Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XV.
Jazda nocna.

Rouletabille wskoczył na swego konia i popędził galopem, a za nim Tondor i Włodzimierz. Lecieli tak ze dwa kilometry, zanim reporter spostrzegł, że Candeura niema przy nich. Pędzili za Gawłowem z taką szybkością, że Włodzimierz nie mógł się powstrzymać od pytania:
— Czy pan go chce rzeczywiście schwytać?
— Naturalnie! — odparł Rouletabille. Musimy tylko zaczekać pięć minut na Candeura. Gdzie ten osioł został?
Zatrzymał się i spojrzał za siebie. Ale nie mógł wysiedzieć na siodle, kręcił się, jak na rozżarzonych węglach.
Wreszcie rozległ się tętent i na równi zatopionej w półcień nocy niezbyt czarnej, zarysowała się sylwetka jeźdźca Ziemia pod nim dudniła, cień wzrastał, aż dopadł ich olbrzym, wyrażając radość, że się nie rozminął z towarzyszami.
Chciał wyjaśnić przyczynę spóźnienia, ale Rouletabille nie dał mu przyjść do słowa.
— W drogę! W drogę!
Poleciał, jak wiatr.
— Pocóż my tak pędzimy? — zapytał Candeur Włodzimierza.
— Bo ja wiem? — oswobodził męża swej narzeczonej, a teraz go lapie. Sam mi to powiedział!
Nagle Rouletabille zatrzymał się na rozstaju. Przyszło mu na myśl, że możnaby zbadać według śladów którędy pojechał Gawłow, ale to badanie zabrałoby dużo drogiego czasu, rozkazał tedy:
— Candeur! — zmarnowaliśmy przez ciebie dużo czasu. Musisz to naprawić. Pędź tą drogą na lewo z Tondorem, ja jadę w prawo. Spotkać się musimy w Czorlu, które leży na naszej drodze. Punkt zborny przy linii kolejowej. Staraj się unikać oddziałów tureckich. Zresztą tu dosyć pusto.
— Więc naprawdę chwytamy Gawłowa?
— Tak. Proszę cię, staraj się go schwytać koniecznie! Uczyń co w twojej mocy!
— A gdy schwytam?
— Zastrzel, jak psa, zabij, jak jadowitą gadzinę tego rozbójnika!
— Czyś oszalał? — Wszakże kazałeś mi przysięgać, że go nie tknę!
— Teraz proszę cię i zaklinam, jeśli mnie kochasz, zabij go!
— Słuchaj! Słuchaj!...
Candeur wołał, ale Rouletabille, nie czekając dalszego ciągu, pomknął z Włodzimierzem, drogą w prawo.
Candeur musiał ruszyć tedy na lewo.
Pod samem Czorlu zatrzymali się. Nie spotkali Gawłowa, chociaż byli już blizko linii kolejowej, w miejscu, dziś opuszczonem, gdzie stykały się trzy linie. Z oddali dolatywały nawoływania placówek tureckich. Od strony Sarai migała biała smuga reflektora, przeszukującego teren. Teren ten, położony pomiędzy Bunarhissar, Burgas, Sarai i Czorlu miał się stać za czas krótki widownią straszliwej czterodniowej bitwy, która zadecydowała o losach Turcyi europejskiej.
Rouletabille i Włodzimierz zsiedli z koni i skryli się za przydrożnymi krzakami, z poza których obserwować mogli gościniec na znacznej przestrzeni.
— Jeśli Candeur nie złapie Gawłowa, to znaczy, że raz jeszcze udało mu się zemknąć! Ale idzie mi teraz o co innego. Pragnę, Włodzimierzu, abyś nigdy nikomu nie wspominał, w jakich warunkach odbyła się ucieczka Gawłowa. Mogę liczyć na ciebie?
— Z całą pewnością, proszę pana! — odparł. — Przedewszystkiem, nie sprawia mi zaszczytu cała ta przegrana, a powtóre nie wyniosłem z tej afery żadnych przyjemnych wspomnień.
— Radbym, by Candeur wrócił! — powiedział reporter. Moglibyśmy w ciągu nocy posunąć się jeszcze ku południowi i wyminąć posterunki. Jutro przybylibyśmy na Czataldżę do Konstantynopola.
— Cóż tam będziemy robili?
— Odbiorę tam listy! — odrzekł wymijająco reporter. — Potem wrócimy popatrzeć na bitwę, która się tu odbędzie, prawdopodobnie.
— Słyszę galop! — powiedział Włodzimierz.
— Dwa konie idą!
— To oni! — poprawił reporter.
W dwie minuty później przybyli Tondor i Candeur. Reporter i Włodzimierz siedzieli już na koniach.
— Nie złapaliście? — spytał Rouletabille.
— Widzieliśmy go? — odpowiedział Candeur, bardzo zasapany.
— No i cóż?
— Opowiem ci potem. Stała się rzecz straszna! Uciekajmy!
— Nie zabiłeś go?
— Nie, ale zabiłem innego!
— Kogo?
— Atanazego Kietewa... Ale mówię ci, uciekajmy!
— Co? — wrzasnął Rouletabille, podskaku — Zabiłeś Atanazego?
— No, tak! To rzecz okropna!
— Ale jakże się to stało?
— Powiadam.. opowiem ci później. Teraz uciekajmy, co tchu. Nie uspokoję się, aż będziemy pośród wojsk tureckich. Zrozum, że zabiłem oficera bułgarskiego! Uciekajmy!
— Tak! Uciekajmy! To rzeczywiście straszna rzecz!
— Przedewszystkiem niezwykła!
I rzucili konie w szalony galop. Zwolnili dopiero biegu, gdy w dali dostrzegli na tle nieba czarne sylwetki gór Czataldży. Wówczas Rouletabille zwrócił się do Candeura!
— Opowiadaj! Prędko! Spotkałeś Kietewa i wziąłeś go za Gawłowa?
— Nie! O, to rzecz dużo dziwniejsza! Zaręczam ci, że jeśli to dłużej potrwa, to ja także zwaryuję.
— Nie gadaj głupstw! Pędzimy drogą z Tondorem i mówimy sobie właśnie, że, albo wy, albo my napewne, dopędzimy Gawłowa, bo Tondor dał mu najgorszego konia, gdy nagle spostrzegamy w dali sylwetkę jego samego. Jedzie galopem, ale my sadzimy za nim i nie ulega kwestyi, że zaczynamy się zbliżać. Gawłow obrócił się kilka razy. Zwalnia. Dopędzamy. Nagle słyszymy za sobą szalony galop. Obracamy się, a, że noc stała się zupełnie jasną, poznajemy obaj Atanazego Kietewa. Leci, jak piorun. Zapewne, musiał się dowiedzieć w Hajorboli, co się stało, myślimy sobie i goni jeńca razem z nami.
Wołam do niego przeto:
— Mamy go! Mamy go!
Przypominam sobie w tej chwili, żeś mi kazał zastrzelić Gawłowa, jak psa, daję tedy jesz cze koniowi ostrogi, mierzę w biegu i palę raz po raz do Gawłowa, najwyżej na jakieś siedmdziesiąt kroków. Potem wołam raz jeszcze do Atanazego:
— Nie ucieknie! Nie ucieknie!
Nagle Atanazy nadlatuje i zamiast rzucić się za Gawłowem, wpada na mnie z szablą i tnie od ucha! Świsnęło mi ostrze koło głowy i ocalałem tylko dzięki temu, że koń mój rzucił się w bok. Rozciąłby mnie był na dwoje, prawda, Tondor?
— Święta prawda! — zaręczył Tondor poważnie.
— I cóż dalej?
— Co dalej? — kończył Candeur. — Rozwścieklony tą niesprawiedliwością ze strony człowieka, któremu pomagam łapać jeńca, a zarazem nie chcąc otrzymać drugiego cięcia szablą, palnąłem mu prosto w piersi i koniec. Miałem zupełne prawo. No i okazało się, że o ile chybiłem Gawłowa, o tyle nie chybiłem Atanazego. Zwinął się na siodle i spadł jak snopek siana z wozu.
— Zupełnie, jak snopek — potwierdził Tondor. — Nawet nie krzyknął.
— Zeszliśmy z koni, gdyż nie było już mowy o ściganiu Gawłowa, który zyskał bardzo na czasie i zniknął wśród pól. Zbadaliśmy leżącego na drodze i przekonaliśmy się, że nie żyje.
— Nie żyje? Naprawdę nie żył już? — pytał natarczywie reporter.
— Jest to rzecz całkiem pewna! — potwierdził Candeur. — Badałem serce, przestało bić. Umarł na pewne. Czy mi to masz bardzo za złe, Rouletabille?
— Wszystko to jest rzeczywiście straszne! — rzekł reporter. — Wolałbym jednak, żebyś był zabił Gawłowa.
— Mój drogi, zrobiłem, com mógł..
— Tak, tak... — potwierdził Rouletabille, raczej zamyślony, jak zmartwiony. — Ale sądzę, że nie będziesz się tem chlubił?
— Oczywiście. Zamilczę, jeśli tak chcesz. Ale mnie osobiście nie przynosi to żadnej ujmy, jeśli zabiłem człowieka, który mnie chciał rozciąć szablą na dwoje. To jakiś drab, ten Kietew, to człowiek szalony!
Włodzimierz, który dotąd milczał, odezwał się nagle:
— Człowieka tego spotkał los zasłużony!
Zamilkli wszyscy i odtąd nie było już mowy o Atanazym Kietewie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.