Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXV.

W kilka dni potem, Rouletabille, nie bez wzruszenia, zapukał do wielkich, ciężko okutych drzwi domu, przy jednej z uliczek, placu Top Hane.
Okna domu pokryte były gęstą siecią krat i zasłonięte z wewnątrz, tak, że nie wiadomo było, jak się tam zdoła przedrzeć promień słońca. Był to dom staroświecki, warowny i tajemniczy, którego czarna sylweta, odcinała się ponurą plamą, nawet w tej wązkiej uliczce.
Rouletabille uderzył młotkiem trzy razy i czekał, Trząsł się, albowiem zima w Konstantynopolu jest mroźna, a on zapomniał wziąć futro w drogę.
Nakoniec drzwi uchyliły się i zobaczył olbrzymiego kawasa, w kapiącej od złota liberyi, który czekał, aż wymieni swe nazwisko. Musiał powiedzieć dwukrotnie, jak się nazywa, zanim został wpuszczony do wnętrza.
Rouletabille kazał dorożkarzowi swemu zaczekać i wszedł do dziwnego budynku, pamiętającego zamierzchłe czasy.
Kawas wprowadził gościa do salonu i wskazał ręką rząd poduszek, leżących wzdłuż ścian.
W dwie minuty potem ukazał się olbrzymiego wzrostu murzyn. Niósł na wielkiej, srebrnej tacy filiżanki z kawą i talerzyki z konfiturami wszelkiego rodzaju, a zwłaszcza z sorbetem różanym.
I on znikł natychmiast..
Minęło pięć minut, poczem pojawił się zgrzybiały, trzęsący się starzec, może stuletni, z ogromną, spływającą niemal na dywan, białą brodą, w zielonym turbanie na głowie.
Pozdrowił bardzo poważnie Rouletabilla, usiadł przy stole i zaczął natychmiast pić kawę i zajadać konfitury. Nie przeszkadzało mu to mówić. Głosem słodkim, dziecięcym, trzepał coś bezustanku, ale Rouletabille nie odpowiadał, gdyż starzec mówił po turecku.
Rouletabille brał od czasu do czasu w usta trochę konfitur, ale głównie spoglądał na drzwi, któremi wszedł starzec. Tymczasem otwarły się inne drzwi, ukazał się w nich niezmiernie wysoki rzezaniec i podnosząc portyerę, wpuścił do komnaty, coś w rodzaju widziadła, w czarnym stroju.
Można sobie wyobrazić, jakiej wagi musiała być rzecz, która przywiodła tutaj Rouletabilla, jeśli mogła skłonić damę arystokratyczną, zamieszkującą starożytny pałac, gdzie przebywają jeno dostojnicy, w zielonych turbanach, do złamania przykazań proroka i ukazania się w saloniku, to jest miejscu, niedostępnem dla kobiet muzułmańskich.
Rysów jej nie było widać. Nawet czoło miała zakryte czarnym, wdowim czarszafem; w wycięciach tego welonu, paliły się czarne, inteligentne oczy.
— Kanende Hanum! — wymówił Rouletabille, skłoniwszy się trzy razy, albowiem miał przed sobą księżniczkę, która w tym wdowim domku opłakiwała upadek dawnego rządu.
Kanende Hanum, władająca doskonale językiem francuskim, przedstawiła Rouletabillowi pana w zielonym turbanie, swego wuja, generała dywizyi, na pensyi, który wsławił się pod Plewną. Generał, skinieniem ręki, poprosił gościa, by zajął miejsce.
Rouletabille podał księżniczce zapieczętowane pismo.
— Tak, wiem już. Kasbek mnie uprzedził. Ale czekam na jego przybycie.
Na te słowa, Rouletabille zmieszał się nieco, ale pokrywając to zręcznie, odezwał się:
— Wszak powiada w tem piśmie, że, jeśli nie przybędzie do godziny piątej, nie należy go oczekiwać dłużej.
Tak, tak, proszę pana! — odparła. — Ale jest dopiero czwarta godzina.
Zaczęła rozmawiać o różnych rzeczach, o wypadkach wojennych, o stanowczem niepowodzeniu Bułgarów na linii obronnej Czataldży. Była z tego bardzo zadowolona i uważała to za początek polepszenia szans, a nawet krwawego, rychłego odwetu, na nieprzyjaciołach.
Rouletabille zapewniał ją, że nigdy w świecie nie byłoby spadło na państwo tyle katastrof, gdyby sultan, Abdul Hamid, był pozostał na tronie.
— On powróci! — odparła i podała mu do pocałowania rękę, gestem, pełnym godności.
Potem wstała, by odejść.
— Przepraszam panią bardzo! — powiedział — czy panna Wilczkow otrzymała list, który przesłałem jej przez Kasbeka.
— Naturalnie! — odparła Kanende Hanum. — Ale powiedz mi pan — dodała — czy długo się pan zatrzyma w Konstantynopolu?
— Proszę pani! Powiadają, że wojna ma się ku końcowi, opuścimy tedy Konstantynopol jak się da najprędzej! — odpowiedział żywo.
— Dobrze... dobrze...
Wieść o tym szybkim odjeździe zdawała się zachwycać księżniczkę. Kiwnęła mu głową i wyszła temi samemi drzwiami, pozostawiając go sam na sam ze starym Turkiem, który na nowo napychać go zaczął konfiturami, gadając ciągle.
Wreszcie zielono-turbanowy pan wstał, złożył mu głęboki ukłon i wyszedł.
Rouletabille spojrzał na zegarek. Było pół do czwartej. Czas dłużył mu się strasznie. Uczynił gest zniecierpliwienia, schował zegarek do kamizelki i podniósł głowę.
Nagle zadrżał z radości.
Przed nim stała Iwana.
Była ubrana według ostatniej mody paryskiej, gotowa do wyjścia, w futrze i czapeczce, bez tureckiego „czardżefu“, nawet bez przejrzystego „jasmaku“, a z całego oryentalizmu zostały tylko jej wschodnie, gorejące oczy, wpatrzone weń teraz poprzez woalkę.
— Drogi Zo, więc zrozumiałeś? Więc mnie zrozumiałeś? — Jakąże radością napełnił mnie twój list!
Uczynili oboje ruch, by się rzucić sobie w ramiona, ale powstrzymali się, gdyż posłyszeli stłumiony kaszel i zachodziła obawa, że niebawem pojawi się znowu jakieś nowe stworzenie w zielonym turbanie, lub widmo w czarnym czardżafie. Niezawodnie pilnowano ich jeszcze; jakieś oczy śledziły każdy ich ruch. Przeto Rouletabille całował tylko rączki Iwany a ona powtarzała bez ustanku:
— Więc zrozumiałeś drogi Zo?
Była bardzo blada i Rouletabille spostrzegł, że się chwieje.
— Wyjdźmy stąd coprędzej Zo! Wyjdźmy stad!
— Nie możemy wyjść przed piątą. Zaręczam ci, że tego niepodobna uczynić. Błagam cię uspokój się i bądź cierpliwą. Siądź tu blisko przy mnie. Będziemy rozmawiali półgłosem...
— Chciałabym być już o sto mil od tego wszystkiego! — powiedziała.
— Aż o piątej, gdyż Kasbek naznaczył tu swą bytność... potem polecimy, jak ptaki... daleko... daleko!
— Czas mi się strasznie dłużył tutaj. Wiedziałam, że musisz tu być, a nie wiedziałam czemu nie przybywasz?
— Nie wiedziałem, że tutaj jesteś. Myślałem że razem z Abdul Hamidem zabrano cię wprost z „Loreley“ do pałacu Beylerbeja.
— O nie, umieszczono mnie tutaj. a Kanende Hanum miała wykształcić mnie na odaliskę godną jego monarszej mości.
— O, Iwano!
— Przechodziłam rzeczy wstrętne. Nacierano mnie perfumami i uczono tańczyć... Ale powiedz mi... czy Kasbek oddał ci wszystkie papiery ze skrytki? Wszystkie.. i nie otwierane?
— Wszystkie, w porządku. Ale musieliśmy sprawdzać. A pozatem Kasbek miał mnóstwo wymagań i zastrzeżeń co do tych skarbów, zanim oddał mi ciebie. To zresztą zrozumiałe. Jest to kupiec w każdym calu.
Westchnęła:
— Która godzina? Kiedyż stąd wyjdziemy?
— Słuchaj, Iwano... mówią już o zawieszeniu broni i rokowaniach pokojowych. Może niedługo będziemy mogli wyruszyć do Paryża?
— To najlepsze! To byłoby najlepsze!
— I tam weźmiemy ślub.
— Władysławow się nie zgodzi! Będzie się domagał by ślub się odbył w Sofii.
Musi uczynić co ja zechcę.
— Oczywiście... wolałabym Paryż! — zawołała tuląc się do niego.
Musimy oboje zapomnieć o różnych rzeczach?
— Prawda? Prawda... prawda... jedźmy!... zawołała. Po chwili spytała. — Więc on zginął? Czy to rzecz całkiem pewna?
— Kto? Atanazy? Tak, rzecz pewna! Ale może nawet lepiej dla niego. Byłby teraz musiał bardzo cierpieć...
— Nic mu nie jestem winna, nie mam żadnych zobowiązań wobec tego, że to ty zabiłeś Gawłowa! — odrzekła z egoizmem zakochanych. — Drogi Zo, nie masz pojęcia, jak cieszyłam się, dowiedziawszy się o tem, że Gawłow nie padł wówczas z ręki Kietewa, ale został przez ciebie zabity w podziemnym skarbcu. Obrzydliwą rzeczą było przyrzekać się Atanazemu, którego nigdy nie kochałam, za głowę Gawłowa. A jednak nie mogłabym odmówić. Przysięgłam! Toteż cierpiałam strasznie na myśl o jego zwyciestwie!
— Czemu nie zwierzyłaś się mnie?
— Ni tobie, ani nikomu! Wszystko co czyniłam dalej, było coraz to gorsze. Życzyłam śmierci Atanazemu, chociaż wiedziałam, że jest potrzebny mojej ojczyźnie, a życia życzyłam i ocalenia, Gawłowowi, który zamordował mego ojca, matkę, stryja i siostrę...
Własną ręką uwolniłam go z bastyonu w chwili gdy nadciągała armia nasza... więc popełniłam zdradę ojczyzny... Pełną byłam pogardy dla siebie i pełna wstydu! O, com ja przecierpiała? Ale umarł już Atanazy, jestem wolna, bo i Gawłow nie żyje. Nie cieszmy się jego śmiercią. to by nam nie przyniosło szczęścia. Tylko proszę cię Zo, pomóż mi zapomnieć o tem wszystkiem... pomóż!
Utulił ją w objęciach i przyrzekł solennie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.