Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XX.
Candeur żałuje gorżko, że ma za dużą głowę.

Niedaleko „sztucznej rzeki,“ widniał kompleks budynków, połączonych tajemnym niegdyś podziemnym chodnikiem pałacu. Były tam dwa kioski, połączone z sobą kurytarzem, zwanym „chodnikiem Durdané“.
Abdul Hamid lubiał przebywać w jednym z nich, położonym dość wysoko, tak, że mógł z górnej terasy tego domu, przy pomocy lunet, skomplikowanej konstrukcyi i teleskopów, bardzo szczegółowo widzieć, co się dzieje w Stambule, obserwować, co robią na ulicach i w kawiarniach oficerowie. Drugi budynek zamieniony był w cieplarnię.
Reporterzy dostali się przez piękny portyk do opuszczonego teraz budynku pierwszego i weszli w „chodnik Durdané,“ kierując się omackiem ku cieplarni. Tutaj było jaśniej, bo poświata księżyca, ukrytego za chmurami, wpadała przez wielkie okna w dachu i okna boczne, ogromnych rozmiarów.
Rouletabille pociągnął Candeura w głąb, aż ku olbrzymiemu basenowi, pełnemu wody, po której pływały lilie wodne.
— Dajże spokój! Proszę cię! — błagał Candeur. — Przecież zbadaliśmy wszystko już, opukaliśmy każde drzewo, zwiedzili wszystkie kąty. Wszystko znamy na pamięć.
— Jednego jeszcze nie znamy! — powiedział Rouletabille.
— Czegóż-to?
Reporter wskazał na wodę basenu.
— Jestem pewny, że droga do skarbca idzie przez tę wodę. Tutaj kończy się „chodnik Durdane,“ a zaczyna skarbiec sułtana.
— Rozumiem! Racya! — powiedział Candeur.
— Prędko więc! Ubierajmy się!
— Jakto? Mamy włazić do tej wody?
— Naturalnie! Na cóż bym dźwigał te przybory.
— Sądzisz, że Abdul Hamid zawsze dawał nurka, by zobaczyć swe skarby?
— Idyoto!
— Dziękuję!
— Oczywiście istniał, a może istnieje jakiś sekretny sposób opróżniania tego basenu. Ale sposobu tego nie znam. Jestem tylko pewny, że na dnie znajdują się drzwi, prowadzące do skarbca. Pamiętaj, ze Kanende Hanum wspominała, że sułtan może, gdy zechce, zatopić swe skarby, w jednej chwili! Więc prędko! ubieraj się!
— Nie chcę! Za nic!
— Dobrze, pójdę sam!
— Nie chcę! Za nic!
— Więc cóż?
— Dawaj-że już ten skafander
Zaczęli się ubierać pospiesznie.
— A gdy znajdziesz drzwi? — zapytał Candeur, przymocowując na plecach przyjaciela rezerwoar, ze zgęszczonem powietrzem.
— Będę się starał otworzyć je.
— Nie będzie to łatwe.
— Nie wiem, chcę naprzód znaleźć drzwi. „Sztuczna rzeka,“ system basenu i przejście od strony Bosforu, wszystko to musiało być zbudowane jednocześnie. Jeśli zatopił skarby, bądź-to wodą sztucznej rzeki, bądź wodą Bosforu, to przypuszczam, że drzwi nie zostały zamknięte. Architektonicznie, jest to dzieło wspaniałe i godne podziwu, a opowiadano sobie po cichu, że wszystkim architektom i robotnikom, którzy budowali te rzeczy, przytrafiło się coś złego. Także przedsiębiorcy, wraz z rodzinami, zostali bądź-to oskarżeni o różne zbrodnie i powieszeni jawnie, bądź-też znikli po cichu ze świata.
— Psia-krew! — krzyknął nagle Candeur.
— Cóż ci to?
— Mam za dużą głowę!
— Co?
— Nie włazi do hełmu!
Rzeczywiście, głowa Candeura nie mogła przesunąć się przez otwór dolny hełmu.
— Pójdę więc sam! — oświadczył Rouletabille.
Candeur płakał, błagał, żebrał, klął, wyłamywał palce ze stawów, ale nic nie pomogło. Musiał skończyć wyekwipowanie Rouletabilla który się już na dobre niecierpliwił.
Nakoniec spróbował rezerwoaru z powietrzem. Oddychał doskonale. Spróbował latarki i był już gotów zupełnie.
Popychany przez Candeura, który mdlał ze strachu, posuwał się na ołowianych podeszwach ku wodzie, nareszcie wstąpił w nią, szukając noga schodów.
— Wracaj prędko! Uważaj na siebie! — powiedział Candeur, jakgdyby przyjaciel mógł go dosłyszeć.
Rouletabille znalazł wreszcie schody w jednem miejscu obwodu basenu. Schody prowadziły bystro w głąb. Opierając się na swej motyce, zaczął zstępywać powoli w dół.
Candeur widział przez chwilę jeszcze jego hełm na wodzie, potem pod wodą, potem zamajaczyło coś, rozbłysło światło latarki, zaczęło blednąć, znikło, i na toni zostały tylko koła drgające, niespokojne. Wreszcie uspokoiła się zwolna powierzchnia, wygładziła się szyba wody, znikł ślad wszelki, Candeur został sam.
Rzucił się na kolana i zaczął cicho płakać.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.