Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XXI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Rouletabille poczuł niebawem pod nogami dno. Ołowiane jego podeszwy sunęły po podłożu równem. i trwałem. Ruchy jego stały się teraz prawie zupełnie swobodne.
Nie potrzebował nawet latarki. Woda wokół niego posiadała szklisto-mleczny odblask, tak, że mógł widzieć o kilka kroków przed sobą.
Naraz krzyknął, aż zahuczało w hełmie miedzianym. Wprost przed sobą zobaczył otwór kurytarza, w murze okrężnym basenu.
Kurytarz ten oczywiście musiał prowadzić do właściwego skarbca i być zamykany szczelnie drzwiami, które teraz stały otworem. Osadzone były na osi pionowej i obracały się wkoło. Teraz stały zwrócone półobrotem do Rouletabilla. Mógł wejść stroną prawą, albo lewą. Obszedł je w koło i zbadał ich obrót, nie mógł jednak dostrzedz mechanizmu, którym się dają poruszać z zewnątrz.
Przyszedł do przekonania, że sułtan otwarł je w ostatnim momencie i nie miał czasu wprawić w ruch mechanizmu po raz drugi, tak, że zostały otwarte po zatopieniu skarbca. Gdyby je Abdul Hamid był zamknął, byłyby się tak przypasowały do muru, że wszelkie poszukiwania musiałyby prawdopodobnie, wobec nieznajomości mechanizmu zewnętrznego spełznąć na niczem.
Utwierdził się w tem, obejrzawszy drzwi, które były po jednej stronie pokryte płytą bronzową, po drugiej zaś, skierowanej normalnie ku wodzie, płytami marmuru, zupełnie identycznemi z płytami ścian basenu.
Uszczęśliwiony pomyślnym zbiegiem okoliczności i pewny, że znalazł skarbiec, zagłębił się w kurytarz.
Woda ustępowała lekko pod parciem jego ciała, podpierał się motyką, oddychał swobodnie, był szczęśliwy.
Obliczył, że rezerwoar wystarczy mu na dwie godziny, co było aż nadto, przeto nie zachodziło żadne niebezpieczeństwo, a jeśli serce jego biło żywo, to tylko z radości wewnętrznej.
Nagle stanął. Znikły ściany kurytarza. W około siebie widział tylko mleczną połyskliwą wodę... Zdumiał się i przeraził potrochu.
Ale postąpił naprzód, uczynił kilka kroków, przystanął... i poszedł dalej...
W okół była tylko woda i nic pozatem.
Nagle umysł jego pracujący żywo, znalazł przyczynę.
Poprostu kurytarz prowadził do obszernej sali, której ścian nie mógł dostrzedz.
Zboczył tedy na lewo, pod kątem prostym, od kierunku dotychczasowego.
Zrobił dziesięć kroków, zrobił dwadzieścia... i nie natrafił na nic. Sala ta musiała być ogromną.
Nakoniec światło latarki odbiło się zlekka na połyskliwej, marmurowej ścianie. Zbliżył się do muru i dojrzał spojenia tafli. Zrobione były z prześlicznego, zielonego marmuru, podobnego do materyału kolumn bazyliki Św. Zofii. Może zostały wyłamane ze świątyni słońca w Heliopolis? Ich bogactwo jednak było dobrem świadectwem, przeto reporter ruszył wzdłuż muru, dotykając go ręką, próbując motyczką, badając szczegółowo spojenia, dla odkrycia, czy któraś z płyt nie stanowi drzwi do skarbca właściwego. Ale płyty szły jedna po drugiej miarowo, bez śladu różnic + nie ustępowały pod uderzeniem motyki.
Zaczął tracić otuchę. Objął go strach na myśl, co będzie, jeśli wróci z pustymi rękami.
Szedł dalej, aż nagle ujrzał przed sobą czarny otwór kurytarza, który zdawał się nęcić go do wejścia.
Ale postanowił zbadać dokładnie tę salę, minął więc kurytarz, odnalazł dalszy ciąg ściany i nagle stanął...
W jednem miejscu, ściana załamywała się pod kątem.
Przez długą chwilę badał ten kąt, potem ruszył przed siebie, dotykając muru, który był ciągle taki sam.
Rouletabille zaczął drżeć z rozdrażnienia. Ta sala była zupełnie pusta. Przebywszy tyle trudów, musiał więc wracać z niczem.
Przez chwilę miał nadzieję, że pospieszna ucieczka zostawi tu jakiś ślad, że znajdzie porzucony kuferek, czy worek, rozsypane złoto, słowem, coś, co go naprowadzi na właściwe tory.
Ale nie znalazł nic, prócz ścian i zielonego marmuru.
Czyż to zresztą była sala skarbów?
Czy nie było drugiej na końcu kurytarza, który minął?
Rouletabille czuł, że krew mu pulsuje w skroniach gwałtownie.
Ale szedł dalej odważnie.
Nagle spostrzegł drugi kurytarz. Poszedł jednak dalej nie wchodząc weń. Sam nie wiedział, dlaczego to czyni.
Szedł i szedł, a w głowie zaczęło mu się coraz bardziej mącić...
W tem stanął i przysłonił ręką oczy, czyli szyby, przez które patrzył.
Z głębi czarnego otworu, nowego kurytarza, coś błysło.
Poruszył latarką.
Snop iskier różnobarwnych rzucił się ku niemu przez ciemność.
Rozbłysła gama barw niewypowiedzianych, zapaliły się tysięczne ognie od blasku jego latarki.
Oszalały z radości Rouletabille, wszedł w kurytarz. U wnijścia dostrzegł takie same jak poprzednio drzwi, na pionowej osi.
Były otwarte i mógł spojrzeć w głąb, jakoby niezmierzonej wielkości kufra pełnego skarbów z bajki.
Porzucił swą motyczkę i zanurzył obie ręce w górę drogich kamieni, klejnotów, naszyjników, dyademów. Ruszał je, przesypywał, opuszczał na ziemię, porwał motyczkę i kopał w tej przedziwnej ziemi, a z pod żelaza wylatywały świetlne fontanny na wszystkie strony.
W hełmie swoim szalał, płakał, śmiał się, dławił się i powtarzał ustawicznie:
— Iwana! Iwana!
Nagle uczuł, że nogi się pod nim chwieją. — Zbytek wrażeń, — pomyślał, — i chciał się oprzeć o mur, aby nie upaść. Ale musiał postąpić kilka kroków, aż do ściany.
I znów olśniło go światło.
Spostrzegł nowy otwór kurytarza, a z głębi buchnęły doń blaski skarbów.
Widocznie, w pośpiechu nie zdołano pozamykać wszystkich drzwi poszczególnych komór skarbca, zbiegających się w tej centralnej sali.
Rouletabille ujrzał w wyobraźni scenę tej chwili, gdy Abdul Hamid czując, że nadchodzi ostatnia godzina jego władzy, a może i ostatnia godzina życia, chciał zobaczyć jeszcze po raz ostatni te skarby nieprzebrane, które gromadził przez lat tyle. Udał się tedy kurytarzem Durdanè i basenem cieplarni, do skarbca. Otwarł drzwi bronzowe... Radował czas jakiś oczy swoje i sycił się widokiem tej baśni nieprawdopodobnej, aż nagle, pędzony strachem, a może ostrzeżony przez jakiś przyrząd skomplikowany, czy alarm elektryczny... uciekł.
Wydostał się na czas jeszcze, aby zatopić skarbiec i wszystkie te miliardy, krwawo okupione, za które mógł kupić sumienia setek tysięcy, którymi mógł zasypać wszystkie zbrodnie, za które mógł może odkupić sobie państwo.
Ale drzwi komór zostały otwarte.
Dla Rouletabilla zaś wszystko to razem przedstawiało się tylko, jako:
— Wykup Iwany i jej posag!
Powtarzał te słowa, oparty o mur, w zapamiętaniu niesłychanem.
Nagle uczynił ruch nieostrożny i upuścił motyczkę, na której był wsparty.
Obrócił się szybko, by ją podnieść...
I naraz lampka jego uderzyła o płytę drzwi komory.
Cała gama zgasła, skarby zniknęły jak duch, a Rouletabille został w zupełnej ciemności.