Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W kilka dni potem, Rouletabille, nie bez wzruszenia, zapukał do wielkich, ciężko okutych drzwi domu, przy jednej z uliczek, placu Top Hane.
Okna domu pokryte były gęstą siecią krat i zasłonięte z wewnątrz, tak, że nie wiadomo było, jak się tam zdoła przedrzeć promień słońca. Był to dom staroświecki, warowny i tajemniczy, którego czarna sylweta, odcinała się ponurą plamą, nawet w tej wązkiej uliczce.
Rouletabille uderzył młotkiem trzy razy i czekał, Trząsł się, albowiem zima w Konstantynopolu jest mroźna, a on zapomniał wziąć futro w drogę.
Nakoniec drzwi uchyliły się i zobaczył olbrzymiego kawasa, w kapiącej od złota liberyi, który czekał, aż wymieni swe nazwisko. Musiał powiedzieć dwukrotnie, jak się nazywa, zanim został wpuszczony do wnętrza.
Rouletabille kazał dorożkarzowi swemu zaczekać i wszedł do dziwnego budynku, pamiętającego zamierzchłe czasy.
Kawas wprowadził gościa do salonu i wskazał ręką rząd poduszek, leżących wzdłuż ścian.
W dwie minuty potem ukazał się olbrzymiego wzrostu murzyn. Niósł na wielkiej, srebrnej tacy filiżanki z kawą i talerzyki z konfiturami wszelkiego rodzaju, a zwłaszcza z sorbetem różanym.
I on znikł natychmiast..
Minęło pięć minut, poczem pojawił się zgrzybiały, trzęsący się starzec, może stuletni, z ogromną, spływającą niemal na dywan, białą brodą, w zielonym turbanie na głowie.
Pozdrowił bardzo poważnie Rouletabilla, usiadł przy stole i zaczął natychmiast pić kawę i zajadać konfitury. Nie przeszkadzało mu to mówić. Głosem słodkim, dziecięcym, trzepał coś bezustanku, ale Rouletabille nie odpowiadał, gdyż starzec mówił po turecku.
Rouletabille brał od czasu do czasu w usta trochę konfitur, ale głównie spoglądał na drzwi, któremi wszedł starzec. Tymczasem otwarły się inne drzwi, ukazał się w nich niezmiernie wysoki rzezaniec i podnosząc portyerę, wpuścił do komnaty, coś w rodzaju widziadła, w czarnym stroju.
Można sobie wyobrazić, jakiej wagi musiała być rzecz, która przywiodła tutaj Rouletabilla, jeśli mogła skłonić damę arystokratyczną, zamieszkującą starożytny pałac, gdzie przebywają jeno dostojnicy, w zielonych turbanach, do złamania przykazań proroka i ukazania się w saloniku, to jest miejscu, niedostępnem dla kobiet muzułmańskich.
Rysów jej nie było widać. Nawet czoło miała zakryte czarnym, wdowim czarszafem; w wycięciach tego welonu, paliły się czarne, inteligentne oczy.
— Kanende Hanum! — wymówił Rouletabille, skłoniwszy się trzy razy, albowiem miał przed sobą księżniczkę, która w tym wdowim domku opłakiwała upadek dawnego rządu.
Kanende Hanum, władająca doskonale językiem francuskim, przedstawiła Rouletabillowi pana w zielonym turbanie, swego wuja, generała dywizyi, na pensyi, który wsławił się pod Plewną. Generał, skinieniem ręki, poprosił gościa, by zajął miejsce.
Rouletabille podał księżniczce zapieczętowane pismo.
— Tak, wiem już. Kasbek mnie uprzedził. Ale czekam na jego przybycie.
Na te słowa, Rouletabille zmieszał się nieco, ale pokrywając to zręcznie, odezwał się:
— Wszak powiada w tem piśmie, że, jeśli nie przybędzie do godziny piątej, nie należy go oczekiwać dłużej.
Tak, tak, proszę pana! — odparła. — Ale jest dopiero czwarta godzina.
Zaczęła rozmawiać o różnych rzeczach, o wypadkach wojennych, o stanowczem niepowodzeniu Bułgarów na linii obronnej Czataldży. Była z tego bardzo zadowolona i uważała to za początek polepszenia szans, a nawet krwawego, rychłego odwetu, na nieprzyjaciołach.
Rouletabille zapewniał ją, że nigdy w świecie nie byłoby spadło na państwo tyle katastrof, gdyby sultan, Abdul Hamid, był pozostał na tronie.
— On powróci! — odparła i podała mu do pocałowania rękę, gestem, pełnym godności.
Potem wstała, by odejść.
— Przepraszam panią bardzo! — powiedział — czy panna Wilczkow otrzymała list, który przesłałem jej przez Kasbeka.
— Naturalnie! — odparła Kanende Hanum. — Ale powiedz mi pan — dodała — czy długo się pan zatrzyma w Konstantynopolu?
— Proszę pani! Powiadają, że wojna ma się ku końcowi, opuścimy tedy Konstantynopol jak się da najprędzej! — odpowiedział żywo.
— Dobrze... dobrze...
Wieść o tym szybkim odjeździe zdawała się zachwycać księżniczkę. Kiwnęła mu głową i wyszła temi samemi drzwiami, pozostawiając go sam na sam ze starym Turkiem, który na nowo napychać go zaczął konfiturami, gadając ciągle.
Wreszcie zielono-turbanowy pan wstał, złożył mu głęboki ukłon i wyszedł.
Rouletabille spojrzał na zegarek. Było pół do czwartej. Czas dłużył mu się strasznie. Uczynił gest zniecierpliwienia, schował zegarek do kamizelki i podniósł głowę.
Nagle zadrżał z radości.
Przed nim stała Iwana.
Była ubrana według ostatniej mody paryskiej, gotowa do wyjścia, w futrze i czapeczce, bez tureckiego „czardżefu“, nawet bez przejrzystego „jasmaku“, a z całego oryentalizmu zostały tylko jej wschodnie, gorejące oczy, wpatrzone weń teraz poprzez woalkę.
— Drogi Zo, więc zrozumiałeś? Więc mnie zrozumiałeś? — Jakąże radością napełnił mnie twój list!
Uczynili oboje ruch, by się rzucić sobie w ramiona, ale powstrzymali się, gdyż posłyszeli stłumiony kaszel i zachodziła obawa, że niebawem pojawi się znowu jakieś nowe stworzenie w zielonym turbanie, lub widmo w czarnym czardżafie.
Niezawodnie pilnowano ich jeszcze; jakieś oczy śledziły każdy ich ruch. Przeto Rouletabille całował tylko rączki Iwany a ona powtarzała bez ustanku:
— Więc zrozumiałeś drogi Zo?
Była bardzo blada i Rouletabille spostrzegł, że się chwieje.
— Wyjdźmy stąd coprędzej Zo! Wyjdźmy stad!
— Nie możemy wyjść przed piątą. Zaręczam ci, że tego niepodobna uczynić. Błagam cię uspokój się i bądź cierpliwą. Siądź tu blisko przy mnie. Będziemy rozmawiali półgłosem...
— Chciałabym być już o sto mil od tego wszystkiego! — powiedziała.
— Aż o piątej, gdyż Kasbek naznaczył tu swą bytność... potem polecimy, jak ptaki... daleko... daleko!
— Czas mi się strasznie dłużył tutaj. Wiedziałam, że musisz tu być, a nie wiedziałam czemu nie przybywasz?
— Nie wiedziałem, że tutaj jesteś. Myślałem że razem z Abdul Hamidem zabrano cię wprost z „Loreley“ do pałacu Beylerbeja.
— O nie, umieszczono mnie tutaj. a Kanende Hanum miała wykształcić mnie na odaliskę godną jego monarszej mości.
— O, Iwano!
— Przechodziłam rzeczy wstrętne. Nacierano mnie perfumami i uczono tańczyć... Ale powiedz mi... czy Kasbek oddał ci wszystkie papiery ze skrytki? Wszystkie.. i nie otwierane?
— Wszystkie, w porządku. Ale musieliśmy sprawdzać. A pozatem Kasbek miał mnóstwo wymagań i zastrzeżeń co do tych skarbów, zanim oddał mi ciebie. To zresztą zrozumiałe. Jest to kupiec w każdym calu.
Westchnęła:
— Która godzina? Kiedyż stąd wyjdziemy?
— Słuchaj, Iwano... mówią już o zawieszeniu broni i rokowaniach pokojowych. Może niedługo będziemy mogli wyruszyć do Paryża?
— To najlepsze! To byłoby najlepsze!
— I tam weźmiemy ślub.
— Władysławow się nie zgodzi! Będzie się domagał by ślub się odbył w Sofii.
Musi uczynić co ja zechcę.
— Oczywiście... wolałabym Paryż! — zawołała tuląc się do niego.
Musimy oboje zapomnieć o różnych rzeczach?
— Prawda? Prawda... prawda... jedźmy!... zawołała. Po chwili spytała. — Więc on zginął? Czy to rzecz całkiem pewna?
— Kto? Atanazy? Tak, rzecz pewna! Ale może nawet lepiej dla niego. Byłby teraz musiał bardzo cierpieć...
— Nic mu nie jestem winna, nie mam żadnych zobowiązań wobec tego, że to ty zabiłeś Gawłowa! — odrzekła z egoizmem zakochanych. — Drogi Zo, nie masz pojęcia, jak cieszyłam się, dowiedziawszy się o tem, że Gawłow nie padł wówczas z ręki Kietewa, ale został przez ciebie zabity w podziemnym skarbcu. Obrzydliwą rzeczą było przyrzekać się Atanazemu, którego nigdy nie kochałam, za głowę Gawłowa. A jednak nie mogłabym odmówić. Przysięgłam! Toteż cierpiałam strasznie na myśl o jego zwyciestwie!
— Czemu nie zwierzyłaś się mnie?
— Ni tobie, ani nikomu! Wszystko co czyniłam dalej, było coraz to gorsze. Życzyłam śmierci Atanazemu, chociaż wiedziałam, że jest potrzebny mojej ojczyźnie, a życia życzyłam i ocalenia, Gawłowowi, który zamordował mego ojca, matkę, stryja i siostrę...
Własną ręką uwolniłam go z bastyonu w chwili gdy nadciągała armia nasza... więc popełniłam zdradę ojczyzny... Pełną byłam pogardy dla siebie i pełna wstydu! O, com ja przecierpiała? Ale umarł już Atanazy, jestem wolna, bo i Gawłow nie żyje. Nie cieszmy się jego śmiercią. to by nam nie przyniosło szczęścia. Tylko proszę cię Zo, pomóż mi zapomnieć o tem wszystkiem... pomóż!
Utulił ją w objęciach i przyrzekł solennie.