Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XVII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W ambasadzie francuskiej było przyjęcie. Zgromadzili się tutaj tylko ludzie zaufani, rozmawiano też otwarcie o najświeższych wydarzeniach, a zwłaszcza o ostatniej klęsce tureckiej pod Burgas.
Rouletabille, który od kilku dni bawił w stolicy, zdołał się wydobyć stąd i był obecny na polu walki. Opowiadał ciekawe szczegóły czterodniowej, zaciekłej walki, a wszyscy przysłuchiwali się z wielkiem zainteresowaniem... Rouletabille opisywał, co się działo z głównodowodzącym armią turecką, Abdulach paszą. Zamknięty został w małym domku, w Sakiskei, gdzie się mieściła główna kwatera. Tam to znalazł go Rouletabille po wielu przejściach. Generał ginął dosłownie z głodu. Oficerowie wygrzebywać musieli korzonki z ziemi i żywili się zupą gotowaną z nich, z dodatkiem odrobiny mąki, jaka im pozostała jeszcze. To było całem pożywieniem komendanta ogromnej armii.
Rouletabille dał generałowi kilka puszek konserw i żywił go swymi zapasami przez kilka dni.
— Tak, ale zato byłeś pan na samym froncie, miałeś wiadomości z pierwszej ręki.
— Ani mowy, nie miałem żadnych wiadomości! — odparł. — Ten biedny generał dowiadywał się zawsze o wszystkiem na samym ostatku. Nie posiadał ani telegrafu, ani telefonu, ani aeroplanów... nic! Drogi były tak złe, że nie mógł nawet wysyłać sztafet. To ja, po przezwyciężeniu strasznych trudności, przyniosłem mu wiadomość o klęsce jego wojsk pod Turkbey.
— A więc, jest to ruina państwa!
— Ruina? Nie przesadzajmy, proszę państwa. Należy umocnić teraz linię obronną Czataldży. Wszystko może się jeszcze odwrócić!
— W każdym razie stoimy wobec blizkiej rewolucyi, — zawołał ktoś z obecnych.
— Krążą wieści, że Abdul Hamid wstąpi ponownie na tron! — powiedział inny.
Zbliżył się ambasador.
— Winszuję panu! — rzekł uprzejmie. — Właśnie otrzymałem telegram, gdzie jest wzmianka o pańskich, nader ciekawych, sprawozdaniach wojennych.
Rouletabille poczerwienial z uciechy.
W tej chwili wszedł do salonu Candeur, zaplątał się w dywan, nastąpił na suknię ambasadorowej, wziął ją za rękę i całował, jak to czynić zwykł był Rouletabille. Aby nie upaść, ręką trzymał się rękawa, któregoś z gości. Potem stanął ogłupiały i patrzył. Spostrzegłszy Rouletabilla, przystąpił doń czerwony, jak ćwik i powiedział.
podając mu pakiet: Tondor wrócił....
— Doprawdy? — odezwał się reporter. — Państwo wybaczą, — oświadczył najbliżej stojącym, — wieści z Paryża...
Naprzód otwarł list od dyrektora „Epoki“, czytał i z trudem jeno mógł utaić radość, wobec powinszowań, jakie zawierał. „Epoka“ zarobiła tylko na tej całej awanturze z Markiem Wołochem, albowiem czytelnicy „Nouvelle Presse“ przerzucili się tłumnie do „Epoki“, dla czytania dalszej seryi, zaczętych tam artykułów i korespondencyi. Znano też już fakta odnośne do rzekomego zdobycia Kirkilissy. Dyrektor kończył: „Pisz pan więc, drogi Rouletabille i nie puszczaj w dalszym ciągu żadnych kaczek. Zostawmy to indywiduom, w guście Marka Wołocha“.
— Cóż słychać w Paryżu? — pytano reportera.
— W Paryżu, — odparł, — opowiadają sobie, że Bułgarzy będą tu za tydzień i że odprawią nabożeństwo u Świętej Zofii.
— To sprawka Młodoturków! — powiedział ktoś.
— Proszę państwa! — ozwał się pewien oficer marynarki. — Czy wiecie, że oczekujemy powrotu Abdul Hamida? Otrzymaliśmy na pokładzie „Leona Gambety“ radyogram, że ex-sułtan wraz z haremem znajduje się w Salonikach na pokładzie okrętu „Loreley,“ a okręt ten ma lada chwilę podnieść kotwicę, z przeznaczeniem jazdy do stolicy.
Rouletabille wziął na bok Candeura:
— Czy Włodzimierz jest na swojem stanowisku?
— Tak, widziałem go. Niema nic nowego!
Jeden z dziennikarzy zauważył:
— Rząd uczynił dobrze. Zrazu nie chciano cierpieć Abdul Hamida w stolicy, ale nadeszło zawiadomienie, że w Salonikach istnieje sprzysiężenie na jego rzecz. Natychmiast kazano go dostawić tutaj.
— Czy przyaresztowano spiskowców?
— Bagatela. Będziemy mieli dla rozrywki małe przedstawienie z katem w głównej roli! — powiedział młody, jeszcze gołowąsy dyplomata.
— Okropne rzeczy! — odparła ambasadorowa.
Candeur pobladł i patrzył na Rouletabilla, który zachowywał się, jakby go to wszystko wcale nie obchodziło.
Ale oficer odezwał się znowu:
— Niech się pani uspokoi. Tym razem nie będziemy nic takiego mieli. Rząd otrzymał wprawdzie wiadomości i znalazł dowody spisku, ale sami spiskowcy znikli gdzieś, jakby się zapadli pod ziemię...
— Czyś pan pewny?
— Najzupełniej. Jednocześnie z zawiadomieniem rządu musieli zostać i oni zawiadomieni, gdyż zdołali, jak wiadomo, uciec do Trebizondy i odjechać stamtąd statkiem do Odessy.
Candeur odsapnął głośno, a Rouletabille uśmiechnął się nieznacznie.
— Całem nieszczęściem Abdul Hamida jest, że nie wie, co się dzieje, że może przyjdzie stracić stolicę i Ildis-Kiosk. Inaczej, zapewne odniechciałoby mu się tronu!
— A co się stanie ze skarbcem?
— Ach tak... z tym słynnym, bajecznym skarbcem! — zawołali wszyscy chórem.
— Czyż on istnieje naprawdę? — spytała ambasadorowa.
— Istnieje niewątpliwie! — zapewnił pewien młody dragoman. — Nietylko, że sam w to wierzę, ale jeszcze mnóstwo osób, między innemi sam dzisiejszy rząd, który nie szczędził zabiegów, by skarbiec ten odkryć.
— Niepodobieństwo! — zawołała ambasadorowa.
— I znaleźli co? — spytał Rouletabille, którego ten temat zainteresował nagle.
— Dowiedziano się, przy pomocy szpiegowania pewnej damy tureckiej, blisko Abdul Hamida ongiś stojącej, dawnej Kadiny Ildis Kirku....
— Założę się,— zawołał młody attaché, że mowa o Kanende Hanum!
— Tak jest! Kanende Hanum jest ową damą. To niesłychana kobieta. Dokazała tej wielkiej sztuki, że postarzała się, zachowując dalej sympatyę i zaufanie Abdul Hamida. Otóż Kanende Hanum pewną jest, że skarbiec istnieje!
— Czy widziała go?
— Nie, nie widziała!
— To bajki!
— Ale widziała kilkanaście razy, jak ex-sułtan udawał się do skarbca i wówczas przechodził zawsze chodnikiem Durdane. Wracał także tamtędy.
— I szukano w tem miejscu?
— Szukano, nie znalazłszy jednak nic.
— Tak! Mówił mi to Zeki bey, sekretarz ministeryum spraw wewnętrznych. On jest przekonany, że wszystko polega na bajce!
— Gdzie się kończy ten chodnik? — spytał sekretarz ambasady.
— Tuż koło domu, ukrytego pośród wielkiej cieplarni. Przewrócono go do góry nogami i nic nie odkryto.
— Mnie zaś — oświadczył oficer marynarki, — mówiono co innego. Pewnego dnia jeździłem kajakiem po Bosforze i nagle w pobliżu ruin Czeraganu ujrzałem rodzaj pomostu pływającego na wodzie. Na tym pontonie była budka gdzie mieściły się przyrządy nurków, t. zw. skafandry. Ponieważ ponton ten stał tuż pod ogrodami sułtańskimi, powiedziałem żartem do Mahomeda Machmuda effendiego, z którym robiłem tę małą wycieczkę. — A może oni szukają skarbca pod wodą? — Machmud effendi kazał bliżej podjechać by się przyjrzeć skafandrom i budce, gdy nagle zbliżył się do naszego kajaku bacik rządowy z komisarzem policyi, który nas prosił byśmy się oddalili z tego miejsca.
— To jest ciekawe! — zawołał ktoś z obecnych!
— A może Kanende Hanum ma racyę? — dodał ktoś drugi.
— Chciałbym widzieć tych nurków, a nawet chętnie spuściłbym się na dno! — rzekł Rouletabille.
— Czy po skarby?
— Nie, nie po skarby, ale po to, by widzieć co tam jest na dnie. Muszą tam leżeć skarby pamiątek i dokumentów. Pomyślcie państwo, ile ludów przeszło przez Bosfor w ciągu lat niezmiernie długich. Tam musi być prawdziwe...
— Śmietnisko! — wtrącił swe trzy grosze Candeur.
— A zarazem złoże skarbów dla uczonego, dokończył reporter dla badacza i wogóle kulturalnego człowieka!
— To grób straszny, zbiorowisko szkieletów! — powiedział ktoś. — Pomyślcie państwo, ilu to ludzi wrzucono do Bosforu, z kamieniem, przywiązanym do nóg, w worku skórzanym. Otóż worki pogniły, a te trupy, raczej szkielety, tkwią w mule dna i chwieją się wraz z prądem w te i ową stronę. To musi być coś przerażającego!
— Skafander dzisiejszy — objaśniał ktoś, to nie dawny niezdarny przyrząd. Nurek może się zupełnie swobodnie poruszać i nie jest połączony rurą z powierzchnią wody. Na plecach ma magazyn ze zgęszczonem powietrzem, które wystarcza na kilka nawet godzin.
— To coś wspaniałego! — zachwycał się Rouletabille.
Nagle rozległo się ze wszystkich stron:
— Kermorek! Kermorek!.. skądże pan tutaj. Sądziliśmy, że pan stale w Salonikach.
— Dopiero co przybyłem... a to jak... razem z Abdul Hamidem, ale o tem jeszcze ni słowa!
— Abdul Hamid w Konstantynopolu? — krzyknął nagle ze zdziwieniem Rouletabille. — Ach, wybaczcie państwo łaskawi! Ale obowiązki reporterskie tego wymagają... moje uszanowanie... muszę pchnąć depeszę...