Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Trudno powiedzieć, co się działo w duszy Rouletabilla, w tej sekundzie, kiedy światło zagasło.
Zrazu nie mógł zrozumieć. Ta ciemność, bezpośrednio po fantasmagoryi blasków? Gdzie się podziały skarby niezmierzone? Czyż stał się igraszką złego demona z tysiąca i jednej nocy, który mu przesuwał przed oczyma nierealne wizye?
Sięgnął, dla przekonania się, po owe widziane skarby, podniósł z ziemi garść klejnotów i poznał, że nie śni. Wyraźnie potem wymacał mur, drzwi bronzowe, wreszcie znalazł u pasa zepsutą latarkę elektryczną. Był to więc najzwyklejszy przypadek. Rouletabille oprzytomniał, ale dreszcz trwogi wstrząsnął nim jednocześnie.
Co czynić?
Po chwili jednak przywołał na pomoc całą swą zimną krew i inteligencyę. Sprawa była trudna, ale nie beznadziejna. Znał przecież drogę powrotną z tej sali, szło tylko o to, by trafić w właściwy kurytarz. Należało tylko odbyć tę całą podróż wstecz. Sala była okrągła, nie mógł się przeto zabłąkać.
Wymacał swą motyczkę, która mu się mogła przydać, zbliżył się do muru, zaczął iść, dotykając go ręką i licząc korytarze.
Znalazł niedługo kurytarz pierwszy na lewo, potem drugi, wreszcie trzeci...
Nagle zadrżał.
Skądże bowiem pewność, że właśnie ten trzeci kurytarz jest właściwym?
W istocie, wszedłszy tu, przez czas pewien szedł po promieniu koła, więc nie wiadomo, ile kurytarzy pominął? Jeśli wejdzie w ten kurytarz właśnie, czy wyjdzie nim do basenu, czy może znajdzie się w jakiemś nieznanem miejscu, czyż nie wpadnie w pułapkę, nastawioną zdradnie? Jeśli go zaś pominie, czyż nie pominie ostatniej sposobności ocalenia?
Nastała chwila strasznego wahania.
Potem, powziąwszy desperackie postanowienie, Rouletabille wszedł w kurytarz i zaczął się posuwać, badając ręką, czy nie natrafi na drzwi.
Ale nie mógł na nic natrafić. Szedł tedy przed siebie, nie puszczając muru.
Nagle zadrżał ponownie.
Mur się urywał, ręka jego natrafiła na próżnię. Znalazł się w jakiejś nowej sali... — A może to właśnie basen?
Przez chwilę miał tę nadzieję, ale wnet ją porzucił, z uwagi, na brak drzwi.
Może jednak pominął je? Może znajdywały się z boku, po tej stronie muru, której nie dotykał ręką? Wrócił tedy i zaczął macać przeciwległą ścianę kurytarza.
Nie znalazłszy niczego, postanowił wrócić do sali skarbca, gdyż należało szukać innego kurytarza.
I znów natrafił na krawężnik.
Stracił oryentacyę, w głowie zaczęło mu się mącić. Możność pomyłki wydawała mu się teraz straszną, a nieuniknioną koniecznością. Pozatem, choćby nawet powrócił do sali okrągłej, skądże pewny, że następny kurytarz będzie właściwym? Ruszył znów naprzód, znów natrafił na narożnik, znów zwrócił się w bok i znowu szedł przed siebie... słowem, zatracił się zupełnie.
Sytuacyi okropnej sprostać nie mógł nawet systematyczny, trzeźwy, a genialny umysł Rouletabilla.
W końcu, chodził już bezładnie, nie tykając wcale ścian, w uszach czuł tętnienie, krew zaczęła pulsować w skroniach, a otwarte usta, napróżno chwytały powietrze.
Dreszcz wstrząsnął jego ciałem.
Zbliżał się okropny koniec.