, podszedł do okienka i spojrzał do środka.
W tejże chwili cofnął się, padł na ręce Candeura i wydał głuche westchnienie. Candeur spojrzał także.
— O! — szepnął cicho... — Gawłow!
— To on, prawda?
— Nie ulega wątpliwości!
Rouletabillowi błysła w myśli rozmowa, między Kasbekiem a Gawłowem,[4] kiedy to Kasbek przymawiał Gawłowowi, że także poszukuje skarbów sułtańskich od strony ruin Czeraganu. Teraz mieli przed sobą dowód prawdy.
Na czworakach obeszli obaj budkę i ukryli się w cieniu, rzuconym przez wybrzeże.
Po chwili drzwi budki otwarły się i ukazał się człowiek, w ubraniu nurka, czyli skafandra. Wyglądał potwornie, a ciężkie, ołowiem obciążone obuwie, wlókł z trudem po deskach pomostu. Zwolna zbliżył się do drabinki, zanurzonej w wodzie i zaczął zstępywać na dół. U pasa wisiał mu rodzaj motyki, o długim trzonku. Zanurzał się miarowo, niedługo wszedł w wodę po pas, potem zakołysała się ogromna bania miedziana, okrywająca głowę, wreszcie znikło wszystko....
Rouletabille zaczekał, aż woda się uspokoi i morze odzyska nieruchomość, potem zbliżył się do drabinki i przyłożył ucho do jednej z poręczy. Czekał tak z pięć minut.
— Możnaby go było ubić! — szepnął Candeur. — Sposobność doskonała!
— Byłby narobił hałasu, a nam potrzebna cisza zupełna! — odparł reporter, odwiązując szybko sznur, którym drabinka była przywiązana do pomostu. Gdy była już wolna, obaj, z Candeurem, wyciągnęli ją do połowy z wody, położyli na fali i puścili wolno. Spłynęła zaraz z prądem.
— Racya! To lepszy sposób! — Powiedział Candeur. — Nieprzyjemnie mu się zrobi, gdy, chcąc wyjść, nie znajdzie drabinki! Już o nim nikt nie posłyszy, jak się to przydarzyło wielu osobom w Bosforze!
— A teraz żwawo do roboty! — rozkazał Rouletabille.
Weszli do środka i znaleźli mnóstwo przyborów nurkarskich, które znali obaj dobrze, bo przezorny Rouletabille zwiedził wraz z oficerem marynarki z ambasady oddział nurków okrętu „Józef Gambeta“..
Szybko tedy zbadał reporter, ile jest aparatów ze zgęszczonem powietrzem i zarezerwował po dwa dla siebie i Candeura oraz po dwie pary ołowianych podeszew. Wręczył mu to, sam wziął dwa ubrania gumowe, dwa hełmy miedziane i dwie motyki, nie zapominając o lampkach elektrycznych i innych przyborach potrzebnych.
— Cóż z tem zrobisz? — zapytał Candeur.
— Cicho bądź! Nieś to do łodzi!
— Czy chcesz, bym właził w wodę? Ani mi się śni!
— Cicho bądź!
— Przysięgam, że wolę kulę w łeb, a nie będę lazł w wodę! — protestował rozpacznie.
— Stul pysk! Zdradzisz mnie!
Candeur szedł, jak skazaniec.
Podpłynęli ze swoim dziwnym balastem pod ogrody Ildis Kiosku, wyszli z łodzi i dostali się pod mur. Pomagając sobie wzajem, przenieśli przybory przez mur, a także sami przeskoczyli na drugą stronę. Pewność ruchów i szybkość, wskazywały, że nie pierwszy raz znajdują się w tem miejscu.
Idąc przez ogrody, w dobrze sobie znanym kierunku, nie ryzykowali żadnego spotkania. Pałac był w tej części opuszczony, nie zastanawiali się też teraz nad jego rolą historyczną.
Pałac i ogrody Ildis-Kiosku leżą na szczycie i stokach wzgórzy Bekszichtach, i Orta-Keui. Przestrzeń nim objęta jest ogromna. Tutaj to spędził, więzień z własnej woli, Abdul Hamid, trzydzieści dwa lata swego życia, w otoczeniu całego wojska dworaków, szpiegów i pasożytów. Z Ildis-Kiosku wychodziły co dnia wyroki śmierci lub wygnania, tutaj zostały zorganizowane słynne, masowe mordy Ormian, tutaj też dnia 26. kwietnia 1908. roku podpisał Abdul Hamid swą abdykacyę, opłakując, jak dziecko, swe skarby, których jednak nie znaleziono dotąd i których poszukują ciągle...
Po przekroczeniu bardzo wysokiego muru ogrodów wewnętrznych, z wprawą, świadczącą o ćwiczeniu. Rouletabile i Candeur stanęli nad „sztuczną rzeką,“ której budowa pochłonęła sumy straszne, a po której Abdul Hamid lubił przejeżdżać się łodzią motorową w towarzystwie faworytek swoich.
Dużo mogła opowiedzieć ta rzeka, wyśpiewać niezliczone opowieści tragiczne, ale reporterzy nie przybyli tu dla wskrzeszania pamięci zmarłych, ale dla ratowania osoby żywej, celem poszukiwania dla niej okupu i posagu.
Niedaleko „sztucznej rzeki,“ widniał kompleks budynków, połączonych tajemnym niegdyś podziemnym chodnikiem pałacu. Były tam dwa kioski, połączone z sobą kurytarzem, zwanym „chodnikiem Durdané“.
Abdul Hamid lubiał przebywać w jednym z nich, położonym dość wysoko, tak, że mógł z górnej terasy tego domu, przy pomocy lunet, skomplikowanej konstrukcyi i teleskopów, bardzo szczegółowo widzieć, co się dzieje w Stambule, obserwować, co robią na ulicach i w kawiarniach oficerowie. Drugi budynek zamieniony był w cieplarnię.
Reporterzy dostali się przez piękny portyk do opuszczonego teraz budynku pierwszego i weszli w „chodnik Durdané,“ kierując się omackiem ku cieplarni. Tutaj było jaśniej, bo poświata księżyca, ukrytego za chmurami, wpadała przez wielkie okna w dachu i okna boczne, ogromnych rozmiarów.
Rouletabille pociągnął Candeura w głąb, aż ku olbrzymiemu basenowi, pełnemu wody, po której pływały lilie wodne.
— Dajże spokój! Proszę cię! — błagał Candeur. — Przecież zbadaliśmy wszystko już, opukaliśmy każde drzewo, zwiedzili wszystkie kąty. Wszystko znamy na pamięć.
— Jednego jeszcze nie znamy! — powiedział Rouletabille.
— Czegóż-to?
Reporter wskazał na wodę basenu.
— Jestem pewny, że droga do skarbca idzie przez tę wodę. Tutaj kończy się „chodnik Durdane,“ a zaczyna skarbiec sułtana.
— Rozumiem! Racya! — powiedział Candeur.
— Prędko więc! Ubierajmy się!
— Jakto? Mamy włazić do tej wody?
— Naturalnie! Na cóż bym dźwigał te przybory.
— Sądzisz, że Abdul Hamid zawsze dawał nurka, by zobaczyć swe skarby?
— Idyoto!
— Dziękuję!
— Oczywiście istniał, a może istnieje jakiś sekretny sposób opróżniania tego basenu. Ale sposobu tego nie znam. Jestem tylko pewny, że na dnie znajdują się drzwi, prowadzące do skarbca. Pamiętaj, ze Kanende Hanum wspominała, że sułtan może, gdy zechce, zatopić swe skarby, w jednej chwili! Więc prędko! ubieraj się!
— Nie chcę! Za nic!
— Dobrze, pójdę sam!
— Nie chcę! Za nic!
— Więc cóż?
— Dawaj-że już ten skafander
Zaczęli się ubierać pospiesznie.
— A gdy znajdziesz drzwi? — zapytał Candeur, przymocowując na plecach przyjaciela rezerwoar, ze zgęszczonem powietrzem.
— Będę się starał otworzyć je.
— Nie będzie to łatwe.
— Nie wiem, chcę naprzód znaleźć drzwi. „Sztuczna rzeka,“ system basenu i przejście od strony Bosforu, wszystko to musiało być zbudowane jednocześnie. Jeśli zatopił skarby, bądź-to wodą sztucznej rzeki, bądź wodą Bosforu, to przypuszczam, że drzwi nie zostały zamknięte. Architektonicznie, jest to dzieło wspaniałe i godne podziwu, a opowiadano sobie po cichu, że wszystkim architektom i robotnikom, którzy budowali te rzeczy, przytrafiło się coś złego. Także przedsiębiorcy, wraz z rodzinami, zostali bądź-to oskarżeni o różne zbrodnie i powieszeni jawnie, bądź-też znikli po cichu ze świata.
— Psia-krew! — krzyknął nagle Candeur.
— Cóż ci to?
— Mam za dużą głowę!
— Co?
— Nie włazi do hełmu!
Rzeczywiście, głowa Candeura nie mogła przesunąć się przez otwór dolny hełmu.
— Pójdę więc sam! — oświadczył Rouletabille.
Candeur płakał, błagał, żebrał, klął, wyłamywał palce ze stawów, ale nic nie pomogło. Musiał skończyć wyekwipowanie Rouletabilla który się już na dobre niecierpliwił.
Nakoniec spróbował rezerwoaru z powietrzem. Oddychał doskonale. Spróbował latarki i był już gotów zupełnie.
Popychany przez Candeura, który mdlał ze strachu, posuwał się na ołowianych podeszwach ku wodzie, nareszcie wstąpił w nią, szukając noga schodów.
— Wracaj prędko! Uważaj na siebie! — powiedział Candeur, jakgdyby przyjaciel mógł go dosłyszeć.
Rouletabille znalazł wreszcie schody w jednem miejscu obwodu basenu. Schody prowadziły bystro w głąb. Opierając się na swej motyce, zaczął zstępywać powoli w dół.
Candeur widział przez chwilę jeszcze jego hełm na wodzie, potem pod wodą, potem zamajaczyło coś, rozbłysło światło latarki, zaczęło blednąć, znikło, i na toni zostały tylko koła drgające, niespokojne. Wreszcie uspokoiła się zwolna powierzchnia, wygładziła się szyba wody, znikł ślad wszelki, Candeur został sam.
Rzucił się na kolana i zaczął cicho płakać.
Rouletabille poczuł niebawem pod nogami dno. Ołowiane jego podeszwy sunęły po podłożu równem. i trwałem. Ruchy jego stały się teraz prawie zupełnie swobodne.
Nie potrzebował nawet latarki. Woda wokół niego posiadała szklisto-mleczny odblask, tak, że mógł widzieć o kilka kroków przed sobą.
Naraz krzyknął, aż zahuczało w hełmie miedzianym. Wprost przed sobą zobaczył otwór kurytarza, w murze okrężnym basenu.
Kurytarz ten oczywiście musiał prowadzić do właściwego skarbca i być zamykany szczelnie drzwiami, które teraz stały otworem. Osadzone były na osi pionowej i obracały się wkoło. Teraz stały zwrócone półobrotem do Rouletabilla. Mógł wejść stroną prawą, albo lewą. Obszedł je w koło i zbadał ich obrót, nie mógł jednak dostrzedz mechanizmu, którym się dają poruszać z zewnątrz.
Przyszedł do przekonania, że sułtan otwarł je w ostatnim momencie i nie miał czasu wprawić w ruch mechanizmu po raz drugi, tak, że zostały otwarte po zatopieniu skarbca. Gdyby je Abdul Hamid był zamknął, byłyby się tak przypasowały do muru, że wszelkie poszukiwania musiałyby prawdopodobnie, wobec nieznajomości mechanizmu zewnętrznego spełznąć na niczem.
Utwierdził się w tem, obejrzawszy drzwi, które były po jednej stronie pokryte płytą bronzową, po drugiej zaś, skierowanej normalnie ku wodzie, płytami marmuru, zupełnie identycznemi z płytami ścian basenu.
Uszczęśliwiony pomyślnym zbiegiem okoliczności i pewny, że znalazł skarbiec, zagłębił się w kurytarz.
Woda ustępowała lekko pod parciem jego ciała, podpierał się motyką, oddychał swobodnie, był szczęśliwy.
Obliczył, że rezerwoar wystarczy mu na dwie godziny, co było aż nadto, przeto nie zachodziło żadne niebezpieczeństwo, a jeśli serce jego biło żywo, to tylko z radości wewnętrznej.
Nagle stanął. Znikły ściany kurytarza. W około siebie widział tylko mleczną połyskliwą wodę... Zdumiał się i przeraził potrochu.
Ale postąpił naprzód, uczynił kilka kroków, przystanął... i poszedł dalej...
W okół była tylko woda i nic pozatem.
Nagle umysł jego pracujący żywo, znalazł przyczynę.
Poprostu kurytarz prowadził do obszernej sali, której ścian nie mógł dostrzedz.
Zboczył tedy na lewo, pod kątem prostym, od kierunku dotychczasowego.
Zrobił dziesięć kroków, zrobił dwadzieścia... i nie natrafił na nic. Sala ta musiała być ogromną.
Nakoniec światło latarki odbiło się zlekka na połyskliwej, marmurowej ścianie. Zbliżył się do muru i dojrzał spojenia tafli. Zrobione były z prześlicznego, zielonego marmuru, podobnego do materyału kolumn bazyliki Św. Zofii. Może zostały wyłamane ze świątyni słońca w Heliopolis? Ich bogactwo jednak było dobrem świadectwem, przeto reporter ruszył wzdłuż muru, dotykając go ręką, próbując motyczką, badając szczegółowo spojenia, dla odkrycia, czy któraś z płyt nie stanowi drzwi do skarbca właściwego. Ale płyty szły jedna po drugiej miarowo, bez śladu różnic + nie ustępowały pod uderzeniem motyki.
Zaczął tracić otuchę. Objął go strach na myśl, co będzie, jeśli wróci z pustymi rękami.
Szedł dalej, aż nagle ujrzał przed sobą czarny otwór kurytarza, który zdawał się nęcić go do wejścia.
Ale postanowił zbadać dokładnie tę salę, minął więc kurytarz, odnalazł dalszy ciąg ściany i nagle stanął...
W jednem miejscu, ściana załamywała się pod kątem.
Przez długą chwilę badał ten kąt, potem ruszył przed siebie, dotykając muru, który był ciągle taki sam.
Rouletabille zaczął drżeć z rozdrażnienia. Ta sala była zupełnie pusta. Przebywszy tyle trudów, musiał więc wracać z niczem.
Przez chwilę miał nadzieję, że pospieszna ucieczka zostawi tu jakiś ślad, że znajdzie porzucony kuferek, czy worek, rozsypane złoto, słowem, coś, co go naprowadzi na właściwe tory.
Ale nie znalazł nic, prócz ścian i zielonego marmuru.
Czyż to zresztą była sala skarbów?
Czy nie było drugiej na końcu kurytarza, który minął?
Rouletabille czuł, że krew mu pulsuje w skroniach gwałtownie.
Ale szedł dalej odważnie.
Nagle spostrzegł drugi kurytarz. Poszedł jednak dalej nie wchodząc weń. Sam nie wiedział, dlaczego to czyni.
Szedł i szedł, a w głowie zaczęło mu się coraz bardziej mącić...
W tem stanął i przysłonił ręką oczy, czyli szyby, przez które patrzył.
Z głębi czarnego otworu, nowego kurytarza, coś błysło.
Poruszył latarką.
Snop iskier różnobarwnych rzucił się ku niemu przez ciemność.
Rozbłysła gama barw niewypowiedzianych, zapaliły się tysięczne ognie od blasku jego latarki.
Oszalały z radości Rouletabille, wszedł w kurytarz. U wnijścia dostrzegł takie same jak poprzednio drzwi, na pionowej osi.
Były otwarte i mógł spojrzeć w głąb, jakoby niezmierzonej wielkości kufra pełnego skarbów z bajki.
Porzucił swą motyczkę i zanurzył obie ręce w górę drogich kamieni, klejnotów, naszyjników, dyademów. Ruszał je, przesypywał, opuszczał na ziemię, porwał motyczkę i kopał w tej przedziwnej ziemi, a z pod żelaza wylatywały świetlne fontanny na wszystkie strony.
W hełmie swoim szalał, płakał, śmiał się, dławił się i powtarzał ustawicznie:
— Iwana! Iwana!
Nagle uczuł, że nogi się pod nim chwieją. — Zbytek wrażeń, — pomyślał, — i chciał się oprzeć o mur, aby nie upaść. Ale musiał postąpić kilka kroków, aż do ściany.
I znów olśniło go światło.
Spostrzegł nowy otwór kurytarza, a z głębi buchnęły doń blaski skarbów.
Widocznie, w pośpiechu nie zdołano pozamykać wszystkich drzwi poszczególnych komór skarbca, zbiegających się w tej centralnej sali.
Rouletabille ujrzał w wyobraźni scenę tej chwili, gdy Abdul Hamid czując, że nadchodzi ostatnia godzina jego władzy, a może i ostatnia godzina życia, chciał zobaczyć jeszcze po raz ostatni te skarby nieprzebrane, które gromadził przez lat tyle. Udał się tedy kurytarzem Durdanè i basenem cieplarni, do skarbca. Otwarł drzwi bronzowe... Radował czas jakiś oczy swoje i sycił się widokiem tej baśni nieprawdopodobnej, aż nagle, pędzony strachem, a może ostrzeżony przez jakiś przyrząd skomplikowany, czy alarm elektryczny... uciekł.
Wydostał się na czas jeszcze, aby zatopić skarbiec i wszystkie te miliardy, krwawo okupione, za które mógł kupić sumienia setek tysięcy, którymi mógł zasypać wszystkie zbrodnie, za które mógł może odkupić sobie państwo.
Ale drzwi komór zostały otwarte.
Dla Rouletabilla zaś wszystko to razem przedstawiało się tylko, jako:
— Wykup Iwany i jej posag!
Powtarzał te słowa, oparty o mur, w zapamiętaniu niesłychanem.
Nagle uczynił ruch nieostrożny i upuścił motyczkę, na której był wsparty.
Obrócił się szybko, by ją podnieść...
I naraz lampka jego uderzyła o płytę drzwi komory.
Cała gama zgasła, skarby zniknęły jak duch, a Rouletabille został w zupełnej ciemności.
Trudno powiedzieć, co się działo w duszy Rouletabilla, w tej sekundzie, kiedy światło zagasło.
Zrazu nie mógł zrozumieć. Ta ciemność, bezpośrednio po fantasmagoryi blasków? Gdzie się podziały skarby niezmierzone? Czyż stał się igraszką złego demona z tysiąca i jednej nocy, który mu przesuwał przed oczyma nierealne wizye?
Sięgnął, dla przekonania się, po owe widziane skarby, podniósł z ziemi garść klejnotów i poznał, że nie śni. Wyraźnie potem wymacał mur, drzwi bronzowe, wreszcie znalazł u pasa zepsutą latarkę elektryczną. Był to więc najzwyklejszy przypadek. Rouletabille oprzytomniał, ale dreszcz trwogi wstrząsnął nim jednocześnie.
Co czynić?
Po chwili jednak przywołał na pomoc całą swą zimną krew i inteligencyę. Sprawa była trudna, ale nie beznadziejna. Znał przecież drogę powrotną z tej sali, szło tylko o to, by trafić w właściwy kurytarz. Należało tylko odbyć tę całą podróż wstecz. Sala była okrągła, nie mógł się przeto zabłąkać.
Wymacał swą motyczkę, która mu się mogła przydać, zbliżył się do muru, zaczął iść, dotykając go ręką i licząc korytarze.
Znalazł niedługo kurytarz pierwszy na lewo, potem drugi, wreszcie trzeci...
Nagle zadrżał.
Skądże bowiem pewność, że właśnie ten trzeci kurytarz jest właściwym?
W istocie, wszedłszy tu, przez czas pewien szedł po promieniu koła, więc nie wiadomo, ile kurytarzy pominął? Jeśli wejdzie w ten kurytarz właśnie, czy wyjdzie nim do basenu, czy może znajdzie się w jakiemś nieznanem miejscu, czyż nie wpadnie w pułapkę, nastawioną zdradnie? Jeśli go zaś pominie, czyż nie pominie ostatniej sposobności ocalenia?
Nastała chwila strasznego wahania.
Potem, powziąwszy desperackie postanowienie, Rouletabille wszedł w kurytarz i zaczął się posuwać, badając ręką, czy nie natrafi na drzwi.
Ale nie mógł na nic natrafić. Szedł tedy przed siebie, nie puszczając muru.
Nagle zadrżał ponownie.
Mur się urywał, ręka jego natrafiła na próżnię. Znalazł się w jakiejś nowej sali... — A może to właśnie basen?
Przez chwilę miał tę nadzieję, ale wnet ją porzucił, z uwagi, na brak drzwi.
Może jednak pominął je? Może znajdywały się z boku, po tej stronie muru, której nie dotykał ręką? Wrócił tedy i zaczął macać przeciwległą ścianę kurytarza.
Nie znalazłszy niczego, postanowił wrócić do sali skarbca, gdyż należało szukać innego kurytarza.
I znów natrafił na krawężnik.
Stracił oryentacyę, w głowie zaczęło mu się mącić. Możność pomyłki wydawała mu się teraz straszną, a nieuniknioną koniecznością. Pozatem, choćby nawet powrócił do sali okrągłej, skądże pewny, że następny kurytarz będzie właściwym? Ruszył znów naprzód, znów natrafił na narożnik, znów zwrócił się w bok i znowu szedł przed siebie... słowem, zatracił się zupełnie.
Sytuacyi okropnej sprostać nie mógł nawet systematyczny, trzeźwy, a genialny umysł Rouletabilla.
W końcu, chodził już bezładnie, nie tykając wcale ścian, w uszach czuł tętnienie, krew zaczęła pulsować w skroniach, a otwarte usta, napróżno chwytały powietrze.
Dreszcz wstrząsnął jego ciałem.
Zbliżał się okropny koniec.
Był pewny, że zginie tutaj na dnie toni, pogrążony w ciemń przeraźną.
Najbardziej trwożyło go, że nie dotyka niczego ręką, że wokół niego tylko nieuchwytny płyn...
Byle coś... — pomyślał, — byle jakiś kamień! Przed oczyma zamajaczyły mu jakieś kręgi ogniste, fantastyczne, przeczyste światła, zaczęły migać tu i tam. Wydawało mu się, że to skarby sułtana zaczęły taniec szatański, w godzinie jego śmierci.
Straszna chwila..
Wszystkie wspomnienia życia zaczęły się cisnąć tłumnie. Widział najdrobniejsze szczegóły, miał przed sobą dawno zapomniane sytuacye, odbyte przed laty podróże, znane ongiś ludzkie twarze, zjawiały mu się przed oczyma. Ze wszystkich stron patrzyły nań błyszczące oczy przypomnień.
Tak bywa, gdy człowiek kona, — pomyślał. Tak się dzieje pono zawsze.
I to go ostatecznie przekonało, że śmierć blizka.
Zachwiał się i usiadł na ziemi, gotów na wszystko.
Naraz, wydało mu się, że jakiś krąg ognisty, których widział tyle przed chwilą, sunie ku niemu wprost, unosząc się nizko nad ziemią.
Pośrodku kręgu zamajaczył jakiś kształt.
Ostatkiem woli, reporter otrząsnął się ze złudzeń wizyj przedśmiertnych i nagle uciecha załomotała w jego sercu.
Spostrzegł przed sobą ogromny cień postaci ludzkiej, otoczony kręgiem światła.
W pierwszej chwili, powracająca sprawność umysłu, narzuciła mu pytanie: „A może to moje własne odbicie?“ I przypuszczenie to było słuszne, postać dostrzeżona miała bowiem taki sam hełm na głowie i tak samo była ubrana. Także człowiek ten miał w ręku motykę.
Wstał.
Cień natomiast pochylił się w tejże chwili.
Rouletabille podniósł ręce w górę.
Cień nie podniósł swoich.
— Człowiek! — zawołał reporter. — Gawłow!
Przypomniał sobie natychmiast wszystko.
To Gawłow, którego widzieli obaj pod ruinami Czreganu, szuka skarbów Abdul Hamida!
Gawłow zna drogę ku Bosforowi, przeto, idąc za nim, reporter zostałby ocalony.
Dziwne ocalenie! Czyżby to była odpłata za wyzwolenie z rąk Kietewa?
Naraz przyszło mu na myśl, że ocalenie własne sprzeczne jest z interesem Iwany. Bo jeśli Gawłow znajdzie skarby, cóż się stanie z wykupem, jej posagiem?
Natychmiast powziął postanowienie co czynić należy i ukrył się w cieniu, unikając kręgu światła.
Przybysz odkrył kupkę drogich kamieni.
Pochylił się i zaczął je zgarniać do torby, którą ze sobą przyniósł i napełniwszy ją, obrócił na osi drzwi komory, jakby w obawie, by mu ktoś inny reszty nie zabrał.
Potem zwrócił się ku wyjściu, w kierunku wprost przeciwnym strony, z której nadszedł Rouletabille.
Reporter powoli posuwał się za nim. Czynił krok równocześnie z krokiem swego przewodnika i starał się unikać wszelkiemi siłami najlżejszej nieostrożności.
Nagle wśród mleczno połyskującej wody Rouletabille spostrzegł profil tafli drzwi bronzowych w otworze kurytarza, zupełnie podobnych do drzwi, któremi wszedł od strony basenu.
Teraz stało się rzeczą pewną. Tu zaczynał się kurytarz podziemny, wiodący do Bosforu.
Jednocześnie, reporter spostrzegł, że Gawłow próbuje, czy drzwi się obracają na zawiasach.
Przerażony możliwością zamknięcia żywcem w tym grobie, uczynił gest i rzucił się naprzód.
To zdradziło jego obecność.
Gawłow porzucił w tej chwili drzwi, obrócił się, przystanął i postąpił kilka kroków, szukając latarką wśród ciemności.
Nagle zobaczył go, podniósł motykę i postąpił naprzód.
Rouletabille podniósł swoją.
Stali tak obaj przez chwilę gotowi do walki. Dwu ludzi na świecie nie mogło znać tajemnicy. Jeden musiał zginąć koniecznie.
Gawłow postąpił znowu, Rouletabille się cofnął. Chciał użyć podstępu i wycofać się z biegu światła, by zyskać możność przewagi, nad swym, olbrzymim przeciwnikiem. Cofał się tedy ciągle.
Nagle opuścił w dół swą motykę, udając, że wypadla mu z ręki, przez nieuwagę.
Przeciwnik pochylił się niezwłocznie i podjął broń.
Z tej chwili skorzystał Rouletabille, rzucił się na ziemię i obszedł swego współzawodnika na raczkach, tak, że schował się w cieniu.
Tamten, podniósłszy motykę, zaczął go szukać i kroczył naprzód.
Rouletabille przyczaił się, potem skoczył, jak tygrys, rzucił się na Gawłowa i jednem szarpnięciem oderwał mu z pleców zbiornik z powietrzem. Szarpał, jak oszalały, a tamten machał rękami w powietrzu, nie mogąc go dosięgnąć.
Zachwiał się, przez chwilę zdawało się, że upadnie. Z oderwanych zbiorników trysła kaskada świetlistych baniek w górę. Gawłow słaniał się, wreszcie padł na plecy, pociągnięty przez reportera i rzucał się przez chwilę konwulsyjnie, wbijając paznogcie w piersi. Potem legł martwy, spokojny.
Umart.
Szczęściem, lampka elektryczna, którą miał na piersiach, pozostała nietknięta. Rouletabille odczepił ją, zbrojny tem światłem, zabrał pełną klejnotów torbę i ruszył ku drzwiom, nie patrząc na swą ofiarę, w obawie, że baterya lampki może się wyczerpać.
Zlekka pchnął tafle drzwi, które obróciły się posłusznie na osi. Rouletabille obracał się razem z nimi i niebawem znalazł się na zewnątrz, na dnie Bosforu.
Spojrzał z zewnątrz na przymknięte teraz drzwi, których nie zatrzasnął zupełnie i zrozumiał trudność, jaką sprawiało odnalezienie ich. Były pokryte algami i pasorzytami i nie różniły się niczem od brzegów morza, ponadto zamaskowane były dwoma, zachodzącymi na siebie murami, stanowiącymi rodzaj krętego wąwozu. Mur ten był zresztą tak podobny do naturalnej skały, że odkrycie wejścia, zwłaszcza, gdy było zamknięte mechanizmem z zewnątrz, zaliczyć można było śmiało do niepodobieństw. Reporter, wydostawszy się z pomiędzy murów, poszukał brzegu, który był zresztą blisko, potem, idąc wzdłuż niego, natrafił na stopień schodów. Niezliczona moc schodów, prowadzi wszędzie, w Konstantynopolu, ku wodzie. Reporter zaczął iść w górę i niebawem wystawił głowę ponad wodę.
Nie bez trudności zdjął swój hełm i nareszcie odetchnął powietrzem z radością, jakiej opisać nie sposób.
Wyszedł na brzeg i zoryentował się, że znajduje się tuż pod ruinami Czereganu: Pomyślał zaraz o Candeurze, który czekał dotąd przy basenie i marł zapewne z niepokoju o niego.
Zdjął nieprzemakalne ubranie, zwinął je wraz z wszystkiemi przyborami, oraz torbą i udał się z powrotem tą samą drogą, jaką już przebył z Candeurem.
Niebawem znalazł się w chodniku Durdané i nad basenem.
Zastał Candeura, ociekającego wodą i na poły zmarłego ze strachu, albowiem biedaczysko dawał raz poraz nurka, poszukując przyjaciela, zawsze jednak nadaremnie.
Można sobie wyobrazić zdumienie i radość Candeura.
— To śmieszne! — powiedział, przyszedłszy nieco do siebie. — Ty sobie spacerowałeś pod wodą, po dnie Bosforu, a ja zmokłem!
W kilka dni potem, Rouletabille, nie bez wzruszenia, zapukał do wielkich, ciężko okutych drzwi domu, przy jednej z uliczek, placu Top Hane.
Okna domu pokryte były gęstą siecią krat i zasłonięte z wewnątrz, tak, że nie wiadomo było, jak się tam zdoła przedrzeć promień słońca. Był to dom staroświecki, warowny i tajemniczy, którego czarna sylweta, odcinała się ponurą plamą, nawet w tej wązkiej uliczce.
Rouletabille uderzył młotkiem trzy razy i czekał, Trząsł się, albowiem zima w Konstantynopolu jest mroźna, a on zapomniał wziąć futro w drogę.
Nakoniec drzwi uchyliły się i zobaczył olbrzymiego kawasa, w kapiącej od złota liberyi, który czekał, aż wymieni swe nazwisko. Musiał powiedzieć dwukrotnie, jak się nazywa, zanim został wpuszczony do wnętrza.
Rouletabille kazał dorożkarzowi swemu zaczekać i wszedł do dziwnego budynku, pamiętającego zamierzchłe czasy.
Kawas wprowadził gościa do salonu i wskazał ręką rząd poduszek, leżących wzdłuż ścian.
W dwie minuty potem ukazał się olbrzymiego wzrostu murzyn. Niósł na wielkiej, srebrnej tacy filiżanki z kawą i talerzyki z konfiturami wszelkiego rodzaju, a zwłaszcza z sorbetem różanym.
I on znikł natychmiast..
Minęło pięć minut, poczem pojawił się zgrzybiały, trzęsący się starzec, może stuletni, z ogromną, spływającą niemal na dywan, białą brodą, w zielonym turbanie na głowie.
Pozdrowił bardzo poważnie Rouletabilla, usiadł przy stole i zaczął natychmiast pić kawę i zajadać konfitury. Nie przeszkadzało mu to mówić. Głosem słodkim, dziecięcym, trzepał coś bezustanku, ale Rouletabille nie odpowiadał, gdyż starzec mówił po turecku.
Rouletabille brał od czasu do czasu w usta trochę konfitur, ale głównie spoglądał na drzwi, któremi wszedł starzec. Tymczasem otwarły się inne drzwi, ukazał się w nich niezmiernie wysoki rzezaniec i podnosząc portyerę, wpuścił do komnaty, coś w rodzaju widziadła, w czarnym stroju.
Można sobie wyobrazić, jakiej wagi musiała być rzecz, która przywiodła tutaj Rouletabilla, jeśli mogła skłonić damę arystokratyczną, zamieszkującą starożytny pałac, gdzie przebywają jeno dostojnicy, w zielonych turbanach, do złamania przykazań proroka i ukazania się w saloniku, to jest miejscu, niedostępnem dla kobiet muzułmańskich.
Rysów jej nie było widać. Nawet czoło miała zakryte czarnym, wdowim czarszafem; w wycięciach tego welonu, paliły się czarne, inteligentne oczy.
— Kanende Hanum! — wymówił Rouletabille, skłoniwszy się trzy razy, albowiem miał przed sobą księżniczkę, która w tym wdowim domku opłakiwała upadek dawnego rządu.
Kanende Hanum, władająca doskonale językiem francuskim, przedstawiła Rouletabillowi pana w zielonym turbanie, swego wuja, generała dywizyi, na pensyi, który wsławił się pod Plewną. Generał, skinieniem ręki, poprosił gościa, by zajął miejsce.
Rouletabille podał księżniczce zapieczętowane pismo.
— Tak, wiem już. Kasbek mnie uprzedził. Ale czekam na jego przybycie.
Na te słowa, Rouletabille zmieszał się nieco, ale pokrywając to zręcznie, odezwał się:
— Wszak powiada w tem piśmie, że, jeśli nie przybędzie do godziny piątej, nie należy go oczekiwać dłużej.
Tak, tak, proszę pana! — odparła. — Ale jest dopiero czwarta godzina.
Zaczęła rozmawiać o różnych rzeczach, o wypadkach wojennych, o stanowczem niepowodzeniu Bułgarów na linii obronnej Czataldży. Była z tego bardzo zadowolona i uważała to za początek polepszenia szans, a nawet krwawego, rychłego odwetu, na nieprzyjaciołach.
Rouletabille zapewniał ją, że nigdy w świecie nie byłoby spadło na państwo tyle katastrof, gdyby sultan, Abdul Hamid, był pozostał na tronie.
— On powróci! — odparła i podała mu do pocałowania rękę, gestem, pełnym godności.
Potem wstała, by odejść.
— Przepraszam panią bardzo! — powiedział — czy panna Wilczkow otrzymała list, który przesłałem jej przez Kasbeka.
— Naturalnie! — odparła Kanende Hanum. — Ale powiedz mi pan — dodała — czy długo się pan zatrzyma w Konstantynopolu?
— Proszę pani! Powiadają, że wojna ma się ku końcowi, opuścimy tedy Konstantynopol jak się da najprędzej! — odpowiedział żywo.
— Dobrze... dobrze...
Wieść o tym szybkim odjeździe zdawała się zachwycać księżniczkę. Kiwnęła mu głową i wyszła temi samemi drzwiami, pozostawiając go sam na sam ze starym Turkiem, który na nowo napychać go zaczął konfiturami, gadając ciągle.
Wreszcie zielono-turbanowy pan wstał, złożył mu głęboki ukłon i wyszedł.
Rouletabille spojrzał na zegarek. Było pół do czwartej. Czas dłużył mu się strasznie. Uczynił gest zniecierpliwienia, schował zegarek do kamizelki i podniósł głowę.
Nagle zadrżał z radości.
Przed nim stała Iwana.
Była ubrana według ostatniej mody paryskiej, gotowa do wyjścia, w futrze i czapeczce, bez tureckiego „czardżefu“, nawet bez przejrzystego „jasmaku“, a z całego oryentalizmu zostały tylko jej wschodnie, gorejące oczy, wpatrzone weń teraz poprzez woalkę.
— Drogi Zo, więc zrozumiałeś? Więc mnie zrozumiałeś? — Jakąże radością napełnił mnie twój list!
Uczynili oboje ruch, by się rzucić sobie w ramiona, ale powstrzymali się, gdyż posłyszeli stłumiony kaszel i zachodziła obawa, że niebawem pojawi się znowu jakieś nowe stworzenie w zielonym turbanie, lub widmo w czarnym czardżafie.
Niezawodnie pilnowano ich jeszcze; jakieś oczy śledziły każdy ich ruch. Przeto Rouletabille całował tylko rączki Iwany a ona powtarzała bez ustanku:
— Więc zrozumiałeś drogi Zo?
Była bardzo blada i Rouletabille spostrzegł, że się chwieje.
— Wyjdźmy stąd coprędzej Zo! Wyjdźmy stad!
— Nie możemy wyjść przed piątą. Zaręczam ci, że tego niepodobna uczynić. Błagam cię uspokój się i bądź cierpliwą. Siądź tu blisko przy mnie. Będziemy rozmawiali półgłosem...
— Chciałabym być już o sto mil od tego wszystkiego! — powiedziała.
— Aż o piątej, gdyż Kasbek naznaczył tu swą bytność... potem polecimy, jak ptaki... daleko... daleko!
— Czas mi się strasznie dłużył tutaj. Wiedziałam, że musisz tu być, a nie wiedziałam czemu nie przybywasz?
— Nie wiedziałem, że tutaj jesteś. Myślałem że razem z Abdul Hamidem zabrano cię wprost z „Loreley“ do pałacu Beylerbeja.
— O nie, umieszczono mnie tutaj. a Kanende Hanum miała wykształcić mnie na odaliskę godną jego monarszej mości.
— O, Iwano!
— Przechodziłam rzeczy wstrętne. Nacierano mnie perfumami i uczono tańczyć... Ale powiedz mi... czy Kasbek oddał ci wszystkie papiery ze skrytki? Wszystkie.. i nie otwierane?
— Wszystkie, w porządku. Ale musieliśmy sprawdzać. A pozatem Kasbek miał mnóstwo wymagań i zastrzeżeń co do tych skarbów, zanim oddał mi ciebie. To zresztą zrozumiałe. Jest to kupiec w każdym calu.
Westchnęła:
— Która godzina? Kiedyż stąd wyjdziemy?
— Słuchaj, Iwano... mówią już o zawieszeniu broni i rokowaniach pokojowych. Może niedługo będziemy mogli wyruszyć do Paryża?
— To najlepsze! To byłoby najlepsze!
— I tam weźmiemy ślub.
— Władysławow się nie zgodzi! Będzie się domagał by ślub się odbył w Sofii.
Musi uczynić co ja zechcę.
— Oczywiście... wolałabym Paryż! — zawołała tuląc się do niego.
Musimy oboje zapomnieć o różnych rzeczach?
— Prawda? Prawda... prawda... jedźmy!... zawołała. Po chwili spytała. — Więc on zginął? Czy to rzecz całkiem pewna?
— Kto? Atanazy? Tak, rzecz pewna! Ale może nawet lepiej dla niego. Byłby teraz musiał bardzo cierpieć...
— Nic mu nie jestem winna, nie mam żadnych zobowiązań wobec tego, że to ty zabiłeś Gawłowa! — odrzekła z egoizmem zakochanych. — Drogi Zo, nie masz pojęcia, jak cieszyłam się, dowiedziawszy się o tem, że Gawłow nie padł wówczas z ręki Kietewa, ale został przez ciebie zabity w podziemnym skarbcu. Obrzydliwą rzeczą było przyrzekać się Atanazemu, którego nigdy nie kochałam, za głowę Gawłowa. A jednak nie mogłabym odmówić. Przysięgłam! Toteż cierpiałam strasznie na myśl o jego zwyciestwie!
— Czemu nie zwierzyłaś się mnie?
— Ni tobie, ani nikomu! Wszystko co czyniłam dalej, było coraz to gorsze. Życzyłam śmierci Atanazemu, chociaż wiedziałam, że jest potrzebny mojej ojczyźnie, a życia życzyłam i ocalenia, Gawłowowi, który zamordował mego ojca, matkę, stryja i siostrę...
Własną ręką uwolniłam go z bastyonu w chwili gdy nadciągała armia nasza... więc popełniłam zdradę ojczyzny... Pełną byłam pogardy dla siebie i pełna wstydu! O, com ja przecierpiała? Ale umarł już Atanazy, jestem wolna, bo i Gawłow nie żyje. Nie cieszmy się jego śmiercią. to by nam nie przyniosło szczęścia. Tylko proszę cię Zo, pomóż mi zapomnieć o tem wszystkiem... pomóż!
Utulił ją w objęciach i przyrzekł solennie.
— Już czas. Już pewnie czas! — zawołała nagle Iwana.
Powstał, złożył pocałunek na czole narzeczonej, potem spojrzał na zegarek.
— Już piąta! — powiedział głośno. Po sekundzie powtórzył jeszcze dobitniej: — Już jest godzina piąta! — Wreszcie za chwilę krzyknął niemal: — Piąta godzina! Wychodzimy!
Podniosła się portyera i rzerzaniec otworzył drzwi wpuszczając znowu czarną księżniczkę. Przybliżyła się do Rouletabilla i powiedziała oschłym tonem:
— Muszę zaczekać na Kasbeka!
— W liście, który pani oddałem odparł poważnie i z naciskiem Rouletabille jest powiedziane wyraźnie, że jeśli do piątej godziny Kasbek nie przyjdzie, winna nas pani puścić!
— To prawda! — rzekła dama. — Ale Kasbek powiedział mi wyraźnie sam, bym bez jego wiedzy niczego nie przedsiębrała. Zresztą niema żadnej pewności, że nie przyjdzie.
— Proszę pani! Ponieważ Kasbek przedsięwziął wobec mnie pewne ostrożności, abym, zabrawszy Iwanę, nie ogłosił wiadomości o skarbcu nowemu rządowi, przeto i ja przedsięwziąłem wobec niego te same ostrożności i oświadczam kategorycznie, że jeśli pięć minut po piątej nie będziemy na ulicy i zupełnie bezpieczni, to moi przyjaciele, którym zostawiłem zlecenie i którzy mnie oczekują w umówionem miejscu, natychmiast udadzą się do prezydenta ministrów i oddadzą mu mój referat, zawierający dokładne dane, co do skarbca. Pani, zostawiam pani pięć minut do namysłu!
Kanende Hanum znikła.
Już jej nie widzieli więcej. Nie upłynęło jeszcze pięć minut, a już zjawił się rzezaniec, odprowadził ich do przedpokoju, gdzie kawas otworzył im drzwi i skłonił się bardzo uprzejmie.
Wskoczyli do powozu, który ruszył tęgim kłusem, w stronę dzielnicy Pera.
— No, nareszcie! — zawołała Iwana, opuszczając główkę na ramieniu Rouletabilla.
Rouletabille powiedział:
— Kasbek nie mógł przybyć, bo nie żyje!
— Co mówisz? — zdziwiła się Iwana.
— Posłuchaj mnie. Po odkryciu skarbca, raz tylko spuściłem się pod wodę z Kasbekiem, zachowując wielkie ostrożności, by znaleźć drogę powrotną. Następnych nocy, Kasbek schodził do skarbca sam. Ponieważ zaś obawiałem się wypadku, zmusiłem go, by mi dał list. że dzisiaj, o godzinie piątej, ma mi cię wydać ta stara, na wypadek, gdyby nie przybył. Zmusiłem go pogróżką, że wszystko powiem rządowi. Kasbek dał list gdyż wiedział, że mi idzie tylko o ciebie. Nie tknąłem niczego. Pierwszą torbę klejnotów, złożyłem w jego ręce, na dowód odnalezienia skarbca. Są to bogactwa, zbrodnią zgromadzone. Takie klejnoty przynoszą nieszczęście. Stało się to z Abdul Hamidem, Gawłowem, a także z Kasbekiem.
Dzisiejszej nocy napróżno czekaliśmy przy baszcie, powrotu Kasbeka. Ubrałem się w skafander i zeszedłem na dno. Spostrzegłem, że drzwi zostały zamknięte i nie mogłem odnaleźć ich nawet. Prawdopodobnie, musiał to uczynić sam Kasbek. Abdul Hamid musiał mieć do dyspozycyi system zamków, działających zarówno z zewnątrz, jak i z wewnątrz. Musiał się zamykać, gdy był w skarbcu, aby mu nie przeszkadzano. Kasbek musiał przypadkiem dotknąć jakiegoś guzika i drzwi obracalne zawarły się za nim. Nie umiał ich zapewne otworzyć. Razem tedy, z Gawłowem, pochowani leżą na skarbach sułtańskich. Ale co ci to Iwano?
— Strach nie przejmuje, gdy widzę tyle trupów wokoło naszego szczęścia. Zdaje mi się, że te duchy przyjdą i rozłączą nas jeszcze!
— Iwano! Mówisz od rzeczy! Cóż myśmy winni? Zresztą, jakże możesz wierzyć w duchy?
— Czy ja wiem? Czy wogóle jest jakaś pewność? Lepiej, uciekajmy stąd! Do Paryża, do Paryża!
Mała wyprawa powróciła do domu, po wzięciu Adryanopola, kiedy stało się widocznem, że wojna dobiegła końca.
W kilka dni potem odbyły się zaślubiny Rouletabilla z Iwaną.
Uroczystość ta długo pozostała w pamięci świata dziennikarskiego i wogóle artystycznego.
Dyrekcya „Epoki“ sprosiła wszystkich mających w Paryżu jakieś znaczenie na polu polityki i sztuki. Znani i nieznani przyjaciele reportera, ci którzy pośrednio, czy bezpośrednio brali udział w jego przygodach, i ci, którzy o nich jeno czytali, wreszcie ludzie, których pociągnęła ogólna sympatya, jaką był Rouletabille otoczony wszyscy zapragnęli złożyć życzenia młodej parze.
Kolonie obcokrajowców, zwłaszcza rosyjska i wszystkich państw bałkańskich, nadesłały upominki wspaniałe.
Dyrektor „Epoki“ wydał śniadanie w jednym z pałaców położonym przy Polach Elizejskich, a ścisk panował taki, że każdy z biesiadników życzył w duchu nowożeńcom, by się to raz już skończyło i by im dano wreszcie spokój.
Nie miało to jednak nastąpić.
Klub reporterów paryskich postanowił wydać na ich cześć obiad wieczorem, zdołali tylko uprosić, że wolno im będzie zniknąć około dziewiątej po angielsku i wsiąść do czekającego auta, które ich miało zawieść na kolej.
Nowożeńcy zjawili się około siódmej w kostyumach podróżnych, ale gospodarze nie mogli sobie darować, by nie wystąpić we frakach z wszystkiemi orderami.
Nawet Candeur przypiął sobie swój medal zasługi i przyjął ich w progu klubu.
Podał rękę Iwanie i sprowadził ją do jadalni, gdzie widniał nakryty wspaniale stół biesiadny.
Rouletabille zamierzał właśnie udać się za nimi, gdy nagle rozległ się za nim tętent koni i turkot karety zajeżdżającej w wielkim pędzie.
Obrócił się i nie mógł powstrzymać okrzyku zdumienia widząc koźle Tondora, w przepysznej błękitnej liberyi szamerowanej złotem z ogromną kokardą u cylindra.
Poczciwy Tondor osiągnął więc szczyt swoich marzeń. Siedział teraz wysoko i kierował bystrymi końmi.
Rouletabille stanął w progu zaciekawiony, kto mógł przyjechać tym powozem wspaniałym.
Jakież było jego zdumienie, gdy ujrzał w głębi karety, której drzwiczki otworzył ugalonowany lokaj... Włodzimierza Petrowicza z Kijowa... we własnej osobie.
Właśnie chciał mu podać rękę, gdy spostrzegł, że Włodzimierz wysadza z karety damę, o włosach jaskrawo rudych, przybraną w wspaniałą suknię wieczorową. Poznał ją zaraz. Była to owa komiczna księżniczka rosyjska, posiadaczka słynnego futra. Sunęła tryumfalnie, uczepiona u ramienia Włodzimierza.
— Rouletabille! — zawołał Włodzimierz, wskazując tę ruinę obwieszoną klejnotami. — Pozwoli pan przedstawić sobie moją narzeczoną?
Rouletabille, wstrzymując się z trudem od śmiechu, złożył im formalnie życzenia bliskiego szczęścia. Ale, gdy dama przeszła do jadalni, odciągnął go na bok i wyraził swe zdumienie.
— To był jedyny sposób, by ocalić nasz honor! — tłumaczył. Włodzimierz zupełnie seryo. Muszę się ożenić z tym kakadu! Czegożbym zresztą nie uczynił dla pana, panie Rouletabille.
— Jakto... jakto... co pan powiada? — bąkał zdziwiony Rouletabille.
— Powtarzam:... by ocalić nasz honor! — rzekł Włodzimierz dobitnie.
— Bądź pan łaskaw, proszę, zostawić mój w spokoju... cóż on mógł mieć wspólnego z pańskiem małżeństwem?
Zaraz wytłumaczę! Oto stara dama zażądała odemnie zwrotu owych 43.000 franków.... wie pan, tych pieniędzy, za które zastawiłem jej futro.
— Tak.. pamiętam... ale przecież pan je zastawił, nie ja?
— Tak. Ale nie ja dałem te pieniądze adze, tylko pan!
— Tak jest, tylko że pieniądze te wziąłem od Candeura, nie od pana, ani od księżniczki.
— To też gdy ich zażądała, zwróciłem się do Candeura. Candeur powiedział: „Zabraniam ci wspominać o tem Rouletabillowi. Cóż go obchodzi ta waryatka. Jeśli cię będzie napastowała, ożeń się z nią i basta!
— Doskonaleś pan zrobił! — zgodził się w końcu Rouletabille.
— Więc pan mną nie pogardza? — spytał Włodzimierz.
— Broń Boże!
— Rozumie pan, coby to był dla mnie za wielki ból, gdyby pan mną pogardzał... pan, dla którego poświęciłem mą piękność i młode swe życie! — zawołał Włodzimierz.
— Jesteś pan zacnym człowiekiem... — oświadczył mu Rouletabille dla świętego spokoju. —
Ale powiedz że mi, czy ona bogata, ta pańska narzeczona?
— O tak... zapisze mi notaryalnie milion w dzień ślubu.
— Milion! To ładnie!
— Ani centa mniej... powiedziałem: bierz, albo nie bierz, taka jest cena!
— Ileż ona może mieć lat?
— Zgadnij pan?
— Tak, około pięćdziesiątki! — powiedział Rouletabiile, by się okazać uprzejmym.
— Ani gadania... ani gadania... gdyby miała tylko pięćdziesiąt lat byłbym się dobrze namyślił czy mam się poświęcić, czy nie! — oświadczył szczerze.
— Więc młodsza? — rzucił reporter.
— Ależ nie... nie... nie. Ta małpa ma dzięki Bogu sześdziesiąt dwa lat! Włodzimierz wykrzyknął to głosem tryumfalnym. — Stwierdziłem w metryce... sześćdziesiąt dwa lata proszę pana!
— I może chora na serce? — spytał Rouletabille zrozumiawszy nareszcie o co idzie Włodzimierzowi.
— Za jakieś dwa lata stara wyciągnie kopyta...
— Przecież jej pan nie ukatrupisz!
— Ej nie! Lekarz powiedział jej to w mojej obecności pewnego razu, gdy się zanadto spiła wódką.
— Więc pije?
— I pali!
— E... to nie!
— Ale pali opium! Opium! I to jak jeszcze... pojęcie przechodzi! — radował się Włodzimierz.
— W takim razie licho z nią...
— Proszę pana... ona uczyni mnie swym generalnym spadkobiercą. Mam zamiar założyć dziennik... palę się do tej myśli... Czy nie zechciałby pan objąć w tym dzienniku...
— Nie skończył. Spojrzenie, jakie mu rzucił Rouletabille sprawiło, że cofnął się krok wstecz, potem drugi, potem trzeci, wreszcie obrócił się na pięcie i odszedł spokojnie, nie chcąc widocznie odejść z jakąś doraźną pamiątką, którejby się wstydzić musiał przed swoim ugalonowanym Tondorem.
Obiad był bardzo wesoły. Rouletabille, zakochany po uszy, zachowywał się sam jeden z mężczyzn, dosyć melancholijnie, Iwana zaś, spoglądała co chwila na zegar, na kominku. Gdy ich spojrzenia się spotykały, uśmiechali się do siebie.
Rozumieli się. Pragnieniem obojga było, by ta cała parada skończyła się, dla nich przynajmniej, jaknajprędzej.
Tymczasem Candeur był w wyśmienitym humorze i może nieco za brutalnie poruszał ciągle dopiero-co przeżyte zdarzenia. Nie zdawał sobie sprawy, że sprawia przykrość przyjaciołom, wymawiając nazwiska: Gawłow, Atanazy. Rozmowę prowadził Candeur i Włodzimierz. Rzucali sobie fragmenty opowieści z końca w koniec stołu. „Przypominasz sobie?“ „Pamiętasz?“ „A w bastyonie?“ „A wtedy, gdyśmy nie mieli co jeść?“
— Byłbym zjadł schody, z tej jednej racyi, że były zwinięte w ślimaka! — zaśmiał się Candeur. Cieszę się, że zdążyłem jeszcze na czas, zanim państwo wsiądą do samochodu. Szofer czeka...
— Panie Priski, — rzekł Rouletabille, — więc pan nie jest już zakonnikiem?
— Niestety! Szczęście to widać nie było mi przeznaczonem! — zawołał dramatycznie pan Priski. Nie wiodło mi się w czasach ostatnich. Nie zastałem w Dedeagaczu swego konia po powrocie z portu, a ponieważ nie chciano wpuszczać podróżnych do pociągu kolejowego, miałem mnóstwo trudności w dostaniu się do Salonik. Tam znów dowiedziałem się, że pan Kasbek odjechał okrętem do Konstantynopola razem ze sułtanem. Do stolicy przybyłem dopiero w trzy tygodnie później...
— Wszystko to nie tłumaczy pańskiej obecności w Paryżu!
— Proszę pana, to rzecz całkiem prosta — ciągnął dalej pan Priski — Kasbek znikł nagle, jakby się zapadł pod ziemię... ponieważ zaś nie mogłem dostać miejsca w Konstantynopolu...
— Więc otrzymałeś pan posadę w Paryżu! — dokończył Candeur, czując, że przyjaciel jego przechodzi męki, słuchając gadaniny Priskiego.
— No i dobrze się panu powodzi? — spytał ostatnim wysiłkiem grzeczności Rouletabille.
— To jest wprawdzie coś zgoła innego, jak „Hotel Przejezdnych“, ale... nie źle mi. A’ propos Nareszcie, uczta się skończyła, nastąpiły przemówienia, potem zaś, wszyscy przeszli do salonu, gdzie miano podać kawę i likiery.
Rouletabille rzekł do Iwany:
— Jeszcze chwila cierpliwości! Przysięgam ci, że za dziesięć minut znikniemy bez pożegnania. Popatrzę, czy już jest auto!
Dał znak Candeurowi i wyśliznął się do przedsionka. Ale nie uczynił jeszcze dwóch kroków, gdy natknął się na osobistość, na widok której, wydał głuchy okrzyk.
Przed nim stał zgięty, w ceremonialnym ukłonie, ubrany w frak szwajcara hotelowego, pan Priski, z kaszkietem, pod pachą.
Obaj stanęli, jak skamieniali, wobec tego zjawiska.
Rouletabille pobladł. Ile razy zjawił się Priski, zawsze stać się musiało coś złego. Był to, jakby posłaniec przeznaczenia, zwiastun nieszczęścia mimo swego słodkiego uśmiechu i ugrzecznionych manier.
Candeur pierwszy odzyskał zimną krew i spytał Priskiego, co go tu sprowadza.
— Czego ja chcę? — zdziwił się pan Priski. — Pragnę złożyć panu, panie Rouletabille, moje najgorętsze życzenia i wyrazy hołdu. Żałuje bardzo, że spóźniłem się na ceremonię ślubną, ale mój chlebodawca posłał mnie za interesami.
„Hotelu Przejezdnych“, wiecie panowie kogo spotkałem w Konstantynopolu?
— Nie, ale to obojętne! — rzekł Candeur — pociągając przyjaciela do salonu.
— Kara Selima!
Rouletabille i Candeur zdrętwieli jakby rażeni apopleksyą.
— Kogo? Gawłowa? — spytał wreszcie Candeur. — To kłamstwo!
— Widziałem go na własne oczy, tak, jak panów widzę teraz. Ma się nawet dobrze! O, tym razem nie wmówicie we mnie panowie, że umarł. Powiedział mi nawet, że dotąd nie może wyjść ze zdziwienia, że to właśnie panowie wyrwaliście go z rąk Atanazego Kietewa.
— Nie mogłeś pan widzieć Gawłowa, jeśli przybyłeś do Konstantynopola już po naszym odjeździe — powiedział Rouletabille blady i drżący.
— Przysięgam, że go widziałem! Chciał mnie nawet wziąć do służby, bo chwilowo nie miał nikogo, prócz Stefa Dalmatyńca. Ale Stefo zginął niedługo po tem w okolicznościach tak strasznych, że mnie to odstręczyło od brania służby u Kara Selima. Szło o przeprowadzenie pewnych badań na dnie Bosforu i to w największym sekrecie. Trzeba było ubrać się w coś strasznie obrzydliwego, co nazywają skafander“. „Nie potrzebujesz się bać,— powiedział mi Kara Selim, — ja zawsze z tobą będę się spuszczał, nawet zakazuję ci iść tam bezemnie. Stefo zginął na dnie morza, dlatego właśnie, że poszedł bezemnie!“
Priski przerwał opowiadanie, gdyż spostrzegł, że Rouletabille jest trupio blady.
— Prędko, wody! — zawołał Candeur.
Priski zniknął.
— Uspokój się! — prosił Candeur. — Jesteś bardzo blady... Pomyśl, ona się przestraszy! To wszystko zresztą właściwie blaga Priskiego, który może ma do ciebie urazę, za tego konia w Salonikach....
— O, nie! — powiedział Rouletabille, przychodząc do siebie. — To prawda! Skądżeby mógł znać historyę oswobodzenia Gawłowa, gdyby mu jej sam nie opowiedział?
— Dobrze... więc nie zabiłeś go...
— Zabiłem człowieka w skafandrze. Myślałem, że to Gawłow, bo widzieliśmy, jak się Gawłow spuszcza do wody. Nie wiedziałem, że inny człowiek spuścił się przed nim i że tego to człowieka on śledzi, tak, jak my śledziliśmy Gawłowa. Spotkałem właśnie tamtego. Ale, nadewszystko... niech Iwana nie wie o niczem!
Zaczęto szukać Rouletabilla. Wszedł do salonu, a Iwana spostrzegła zaraz, w jakim stanie się znajduje.
— Cóż ci szkodzi to małżeństwo z Gawłowem, — uspokajał go, na swój sposób, Candeur. — To się nie liczy, to była ceremonia muzułmańska...
— Co się stało! — spytała Iwana, przysuwając się pospiesznie. — Czy ci słabo, Zo?
— Tak... — odpowiedział. — Strasznie tu gorąco w tym salonie. Dziwię się, że ty, droga moja, tego nie odczuwasz!
— Wszyscy cię tak kochają, drogi Zo... Cieszy mnie to niezmiernie... I ja ich kocham serdecznie! — odpowiedziała. — Ale cóż to takiego? spytała nagle.
Grupa zaproszonych, niosła, w kierunku głównego stołu, jakiś wielki przedmiot, tajemniczy. Z ust do ust przebiegała wieść: „Niespodzianka... niespodzianka“.
Rouletabille nie cierpiał niespodzianek. Zwrócił się właśnie w kierunku stołu razem z Iwaną, aby sobie zdać sprawę, co to takiego, gdy nadszedł Candeur, wymachując rękami;
— To coś niesłychanego! — wołał. — To kuferek bizantyński!
— Kuferek? — zakrzyknęła wesoło Iwana i uderzyła w dłonie. — Kuferek mój. O, to miła niespodzianka! To pewnie ty, drogi Zo, kazałeś go przynieść tutaj!
— Nie, droga Iwano, — rzekł Rouletabille, który czuł znowu, że słabnie, to nie ja! — I zwalczając strach, zbliżył się, by zbadać rzecz całą. Ale czuł, że katastrofa się zbliża.
— Nie bój się! — szepnął mu Candeur, spostrzegłszy jego ponowną bladość. — To dar Priskiego, to kwiaty. Sam widziałem... Zostawiliśmy kuferek w Kirkilissie, z powodu nagłego wyjazdu, on zaś napełnił go kwiatami..
Zbliżyli się wszyscy do stołu. Wieko kuferka było tylko przymknięte, a przez powstałą szczelinę, wychylały się pęki przecudnych, białych róż bułgarskich, które łatwo było poznać po silnym, balsamicznym zapachu.
— Przecudne!.. Przecudne! — mówiła Iwana, sięgając w głąb i nurzając ręce w kwiatach. — Ach.... a to co? Coś mam w rękach! — powiedziała nagle i wyrwała ręce z kuferka.
— Cóż tam być może! — spytał niespokojnie Rouletabille.
Candeur podniósł wieko i wydobył z głębi kuferka ciężki worek, bogato zdobiony zupełnie podobny do worka na cukierki, tylko bardzo duży.
— Cukierki! To są cukierki!
Zaczął rozwiązywać sznur jedwabny worka, ale Iwana prosiła, by jej oddać.
Zanurzyła rękę, lecz cofnęła ją szybko, wydając okrzyk przerażenia.
Krzyki takie same napełniły salon.
Bo oto u palców Iwany, zaplątały się długie, czarne włosy. Szarpiąc za te włosy, Iwana wyciągnęła z kuferka, uciętą, ludzką głowę, ohydną, z rozszarpaną szyją, z szklanemi, przewróconemi z bolu, oczyma.
— Głowa Gawłowa! — zaryczał Candeur.
— Głowa Gawłowa! — szepnął Rouletabille, omdlewającym głosem.
— Głowa Gawłowa! — jęknęła Iwana.
Padła w ramiona najbliżej stojących i zemdlała.
Kobiety uciekały jak szalone. wydając dzikie okrzyki trwogi.
Pan Priski nie najlepiej wyszedł na całej awanturze. Candeur trząsł nim, jak pomietłem, wypytując jednocześnie o szczegóły. Biedaczysko, wyśpiewał wszystko, a były to rzeczy dosyć dziwne.
Kuferek przywiózł z Kirkilissy i z uwagi na jego oryginalne malowidła, zachował w hotelu, w swej loży odźwiernego. Zwracał on uwagę wielu przyjezdnych i miał kilku amatorów. Ale pan Priski postanowił wziąć zań pięćset franków, a kwota ta, wydawała się każdemu z nich, za wysoką.
Pewnego dnia, kiedy Pan Priski biegał po mieście za sprawami hotelu, a w loży został tylko groom, przybyło dwóch, przyzwoicie ubranych panów i zapytali o obiad, wydany na cześć Rouletabilla, o którym mówił cały Paryż. Groom udzielił wyjaśnień i oczyścił ich, albowiem byli zaprószeni, widocznie, jakby po jeździe automobilem.
Ujrzawszy kuferek, zaczęli coś rozmawiać między sobą i zapytali, czy kuferek ten można nabyć.
— Tak jest! — odparł groom. Cena pięćset franków.
— Płacę! — zawołał jeden z nich i wyliczył pieniądze — oto właśnie wyborna sposobność zrobienia niespodzianki naszemu przyjacielowi Rouletabillowi.
Potem włożyli z groomem kuferek na automobil i odjechali.
— Szkoda, że Priski był nieobecny, — powiedział Włodzimierz — nie dałbym grosza za to, że jeden z przyjezdnych to Atanazy Kietew!
— Co ty gadasz! — zawołał Candeur. Wszak zabiłem Atanazego własną ręką!
— E, głupstwo! — odparł Włodzimierz. — Nie widziałem jego trupa. A to zupełnie wygląda na Atanazego Któż bowiem miałby ten pomysł przysyłania głowy Gawłowa, która była przecież ceną małżeństwa jego z panną Iwaną Wilczkow!
Zaniepokoił się Candeur i wypytywał grooma, jak wyglądał podróżny, ale z opisu osoby nie można było wiele wywnioskować.
— Tak jest... tak jest... — upierał się Włodzimierz. — Nie ulega kwestyi... mamy tu do czynienia z Atanazym Kietewem.
— Cicho bądź! — prosił go Candeur. — Nie gadaj!
Zbliżył się do nich Rouletabille, wyglądający tak, że serce się krajało na jego widok, a obaj reporterzy opowiedzieli mu czego się zdołali doszukać w tajemniczej sprawie.
Rouletabille podzielał zdanie Włodzimierza, że idzie tu o Atanazego. Nie ma co nawet tracić czasu na inne przypuszczenia. Tylko Atanazy przybył z głową za późno!
Cóż teraz mógł przeciw nim zamierzać?
Nic dobrego, w każdym razie!
Musieli uciekać, uciekać nie tracąc chwili.
Nadbiegła Iwana, już tyle przytomna, że mogła rozumować ściśle i wyraziła przekonanie, że sprawcą nie może być nikt inny, jak Atanazy.
Na znak Rouletabilla, obaj zaprzeczyli kategorycznie, a Candeur zawołał:
— Sam go zabiłem, własną ręką!
Iwana spojrzała nań zdumiona.
— Nic o tem nie wiem! A może pan go tak zabił jak Priskiego? — zauważyła Iwana.
Candeur się zaczerwienił.
Ale nie było czasu na dłuższe dysputy. Wsiedli do samochodu i ruszyli z miejsca całym pedem w kierunku nieznanym nikomu, gdzie ich nie mógł chyba nikt dłużej prześladować.
Iwana rozpaczała. W urywanych zdaniach wyraziła swój ból i trapiące ją wyrzuty sumienia. Jakże mogli zabijać Atanazego! Wszakże to był oficer bułgarski! I teraz to mści się! To się mści! Atanazy żyje napewne! Candeur go nie zabił. Atanazy knuje zemstę, a infania ta, w którą ona, jako Bułgarka, fatalnie jest zamieszana, przyniesie im napewne, nieszczęście! To ona, ręką Candeura chciała zabić swego ziomka... tak ona sama, a właściwie jej nienawiść! Uczyniła to, by złamać daną przysięgę. Iwana była niepocieszona. Zresztą Kietew się zemści!
— Ależ on nie żyje!
— Tem gorzej! — zawołała. — Nie wiemy czy żyje czy nie, ale choćby zginął, wyjdzie z grobu i weźmie pomstę na wiarołomnej!
Cały wschodni temperament Iwany wybuchnął w tym momencie. Rzucała się jak szalona, a Rouletabille nie mógł jej uspokoić. Zęby jej szczękały ze strachu na wspomnienie strasznej głowy Gawłowa.
Rouletabillowi przyszedł na myśl szalony pomysł i udowodnił Iwanie chcąc ją uspokoić, że to ktoś z rodziny Wilczkowów, wiedząc jaką jej zrobi przyjemność dowodem, że Gawłow nie żyje, przysłał jej głowę. Zapomniał przytem, że Candeur nie zabił Kietewa, gdyż strzelać nie umie, ale Kietew zginął we walce z Turkami. Takie przysyłanie głowy nieprzyjaciela było zwyczajem rozpowszechnionym w Bułgaryi.
Dała się na chwilę utulić, ale wnet ogarnęło ją znowu drżenie nerwowe i powiedziała:
— Jeśli padł... przyjdzie upomnieć się o mnie z poza grobu... Przyjdzie: Nie wierzę, by padł z ręki Turków... wy zrobiliście coś z nim, aby mnie uwolnić!
Wybuchła płaczem, a jej łzy padły na twarz Rouletabilla.
Utulił ją w ramionach, kontent, że płacze, gdyż wiedział, że jej to ulgę przyniesie.
W tej chwili samochód stanął przed dworcem lyońskim.
— Gdzież jedziemy? — spytała Iwana.
— Tam, gdzie będziemy całkiem sami! — odparł.
— Dobrze... dobrze... Broń mnie!
— Podczas, gdy wszyscy będą myśleli, że jedziemy gdzieś naokoło świata, uścielimy sobie gniazdko w cudownym zakątku.
— Dobrze... dobrze...
Samochód odjechał, oni zaś znaleźli się w pociągu, który miał ich odstawić następnego dnia do Mentony.
Weszli na oślep do jakiegoś pociągu pospiesznego, nie zamawiając miejsc, więc ścisk zastali znaczny. Pomieścili się z biedą w jakimś kąciku, a Iwana szczęśliwą się czuła, zatonąwszy w tym tłumie ludzi obojętnych, którzy nie mogli żywić wobec nich uczuć nieprzyjaznych. Nareszcie zasnęła, z głową, opartą o ramię swego, młodego małżonka.
Rouletabille zawiózł żonę do prześlicznej willi pod Mentoną zamówionej naprzód i przygotowanej dla nich, położonej pod Garavanem, otoczonej wielkim ogrodem.
Właściciel tej willi, zaprzyjaźniony z Rouletabillem, Książę Galicz, oddał mu parę dni temu klucze, prosząc, by mieszkał jak długo zechce.
— Będziecie się tam czuli jak u siebie! — powiedział. — Służba otrzymała zlecenia. Są to ludzie prości i zacni, możecie im zaufać w zupełności.
Właśnie poranne słońce roztoczyło czuby przepysznych drzew parku, gdy Rouletabille z Iwaną znaleźli się we willi. Przez całe przedpołudnie spacerowali w zachwycie.
Książę Galicz przygotował wszystko. Wystarczyło otworzyć kredens, by mieć wyborne jadło i napitki.
Tak spędzili rajsko dzień.
Nadeszła noc rozświetlona czarownem blaskiem księżyca.
— Chodź jeszcze do parku! — prosił Rouletabille obejmując Iwanę.
Ale Iwana bała się parku w nocy, drżała na widok czarnych sylwet gigantycznych drzew wyciągających długie, sękate konary. Trwoga jej i podniecenie zaczęły powracać.
— Zamknij dobrze drzwi i okna! — prosiła. — Zamknij wszystko aby on nie wrócił.
Zburczał ją przypominając, że obiecała być rozsądną.
— Ależ tak czy owak on już nie wróci nie ma poco wracać! Zastanów że się! Jesteś moją legalną żoną i znajdujemy się we Francyi, nie może nam, choćby żył nic zrobić!
Nie odpowiedziała nic. Poszła się skryć w dużym pokoju pierwszego piętra i zapaliła wszystkie światła. Czuła się tak najlepiej.
Gdy przyszedł do niej znalazł ją otoczoną świecami.
— Co za iluminacya? — zaśmiał się.
— Czy wszystko pozamykałeś? — spytała.
— Oczywiście. Ale czegóż się boisz?
Otoczył ją ramieniem i przyciągnął ku sobie. Zarumieniła się i poczęła drzeć w jego objęciu kryjąc twarz w dłoniach.
Potem uciekła do pokoju nie oświetlonego.
Gdy jej tam poszedł szukać, znalazł ją z twarzą przyciśniętą do szyby i wpatrującą się w ogród.
Wydawała głuche jęki, a oczy jej były rozwarte wielkiem przerażeniem.
— Iwano!
— Patrz! Patrz! — powiedziała cicho! — Patrz... tam!
Rzuciła się wstecz, a on przystąpił do okna i ujrzał gazon oświetlony księżycem i sporą kamienną ławkę.
— Niema nic... Iwano! Jest tylko ławka! Chodźże tu i popatrz sama! Pusta ławka!
Zęby jej szczękały.
— Powiadam ci, że widziałam... poznałam go doskonale. Spoglądał w stronę pokoju oświeconego. Powiadam ci... to on... albo jego duch!
Przyciągnął ją do okna, chcąc przekonać.
— Zrób to dla mnie! — prosił. — Patrzmy oboje! To złudzenie... tam niema nic!
— Poszedł już! — powiedziała Iwana. — Ale był napewno.
Nie było rady.
Zabrał ją do oświetlonego pokoju i chciał jej zamknąć usta pocałunkami.
Ale odsunęła go od siebie.
— Więc dobrze, — powiedziała — przypuśćmy, że się łudzę, dajmy spokój duchom. Ale co byś uczynił, gdyby na tej ławce siedział Atanazy żywy?
— Poszedłbym zapytać czego sobie życzy?
Pchnięta jakiemś przeczuciem, pobiegła do ciemnego pokoju i spojrzała.
Nagle wydała okrzyk przerażenia.
— Chodź! Chodź! — przyzywała męża.
Pobiegł i oboje objąwszy się silnie patrzyli jak skamieniali. Widzieli teraz oboje Atanazego siedzącego na ławce, poznali go doskonale. Siedział bez ruchu.
Pot kroplisty ściekał im z czoła, myśli wirowały w głowie.
— To jest halucynacya! — szepnął. — On się nie rusza! Prawda, że się nie rusza? To nie jest Atanazy prawdziwy... to obraz wytworzony przez nasze przemęczone mózgi. Oboje teraz boimy się i oboje widzimy to samo!
— Popatrz! — szepnęła nagle. — Podniósł głowę!
— Tak... widziałem... to on... to Atanazy!
— Przekonałeś się. Widzisz! Miałam racyę!
Rouletabille przyszedł do siebie przekonawszy się, że niema do czynienia ze złudzeniem, ani duchem. Poszedł po rewolwer i nabił go.
— Co chcesz zrobić? — spytała już także spokojna i zdecydowana na wszystko.
— Powiedziałem ci: spytać czego chce?
— Idę z tobą!
— Dobrze... jeśli chcesz, zgoda! Nawet lepiej byśmy się nie rozłączali na wszelki wypadek.
— Idziemy razem! rzekła biorąc go za rękę.
Zeszli po schodach. odsunęli ostrożnie zasuwkę drzwi wchodowych znajdujących się właśnie naprzeciw gazonu z ławką kamienną i otwarli drzwi.
Ławka była pusta.
Widząc to, Rouletabille, krzyknął głośno:
Atanazy!
— Atana... — zaczęła Iwana, ale głos jej utknął w gardle.
Odpowiedziało im tylko dalekie echo.
Chcąc okazać odwagę, poszli, trzymając się za ręce, aż do samej ławki, obeszli ją i wsłuchali się w szum drzew.
— To wiatr... — powiedział Rouletabille. Iwana powtórzyła ciszej. — To wiatr...
— I wrócili do willi odwracając co krok głowy. Ale nie dostrzegli niczego. Czasem tylko wiatr muskał czuby drzew.
Zamknęli drzwi i wrócili do pokoju na pierwszem piętrze.
Po chwili zbliżyli się znowu do okna i wydali jeden okrzyk grozy:
Atanazy znów siedział na ławce.
Iwanę ogarnął szał. Zaczęła krzyczeć:
— Uciekajmy! Uciekajmy! Uciekajmy!
— Tak! — rzekł Rouletabille. — Pójdziemy do hotelu, do pierwszego napotkanego hotelu, pomiędzy ludzi...
— Tak... pomiędzy ludzi, którzy nas obronią przed nim!
— To nas oswobodzi! — zgodził się. Czy jest to złudzenie, czy prawda, musimy iść między ludzi Iwano!
— Natychmiast! Chodźmy natychmiast! On mnie prześladuje od dzieciństwa. On mi się narzuca od lat! Muszę się oswobodzić! Iwana. — wołała Zabierze mnie z sobą do grobu!
— To nędznik! Zabiję go, jak psa! — powiedział Rouletabille.
Zachowując tysiąc ostrożności otwarli drzwi wchodowe i ujrzeli, że ławka jest znowu pusta.
Obeszli ją, nie wołając już jednak Atanazego. Bali się zanadto echa własnych głosów. Udali się aleją, wiodącą z terasy na terasę, aż na bulwar.
Szli ciągle, przyspieszając kroku.
Wreszcie zaczęli biegnąć, trzymając się ciągle za ręce. Biegli i widzieli już przed sobą bramę, mieli jej dopaść za chwilę, gdy Iwana wydała okrzyk przerażenia.
Czołem uderzyła o coś, co zwisało z góry.
Oboje odskoczyli w tył, spojrzeli i z piersi ich wyrwał się jeden okrzyk zgrozy.
Z góry zwisał trup Atanazego.
Straszliwa twarz wisielca, spoglądała na nich z góry, poczwarnie rysując się w księżycowem świetle.
Rzucili się do ucieczki i biegli, jak szaleni, ku domowi na wyścigi, aż do ławki, na której padli wyczerpani.
— Jesteśmy głupi obydwoje! — powiedział Rouletabille. — Pocóż uciekaliśmy? Widzieliśmy oboje Atanazego na ławce i widzieliśmy jego trupa. Więc siedział, a potem poszedł i powiesił się. Nie było przed czem uciekać. Człowiek ten przyszedł do przekonania, że dręczył cię, Iwano, już dosyć długo, i poszedł wymierzyć sobie karę. Niech mu Bóg przebaczy!
— Czy jest stąd drugie wyjście? — spytała.
— Jest — odparł Rouletabille, znający dobrze ogród, z dawnej bytności u księcia. — Jest brama, od strony bulwaru Garavan.
— Więc wyjdźmy tamtędy! — powiedziała Iwana, wstając. — Nie spędzimy przecież nocy razem z tym wisielcem!
— Dobrze! Chodźmy! — odparł Rouletabille.
Wzięli się znowu za ręce i poszli w stronę przeciwną, ku przeciwległej bramie, ku bulwarowi Garavan.
Już mieli dosięgnąć bramy, gdy znowu wydali straszny krzyk, a Iwana padła na kolana i zaczęła wprost ryczeć jak zwierzę. W głosie jej nie było nic ludzkiego.
Na bramie wisiał trup Atanazego.
Rouletabille uczuł, że w mózgu jego rozszalał się przeraźny taniec. Widział przed sobą Iwanę na ziemi, tarzającą się w ataku szału, porwał ją tedy na ręce i pobiegł do domu.
Tam złożył ją na sofie i zabarykadował drzwi pokoju, ściągając mnóstwo rozmaitych mebli i zapuszczając firanki okien, wychodzących na park nieszczęsny.
Wyczerpana, zasnęła wreszcie Iwana, a i on zasnął też bezsilny, by walczyć z tą śmiercią, otaczającą ich kręgiem nieprzekraczalnym, jak się zdawało.
Obudził się rano i podniósł story.
Słońce grało barwami na kwiatach i liściach drzew. Cudnie było, rajsko, wszelka tajemniczość i strach pierzchły precz. Otaczały ich tylko życie i piękno.
Iwana przebudziła się niedługo także i uśmiechnęła się, szczerze zachwycona przecudnym widokiem.
Nadpłynęły wspomnienia straszne tej nocy i oboje pobledli na nowo. Postanowili oboje, po rozwadze, wynieść się z tej willi zaczarowanej.
Opuścili ją też niezwłocznie. Nie tęgie mieli miny, zbliżając się do bramy, gdzie spostrzegli pierwszego trupa Atanazego. Ale otucha w nich wstąpiła, gdy się okazało, że go tam już niema.
— Słuchaj, mój drogi! — powiedziała Iwana. — To może głupie, co ci powiem, ale nie uspokoję się, póki się nie przekonam, że i drugi trup Atanazego, nie istnieje wcale...
Zgodził się chętnie, by poszli zobaczyć, bo odpowiadało to zresztą jego chęci.
Poszli i nie znaleźli nic, także na przeciwległej bramie.
— Uf! — powiedziała Iwana.
— Uf! — odsapnął Rouletabille.
— Mniejsza zresztą z tem, — dodała Iwana, — i tak nie zostanę tutaj za nic. Wynajmij, proszę cię, automobil i jedźmy. Boję się nocy. Znowu wszystko zaczęłoby się na nowo.
Odprowadził ją do Hotelu Angielskiego, a sam zajął się poszukiwaniem automobilu. Ledwie wyszedł na ulicę, zobaczył wytworny, niewielki samochód, który zatrzymał się na jego widok.
Z samochodu wysiadł Candeur, we własnej osobie.
— Cóż cię tu przyniosło? — zawołał Rouletabille, zdumiony bardzo.
Candeur powiedział:
— Siadaj... mam ci coś powiedzieć.
Gdy wsiadł, Candeur oświadczył:
— Ten wóz jest do twojej dyspozycyi. Zabieraj żonę i jedź, gdzie chcesz, byle natychmiast. Nie pozwalaj jej też czytać dzienników, przez parę dni. W ten sposób niczego się nie domyśli...
Rouletabille patrzył nań, jak na waryata.
— Czego się nie domyśli? Co to ma znaczyć... co jest w dziennikach?
Candeur, mocno zdenerwowany, zaczął pospiesznie:
— Gdyście wyjechali, pospieszyłem za wami samochodem. Byłem pewny, że Atanazy wylizał się z rany, że was ściga i miałem racyę...
— Co? — krzyknął Rouletabille.
— Tak... szedł waszym śladem!
— Więc to prawda, że żyje?
— Teraz już nie żyje! Zabił się dziś, w nocy.
— Ach! — jęknął Rouletabille. — Tej nocy?
— Tak, w parku willi Galicza... powiesił się!
— Boże wielki — zawołał Rouletabille.
A więc dwa trupy jednego wisielca, to był fakt rzeczywisty? Nie było złudzenia! Wszakże je widział na własne oczy... Jakto? Chwycił się za głowę czując, że traci zmysły...
— Wytłumacz mi... — zaczął, ale urwał.
— Co ci wytłumaczyć?
— Nic... opowiadaj... opowiadaj... spiesz się... czuję, że umieram....
— Nie ma powodu... A więc śledził was i pojechał za wami... Ale spóźnił się do pociągu waszego i wsiadł do expressu w kwadrans później. Widziałem go i wsiadłem do tego samego pociągu. Wiedział widać dokąd jedziecie, był bowiem dosyć spokojny. Obserwowałem go. Miał minę, jakby planował coś złego. Pilnowałem go, ale mimo to znikł mi z oczu w Mentonie. Szukałem go, ale daremnie. Łatwiej mi przyszło dowiedzieć się gdzie wy jesteście i oto znalazłem wille Galicza. Nie potrzebowałem niczego więcej. Czuwałem nad wami przez cały dzień, przez cały wieczór i byłem kontent... Ani śladu Atanazego... Zdawało się, że stracił wasz ślad. Nie chciałem wam przeszkadzać i powiedziałem sobie: Jutro uwiadomię Rouletabilla i pojadę dalej. Nadeszła noc. Czuwałem nad wami jak pies owczarski gotów gryźć. Wszedłem do parku tylną nigdy nie zamykaną bramą. Chodziłem w około domu... nic.. Nagle patrzę... a on wisi... wisi gałgan i to jak na złość prosto przed bramą wchodową, z wywalonym ozorem. Oczywiście nie było mi go wcale żal, ale powiedziałem doń: Nic z tego, nie pozwolę ci tu wisieć, bo oni by się przestraszyli wychodząc na ulicę. Nie zostawię cię tu bratku! I udałem się do mera, który, dowiedziawszy się o co idzie, zgodził się sprawę załatwić w taki sposób, by wam nie przeszkadzać, ani nie sprawić przykrości twojej żonie. Rzecz załatwiona. A teraz musicie na parę dni wyjechać, póki ta sprawa nie przycichnie całkiem. Dziś wieczór będzie to w dziennikach, urzędnicy, dowiedziawszy się, żeście byli w tej willi, zarządaliby stawienia się do protokołu, a żonie twojej mogłoby to w danych warunkach zaszkodzić.
Rouletabille słuchał nie przerywając. A więc te trupy to była prawda? Nie śnili?
— Candeur... — ozwał się wreszcie... ja także widziałem wisielca...
— Niemożliwe!
— Tak... i Iwana go widziała przed bramą wchodową... Ale byliśmy nie tak odważni jak ty i uciekliśmy... nie oparłszy się aż na ławce kamiennej wprost domu. Odzyskawszy trochę sił, chcieliśmy uciekać z willi przez tylną bramę, nagle...
Rouletabille zawahał się, potem jednak rzucił prędko.
— Na tej bramie wisiał drugi trup Atanazego!
Candeur na te słowa zmieszał się trochę, wreszcie po chwili zdecydował się powiedzieć:
— To jest rzecz całkiem prosta, mój drogi! Nie chciałem, byście go widzieli... więc zanim poszedłem do mera,... myślę sobie... trzeba go stąd usunąć. Odwiązałem go tedy i wziąłem na plecy, chcąc wynieść poza ogród no i...
Zatrzymał się, jakby zdenerwowany.
— Mów dalej! — krzyknął Rouletabille. Przez ten czas siedzieliśmy z Iwaną na ławce.
— Otóż, chciałem go wynieść — ciągnął dalej Candeur. — Nagle, właśnie, gdym był tuż przy tylnej bramie, jedynej nie zamkniętej, którędy go mogłem wynieść, wydało mi się, że Atanazy poruszył się na moich plecach. Krew mi zastygła w żyłach na myśl coby się wam przytrafić jeszcze mogło, gdyby on ożył... przytem wspomniałem, jak to on mnie chciał szablą przeciąć na dwoje...
— No i cóż... i cóż? — naglił Routabille.
— Widzisz, mój drogi... szło mi o twój spokój..
— Co dalej? Mów!
— Powiesiłem go na bramie!