Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVI.
Na progu szczęścia.

Mała wyprawa powróciła do domu, po wzięciu Adryanopola, kiedy stało się widocznem, że wojna dobiegła końca.
W kilka dni potem odbyły się zaślubiny Rouletabilla z Iwaną.
Uroczystość ta długo pozostała w pamięci świata dziennikarskiego i wogóle artystycznego.
Dyrekcya „Epoki“ sprosiła wszystkich mających w Paryżu jakieś znaczenie na polu polityki i sztuki. Znani i nieznani przyjaciele reportera, ci którzy pośrednio, czy bezpośrednio brali udział w jego przygodach, i ci, którzy o nich jeno czytali, wreszcie ludzie, których pociągnęła ogólna sympatya, jaką był Rouletabille otoczony wszyscy zapragnęli złożyć życzenia młodej parze.
Kolonie obcokrajowców, zwłaszcza rosyjska i wszystkich państw bałkańskich, nadesłały upominki wspaniałe.
Dyrektor „Epoki“ wydał śniadanie w jednym z pałaców położonym przy Polach Elizejskich, a ścisk panował taki, że każdy z biesiadników życzył w duchu nowożeńcom, by się to raz już skończyło i by im dano wreszcie spokój.
Nie miało to jednak nastąpić.
Klub reporterów paryskich postanowił wydać na ich cześć obiad wieczorem, zdołali tylko uprosić, że wolno im będzie zniknąć około dziewiątej po angielsku i wsiąść do czekającego auta, które ich miało zawieść na kolej.
Nowożeńcy zjawili się około siódmej w kostyumach podróżnych, ale gospodarze nie mogli sobie darować, by nie wystąpić we frakach z wszystkiemi orderami.
Nawet Candeur przypiął sobie swój medal zasługi i przyjął ich w progu klubu.
Podał rękę Iwanie i sprowadził ją do jadalni, gdzie widniał nakryty wspaniale stół biesiadny.
Rouletabille zamierzał właśnie udać się za nimi, gdy nagle rozległ się za nim tętent koni i turkot karety zajeżdżającej w wielkim pędzie.
Obrócił się i nie mógł powstrzymać okrzyku zdumienia widząc koźle Tondora, w przepysznej błękitnej liberyi szamerowanej złotem z ogromną kokardą u cylindra.
Poczciwy Tondor osiągnął więc szczyt swoich marzeń. Siedział teraz wysoko i kierował bystrymi końmi.
Rouletabille stanął w progu zaciekawiony, kto mógł przyjechać tym powozem wspaniałym.
Jakież było jego zdumienie, gdy ujrzał w głębi karety, której drzwiczki otworzył ugalonowany lokaj... Włodzimierza Petrowicza z Kijowa... we własnej osobie.
Właśnie chciał mu podać rękę, gdy spostrzegł, że Włodzimierz wysadza z karety damę, o włosach jaskrawo rudych, przybraną w wspaniałą suknię wieczorową. Poznał ją zaraz. Była to owa komiczna księżniczka rosyjska, posiadaczka słynnego futra. Sunęła tryumfalnie, uczepiona u ramienia Włodzimierza.
— Rouletabille! — zawołał Włodzimierz, wskazując tę ruinę obwieszoną klejnotami. — Pozwoli pan przedstawić sobie moją narzeczoną?
Rouletabille, wstrzymując się z trudem od śmiechu, złożył im formalnie życzenia bliskiego szczęścia. Ale, gdy dama przeszła do jadalni, odciągnął go na bok i wyraził swe zdumienie.
— To był jedyny sposób, by ocalić nasz honor! — tłumaczył. Włodzimierz zupełnie seryo. Muszę się ożenić z tym kakadu! Czegożbym zresztą nie uczynił dla pana, panie Rouletabille.
— Jakto... jakto... co pan powiada? — bąkał zdziwiony Rouletabille.
— Powtarzam:... by ocalić nasz honor! — rzekł Włodzimierz dobitnie.
— Bądź pan łaskaw, proszę, zostawić mój w spokoju... cóż on mógł mieć wspólnego z pańskiem małżeństwem?
Zaraz wytłumaczę! Oto stara dama zażądała odemnie zwrotu owych 43.000 franków.... wie pan, tych pieniędzy, za które zastawiłem jej futro.
— Tak.. pamiętam... ale przecież pan je zastawił, nie ja?
— Tak. Ale nie ja dałem te pieniądze adze, tylko pan!
— Tak jest, tylko że pieniądze te wziąłem od Candeura, nie od pana, ani od księżniczki.
— To też gdy ich zażądała, zwróciłem się do Candeura. Candeur powiedział: „Zabraniam ci wspominać o tem Rouletabillowi. Cóż go obchodzi ta waryatka. Jeśli cię będzie napastowała, ożeń się z nią i basta!
— Doskonaleś pan zrobił! — zgodził się w końcu Rouletabille.
— Więc pan mną nie pogardza? — spytał Włodzimierz.
— Broń Boże!
— Rozumie pan, coby to był dla mnie za wielki ból, gdyby pan mną pogardzał... pan, dla którego poświęciłem mą piękność i młode swe życie! — zawołał Włodzimierz.
— Jesteś pan zacnym człowiekiem... — oświadczył mu Rouletabille dla świętego spokoju. — Ale powiedz że mi, czy ona bogata, ta pańska narzeczona?
— O tak... zapisze mi notaryalnie milion w dzień ślubu.
— Milion! To ładnie!
— Ani centa mniej... powiedziałem: bierz, albo nie bierz, taka jest cena!
— Ileż ona może mieć lat?
— Zgadnij pan?
— Tak, około pięćdziesiątki! — powiedział Rouletabiile, by się okazać uprzejmym.
— Ani gadania... ani gadania... gdyby miała tylko pięćdziesiąt lat byłbym się dobrze namyślił czy mam się poświęcić, czy nie! — oświadczył szczerze.
— Więc młodsza? — rzucił reporter.
— Ależ nie... nie... nie. Ta małpa ma dzięki Bogu sześdziesiąt dwa lat! Włodzimierz wykrzyknął to głosem tryumfalnym. — Stwierdziłem w metryce... sześćdziesiąt dwa lata proszę pana!
— I może chora na serce? — spytał Rouletabille zrozumiawszy nareszcie o co idzie Włodzimierzowi.
— Za jakieś dwa lata stara wyciągnie kopyta...
— Przecież jej pan nie ukatrupisz!
— Ej nie! Lekarz powiedział jej to w mojej obecności pewnego razu, gdy się zanadto spiła wódką.
— Więc pije?
— I pali!
— E... to nie!
— Ale pali opium! Opium! I to jak jeszcze... pojęcie przechodzi! — radował się Włodzimierz.
— W takim razie licho z nią...
— Proszę pana... ona uczyni mnie swym generalnym spadkobiercą. Mam zamiar założyć dziennik... palę się do tej myśli... Czy nie zechciałby pan objąć w tym dzienniku...
— Nie skończył. Spojrzenie, jakie mu rzucił Rouletabille sprawiło, że cofnął się krok wstecz, potem drugi, potem trzeci, wreszcie obrócił się na pięcie i odszedł spokojnie, nie chcąc widocznie odejść z jakąś doraźną pamiątką, którejby się wstydzić musiał przed swoim ugalonowanym Tondorem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.