Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XVIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W minutę potem biegli obaj z Candeurem w kierunku wielkiego mostu; minęli go. Zostawiwszy za sobą Złoty róg, zagłębili się w labirynt ulic Stambułu. Ale co chwila musieli teraz przystawać. Natłok emigrantów był taki, że komunikacya została zatamowaną. Wózki ciągnione przez woły, pełne sprzętów domowych i pierzyn, wśród których widniały kobiety i dzieci, szły całemi karawanami. Nieboracy, uciekający z spalonych i zdewastowanych wsi, spadli, jak szarańcza, chmurą, na stolicę. Nocowali pod gołem niebem, po ulicach.
placach, w meczetach, zalali całe dzielnice wzniecając zamieszanie i budząc panikę. Rouletabille i Candeur dostali się jednak jakoś do Serai, niedaleko linii kolejowej, gdzie ich oczekiwał Tondor.
— Gdzie Włodzimierz? — spytał Rouletabille.
— Odjechał kajakiem, gdy tylko sygnalizowano „Loreley“ w porcie. Naznaczył punkt zborny a przystani Dolma Bagdże.
Rzucił okiem wokoło, widocznie zadowolony.
Właśnie zapalano światła na stacyi kolejowej, na morzu migotały liczne latarki kajaków, krążących od brzegu azyatyckiego do europejskiego i z powrotem.
Rouletabille był zamyślony, nie miał czasu cieszyć się długo widokiem nowego życia na Bosforze. Zabrał Tondora i wszyscy trzej poszli w stronę Galaty. Wstępując w górę Pary, nie zwracał uwagi na muzykę, pełne kawiarnie, oświetlone teatry i cały ruch uliczny stolicy państwa, które otrzymało niebezpieczną ranę, od której mogło zginąć. Myślał tylko o jednem: czy Iwana wpadła już w szpony Abdul Hamida. Wydawało mu się, że dość wcześnie doniósł o spisku i miał nadzieję, że Abdul Hamid opuścił Saloniki przed spotkaniem się z Kasbekiem i Iwaną.
Candeur chciał koniecznie wstąpić do piwiarni, ale Rouletabille zmusił go do pospiechu i niebawem znaleźli się w Dolma Bagdże. U samego wstępu do portu usłyszeli wołanie. Był to Włodzimierz. siedzący w kajaku.
— No, i cóż? — spytał reporter wskakując do kajaku.
Włodzimierz wskazał czarną sylwetę wielkiego okrętu na kotwicy.
— To „Loreley,“ — powiedział..
— I cóż? Mów prędko!
— Widziałem go...
— Widziałeś Kasbeka? — zapytał popędliwie.
— Tak, wysiadł z „Loreley“.
— Sam?
— Sam!
— Boże Wielki — zawołał Rouletabille, chwytając się za głowę.
Była to dla niego katastrofa... a cóż dopiero dla Iwany. Nie mógł wymówić ni słowa, rozpłakał się tylko. Nie ulegało teraz żadnej wątpliwości, Kasbek zdążył na czas, oddał Abdul Hamidowi Iwanę i uczyniwszy ten prezent ex-sułtanowi, wysiadł sam z okrętu.
Towarzysze otoczyli Rouletabilla i milczeli. Nareszcie reporter podniósł głowę i spytał:
— Gdzie jest Kasbek?
Włodzimierz ponownie wskazał „Loreley“.
— Jakto? — spytał reporter. — Przecież mówiłeś, że wysiadł?
— Pojechał na ląd, a potem wrócił.
— Czy cię spostrzegł?
— Nie!
— Dowiedziałeś się czego?
— Tyle tylko, ile wszyscy wiedzą, to jest, że za parę godzin wysadzą Abdul Hamida i jego świtę na ląd, by go zamknąć w pałacu Belerbeya, po stronie azyatyckiej. Wiem też, że Abdul Hamid ma ze sobą jedenaście kobiet.
— To prawda, to prawda! Miał tylko dziesięć, jedenastą znamy wszyscy.
— Jedenaście kobiet, dwóch eunuchów i najmłodszego swego potomka, noworodka.
— Koniecznie muszę się zobaczyć z Kasbekiem! — wykrzyknął Rouletabille z energią.
— Przed kwadransem mogłeś go pan spotkać na tym oto debarkaderze.
— Cóż robił na Perze?
— Szedłeś może za nim?
— Oczywiście. Zwrócił się bez namysłu ku placowi Top Hane. Po drodze zatrzymał się w małym domku, obwarowanym, jak forteca, otoczonym potężnym murem i zabawił tam najwyżej przez pięć minut. Potem zawrócił, przywołał kajak i odjechał zaraz na „Loreley“.
— Czy trafisz do tego domu?
— Oczywiście. Dom ten zresztą zamieszkuje bardzo wpływowa i znana osobistość, dowiadywałem się..
— Kto taki?
— Kanende Hanum.
— Ach, tak! Dziękuję ci, drogi Włodzimierzu! — zawołał Rouletabille, ściskając jego dłoń. Może jeszcze nie wszystko stracone! W każdym razie musimy tak postępować, jakgdyby istniała jeszcze możliwość ratunku. Potem... jakikolwiek byłby stan rzeczy, musimy wydostać biedaczkę z tego, przeklętego miejsca! Wszak prawda, przyjaciele? Czy chcecie wraz ze mną uczynić ostatni wysiłek?
— Rouletabille, — odpowiedzieli mu chórem. — Jesteśmy ci oddani z duszą i ciałem! Wyzwolimy ją, wyzwolimy! Może jeszcze tej nocy nie będzie za późno! Musi się nam udać tej nocy!
— Przypuszczam, tej nocy nie przepędzisz znowu w Ildis-Kiosku? — protestował Candeur.
— To ostatnia noc, Candeur.. przysięgam ci, że nam się powiedzie tej nocy!
Candeur zaprzeczył ruchem głowy.
— Sam wiesz, żeśmy wszystko przetrząsnęli, wszystko zbadali... wszystko. I na cóż jeszcze szukać dalej. Tyle jest skarbów w Ildis-Kiosku, co w mojej kieszeni, słowo ci daję! Jeśli zresztą chcesz, to raczej spróbujmy szczęścia na samym „Loreley,“ albo, ostatecznie, w pałacu Berberleya paszy.
— To absurd, Candeur! Nie brak wojska w otoczeniu Abdul Hamida, strzegą go i jego haremu, jak oka w głowie. Uprowadzać kobietę, w chwili lądowania? Głupstwo, zatrzymałyby nas natychmiast te kajaki, których pełno na wodzie! Szaleństwo! Wracajmy do Ildis-Kiosku. Powiadam ci, że mi się powiedzie tej nocy! Gdy będę miał w ręku skarby Abdul Hamida, odda mi bez wahania Iwanę!
Włodzimierz potrząsnął głową.
— Jestem tego samego zdania, co Candeur.
Reporter, stanąwszy na stałym lądzie wraz z Candeurem, polecił Włodzimierzowi nie wysiadać z kajaku, ale udać się pod dom Kanende Hanum.
— Przypuszczam, że Kasbek wróci tam jeszcze, lepiej zaś czekać go tam, niż w porcie, gdyż nie wiadomo, w którem miejscu wysiądzie. Pilnuj go, Włodzimierzu! Nie spuszczaj z oczu!
Powiedziawszy to, pociągnął Candeura za sobą, w labirynt uliczek, wijących się w górę, w kierunku Ildis-Kiosku. Candeur szedł posłuszny, ale naraz zdziwił się bardzo, bo Rouletabille skręcił nagle w prawo i zawrócił ku wybrzeżu, tuż, obok ruin Czeraganu. Zaułek ten był teraz pusty i ciemny.
Znaleźli się niebawem, tuż, nad wodą. Candeur zapytał przyjaciela, co ma dalej czynić, ale nagle zobaczył, że Rouletabille ciągnie za łańcuch jedno z czółen, stojących tu na kotwicy. Gdy stuknęło o brzeg, reporter kazał wsiąść Candeurowi, odczepił łańcuch z haka, wziął wiosło i pchnął silnem uderzeniem łódź na morze.