Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Przybyli o zmroku do Hajorboli, małej wioski, zajętej przez oddział straży przedniej. Przyjęto ich bardzo życzliwie skutkiem listu głównodowodzącego generała i nakarmiono ich, czego bardzo potrzebowali. Dostali też osobny pokój. Rouletabille był nawet dosyć zadowolony, bo przecież bez odpoczynku ani sami, ani konie, byliby nie mogli odbyć tej dalekiej podróży. Włodzimierz i Candeur, zabrali się do otrzymanych prowiantów i zaczęli gotować wyśmienitą zupę; Tondor zajął się końmi.
Rouletabille wyszedł rozejrzyć się po okolicy, gdyż chciał w nocy po cichu przemknąć się przez linię placówek bułgarskich i ruszyć dalej. Mimo podwójnych dokumentów, sprawa nie była łatwą, należało więc zachować ostrożność.
Pochodził po podwórcu domu, gdzie oddział wojska spożywał wieczerzę i podszedł do Tondora, przykazując mu nie wprowadzać koni w obejście, ale przywiązać je w miejscu niewidocznem, do drzew. Wokół były wąwozy, ciągnące się przez puste rozłogi pól. Rouletabille spędził godzinkę na tem badaniu terenu. Wracał właśnie, idąc wzdłuż muru otaczającego podwórze, gdy nagle natknął się na dwóch oficerów. Z ust jednego z nich padło w tejże chwili nazwisko... Atanazego Kietewa.
Rouletabille przystąpił do nich i spytał po francusku:
— Panowie wspomnieli nazwisko, znane mi dobrze. Co panowie wiedzą, jeśli wolno spytać, o Atanazym Kietewie.
— Atanazy Kietew szuka pana wszędzie!
— Szuka?! — wykrzyknął Rouletabille.
— Naturalnie. Pan jesteś zapewne reporter Rouletabille, a w towarzystwie pańskiem znajdywać się ma, jak nam mówił, panna Iwana Wilczkow, bratanica generała Wilczkowa, zamordowanego w przededniu wybuchu wojny.
— Tak jest! Wszystko w porządku! Panny Wilczkow narazie niema z nami, ale opuściła nas niedawno.
— Powiedziano Kietewowi, że biła się w pierwszych szeregach, pod Demirkapu...
— To prawda, widziałem to sam...
— I od tej pory ciągle znajduje się w pierwszych szeregach walecznej armii. Tak powiedziano, przeto Kietew szuka jej po całym froncie naszych wojsk. Ucieszy się bardzo, gdyż pan poda mu zapewne wiadomość, gdzie się teraz znajduje. Niezadługo przyjedzie z powrotem.
— Z powrotem?
— Tak. Wyjechał tylko do Baba Eski i powróci o świcie.
— Czy to zupełnie pewne?
— Oczywiście, proszę pana. Zostawił nam nawet swego jeńca.
— Co? — powiedział reporter, starając się całą mocą ukryć wzruszenie, jakiego doznał. — Cóż to za jeniec?
— Jest to jeniec, na którym mu widać bardzo zależy, gdyż go nie spuszcza z oka. Zresztą może go pan zobaczyć!
Podprowadził Rouletabilla pod małe, silnie okratowane okienko.
Spojrz pan!
Rouletabille ujrzał niewielką izbę. W kącie jej, ze związanemi rękami i nogami, siedział na ławce Gawłow, a dwu strażników pilnowało go z prawej i lewej strony. Drzwi były otwarte, a tuż pod nimi ujrzał reporter grupę żołnierzy, grających przy świetle ogniska w kości, ulubioną grę narodową, ludów bałkańskich.
Rouletabille obrócił się i rzekł:
— Znam go dobrze! To ów słynny Gawłow, dawny władca Karakule. Rozumiem teraz dlaczego, Atanazemu Kietewowi zależy tak na tym jeńcu.
— Nie byłby go też opuścił, ale wezwany został do Baba Eski przez komendanta pierwszej brygady kawaleryi generała Sawowa.
— Dziękuję panom za informacye! — powiedział Rouletabille. — Przepraszam bardzo, ale idę coś przegryść.
— Smacznego! — odpowiedzieli obaj.
Wszedł w obręb podwórza i spostrzegł z radością, że izba, gdzie mieścił się jeniec, przytykała do stancyi, oddanej im do użytku.
— W chwili, gdy otwierał drzwi, usłyszał wyraźnie wymówione, metalicznym głosem Włodzimierza, słowa:
— 36 rouge pair et passe!
— A to co? — zawołał Rouletabille. — Zupełnie, jak w Monte Carlo?
Wszedł do środka.
Na stole stała gotowa zupa, z której ulatywał wonny słup pary, a tuż obok, siedzieli Włodzimierz i Candeur. Gdy wszedł, Candeur odwrócił szybko kartę geograficzną, Włodzimierz zaś patrzył bardzo pilnie na swój zegarek.
— Znowu powtarzacie dawne głupstwa! — powiedział, śmiejąc się[1]. Był tego wieczoru w doskonałem usposobieniu. — Znowu te same hece z kartą geograficzną i zegarkiem.
Zbliżył się i nagle podniósł kartę.
Cofnął się olśniony. Na stole leżała spora kupka złotych i srebrnych monet. Winowajcy stali jak posągi, nie wiedząc co czynić.
Spojrzał na kartę. Była podzielona na 36 numerowanych pól.
— Więc gracie w ruletę?
— Konfiskujesz nam karty, więc jakże mamy grać?
— Pokaż no ten zegarek, Włodzimierzu! — powiedział reporter.
Włodzimierz musiał podać zegarek, a Rouletabille przekonał się, że zegarek ten nie wskazywał godzin, ale posiadał pręcik kręcący się na osi, który przebiegał przez 36 pól, a zatrzymywał się za naciśnięciem uszka. Igła obracała się tak szybko, że nie można było przewidzieć na którem z pól się zatrzyma.
— Acha! Teraz rozumiem wasze zamiłowanie do geografii, które mnie tak dziwiło jeszcze czasu pobytu w Karakule, a także ciekawość Włodzimierza, który ciągle patrzył która jest godzina.
— Czy dawno masz ten zegarek? — spytał, chowając go do kamizelki.
— Proszę pana! Na zegarku tym zależy mi bardzo. Otrzymałem go od osoby, która mi jest drogą...
— Od księżniczki?
— Właśnie od niej. Był to jej pierwszy upominek. Miałem wyjeżdżać do Tomska, gdzie trzeba było czekać wraz z innymi reporterami na automobile, przedsiębiorące podróż światową Paryż-Pekin. Poczciwa księżniczka obawiała się, że się będę nudził i podarowała mi tę ruletkę w zegarku, która mi zawsze przynosi szczęście. Przez całą drogę grałem. Ile razy pękła guma, zapraszałem towarzyszy podróży, siadaliśmy na gościńcu i ciągnęliśmy bank, podczas gdy szoferzy pocili się nad naprawą. Trafiały się gumy, które mi przynosiły sto franków, inne dwieście, na niektórych traciłem... bo, naturalnie, trzeba było czasem przegrać. Ale biorąc przeciętnie guma na gumę tak wypadło, że po powrocie do Paryża mogłem sobie kupić automobil.
— Winszuję...
— Zrozumie pan przeto, że zegarek, z którym związanych jest tyle wspomnień....
— Tak, rozumiem... — odparł. — A te pieniądze? Jest tego przynajmniej na tysiąc franków. — Tu schował pieniądze do kieszeni. — Skądże wy macie te pieniądze? Sądziłem, że jesteście obaj bez grosza!
— Proszę pana — powiedział Włodzimierz, pod wpływem spojrzenia reportera, —to są pieniądze od pana Priskiego.
— Jakto? Przecie nie przyjęliście tych pieniędzy.
— Przepraszam! —rzekł Candeur. To ja nie przyjąłem pieniędzy!
— A ja przyjąłem, — dodał pospiesznie Włodzimierz, — ale odrzuciłem potem propozycyę dopełnienia zlecenia.
— O, Włodzimierzu, jesteś uczciwym człowiekiem! — powiedział Rouletabille. — Zauważyłem to już kilka razy! No, mniejsza z tem, siadajmy do jedzenia!
— Proszę pana! — powiedział ponurym głosem Włodzimierz. — Zależy mi bardzo na moim zegarku, jak także na tych pieniądzach!
— To nie twoje pieniądze, to pieniądze Priskiego, — odparł. Przecież nie dopełniłeś zlecenia.
— To przemawia za nim Rouletabille, — wstawił się Candeur, — proszę cię nie oddaj ich Priskiemu!
— Ani mi się śni. Mam myśl, obrócę je na cel inny!
— Cóż takiego?
— Powiem wam po jedzeniu.
Jedli w dosyć ponurym nastroju, chociaż Rouletabille był bardzo wesoły.
Gdy skończyli, powiedział:
Zwrócę wam te pieniądze!!
— Ach! — zawołali z uciechą.
— Ale pod warunkiem, że uczynicie dosłownie to, co powiem.
— Licz na nas!
— Będziecie grali, temi pieniędzmi.
— Doskonale!
— I przegracie je...
— Czyż to konieczne? — spytał Włodzimierz ze smutkiem w głosie.
— Niezbędne!
— A do kogo mamy je przegrać?
— Uprzątnijcie stół i urządźcie tu swą ruletę. Zaczniecie grać, wykrzykując głośno stawki, by usłyszeli żołnierze, grający tu obok, w kości. Można też uchylić drzwi, niby z powodu zaduchu.
Gdy to przywabi żołnierzy, dacie im wygrać!
— Wszystko?
— Gdybyście ich ograli z wszystkich pieniędzy, jakie posiadają, odeszliby rychło i nie zajmowali się wami. Tu idzie o przytrzymanie ich przy grze jaknajdłużej, gdy będziecie przegrywać, rozochocą się na dobre.
— Rozumiem! — powiedział Candeur.
— Ale tysiąc franków — jęknął Włodzimierz.
— Jest to bardzo mało, gdy idzie o rzecz, jaką mam na myśli. Chcę wyswobodzić pewnego jeńca, który znajduje się tuż obok mnie, w sąsiedniej izbie.
— Cóż to za jeniec? — spytał Candeur.
— To poprostu Gawłow, moi panowie!
— Gawłow?
— Jeniec Atanazego!
— Mąż Iwany!
— Jakto, chcesz wyzwalać człowieka, który pomordował rodzinę twej ukochanej?
— Poświęcając na to moje tysiąc franków?
Zapadło milczenie. Rouletabille spoglądał po nich, potem wziął nóż ze stołu i skierował się ku wyjściu.
— Dobrze, uwolnię go sam!
— Stój, stój! — zawołał Candeur.
Skoczył i zastąpił mu drogę.
— No, i cóż? — spytał reporter.
— Uczynimy, co chcesz!
— Ciężka to rzecz! — powiedział Włodzimierz ponuro. — Ale z chwilą, gdy pan żąda, nie należy się wahać, bo musi pan wiedzieć dobrze, o co idzie.
— Idzie o szczęście mego życia! — zawołał.
— Jeśli do tego szczęścia potrzebnem jest wyswobodzenie męża, twojej ukochanej, z niewoli, jeśli ma cię to doprowadzić do małżeństwa z nią, to, u licha, wyswobodźmy go! Ale kiep jestem, jeśli rozumiem choć odrobinę, z tego wszystkiego! — powiedział Candeur.
Wyjaśnię ci to później! Weź ten nóż i chodź ze mną;
Poszli razem i znaleźli się za domem.
Rouletabille pokazał Candeurowi okienko, a Candeur rozpoznał Gawłowa.
— Siedzi tuż pod oknem. Wystarczy wsadzić rękę i pchnąć go nożem w piersi. Skończyłaby się cała awantura.
— Nie czyń tego, Candeur, proszę cię!
— Więc ten drab, jest teraz twoim przyjacielem?
— Przysięgnij, że go nie tkniesz.
— No, dobrze już! Cóż mam robić?
— Zaczniesz grać z Włodzimierzem, aż się zbiegną żołnierze. Potem wmieszam się ja, a ty wyjdziesz. Potem, gdy się strażnicy oddalą, zwrócisz na siebie uwagę więźnia. Pokażesz mu nóż i dasz na migi znak, że chcesz rozciąć jego więzy.
Zrazu będzie się dziwił, ale wnet poda ci związane ręce. Rozetniesz postronki i dasz mu nóż, którym już sam oswobodzi nogi, tak, by mógł uciec tym okienkiem.
— Ale jest krata! — zauważył Candeur.
— Bałwan jesteś! Gdyby nie było kraty, nie potrzebowałbym twej pomocy! Ty ją musisz wyłamać. Ale zrób to jaknajciszej.
Candeur pochwycił kratę w swoją łapę i zaczął ciągnąć ku sobie.
— Czuję, że się poddaje! — powiedział.
— No, to dobrze! Zostawiam cię. Za kwadrans ma być gotowe! W tym momencie, ja wykrzyknę tak, byś mnie słyszał:
— 36, para, czerwone, pas! — to będzie znaczyło, że żołnierze są bardzo zajęci grą i że możesz działać z całą pewnością siebie. Pomożesz jeńcowi wyjść oknem, zaprowadzisz go pod drzewa do konia, którego każę Tondorowi osiodłać niezwłocznie. Właśnie, mamy jednego więcej. Doskonale się składa!
— A co potem?
— Potem, gdy ten człowiek pojedzie, wrócisz najspokojniej do izby i przyłączysz się do partyi. Reszta cię nie obchodzi!
— Rozumiem! Ale nie rozumiem nic a nic! — przyznał Candeur.
— Pamiętaj! 36, para, czerwone, pas!
— Już wiem, już wiem!
Rouletabille poszedł do Tondora, który zaraz osiodłał wszystkie konie dla pewności i wrócił do Candeura. Olbrzym zdążył już uporać się z kratą i uczynił to tak cicho, że nie spostrzegli tej manipulacyi ani żołnierze, ani nawet jeniec. Wrócili razem do domu.
W izbie, Włodzimierz przygotował tymczasem wszystko. Gdy weszli, zaproponował im partryę. Rouletabille wydał wesoły okrzyk, rzucił wszystkie pieniądze na stół i oświadczył, że trzyma bank.
Przybiegli natychmiast żołnierze, a nawet dwaj strażnicy ukazali się w progu. Zaczęła się gra. W ciągu pięciu minut, bank tracił ciągle. Każdy numer obstawiony, nakrywał Rouletabille złotymi monetami i tracił. Podoficerowie, zachęceni tem, zaryzykowali parę lewów i... wygrali. Według umowy, oddalił się Candeur, a miejsce jego zajął oficer. Wygrał odrazu. Dokoła stołu uczynił się w jednej chwili ścisk, a dwaj strażnicy weszli do stancyi. Po chwili zapatrzyli się na grę i znaleźli się w pierwszym rzędzie gapiów. Rouletabille dał znak Włodzimierzowi, by obstawił numer 36 i wykrzyknął bardzo głośno:
— 36, para, czerwone, pas!
Bank przegrał!... Oficerowie i podoficerowie zaczęli klaskać w dłonie, Włodzimierz i żołnierze wtórowali im.
Rouletabile polecił Włodzimierzowi objąć bank, ale zatrzymał w ręku ruletkowy zegarek i sam wygłaszał numera, które powtarzali po bułgarsku oficerowie. Oczywiście, przy tej metodzie, wszystko złoto Włodzimierza, znalazło się niebawem w ich kieszeniach. Radość panowała w stancyi ogólna, żołnierze, chociaż w grze udziału nie brali, nie posiadali się z uciechy.
Niedługo wrócił Candeur i nieznacznie skinął głową na znak, że sprawa skończona. W ostatniej stawce uporał się z resztą pieniędzy biednego Włodzimierza i wstał.
— To kiepski interes trzymać bank! — zauważył któryś z oficerów.
— To zależy! — odrzekł Candeur. — Czasem na jeden numer bank ściąga wszystko, co jest na stole.
— A więc obejmij pan bank! — odparł oficer.
Ale w tej chwili przybiegł Tondor, wołając:
— Panie, panie! skradziono nam konia!
— Jakto?! — krzyknął Rouletabille. — konia? Więc nie dość że nas ogrywają, jeszcze kradną nam konie!
— Zobaczymy! Nie krzyczcie panowie! powiedział oficer.
— Konie, nasze konie! — desperował Włodzimierz.
Wszyscy wybiegli za Tondorem, który udzielał objaśnień. Powiedział, że się zdrzemnął, a nie spał ani pięciu minut i to wystarczyło, by skradziono najlepszego z pięciu koni.
— Rzeczywiście, moi panowie! — mówił Rouletabille. — Widzieliście wszyscy, że mieliśmy pięć koni. Poskarżę się generałowi!
— Proszę pana, — prosił oficer, — niechże pan da spokój. Zaraz zarządzę śledztwo i ręczę, że znajdę konia pańskiego. Przysięgam!
Nagle usłyszano przeraźliwe wrzaski strażników!
— Jeniec, jeniec!
Oficer skoczył.
— Cóż z tym jeńcem?
Zbiegli się żołnierze, pokazywali wyrwaną kratę i tłumaczyli, że korzystając z tego, że strażnicy odeszli, jeniec wyrwał kratę i uciekł. Oficer przybiegł do Rouletabilla.
— Wie pan, kto skradł pańskiego konia? Oto jeniec Atanazego Kietewa. Uciekł przez okno i wskoczył na pierwszego napotkanego wierzchowca.
— Nędznik! Drab! — wołał Rouletabille. A w jakimże kierunku pojechał?
— Niewątpliwie, w kierunku Konstantynopola! Zdaje się, że miał już dość Bułgarów. Ale cóż ja powiem Atanazemu Kietewowi? Nie mogę go nawet ścigać. Mam wyraźny rozkaz, nie ruszać się z miejsca.
— Panie! — zawołał Rouletabille. — Nie martw się pan! Pochwycimy pańskiego jeńca i oddamy go panu! Wsiadać, Candeur! Wsiadać wszyscy! Galopem!
- ↑ Patrz „Czarny Zamek“.