Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXVII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Obiad był bardzo wesoły. Rouletabille, zakochany po uszy, zachowywał się sam jeden z mężczyzn, dosyć melancholijnie, Iwana zaś, spoglądała co chwila na zegar, na kominku. Gdy ich spojrzenia się spotykały, uśmiechali się do siebie.
Rozumieli się. Pragnieniem obojga było, by ta cała parada skończyła się, dla nich przynajmniej, jaknajprędzej.
Tymczasem Candeur był w wyśmienitym humorze i może nieco za brutalnie poruszał ciągle dopiero-co przeżyte zdarzenia. Nie zdawał sobie sprawy, że sprawia przykrość przyjaciołom, wymawiając nazwiska: Gawłow, Atanazy. Rozmowę prowadził Candeur i Włodzimierz. Rzucali sobie fragmenty opowieści z końca w koniec stołu. „Przypominasz sobie?“ „Pamiętasz?“ „A w bastyonie?“ „A wtedy, gdyśmy nie mieli co jeść?“
— Byłbym zjadł schody, z tej jednej racyi, że były zwinięte w ślimaka! — zaśmiał się Candeur. Cieszę się, że zdążyłem jeszcze na czas, zanim państwo wsiądą do samochodu. Szofer czeka...
— Panie Priski, — rzekł Rouletabille, — więc pan nie jest już zakonnikiem?
— Niestety! Szczęście to widać nie było mi przeznaczonem! — zawołał dramatycznie pan Priski. Nie wiodło mi się w czasach ostatnich. Nie zastałem w Dedeagaczu swego konia po powrocie z portu, a ponieważ nie chciano wpuszczać podróżnych do pociągu kolejowego, miałem mnóstwo trudności w dostaniu się do Salonik. Tam znów dowiedziałem się, że pan Kasbek odjechał okrętem do Konstantynopola razem ze sułtanem. Do stolicy przybyłem dopiero w trzy tygodnie później...
— Wszystko to nie tłumaczy pańskiej obecności w Paryżu!
— Proszę pana, to rzecz całkiem prosta — ciągnął dalej pan Priski — Kasbek znikł nagle, jakby się zapadł pod ziemię... ponieważ zaś nie mogłem dostać miejsca w Konstantynopolu...
— Więc otrzymałeś pan posadę w Paryżu! — dokończył Candeur, czując, że przyjaciel jego przechodzi męki, słuchając gadaniny Priskiego.
— No i dobrze się panu powodzi? — spytał ostatnim wysiłkiem grzeczności Rouletabille.
— To jest wprawdzie coś zgoła innego, jak „Hotel Przejezdnych“, ale... nie źle mi. A’ propos Nareszcie, uczta się skończyła, nastąpiły przemówienia, potem zaś, wszyscy przeszli do salonu, gdzie miano podać kawę i likiery.
Rouletabille rzekł do Iwany:
— Jeszcze chwila cierpliwości! Przysięgam ci, że za dziesięć minut znikniemy bez pożegnania. Popatrzę, czy już jest auto!
Dał znak Candeurowi i wyśliznął się do przedsionka. Ale nie uczynił jeszcze dwóch kroków, gdy natknął się na osobistość, na widok której, wydał głuchy okrzyk.
Przed nim stał zgięty, w ceremonialnym ukłonie, ubrany w frak szwajcara hotelowego, pan Priski, z kaszkietem, pod pachą.
Obaj stanęli, jak skamieniali, wobec tego zjawiska.
Rouletabille pobladł. Ile razy zjawił się Priski, zawsze stać się musiało coś złego. Był to, jakby posłaniec przeznaczenia, zwiastun nieszczęścia mimo swego słodkiego uśmiechu i ugrzecznionych manier.
Candeur pierwszy odzyskał zimną krew i spytał Priskiego, co go tu sprowadza.
— Czego ja chcę? — zdziwił się pan Priski. — Pragnę złożyć panu, panie Rouletabille, moje najgorętsze życzenia i wyrazy hołdu. Żałuje bardzo, że spóźniłem się na ceremonię ślubną, ale mój chlebodawca posłał mnie za interesami.
„Hotelu Przejezdnych“, wiecie panowie kogo spotkałem w Konstantynopolu?
— Nie, ale to obojętne! — rzekł Candeur — pociągając przyjaciela do salonu.
— Kara Selima!
Rouletabille i Candeur zdrętwieli jakby rażeni apopleksyą.
— Kogo? Gawłowa? — spytał wreszcie Candeur. — To kłamstwo!
— Widziałem go na własne oczy, tak, jak panów widzę teraz. Ma się nawet dobrze! O, tym razem nie wmówicie we mnie panowie, że umarł. Powiedział mi nawet, że dotąd nie może wyjść ze zdziwienia, że to właśnie panowie wyrwaliście go z rąk Atanazego Kietewa.
— Nie mogłeś pan widzieć Gawłowa, jeśli przybyłeś do Konstantynopola już po naszym odjeździe — powiedział Rouletabille blady i drżący.
— Przysięgam, że go widziałem! Chciał mnie nawet wziąć do służby, bo chwilowo nie miał nikogo, prócz Stefa Dalmatyńca. Ale Stefo zginął niedługo po tem w okolicznościach tak strasznych, że mnie to odstręczyło od brania służby u Kara Selima. Szło o przeprowadzenie pewnych badań na dnie Bosforu i to w największym sekrecie. Trzeba było ubrać się w coś strasznie obrzydliwego, co nazywają skafander“. „Nie potrzebujesz się bać,— powiedział mi Kara Selim, — ja zawsze z tobą będę się spuszczał, nawet zakazuję ci iść tam bezemnie. Stefo zginął na dnie morza, dlatego właśnie, że poszedł bezemnie!“
Priski przerwał opowiadanie, gdyż spostrzegł, że Rouletabille jest trupio blady.
— Prędko, wody! — zawołał Candeur.
Priski zniknął.
— Uspokój się! — prosił Candeur. — Jesteś bardzo blady... Pomyśl, ona się przestraszy! To wszystko zresztą właściwie blaga Priskiego, który może ma do ciebie urazę, za tego konia w Salonikach....
— O, nie! — powiedział Rouletabille, przychodząc do siebie. — To prawda! Skądżeby mógł znać historyę oswobodzenia Gawłowa, gdyby mu jej sam nie opowiedział?
— Dobrze... więc nie zabiłeś go...
— Zabiłem człowieka w skafandrze. Myślałem, że to Gawłow, bo widzieliśmy, jak się Gawłow spuszcza do wody. Nie wiedziałem, że inny człowiek spuścił się przed nim i że tego to człowieka on śledzi, tak, jak my śledziliśmy Gawłowa. Spotkałem właśnie tamtego. Ale, nadewszystko... niech Iwana nie wie o niczem!
Zaczęto szukać Rouletabilla. Wszedł do salonu, a Iwana spostrzegła zaraz, w jakim stanie się znajduje.
— Cóż ci szkodzi to małżeństwo z Gawłowem, — uspokajał go, na swój sposób, Candeur. — To się nie liczy, to była ceremonia muzułmańska...
— Co się stało! — spytała Iwana, przysuwając się pospiesznie. — Czy ci słabo, Zo?
— Tak... — odpowiedział. — Strasznie tu gorąco w tym salonie. Dziwię się, że ty, droga moja, tego nie odczuwasz!
— Wszyscy cię tak kochają, drogi Zo... Cieszy mnie to niezmiernie... I ja ich kocham serdecznie! — odpowiedziała. — Ale cóż to takiego? spytała nagle.
Grupa zaproszonych, niosła, w kierunku głównego stołu, jakiś wielki przedmiot, tajemniczy. Z ust do ust przebiegała wieść: „Niespodzianka... niespodzianka“.
Rouletabille nie cierpiał niespodzianek. Zwrócił się właśnie w kierunku stołu razem z Iwaną, aby sobie zdać sprawę, co to takiego, gdy nadszedł Candeur, wymachując rękami;
— To coś niesłychanego! — wołał. — To kuferek bizantyński!
— Kuferek? — zakrzyknęła wesoło Iwana i uderzyła w dłonie. — Kuferek mój. O, to miła niespodzianka! To pewnie ty, drogi Zo, kazałeś go przynieść tutaj!
— Nie, droga Iwano, — rzekł Rouletabille, który czuł znowu, że słabnie, to nie ja! — I zwalczając strach, zbliżył się, by zbadać rzecz całą. Ale czuł, że katastrofa się zbliża.
— Nie bój się! — szepnął mu Candeur, spostrzegłszy jego ponowną bladość. — To dar Priskiego, to kwiaty. Sam widziałem... Zostawiliśmy kuferek w Kirkilissie, z powodu nagłego wyjazdu, on zaś napełnił go kwiatami..
Zbliżyli się wszyscy do stołu. Wieko kuferka było tylko przymknięte, a przez powstałą szczelinę, wychylały się pęki przecudnych, białych róż bułgarskich, które łatwo było poznać po silnym, balsamicznym zapachu.
— Przecudne!.. Przecudne! — mówiła Iwana, sięgając w głąb i nurzając ręce w kwiatach. — Ach.... a to co? Coś mam w rękach! — powiedziała nagle i wyrwała ręce z kuferka.
— Cóż tam być może! — spytał niespokojnie Rouletabille.
Candeur podniósł wieko i wydobył z głębi kuferka ciężki worek, bogato zdobiony zupełnie podobny do worka na cukierki, tylko bardzo duży.
— Cukierki! To są cukierki!
Zaczął rozwiązywać sznur jedwabny worka, ale Iwana prosiła, by jej oddać.
Zanurzyła rękę, lecz cofnęła ją szybko, wydając okrzyk przerażenia.
Krzyki takie same napełniły salon.
Bo oto u palców Iwany, zaplątały się długie, czarne włosy. Szarpiąc za te włosy, Iwana wyciągnęła z kuferka, uciętą, ludzką głowę, ohydną, z rozszarpaną szyją, z szklanemi, przewróconemi z bolu, oczyma.
— Głowa Gawłowa! — zaryczał Candeur.
— Głowa Gawłowa! — szepnął Rouletabille, omdlewającym głosem.
— Głowa Gawłowa! — jęknęła Iwana.
Padła w ramiona najbliżej stojących i zemdlała.
Kobiety uciekały jak szalone. wydając dzikie okrzyki trwogi.