Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXX
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Ławka była pusta.
Widząc to, Rouletabille, krzyknął głośno:
Atanazy!
— Atana... — zaczęła Iwana, ale głos jej utknął w gardle.
Odpowiedziało im tylko dalekie echo.
Chcąc okazać odwagę, poszli, trzymając się za ręce, aż do samej ławki, obeszli ją i wsłuchali się w szum drzew.
— To wiatr... — powiedział Rouletabille. Iwana powtórzyła ciszej. — To wiatr...
— I wrócili do willi odwracając co krok głowy. Ale nie dostrzegli niczego. Czasem tylko wiatr muskał czuby drzew.
Zamknęli drzwi i wrócili do pokoju na pierwszem piętrze.
Po chwili zbliżyli się znowu do okna i wydali jeden okrzyk grozy:
Atanazy znów siedział na ławce.
Iwanę ogarnął szał. Zaczęła krzyczeć:
— Uciekajmy! Uciekajmy! Uciekajmy!
— Tak! — rzekł Rouletabille. — Pójdziemy do hotelu, do pierwszego napotkanego hotelu, pomiędzy ludzi...
— Tak... pomiędzy ludzi, którzy nas obronią przed nim!
— To nas oswobodzi! — zgodził się. Czy jest to złudzenie, czy prawda, musimy iść między ludzi Iwano!
— Natychmiast! Chodźmy natychmiast! On mnie prześladuje od dzieciństwa. On mi się narzuca od lat! Muszę się oswobodzić! Iwana. — wołała Zabierze mnie z sobą do grobu!
— To nędznik! Zabiję go, jak psa! — powiedział Rouletabille.
Zachowując tysiąc ostrożności otwarli drzwi wchodowe i ujrzeli, że ławka jest znowu pusta.
Obeszli ją, nie wołając już jednak Atanazego. Bali się zanadto echa własnych głosów. Udali się aleją, wiodącą z terasy na terasę, aż na bulwar.
Szli ciągle, przyspieszając kroku.
Wreszcie zaczęli biegnąć, trzymając się ciągle za ręce. Biegli i widzieli już przed sobą bramę, mieli jej dopaść za chwilę, gdy Iwana wydała okrzyk przerażenia.
Czołem uderzyła o coś, co zwisało z góry.
Oboje odskoczyli w tył, spojrzeli i z piersi ich wyrwał się jeden okrzyk zgrozy.
Z góry zwisał trup Atanazego.
Straszliwa twarz wisielca, spoglądała na nich z góry, poczwarnie rysując się w księżycowem świetle.
Rzucili się do ucieczki i biegli, jak szaleni, ku domowi na wyścigi, aż do ławki, na której padli wyczerpani.
— Jesteśmy głupi obydwoje! — powiedział Rouletabille. — Pocóż uciekaliśmy? Widzieliśmy oboje Atanazego na ławce i widzieliśmy jego trupa. Więc siedział, a potem poszedł i powiesił się. Nie było przed czem uciekać. Człowiek ten przyszedł do przekonania, że dręczył cię, Iwano, już dosyć długo, i poszedł wymierzyć sobie karę. Niech mu Bóg przebaczy!
— Czy jest stąd drugie wyjście? — spytała.
— Jest — odparł Rouletabille, znający dobrze ogród, z dawnej bytności u księcia. — Jest brama, od strony bulwaru Garavan.
— Więc wyjdźmy tamtędy! — powiedziała Iwana, wstając. — Nie spędzimy przecież nocy razem z tym wisielcem!
— Dobrze! Chodźmy! — odparł Rouletabille.
Wzięli się znowu za ręce i poszli w stronę przeciwną, ku przeciwległej bramie, ku bulwarowi Garavan.
Już mieli dosięgnąć bramy, gdy znowu wydali straszny krzyk, a Iwana padła na kolana i zaczęła wprost ryczeć jak zwierzę. W głosie jej nie było nic ludzkiego.
Na bramie wisiał trup Atanazego.
Rouletabille uczuł, że w mózgu jego rozszalał się przeraźny taniec. Widział przed sobą Iwanę na ziemi, tarzającą się w ataku szału, porwał ją tedy na ręce i pobiegł do domu.
Tam złożył ją na sofie i zabarykadował drzwi pokoju, ściągając mnóstwo rozmaitych mebli i zapuszczając firanki okien, wychodzących na park nieszczęsny.
Wyczerpana, zasnęła wreszcie Iwana, a i on zasnął też bezsilny, by walczyć z tą śmiercią, otaczającą ich kręgiem nieprzekraczalnym, jak się zdawało.
Obudził się rano i podniósł story.
Słońce grało barwami na kwiatach i liściach drzew. Cudnie było, rajsko, wszelka tajemniczość i strach pierzchły precz. Otaczały ich tylko życie i piękno.
Iwana przebudziła się niedługo także i uśmiechnęła się, szczerze zachwycona przecudnym widokiem.
Nadpłynęły wspomnienia straszne tej nocy i oboje pobledli na nowo. Postanowili oboje, po rozwadze, wynieść się z tej willi zaczarowanej.
Opuścili ją też niezwłocznie. Nie tęgie mieli miny, zbliżając się do bramy, gdzie spostrzegli pierwszego trupa Atanazego. Ale otucha w nich wstąpiła, gdy się okazało, że go tam już niema.
— Słuchaj, mój drogi! — powiedziała Iwana. — To może głupie, co ci powiem, ale nie uspokoję się, póki się nie przekonam, że i drugi trup Atanazego, nie istnieje wcale...
Zgodził się chętnie, by poszli zobaczyć, bo odpowiadało to zresztą jego chęci.
Poszli i nie znaleźli nic, także na przeciwległej bramie.
— Uf! — powiedziała Iwana.
— Uf! — odsapnął Rouletabille.
— Mniejsza zresztą z tem, — dodała Iwana, — i tak nie zostanę tutaj za nic. Wynajmij, proszę cię, automobil i jedźmy. Boję się nocy. Znowu wszystko zaczęłoby się na nowo.
Odprowadził ją do Hotelu Angielskiego, a sam zajął się poszukiwaniem automobilu. Ledwie wyszedł na ulicę, zobaczył wytworny, niewielki samochód, który zatrzymał się na jego widok.
Z samochodu wysiadł Candeur, we własnej osobie.
— Cóż cię tu przyniosło? — zawołał Rouletabille, zdumiony bardzo.
Candeur powiedział:
— Siadaj... mam ci coś powiedzieć.
Gdy wsiadł, Candeur oświadczył:
— Ten wóz jest do twojej dyspozycyi. Zabieraj żonę i jedź, gdzie chcesz, byle natychmiast. Nie pozwalaj jej też czytać dzienników, przez parę dni. W ten sposób niczego się nie domyśli...
Rouletabille patrzył nań, jak na waryata.
— Czego się nie domyśli? Co to ma znaczyć... co jest w dziennikach?
Candeur, mocno zdenerwowany, zaczął pospiesznie:
— Gdyście wyjechali, pospieszyłem za wami samochodem. Byłem pewny, że Atanazy wylizał się z rany, że was ściga i miałem racyę...
— Co? — krzyknął Rouletabille.
— Tak... szedł waszym śladem!
— Więc to prawda, że żyje?
— Teraz już nie żyje! Zabił się dziś, w nocy.
— Ach! — jęknął Rouletabille. — Tej nocy?
— Tak, w parku willi Galicza... powiesił się!
— Boże wielki — zawołał Rouletabille.
A więc dwa trupy jednego wisielca, to był fakt rzeczywisty? Nie było złudzenia! Wszakże je widział na własne oczy... Jakto? Chwycił się za głowę czując, że traci zmysły...
— Wytłumacz mi... — zaczął, ale urwał.
— Co ci wytłumaczyć?
— Nic... opowiadaj... opowiadaj... spiesz się... czuję, że umieram....
— Nie ma powodu... A więc śledził was i pojechał za wami... Ale spóźnił się do pociągu waszego i wsiadł do expressu w kwadrans później. Widziałem go i wsiadłem do tego samego pociągu. Wiedział widać dokąd jedziecie, był bowiem dosyć spokojny. Obserwowałem go. Miał minę, jakby planował coś złego. Pilnowałem go, ale mimo to znikł mi z oczu w Mentonie. Szukałem go, ale daremnie. Łatwiej mi przyszło dowiedzieć się gdzie wy jesteście i oto znalazłem wille Galicza. Nie potrzebowałem niczego więcej. Czuwałem nad wami przez cały dzień, przez cały wieczór i byłem kontent... Ani śladu Atanazego... Zdawało się, że stracił wasz ślad. Nie chciałem wam przeszkadzać i powiedziałem sobie: Jutro uwiadomię Rouletabilla i pojadę dalej. Nadeszła noc. Czuwałem nad wami jak pies owczarski gotów gryźć. Wszedłem do parku tylną nigdy nie zamykaną bramą. Chodziłem w około domu... nic.. Nagle patrzę... a on wisi... wisi gałgan i to jak na złość prosto przed bramą wchodową, z wywalonym ozorem. Oczywiście nie było mi go wcale żal, ale powiedziałem doń: Nic z tego, nie pozwolę ci tu wisieć, bo oni by się przestraszyli wychodząc na ulicę. Nie zostawię cię tu bratku! I udałem się do mera, który, dowiedziawszy się o co idzie, zgodził się sprawę załatwić w taki sposób, by wam nie przeszkadzać, ani nie sprawić przykrości twojej żonie. Rzecz załatwiona. A teraz musicie na parę dni wyjechać, póki ta sprawa nie przycichnie całkiem. Dziś wieczór będzie to w dziennikach, urzędnicy, dowiedziawszy się, żeście byli w tej willi, zarządaliby stawienia się do protokołu, a żonie twojej mogłoby to w danych warunkach zaszkodzić.
Rouletabille słuchał nie przerywając. A więc te trupy to była prawda? Nie śnili?
— Candeur... — ozwał się wreszcie... ja także widziałem wisielca...
— Niemożliwe!
— Tak... i Iwana go widziała przed bramą wchodową... Ale byliśmy nie tak odważni jak ty i uciekliśmy... nie oparłszy się aż na ławce kamiennej wprost domu. Odzyskawszy trochę sił, chcieliśmy uciekać z willi przez tylną bramę, nagle...
Rouletabille zawahał się, potem jednak rzucił prędko.
— Na tej bramie wisiał drugi trup Atanazego!
Candeur na te słowa zmieszał się trochę, wreszcie po chwili zdecydował się powiedzieć:
— To jest rzecz całkiem prosta, mój drogi! Nie chciałem, byście go widzieli... więc zanim poszedłem do mera,... myślę sobie... trzeba go stąd usunąć. Odwiązałem go tedy i wziąłem na plecy, chcąc wynieść poza ogród no i...
Zatrzymał się, jakby zdenerwowany.
— Mów dalej! — krzyknął Rouletabille. Przez ten czas siedzieliśmy z Iwaną na ławce.
— Otóż, chciałem go wynieść — ciągnął dalej Candeur. — Nagle, właśnie, gdym był tuż przy tylnej bramie, jedynej nie zamkniętej, którędy go mogłem wynieść, wydało mi się, że Atanazy poruszył się na moich plecach. Krew mi zastygła w żyłach na myśl coby się wam przytrafić jeszcze mogło, gdyby on ożył... przytem wspomniałem, jak to on mnie chciał szablą przeciąć na dwoje...
— No i cóż... i cóż? — naglił Routabille.
— Widzisz, mój drogi... szło mi o twój spokój..
— Co dalej? Mów!
— Powiesiłem go na bramie!