Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Dziwne przygody miłosne Rouletabilla |
| Wydawca | G. Seyfarth (Józef Georgeon) |
| Data wyd. | 1918 |
| Druk | Drukarnia W. A. Szyjkowskiego |
| Miejsce wyd. | Lwów |
| Tłumacz | anonimowy |
| Tytuł orygin. | Les étranges noces de Rouletabille |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Podróżnicy nasi, wraz z panem Priskim, wyruszyli wieczorem w drogę. Dobry czas wybrali, wojska bowiem spoczywały po bardzo szybkich marszach pierwszych dni wojny i nadspodziewanie pospiesznych zwycięstwach na wszystkich punktach frontu. To bardzo ułatwiało podróż, bo nie było przemarszów, a list generała-majora Władysławowa sprawił, że w ciągu kilku godzin stanęli w Demotice. Nie mogli stąd jechać pociągiem do Dedeagaczu, gdyż brzegi Maricy zajęte były przez wojska tureckie, ściągnięte z całej Macedonii, które miały przejść południową Tracyę i połączyć się pod Rodosto z armią główną, która przegrupowała się już na linii Czerlu-Burgas-Serai.
Wyjazd nastąpił tak szybko, że Rouletabille nie miał czasu zatelegrafować do „Epoki“ po pieniądze. Oddał tylko pakiet z korespondencyą na pocztę i ruszyli w drogę.
Byli tedy prawie bez grosza, a jedynym ratunkiem była im tylko sakiewka pana Priskiego, który nie mógł chyba odmówić zaliczki na koszta podróży.
W Demotice próbowali kupić sobie w sposób uczciwy konie, ale nikt nie chciał sprzedać, ku wielkiej radości pobożnego mnicha.
W tych warunkach, Rouletabille musiał jąć się rekwizycyi i polecił Tondorowi i Włodzimierzowi, którzy nie mieli skrupułów, wystarać się o wierzchowce. Niebawem przyprowadzili pięć wspaniałych koni. Zabrali je poprostu z podwórza jakiegoś starego zamku bułgarskiego, gdzie się pasły spokojnie, podczas kiedy mały patrol wojskowy obsiadł kocioł pełen jadła i pożywiał się przy dźwiękach bałabajki.
Konie były posiodłane, skoczyli tedy na nie i ruszyli galopem. Zatrzymali się aż po godzinie, w miejscu, gdzie im nietyle już groził pościg bułgarski, co spotkanie przednich straży tureckich.
Rouletabille ukrył teraz głęboko w kieszeni list generała, a wydobył ściągnięty w Kirkilissie przez Włodzimierza papier z nagłówkiem generalnego sztabu tureckiego i pieczęcią Muktara Paszy. Zabezpieczywszy się w ten sposób dali koniom wytchnąć.
Rouletabille dowiedział się w drodze wiele od pana Priskiego. Zależało mu na szczegółach, gdyż zbliżali się do Salonik, gdzie mieszkał zdetronizowany Abdul Hamid. Wypytywał też o Kasbeka i jego stosunek do nowego rządu tureckiego. Kasbek był rodzajem pośrednika pomiędzy Abdul Hamidem a rządem tureckim i pozycya jego z tego powodu była silnie ugruntowaną. Zdradzał Abdul Hamida rządowi, a rząd byłemu władcy, który marzył o powrocie na tron przy sposobności zamieszek wojennych.
Pan Priski opowiedział przy tej sposobności kilka faktów, świadczących o okrucieństwie starego władcy. Wpadłszy raz w pasyę bez żadnego powodu, kazał zawołać ulubioną swą odaliskę. Czerkieskę cudnej urody i zastrzelił ją z rewolweru. Innym razem, dziecko małe, w charemie, dotknęło rewolweru, leżącego obok niego na poduszce. Zastrzelił to dziecko natychmiast, twierdząc, że chciało go uśmiercić.
Wogóle, Abdul Hamid nie odznacza się wysoką kulturą, jest złośliwy, podejrzliwy, niesłychanie skąpy i cierpi na manię prześladowczą. Zapomina łatwo o wszystkiem tylko nie o sobie. Przez cały dzień spaceruje po ogrodach willi Allatini, przeznaczonej mu na mieszkanie, paląc wonne, specyalnie dla niego robione papierosy. W przerwach naradza się z kuchmistrzem nad doborem potraw. Jest wprawdzie pilnie strzeżony przez nowy rząd, ale mu na niczem nie zbywa i bajką jest to wierutną, jakoby go męczono i głodzono.
Opowiadanie pana Priskiego zostało nagle przerwane salwą karabinową.
Kilka kul świsnęło koło uszu jadących, którzy wydobyli natychmiast chustki i powiewając nimi, zaczęli wołać.
— Francis! Francis!
Otoczył ich po chwili oddział przednich straży tureckich, ale ponieważ wylegitymowali się jako reporterowie francuscy, przydzieleni do sztabu generalnego Muktara Paszy, którzy cofali się właśnie z pod Kirkilissy, przeto doznali wcale uprzejmego przyjęcia i odesłano ich do kaszefa. Ten odesłał ich znów do kaimakana, który ich odesłał z dodaniem eskorty do Dedeagaczu, gdzie właśnie zdążali.
Tutaj było nagromadzonych mnóstwo wojsk i tędy miała przebiegać nowa linia obronna. Należało się spieszyć, gdyż zachodziła obawa odcięcia od Konstantynopola, wobec krążących pogłosek, że widziano już pod Rodosto oddziały konnicy nieprzyjacielskiej. Teren walki zmieniał się zresztą i zacieśniał ustawicznie, skutkiem niesłychanie szybkiego pochodu wojsk bułgarskich.
Prędko załatwili się w Dedeagaczu. Rozbiegli się po mieście szukać Iwany i Kasbeka i niebawem mieli pewność zupełną, że oboje dnia poprzedniego wyjechali z „Hotelu Egejskiego“, w kierunku Salonik, ze świtą, złożoną z kilku kawalerzystów albańskich. Pojechali konno, bo kolej zapchana była transportami wojsk. Rouletabille nie mógł marzyć o dopędzeniu Kasbeka w drodze. Przedewszystkiem wyruszył 36 godzin po nim, powtóre zaś reporterom groziło co krok aresztowanie, śledztwo, meldunki i t. p. rzeczy. Tymczasem Kasbek najspokojniej zbliżał się z Iwaną do charemu w willi Allatini.
W porcie nie zdołał reporter znaleść najnędzniejszego nawet statku, któryby chciał, z uwagi na patrole floty greckiej, podjąć się drogi morzem, do Salonik.
Rouletabille wściekał się z niecierpliwości.
Nagle zwrócił się do Candeura.
— Dawaj prędko konie!
— Dokąd jedziemy? — pytał olbrzym.
— Do Konstantynopola!
— Jakto? Przecież to wręcz przeciwny kierunek?
— Mój drogi, — tłumaczył mu szybko po drodze. — Ponieważ nie możemy dojechać do Iwany, przeto Iwana wyjedzie naprzeciw nam.
— Do Konstantynopola?
— Tak jest.
— Oszalałeś?
— Nie! Posłuchaj! Iwana jedzie z Kasbekiem, Kasbek jedzie do Abdul Hamida. Sprowadzę tedy Abdul Hamida do Konstantynopola, a Kasbek z Iwaną przybędą tam niezwłocznie.
— Wyśmienicie! Ale jakże sprowadzisz Ab dul Hamida?
— Oczywiście, wsadzi się go na okręt obcy, angielski lub niemiecki, który nie będzie miał powodów bać się patrolów floty greckiej.
— Mój drogi, pozwól sobie powiedzieć, nie leży w interesie rządu sprowadzać teraz do stolicy dawnego władcy, gdzie ma wielu zwolenników.
— Tak jest, ale jeszcze niebezpieczniej zostawiać go zdala od władz centralnych, blisko teatru wojny, gdzie może zostać obwołany przy sposobnej chwili sułtanem.
— Rząd zdaje sobie z tego sprawę i nie byłby chyba czekał na Rouletabilla, by tenże przewiózł byłego władcę przez Bosfor. Oni nie ruszą go z Salonik, dopóki będą panami południowej linii obronnej.
— To samo myślę. Tedy należy spieszyć do Konstantynopola i uprzedzić rząd, żeby nie po; zostawiał Abdul Hamida w Salonikach, gdyż bitwa pod Kargas może wypaść źle, więc w interesie Machometa V., leży, mieć pod ręką swego poprzednika, gdyby jego zwolennicy mieli podnieść głowę.
— Czyż cię posłuchają?
— Tak jest!
— Skądże ta pewność?
— Powiem im, że istnieje spisek mający na celu reintronizacyę Abdul Hamida.
— Powiesz, ale gdzie dowody?
— Mam je w kieszeni! Dam szereg nazwisk spiskowców, którzy chcą proklamować go w Salonikach. Zobaczysz, że w jednej chwili Abdul Hamid znajdzie się w Konstantynopolu, będzie to kwestya nie dni, ale godzin, może nawet minut. Ale my, naturalnie, także nie możemy stracić ni chwili.
— Rouletabille! Ty nie zrobisz tego, ty nie zadenuncyujesz tych ludzi.
— Oto Tondor i Włodzimierz! zawołał Rouletabille, gdzież jest Priski.
— Stara się dostać przepustkę do Salonik. Rozdaje pieniądze, ale daremnie.
— Gdzie konie?
— W hotelu „Egejskim“!
— Przyprowadź je. Włodzimierzu, pobiegnij zawizować nasze papiery u Ali beja i powiedz mu, że, stosownie do jego życzenia, udamy się do Konstantynopola.
— Doskonale! Uwiadomię też pana Priskiego.
— Nie czyń tego! Priski nam niepotrzebny w Konstantynopolu.
— No, a jego koń?
— Zabierz go razem z naszymi. Przyda nam się, zawsze, co pięć koni, to nie cztery. Poprowadzi go Tondor. Spieszcie się, za kwadrans musimy opuścić Dedeagacz.
Pobiegli, a Rouletabille zwrócił się do Candeura, który miał minę dziwną.
— Biegnij na telegraf i daj depeszę do „Epoki“, że wyjeżdżamy do Konstantynopola. Ale, cóż ci to? Cóż za mina?
— Nie blaguj, Rouletabille, ty tego nie uczynisz? Prawda? To byłoby paskudnie. Przytem nie znasz nazwisk spiskowców!
— Znam, mój drogi, a nawet znam ich adresy i cały plan.
— Skąd je masz?
— Sam Gawłow mi je dostarczył. On sam należy do spiskowców! Spisał wszystko ślicznie w małym notesiku, który zgubił w Sofii tej nocy, kiedy wymordował generała Wilczkowa i jego służbę. Teraz wiesz... co? Czy ci się to jeszcze wydaje blagą?
— Rouletabille! — zawołał Candeur. — Ależ tych ludzi przyaresztują...
— Oczywiście! I przy tej sposobności znajdą się dowody spisku!
— Więc ich powieszą...
— Spodziewam się! Ale Iwana zostanie ocaloną!
— To prawda, to prawda!... Ale...
— Co „ale...“ Więc wolisz, bym wstąpił do klasztoru? Co? Albo, bym się zastrzelił?
— Ach!...
— No, więc przestań lamentować i biegnij do urzędu telegraficznego.
Candeur poszedł, ale w drodze nie mógł się powstrzymać, by nie przeklinać losu, który na drodze Rouletabilla postawił Iwanę.
W pół godziny potem, wszyscy czterej pędzili gościńcem do Konstantynopola. W okolicach Rodosto natknęli się na oddział kawaleryi bułgarskiej. Nic nie pomogły wybiegi, zostali otoczeni i przeprowadzeni do stacyi straży przednich w Hejarboli, gdzie Rouletabille pokazał oficerowi papiery, naturalnie bułgarskie, w pierwszej linii list generał-majora Władysławowa.