Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XIX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Po cichu przemknęli koło ruin i ogrodów Ildis-Kiosku i trzymając się brzegu, sunęli ku Orta Keui.
Nie dojeżdżając do stacyi parowców, zatrzymali się. Ukryci w oparze, podnoszącym się z wody, zataili się pod łukami jakiejś starej budowli, schodzącymi aż ku wodzie.
Bosfor, o tej godzinie, był czarny i pusty. Zdala tylko świeciły oczy latarń okrętowych, nieruchome teraz, jak gwiazdy na niebie. Cisza panowała zupełna, czasem tylko powiał silniejszy prąd wiatru, idący od Morza Czarnego.
Rouletabille wpatrzył się w jeden punkt, a gdy Candeur poszedł za jego spojrzeniem, zobaczył rodzaj pomostu, pływającego po wodzie, uczepionego do łańcuchów, które zgrzytały z cicha. Minął tak dobry kwadrans.
— Nie słyszałeś nic? — spytał reporter pochylając się do ucha Candeura.
Candeur zaprzeczył ruchem głowy.
Rouletabille wziął wiosła i podpłynął bliżej pomostu zachowując wszelką ostrożność: Ale pomost zdawał się opuszczony i bezpieczny.
Przybyli, wydostali się na pomost, i poczęli iść na czworakach. Po chwili znaleźli się pod czemś, w rodzaju budki. Miała okno, które było na pół otwarte.
Księżyc wypłynął w tej chwili z chmur — a obaj wędrownicy instynktownie położyli się na brzuchach. Rouletabille, gdy tylko księżyc zatonął napowrót za chmurą, podszedł do okienka i spojrzał do środka.
W tejże chwili cofnął się, padł na ręce Candeura i wydał głuche westchnienie. Candeur spojrzał także.
— O! — szepnął cicho... — Gawłow!
— To on, prawda?
— Nie ulega wątpliwości!
Rouletabillowi błysła w myśli rozmowa, między Kasbekiem a Gawłowem,[1] kiedy to Kasbek przymawiał Gawłowowi, że także poszukuje skarbów sułtańskich od strony ruin Czeraganu. Teraz mieli przed sobą dowód prawdy.
Na czworakach obeszli obaj budkę i ukryli się w cieniu, rzuconym przez wybrzeże.
Po chwili drzwi budki otwarły się i ukazał się człowiek, w ubraniu nurka, czyli skafandra. Wyglądał potwornie, a ciężkie, ołowiem obciążone obuwie, wlókł z trudem po deskach pomostu. Zwolna zbliżył się do drabinki, zanurzonej w wodzie i zaczął zstępywać na dół. U pasa wisiał mu rodzaj motyki, o długim trzonku. Zanurzał się miarowo, niedługo wszedł w wodę po pas, potem zakołysała się ogromna bania miedziana, okrywająca głowę, wreszcie znikło wszystko....
Rouletabille zaczekał, aż woda się uspokoi i morze odzyska nieruchomość, potem zbliżył się do drabinki i przyłożył ucho do jednej z poręczy. Czekał tak z pięć minut.
— Możnaby go było ubić! — szepnął Candeur. — Sposobność doskonała!
— Byłby narobił hałasu, a nam potrzebna cisza zupełna! — odparł reporter, odwiązując szybko sznur, którym drabinka była przywiązana do pomostu. Gdy była już wolna, obaj, z Candeurem, wyciągnęli ją do połowy z wody, położyli na fali i puścili wolno. Spłynęła zaraz z prądem.
— Racya! To lepszy sposób! — Powiedział Candeur. — Nieprzyjemnie mu się zrobi, gdy, chcąc wyjść, nie znajdzie drabinki! Już o nim nikt nie posłyszy, jak się to przydarzyło wielu osobom w Bosforze!
— A teraz żwawo do roboty! — rozkazał Rouletabille.
Weszli do środka i znaleźli mnóstwo przyborów nurkarskich, które znali obaj dobrze, bo przezorny Rouletabille zwiedził wraz z oficerem marynarki z ambasady oddział nurków okrętu „Józef Gambeta“..
Szybko tedy zbadał reporter, ile jest aparatów ze zgęszczonem powietrzem i zarezerwował po dwa dla siebie i Candeura oraz po dwie pary ołowianych podeszew. Wręczył mu to, sam wziął dwa ubrania gumowe, dwa hełmy miedziane i dwie motyki, nie zapominając o lampkach elektrycznych i innych przyborach potrzebnych.
— Cóż z tem zrobisz? — zapytał Candeur.
— Cicho bądź! Nieś to do łodzi!
— Czy chcesz, bym właził w wodę? Ani mi się śni!
— Cicho bądź!
— Przysięgam, że wolę kulę w łeb, a nie będę lazł w wodę! — protestował rozpacznie.
— Stul pysk! Zdradzisz mnie!
Candeur szedł, jak skazaniec.
Podpłynęli ze swoim dziwnym balastem pod ogrody Ildis Kiosku, wyszli z łodzi i dostali się pod mur. Pomagając sobie wzajem, przenieśli przybory przez mur, a także sami przeskoczyli na drugą stronę. Pewność ruchów i szybkość, wskazywały, że nie pierwszy raz znajdują się w tem miejscu.
Idąc przez ogrody, w dobrze sobie znanym kierunku, nie ryzykowali żadnego spotkania. Pałac był w tej części opuszczony, nie zastanawiali się też teraz nad jego rolą historyczną.
Pałac i ogrody Ildis-Kiosku leżą na szczycie i stokach wzgórzy Bekszichtach, i Orta-Keui. Przestrzeń nim objęta jest ogromna. Tutaj to spędził, więzień z własnej woli, Abdul Hamid, trzydzieści dwa lata swego życia, w otoczeniu całego wojska dworaków, szpiegów i pasożytów. Z Ildis-Kiosku wychodziły co dnia wyroki śmierci lub wygnania, tutaj zostały zorganizowane słynne, masowe mordy Ormian, tutaj też dnia 26. kwietnia 1908. roku podpisał Abdul Hamid swą abdykacyę, opłakując, jak dziecko, swe skarby, których jednak nie znaleziono dotąd i których poszukują ciągle...
Po przekroczeniu bardzo wysokiego muru ogrodów wewnętrznych, z wprawą, świadczącą o ćwiczeniu. Rouletabile i Candeur stanęli nad „sztuczną rzeką,“ której budowa pochłonęła sumy straszne, a po której Abdul Hamid lubił przejeżdżać się łodzią motorową w towarzystwie faworytek swoich.
Dużo mogła opowiedzieć ta rzeka, wyśpiewać niezliczone opowieści tragiczne, ale reporterzy nie przybyli tu dla wskrzeszania pamięci zmarłych, ale dla ratowania osoby żywej, celem poszukiwania dla niej okupu i posagu.