Przejdź do zawartości

Dziwne przygody miłosne Rouletabilla/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gaston Leroux
Tytuł Dziwne przygody miłosne Rouletabilla
Wydawca G. Seyfarth (Józef Georgeon)
Data wyd. 1918
Druk Drukarnia W. A. Szyjkowskiego
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les étranges noces de Rouletabille
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.
Candeur nie wątpi już, że Rouletabille oszalał.

Ten krótki list wystarczył w zupełności, by w najdziwniejszy rozstrój pogrążyć Rouletabilla. Aż do chwili przeczytania tych dwu wierszy sądził on, że postępowanie Iwany w czasach ostatnich wywołane zostało rozpaczą z powodu tragicznej śmierci Kara Selima.
Wszakże właśnie od chwili tej śmierci objawiać zaczęła zupełne zobojętnienie do życia. Wszak w oczach jego szukała śmierci, wszak sama to powiedziała. Nagle natrafia się sposobność oddania przysługi ojczyźnie przed zniknięciem ze świata, a Iwana chwyta ją, może jeszcze dlatego, by się podnieść we własnej duszy, odnośnie do motywów tego postępowania.
Sprawa przedstawiała się w ten sposób reporterowi i chociaż tragiczna dlań, była jednak logiczna i zrozumiała.
Nagle pisze mu Iwana, że go kochała i że on o tem wiedział.
Kobieta idąca w grób, która ma przepaść dla świata teraz w haremie Abdul Hamida, kobieta taka chyba nie kłamie!
Przeto Iwana go kocha! A więc pocóż ucieka i czemu rzuca się w śmierć? Skąd ta rozpacz? Skąd to szaleństwo?
Jak już wyjaśnił generałowi, nie zachodziła absolutna konieczność takiego poświęcenia, a cała ta awantura ze szpiegami... czyż warta aby przez nią marniała ich miłość?
Pozostawało jedno przypuszczenie. Oto miłość ich dotknął jakiś cios, stanęła pomiędzy nimi jakaś przeszkoda, której nie znał. Co to za przeszkoda? Kto stanął między nimi?
Tu było jądro całej sprawy i to objaśniać mogło rozpacz Iwany.
Pewny, że jest kochanym, Rouletabille zaczął znów trzeźwo rozumować. Przychodził zwolna do siebie, odzyskiwał swój „zdrowy rozsądek“. Ta pewność przywróciła mu bystrość umysłu, łatwość oryentacyi, która mu dotychczas zapewniała stanowisko w świecie.
Wracając do domu, zaczynał się już po trochu oryentować, macał niejako rękami w ciemnościach. Zamknął się na dwie godziny i siedział tak z twarzą ukrytą w dłoniach, starając się rozwiązać problem.
Tymczasem Candeur krążył dokoła niego jak pies wyrzucony kopnięciem z domu. Szedł za nim do generała, towarzyszył w drodze powrotnej, ale nie zdradził niczem swej obecności. Patrzył weń tylko zdaleka, ale Rouletabille go nie widział wcale.
Włodzimierz, idąc na kolacyę, chciał go zabrać ze sobą. Candeur jednak odburknął tylko coś, potem poszedł i położył się pod drzwiami pokoju Rouletabilla na słomiance, wydając od czasu do czasu jęk, nie mający już w sobie nic ludzkiego.
Nagle z pokoju doleciał krzyk rozpaczy.
Candeur jednem pchnięciem wywalił drzwi i wpadł do środka.
Zastał Rouletabilla łamiącego ręce i wyrywającego sobie włosy z głowy.
Przypadł i otoczył go ramieniem.
— Co ci to? Co ci to? — pytał.
— Kocha mnie! — jęczał Rouletabille, potem zaś zaczął płakać.
— Więc dlatego płaczesz? — uspokajał go Candeur. — Ależ to bardzo dobrze właśnie, że cię kocha! Niema czego płakać!
Rouletabille objął za szyję olbrzyma i położył mu głowę na ramieniu.
— Kocha mnie, ale jesteśmy na wieki rozdzieleni... rozumiesz... rozdzieleni przez jedną straszną rzecz... O biedna Iwano! Biedna! I ja mogłem ją obwiniać? Umrzeć! Umrzeć! Nie pozostaje mi już nic innego!
— Nie gadaj głupstw! Przestań! Powiedzże mi po ludzku, rozsądnie, czemu nie możesz się z nią ożenić skoro się kochacie? Przecież małżeństwo z tym drabem jest nieważne i nie wchodzi w rachubę!
— Naturalnie, nie to jest przeszkodą... nie! Główną przeszkodą jest to właśnie, że ten jej mąż zginął!
— Jakże to? Nie możesz ożenić się z kobietą ukochaną dlatego, że jej mąż umarł? Nie rozumiem!
Nie mógł pojąć, złożył przeto Rouletabilla na fotelu, sam zaś poszedł, siadł na kanapie i zaczął szlochać głośno, był bowiem pewny, że reporter oszalał, czuł straszne wyrzuty sumienia i oskarżał się, że on to właśnie wszystkiemu winien.
— Moja wina! Moja wina! — mówił bijąc się potężnie w piersi.
Sam Rouletabille musiał go uspokajać.
— Ależ nie możemy tak siedzieć bezczynnie! — zauważył wreszcie Candeur. Musimy koniecznie coś przedsięwziąć!
— Nic się zrobić nie da! — oświadczył reporter. — Nawet gdyby tu Iwana w tej chwili była, nic by to nie zmieniło sytuacyi... sam musiałbym jej zezwolić na odjazd!
— Biedaku!...
— Mój drogi Candeur...
Objęli się serdecznie.
W tej chwili rozległo się pukanie, wszedł tłumacz hotelowy i powiedział:
— Jakiś zakonnik chce pomówić z panem Candeurem.
— Zakonnik? Nie znam żadnego zakonnika!
— On powiada, że pana zna!
— A jakże się nazywa?
— Powiedział, że niema nazwiska ziemskiego, albowiem wszystkie swe aspiracye umieścił na tamtym świecie. Tak powiedział dosłownie.
— To niech wróci tu, gdy będzie miał nazwisko! Ja nie mam nic do roboty z duchami.
Ale w tej chwili drzwi uchyliły się zdaleka i ukazał się w nich zakonnik w wielkim kapiszonie na głowie. Suknia zakonna we fałdach spływała po jego ciele, różaniec wisiał u pasa.
Nagle kapiszon spadł a Candeur zawołał:
— Pan Priski! Pan Priski we własnej osobie!
— Pan Priski! Przychodzę, oddając się na pańskie usługi zarówno w tym, jak w tamtym świecie — odparł Priski.
Candeur odrazu wpadł w złość.
— Wolałbym, by to nastąpiło w tamtym świecie. Mam wielką ochotę połamać panu kości. W ten sposób okupisz pan może swe łajdactwa!
— Przedewszystkiem racz pan odebrać swoje pieniądze! — powiedział Priski, podając mu zwitek banknotów.
— Bezczelność! — wrzasnął Candeur. Przecież ja nie chciałem nigdy przyjąć od pana ni grosza!
— Taka wola pańska! — zgodził się szybko Priski chowając pieniądze do kieszeni. — Dam biednym moim!
Rouletabille zbliżył się.
— Więc pan wstąpiłeś do klasztoru panie Priski? — zapytał.
— Tak proszę pana! — powiedział, cofając się o kilka kroków, gdyż nie spodziewał się widać zastać tu reportera. — Tak, wstąpiłem do klasztoru... było to zawsze mojem marzeniem...
— A do jakiegoż to klasztoru wstąpiłeś pan?
— Mam zamiar wstąpić w poczet braci solennych góry Athos.
— I pocóż wobec tego przybyłeś pan do Starej Zagory? Czy po to, by nam to oznajmić..
— Proszę pana... — bąkał pan Priski — to zdaje się moja rzecz.
— Może i moja...
Rouletabille pociągnął go w głąb pokoju, zamknął drzwi, zaparł je sobą i dodał:
— Nie wyjdziesz pan stąd panie Priski, zanim nam nie wyjaśnisz swej obecności. Dyabeł jakiś stawia pana ciągle na naszej drodze, więc muszę z tem raz skończyć!
— Zaręczam panu, że nigdy nie miałem zamiaru sprawiać panom przykrości...
— Dosyć tego! Gadaj pan! Inaczej żandarmerya generała Władysławowa uwięzi pana, potem zaś, zostaniesz rozstrzelany, jako turecki szpieg.
— A więc wyznam całą prawdę... jeśli panu tak na tem zależy... Jest to rzecz bardzo prosta! Rzeczywiście, pragnąłem zawsze wstąpić do klasztoru. Ale mnisi góry Athos żądają wkupu, czyli posagu, stąd moja żądza posiadania pieniędzy, toteż, gdy pan Kasbek, którego panowie znacie, zaproponował mi zarobek, zgodziłem się. Zarobek ten, pozwalał mi właśnie zapłacić wkup do klasztoru. Polecił mi oddać list. Zaręczam, że nie wiedziałem, co list zawiera.
— A jednak wiedziałeś pan, że panna Wilczkow opuści mnie, przeczytawszy ten list?
— Powiedział mi to pan Kasbek. I tak się stało. Panna Wilczkow udała się do Starej Zagory, a stąd dalej.
— Pocóż pan tedy przybyłeś tutaj?
— Pan Kasbek dał mi połowę sumy z góry, drugą zaś połowę przyobiecał wypłacić, gdy panna Wilczkow wyjedzie. Przybył więc, aby się przekonać, że wyjechała.
— Podejmujesz pan więc teraz drugą połowę?
— Niezwłocznie...
— I wstąpisz do klasztoru?
— Naturalnie!
— Sumę tę podejmiesz pan w Dedeagaczu... prawda? — zawołał Rouletabille.
— Tak... ale skąd pan to wie? Mniejsza z tem. Spiesz się pan jednak, myślę, że pan Kasbek niedługo zabawi w Dedeagaczu!
— A to dlaczego?
— Bo pan Kasbek czeka na pannę Wilczkow, nie na pana, ponieważ zaś panna Wilczkow już tam przybyła, więc może się zdarzyć, że oboje wyjadą, nie oglądając się na pańskie przybycie!
— Boże wielki! — wrzasnął mnich i rzucił się ku drzwiom.
— Panie Priski! — powiedział Rouletabille. — Jeśli pan chcesz, bym ci przebaczył to wszystko, coś mi zrobił, musisz mi oddać małą przysługę.
— Dobrze! Mów pan, mów pan!
— Pan umiesz oddawać listy pokryjomu.
— Zawsze to było poniekąd moim zawodem.
— Oddaj przeto mój list Iwanie Hanum.
— Z wielką ochotą, panie Rouletabille! — zawołał mnich. — Sprawa załatwiona! Może pan na mnie w zupełności liczyć.
— Więc zaczekaj pan chwilkę....
Rouletabille zbliżył się do stołu i napisał szybko: „Najdroższa! Wszystko rozumiem. Wybacz mi. Twój Zo żegna cię na wieki. Nie przeżyje ciebie“.
Nagle usłyszał ryk straszliwy. To Candeur zawył ogromnym głosem, przeczytawszy poprzez ramię, co pisze.
— Rouletabille, Rouletabille! Ty chcesz śmierci!
Rouletabille podał mu rękę i uścisnął serdecznie.
— Ano, zobaczymy, mój drogi, czy się umiera z miłości! — —powiedział.
— Broń Boże, broń Boże! — zawołał nagle pan Priski. — Zaklinam pana, nie czyń pan nic nierozważnego! Religia zabrania! Religia!... Oo... niema nic ponadto, na tym doczesnym świecie!
— Więc tam dobrze, w tym waszym klasztorze, panie Priski? — zapytał Rouletabille, podając mu list.
— Na Boga! — krzyknął Candeur. — Czy zamierzasz wstąpić do klasztoru?
— Przewybornie! — zachwycał się Priski. — To istny, ziemski raj! Ogrody, pałace... Powiadam panom, czysty raj! A co za jedzenie! Oczywiście, gdyby klasztor przyjmował każdego obdartego, który chce zostać mnichem, nie długoby trwała jego wspaniałość, toteż trzeba mieć posag, zapłacić wkup.
— Więc nie będzie panu żal Karakule?! — powiedział Rouletabille.
— O, nigdy! — zapewniał Priski. — Kara Selim był hojny, ale czasem był brutalny i okrutny. Toteż go Pan Bóg pokarał. On, taki dumny, został teraz niewolnikiem Atanazego Kietewa.
— Kara Selim nie jest niczyim niewolnikiem! — powiedział uroczyście Rouletabille. — On zginął!
— Zginął? Nie może być, widziałem go na własne oczy, nie dawniej, jak przedwczoraj.
— Co pan gada! krzyknął reporter. — Kara Selim padł, w moich oczach, przebity przez Kietewa. Pan się myli!
— Nie, łaskawy panie, — zapewniał słodkim głosem Priski, — to pan się myli. Spotkałem pana Atanazego z małym orszakiem. Wypytałem jednego z żołnierzy i dowiedziałem się, że on szuka wszędzie pana i panny Wilczkow. Z tyłu, przywiązany do konia, jechał Kara Selim, ubrany czarno i pokrwawiony. Ale żywy był, zamieniliśmy nawet kilka słów...
Rouletabille przyskoczył do mnicha i potrząsnął nim silnie.
— Jeśli panu miłe życie, powiedz pan prawdę! — zawołał ogromnym głosem.
— Na moje życie i to drugie, które mnie tam... — wskazał w niebo, — czeka, przysięgam, że Kara Selim był przedwczoraj żywy. Wiem też, dlaczego nie zginął. Oto, pod swoją czarna szatą, nosił zawsze pancerz, misternie splecionych łańcuszków stalowych. Sam mi to powiedział. Więcej niczego się dowiedzieć nie zdołałem, gdyż z obawy, by nie wpaść w oczy panu Atanazemu, wziąłem nogi za pas.
Priski nie zdołał jeszcze skończyć, a już go Rouletabille objął ramionami i serdecznie przycisnął do piersi.
— Oddaj mi n list, kochany, drogi Priski! Oddaj mi go!
— Oto jest! — rzekł Priski. — Ale czy nie może mi pan przypadkiem powiedzieć, gdzie mogę napewno spotkać pana Kasbeka?
— W Salonikach... Będzie tam niewątpliwie, będzie tam za dni parę. Ale teraz już żaden list niepotrzebny. Dlaczego zaś niepotrzebny, bo oto jedziemy razem do Salonik, ja, ty drogi Priski, Candeur i Włodzimierz... Będzie nam weselej razem! Jedziemy, jedziemy! W drogę! Candeur, Włodzimierzu! Pakować rzeczy... Chodźże tu, Candeur... dajże pyska... Oszaleję chyba z radości!
— Cóż to takiego, na miłość Boską? — dziwił się Candeur, otwierając usta na oścież.
— To znaczy, mój drogi, że nic nie jest jeszcze stracone, że istnieje możliwość mego połączenia się z Iwaną, ponieważ mąż jej żyje! Rozumiesz?
— Ja... oczywiście... to jest... Zresztą, wszystko jedno... byleś ty był zadowony! — zgodził się Candeur.
Odwrócił głowę, westchnął i powiedział do siebie ponurym głosem:
— Jakaż szkoda tego człowieka! Boże, Boże! Jakiż to był umysł, co za talent...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gaston Leroux i tłumacza: anonimowy.