Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVIII.
Szczęście z przeszkodami.

Pan Priski nie najlepiej wyszedł na całej awanturze. Candeur trząsł nim, jak pomietłem, wypytując jednocześnie o szczegóły. Biedaczysko, wyśpiewał wszystko, a były to rzeczy dosyć dziwne.
Kuferek przywiózł z Kirkilissy i z uwagi na jego oryginalne malowidła, zachował w hotelu, w swej loży odźwiernego. Zwracał on uwagę wielu przyjezdnych i miał kilku amatorów. Ale pan Priski postanowił wziąć zań pięćset franków, a kwota ta, wydawała się każdemu z nich, za wysoką.
Pewnego dnia, kiedy Pan Priski biegał po mieście za sprawami hotelu, a w loży został tylko groom, przybyło dwóch, przyzwoicie ubranych panów i zapytali o obiad, wydany na cześć Rouletabilla, o którym mówił cały Paryż. Groom udzielił wyjaśnień i oczyścił ich, albowiem byli zaprószeni, widocznie, jakby po jeździe automobilem.
Ujrzawszy kuferek, zaczęli coś rozmawiać między sobą i zapytali, czy kuferek ten można nabyć.
— Tak jest! — odparł groom. Cena pięćset franków.
— Płacę! — zawołał jeden z nich i wyliczył pieniądze — oto właśnie wyborna sposobność zrobienia niespodzianki naszemu przyjacielowi Rouletabillowi.
Potem włożyli z groomem kuferek na automobil i odjechali.
— Szkoda, że Priski był nieobecny, — powiedział Włodzimierz — nie dałbym grosza za to, że jeden z przyjezdnych to Atanazy Kietew!
— Co ty gadasz! — zawołał Candeur. Wszak zabiłem Atanazego własną ręką!
— E, głupstwo! — odparł Włodzimierz. — Nie widziałem jego trupa. A to zupełnie wygląda na Atanazego Któż bowiem miałby ten pomysł przysyłania głowy Gawłowa, która była przecież ceną małżeństwa jego z panną Iwaną Wilczkow!
Zaniepokoił się Candeur i wypytywał grooma, jak wyglądał podróżny, ale z opisu osoby nie można było wiele wywnioskować.
— Tak jest... tak jest... — upierał się Włodzimierz. — Nie ulega kwestyi... mamy tu do czynienia z Atanazym Kietewem.
— Cicho bądź! — prosił go Candeur. — Nie gadaj!
Zbliżył się do nich Rouletabille, wyglądający tak, że serce się krajało na jego widok, a obaj reporterzy opowiedzieli mu czego się zdołali doszukać w tajemniczej sprawie.
Rouletabille podzielał zdanie Włodzimierza, że idzie tu o Atanazego. Nie ma co nawet tracić czasu na inne przypuszczenia. Tylko Atanazy przybył z głową za późno!
Cóż teraz mógł przeciw nim zamierzać?
Nic dobrego, w każdym razie!
Musieli uciekać, uciekać nie tracąc chwili.
Nadbiegła Iwana, już tyle przytomna, że mogła rozumować ściśle i wyraziła przekonanie, że sprawcą nie może być nikt inny, jak Atanazy.
Na znak Rouletabilla, obaj zaprzeczyli kategorycznie, a Candeur zawołał:
— Sam go zabiłem, własną ręką!
Iwana spojrzała nań zdumiona.
— Nic o tem nie wiem! A może pan go tak zabił jak Priskiego? — zauważyła Iwana.
Candeur się zaczerwienił.
Ale nie było czasu na dłuższe dysputy. Wsiedli do samochodu i ruszyli z miejsca całym pedem w kierunku nieznanym nikomu, gdzie ich nie mógł chyba nikt dłużej prześladować.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.