Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXIX.
Na jasnym brzegu.

Iwana rozpaczała. W urywanych zdaniach wyraziła swój ból i trapiące ją wyrzuty sumienia. Jakże mogli zabijać Atanazego! Wszakże to był oficer bułgarski! I teraz to mści się! To się mści! Atanazy żyje napewne! Candeur go nie zabił. Atanazy knuje zemstę, a infania ta, w którą ona, jako Bułgarka, fatalnie jest zamieszana, przyniesie im napewne, nieszczęście! To ona, ręką Candeura chciała zabić swego ziomka... tak ona sama, a właściwie jej nienawiść! Uczyniła to, by złamać daną przysięgę. Iwana była niepocieszona. Zresztą Kietew się zemści!
— Ależ on nie żyje!
— Tem gorzej! — zawołała. — Nie wiemy czy żyje czy nie, ale choćby zginął, wyjdzie z grobu i weźmie pomstę na wiarołomnej!
Cały wschodni temperament Iwany wybuchnął w tym momencie. Rzucała się jak szalona, a Rouletabille nie mógł jej uspokoić. Zęby jej szczękały ze strachu na wspomnienie strasznej głowy Gawłowa.
Rouletabillowi przyszedł na myśl szalony pomysł i udowodnił Iwanie chcąc ją uspokoić, że to ktoś z rodziny Wilczkowów, wiedząc jaką jej zrobi przyjemność dowodem, że Gawłow nie żyje, przysłał jej głowę. Zapomniał przytem, że Candeur nie zabił Kietewa, gdyż strzelać nie umie, ale Kietew zginął we walce z Turkami. Takie przysyłanie głowy nieprzyjaciela było zwyczajem rozpowszechnionym w Bułgaryi.
Dała się na chwilę utulić, ale wnet ogarnęło ją znowu drżenie nerwowe i powiedziała:
— Jeśli padł... przyjdzie upomnieć się o mnie z poza grobu... Przyjdzie: Nie wierzę, by padł z ręki Turków... wy zrobiliście coś z nim, aby mnie uwolnić!
Wybuchła płaczem, a jej łzy padły na twarz Rouletabilla.
Utulił ją w ramionach, kontent, że płacze, gdyż wiedział, że jej to ulgę przyniesie.
W tej chwili samochód stanął przed dworcem lyońskim.
— Gdzież jedziemy? — spytała Iwana.
— Tam, gdzie będziemy całkiem sami! — odparł.
— Dobrze... dobrze... Broń mnie!
— Podczas, gdy wszyscy będą myśleli, że jedziemy gdzieś naokoło świata, uścielimy sobie gniazdko w cudownym zakątku.
— Dobrze... dobrze...
Samochód odjechał, oni zaś znaleźli się w pociągu, który miał ich odstawić następnego dnia do Mentony.
Weszli na oślep do jakiegoś pociągu pospiesznego, nie zamawiając miejsc, więc ścisk zastali znaczny. Pomieścili się z biedą w jakimś kąciku, a Iwana szczęśliwą się czuła, zatonąwszy w tym tłumie ludzi obojętnych, którzy nie mogli żywić wobec nich uczuć nieprzyjaznych. Nareszcie zasnęła, z głową, opartą o ramię swego, młodego małżonka.
Rouletabille zawiózł żonę do prześlicznej willi pod Mentoną zamówionej naprzód i przygotowanej dla nich, położonej pod Garavanem, otoczonej wielkim ogrodem.
Właściciel tej willi, zaprzyjaźniony z Rouletabillem, Książę Galicz, oddał mu parę dni temu klucze, prosząc, by mieszkał jak długo zechce.
— Będziecie się tam czuli jak u siebie! — powiedział. — Służba otrzymała zlecenia. Są to ludzie prości i zacni, możecie im zaufać w zupełności.
Właśnie poranne słońce roztoczyło czuby przepysznych drzew parku, gdy Rouletabille z Iwaną znaleźli się we willi. Przez całe przedpołudnie spacerowali w zachwycie.
Książę Galicz przygotował wszystko. Wystarczyło otworzyć kredens, by mieć wyborne jadło i napitki.
Tak spędzili rajsko dzień.
Nadeszła noc rozświetlona czarownem blaskiem księżyca.
— Chodź jeszcze do parku! — prosił Rouletabille obejmując Iwanę.
Ale Iwana bała się parku w nocy, drżała na widok czarnych sylwet gigantycznych drzew wyciągających długie, sękate konary. Trwoga jej i podniecenie zaczęły powracać.
— Zamknij dobrze drzwi i okna! — prosiła. — Zamknij wszystko aby on nie wrócił.
Zburczał ją przypominając, że obiecała być rozsądną.
— Ależ tak czy owak on już nie wróci nie ma poco wracać! Zastanów że się! Jesteś moją legalną żoną i znajdujemy się we Francyi, nie może nam, choćby żył nic zrobić!
Nie odpowiedziała nic. Poszła się skryć w dużym pokoju pierwszego piętra i zapaliła wszystkie światła. Czuła się tak najlepiej.
Gdy przyszedł do niej znalazł ją otoczoną świecami.
— Co za iluminacya? — zaśmiał się.
— Czy wszystko pozamykałeś? — spytała.
— Oczywiście. Ale czegóż się boisz?
Otoczył ją ramieniem i przyciągnął ku sobie. Zarumieniła się i poczęła drzeć w jego objęciu kryjąc twarz w dłoniach.
Potem uciekła do pokoju nie oświetlonego.
Gdy jej tam poszedł szukać, znalazł ją z twarzą przyciśniętą do szyby i wpatrującą się w ogród.
Wydawała głuche jęki, a oczy jej były rozwarte wielkiem przerażeniem.
— Iwano!
— Patrz! Patrz! — powiedziała cicho! — Patrz... tam!
Rzuciła się wstecz, a on przystąpił do okna i ujrzał gazon oświetlony księżycem i sporą kamienną ławkę.
— Niema nic... Iwano! Jest tylko ławka! Chodźże tu i popatrz sama! Pusta ławka!
Zęby jej szczękały.
— Powiadam ci, że widziałam... poznałam go doskonale. Spoglądał w stronę pokoju oświeconego. Powiadam ci... to on... albo jego duch!
Przyciągnął ją do okna, chcąc przekonać.
— Zrób to dla mnie! — prosił. — Patrzmy oboje! To złudzenie... tam niema nic!
— Poszedł już! — powiedziała Iwana. — Ale był napewno.
Nie było rady.
Zabrał ją do oświetlonego pokoju i chciał jej zamknąć usta pocałunkami.
Ale odsunęła go od siebie.
— Więc dobrze, — powiedziała — przypuśćmy, że się łudzę, dajmy spokój duchom. Ale co byś uczynił, gdyby na tej ławce siedział Atanazy żywy?
— Poszedłbym zapytać czego sobie życzy?
Pchnięta jakiemś przeczuciem, pobiegła do ciemnego pokoju i spojrzała.
Nagle wydała okrzyk przerażenia.
— Chodź! Chodź! — przyzywała męża.
Pobiegł i oboje objąwszy się silnie patrzyli jak skamieniali. Widzieli teraz oboje Atanazego siedzącego na ławce, poznali go doskonale. Siedział bez ruchu.
Pot kroplisty ściekał im z czoła, myśli wirowały w głowie.
— To jest halucynacya! — szepnął. — On się nie rusza! Prawda, że się nie rusza? To nie jest Atanazy prawdziwy... to obraz wytworzony przez nasze przemęczone mózgi. Oboje teraz boimy się i oboje widzimy to samo!
— Popatrz! — szepnęła nagle. — Podniósł głowę!
— Tak... widziałem... to on... to Atanazy!
— Przekonałeś się. Widzisz! Miałam racyę!
Rouletabille przyszedł do siebie przekonawszy się, że niema do czynienia ze złudzeniem, ani duchem. Poszedł po rewolwer i nabił go.
— Co chcesz zrobić? — spytała już także spokojna i zdecydowana na wszystko.
— Powiedziałem ci: spytać czego chce?
— Idę z tobą!
— Dobrze... jeśli chcesz, zgoda! Nawet lepiej byśmy się nie rozłączali na wszelki wypadek.
— Idziemy razem! rzekła biorąc go za rękę.
Zeszli po schodach. odsunęli ostrożnie zasuwkę drzwi wchodowych znajdujących się właśnie naprzeciw gazonu z ławką kamienną i otwarli drzwi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.