Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Był pewny, że zginie tutaj na dnie toni, pogrążony w ciemń przeraźną.
Najbardziej trwożyło go, że nie dotyka niczego ręką, że wokół niego tylko nieuchwytny płyn...
Byle coś... — pomyślał, — byle jakiś kamień! Przed oczyma zamajaczyły mu jakieś kręgi ogniste, fantastyczne, przeczyste światła, zaczęły migać tu i tam. Wydawało mu się, że to skarby sułtana zaczęły taniec szatański, w godzinie jego śmierci.
Straszna chwila..
Wszystkie wspomnienia życia zaczęły się cisnąć tłumnie. Widział najdrobniejsze szczegóły, miał przed sobą dawno zapomniane sytuacye, odbyte przed laty podróże, znane ongiś ludzkie twarze, zjawiały mu się przed oczyma. Ze wszystkich stron patrzyły nań błyszczące oczy przypomnień.
Tak bywa, gdy człowiek kona, — pomyślał. Tak się dzieje pono zawsze.
I to go ostatecznie przekonało, że śmierć blizka.
Zachwiał się i usiadł na ziemi, gotów na wszystko.
Naraz, wydało mu się, że jakiś krąg ognisty, których widział tyle przed chwilą, sunie ku niemu wprost, unosząc się nizko nad ziemią.
Pośrodku kręgu zamajaczył jakiś kształt.
Ostatkiem woli, reporter otrząsnął się ze złudzeń wizyj przedśmiertnych i nagle uciecha załomotała w jego sercu.
Spostrzegł przed sobą ogromny cień postaci ludzkiej, otoczony kręgiem światła.
W pierwszej chwili, powracająca sprawność umysłu, narzuciła mu pytanie: „A może to moje własne odbicie?“ I przypuszczenie to było słuszne, postać dostrzeżona miała bowiem taki sam hełm na głowie i tak samo była ubrana. Także człowiek ten miał w ręku motykę.
Wstał.
Cień natomiast pochylił się w tejże chwili.
Rouletabille podniósł ręce w górę.
Cień nie podniósł swoich.
— Człowiek! — zawołał reporter. — Gawłow!
Przypomniał sobie natychmiast wszystko.
To Gawłow, którego widzieli obaj pod ruinami Czreganu, szuka skarbów Abdul Hamida!
Gawłow zna drogę ku Bosforowi, przeto, idąc za nim, reporter zostałby ocalony.
Dziwne ocalenie! Czyżby to była odpłata za wyzwolenie z rąk Kietewa?
Naraz przyszło mu na myśl, że ocalenie własne sprzeczne jest z interesem Iwany. Bo jeśli Gawłow znajdzie skarby, cóż się stanie z wykupem, jej posagiem?
Natychmiast powziął postanowienie co czynić należy i ukrył się w cieniu, unikając kręgu światła.
Przybysz odkrył kupkę drogich kamieni.
Pochylił się i zaczął je zgarniać do torby, którą ze sobą przyniósł i napełniwszy ją, obrócił na osi drzwi komory, jakby w obawie, by mu ktoś inny reszty nie zabrał.
Potem zwrócił się ku wyjściu, w kierunku wprost przeciwnym strony, z której nadszedł Rouletabille.
Reporter powoli posuwał się za nim. Czynił krok równocześnie z krokiem swego przewodnika i starał się unikać wszelkiemi siłami najlżejszej nieostrożności.
Nagle wśród mleczno połyskującej wody Rouletabille spostrzegł profil tafli drzwi bronzowych w otworze kurytarza, zupełnie podobnych do drzwi, któremi wszedł od strony basenu.
Teraz stało się rzeczą pewną. Tu zaczynał się kurytarz podziemny, wiodący do Bosforu.
Jednocześnie, reporter spostrzegł, że Gawłow próbuje, czy drzwi się obracają na zawiasach.
Przerażony możliwością zamknięcia żywcem w tym grobie, uczynił gest i rzucił się naprzód.
To zdradziło jego obecność.
Gawłow porzucił w tej chwili drzwi, obrócił się, przystanął i postąpił kilka kroków, szukając latarką wśród ciemności.
Nagle zobaczył go, podniósł motykę i postąpił naprzód.
Rouletabille podniósł swoją.
Stali tak obaj przez chwilę gotowi do walki. Dwu ludzi na świecie nie mogło znać tajemnicy. Jeden musiał zginąć koniecznie.
Gawłow postąpił znowu, Rouletabille się cofnął. Chciał użyć podstępu i wycofać się z biegu światła, by zyskać możność przewagi, nad swym, olbrzymim przeciwnikiem. Cofał się tedy ciągle.
Nagle opuścił w dół swą motykę, udając, że wypadla mu z ręki, przez nieuwagę.
Przeciwnik pochylił się niezwłocznie i podjął broń.
Z tej chwili skorzystał Rouletabille, rzucił się na ziemię i obszedł swego współzawodnika na raczkach, tak, że schował się w cieniu.
Tamten, podniósłszy motykę, zaczął go szukać i kroczył naprzód.
Rouletabille przyczaił się, potem skoczył, jak tygrys, rzucił się na Gawłowa i jednem szarpnięciem oderwał mu z pleców zbiornik z powietrzem. Szarpał, jak oszalały, a tamten machał rękami w powietrzu, nie mogąc go dosięgnąć.
Zachwiał się, przez chwilę zdawało się, że upadnie. Z oderwanych zbiorników trysła kaskada świetlistych baniek w górę. Gawłow słaniał się, wreszcie padł na plecy, pociągnięty przez reportera i rzucał się przez chwilę konwulsyjnie, wbijając paznogcie w piersi. Potem legł martwy, spokojny.
Umart.
Szczęściem, lampka elektryczna, którą miał na piersiach, pozostała nietknięta. Rouletabille odczepił ją, zbrojny tem światłem, zabrał pełną klejnotów torbę i ruszył ku drzwiom, nie patrząc na swą ofiarę, w obawie, że baterya lampki może się wyczerpać.
Zlekka pchnął tafle drzwi, które obróciły się posłusznie na osi. Rouletabille obracał się razem z nimi i niebawem znalazł się na zewnątrz, na dnie Bosforu.
Spojrzał z zewnątrz na przymknięte teraz drzwi, których nie zatrzasnął zupełnie i zrozumiał trudność, jaką sprawiało odnalezienie ich. Były pokryte algami i pasorzytami i nie różniły się niczem od brzegów morza, ponadto zamaskowane były dwoma, zachodzącymi na siebie murami, stanowiącymi rodzaj krętego wąwozu. Mur ten był zresztą tak podobny do naturalnej skały, że odkrycie wejścia, zwłaszcza, gdy było zamknięte mechanizmem z zewnątrz, zaliczyć można było śmiało do niepodobieństw. Reporter, wydostawszy się z pomiędzy murów, poszukał brzegu, który był zresztą blisko, potem, idąc wzdłuż niego, natrafił na stopień schodów. Niezliczona moc schodów, prowadzi wszędzie, w Konstantynopolu, ku wodzie. Reporter zaczął iść w górę i niebawem wystawił głowę ponad wodę.
Nie bez trudności zdjął swój hełm i nareszcie odetchnął powietrzem z radością, jakiej opisać nie sposób.
Wyszedł na brzeg i zoryentował się, że znajduje się tuż pod ruinami Czereganu: Pomyślał zaraz o Candeurze, który czekał dotąd przy basenie i marł zapewne z niepokoju o niego.
Zdjął nieprzemakalne ubranie, zwinął je wraz z wszystkiemi przyborami, oraz torbą i udał się z powrotem tą samą drogą, jaką już przebył z Candeurem.
Niebawem znalazł się w chodniku Durdané i nad basenem.
Zastał Candeura, ociekającego wodą i na poły zmarłego ze strachu, albowiem biedaczysko dawał raz poraz nurka, poszukując przyjaciela, zawsze jednak nadaremnie.
Można sobie wyobrazić zdumienie i radość Candeura.
— To śmieszne! — powiedział, przyszedłszy nieco do siebie. — Ty sobie spacerowałeś pod wodą, po dnie Bosforu, a ja zmokłem!